Kolejny rozdział zamknięty

Prawdziwą radość przynosi tylko to, czego zdobycie wymaga ciężkiej pracy i poświęceń. Im ciężej na coś pracujesz tym bardziej to doceniasz. Jeśli coś przychodzi Ci łatwo to jaką to daje radość?

Kartki z kalendarza:

marzec 2016

Wykładam moje życie na taśmę. Jak w grze w wojnę karcianą. Kto kogo, kto mocniejsze zakupy wyłoży. Mój ruch: wielka paczka pampersów, herbatka Bocianek dla matek karmiących (już mnie mdli jak czuję zapaszek kopru, a to dopiero drugi miesiąc karmienia), jabłka dla Michała do pracy, twarde i kwaśne, jak ten mój styczeń i luty. Kiedy się ze mnie taka mało rozrywkowa dziewczyna zrobiła? Jeszcze wrócę do gry, zobaczycie, myślę sobie. Jak polscy skoczkowie, którzy mają chwilową zapaść formy i nie latają daleko. Obiecuję sobie, że tu wrócę i wam ludzie przy kasie pokażę. Dokładnie do tego sklepu wrócę, a między półki z pampersami w ogóle nie wjadę.

maj 2017

Sport bardzo lubię, ale z tym Ironmanem to Michał przesadził. Po prostu wniósł opłatę startową nie pozostawiając mi wyboru. Następnie zapowiedział, że dam radę „to” zrobić, muszę tylko trenować zamiast spać i pół roku później będzie po sprawie. I po kryzysie!

1/2 Ironman  Sieraków 2017

Zaczęło się ogromnie sympatycznie, godzina 15:00 piątek. Jedziemy do Sierakowa. Na mój pierwszy od urodzenia Stacha IM. Właściwie na ½ IM ;). Stach zostaje we Wrocławiu pod opieką cioci Izy. Wraz z Michałem czujemy się jak na wycieczce szkolnej. Zatrzymujemy się na stacji i jemy kanapki z dżemem, popijając herbatką. W wynajętym domku śpi nas około szesnastu. Zapach maści końskiej, dyskusje o żelach, częstowanie stoperanem i kremem na otarcia. Jezu, to się nie dzieje naprawdę! W sobotę większość RATowców jest już po ¼. Wśród triathlonistów przeżywających kryzys wieku średniego króluje syrop na kaszel – Jagermeister, spożywany na pomoście. Ludzie w wieku słusznym, więc profilaktyka jest bardzo ważna  ;).

W niedzielę w dniu wyścigu panuje straszny ukrop. Najpierw załamuje mnie psychicznie Magda, która wyprzedza mnie na biegu z lekkością motylka i znika z pola widzenia, podczas gdy ja już ledwo żyję z upału, a potem  na pół okrążenia przed metą Ola. Od tego momentu marzę tylko, żeby to się wreszcie skończyło. Wbiegam na metę półżywa i zamiast wykrzyknąć: „Udało się!”, padam na pysk.

„Piekło na Ziemi” – napiszą potem uczestnicy. Piekło, które funduję sobie na debiut sezonu.  

Wyszedł z tego marszobieg. Adam Kszczot by mnie zdublował 3 razy. Mimo wszystko nieoczekiwanie kończę na 3 miejscu open ze strata tylko kilku sekund do dziewczyn. I choć na biegu opadłam z sił to szczególnie usatysfakcjonował mnie wynik roweru -90 km przejechałam w 2 godziny i 30 minut.

To był wspaniały dzień dla dziewczyn z naszej ekipy. W pierwszej dziesiątce znalazło się nas aż 6!

½ Ironman Karkonoszman 2017

Po obozie  realizacja planów związanych ze zdobywaniem szczytów górskich nabiera realnych kształtów. Może rekordu świata nie zrobiłam. Ale postanawiam wziąć udział w Triathlonie Karkonoskim. I muszę przyznać, że bułka z dżemem o 6 rano w sali rycerskiej Zamku Czocha, a potem długa i stroma wspinaczka na szczyt Śnieżki to jedno z piękniejszych przeżyć, jakie mi się do tej pory przytrafiło. O tym, że jest to impreza niezwykła, decyduje wiele rzeczy, ale jedną z najważniejszych w moim mniemaniu jest lokalizacja biura zawodów, etapu pływackiego i pierwszej strefy zmian – Zamek Czocha! Bardzo łatwo ponieść się emocjom i wyobraźni w tym miejscu. Czocha jest jednym z najbardziej tajemniczych zamków w kraju. No i jest miejscem niesamowicie urokliwym. Nie trzeba chyba dodawać, że nocowanie w jednej z komnat, znacznie upraszcza przedstartową logistykę i dodaje smaczku.

Długość etapu kolarskiego wynosi 84 kilometry, a różnica wzniesień blisko 1860 metrów. Na początek trochę „pomarszczona” droga na Świeradów i zakręt Śmierci, a na przystawkę podjazd do Michałowic i zjazd do Sobieszowa. Jako danie główne podjazd od Podgórzyna od Przesieki i Zachełmia, a na deser podjazd do Karpacza Górnego. Są to jedne z najbardziej znanych karkonoskich podjazdów kolarskich.

Długość etapu biegowego to 21 kilometrów, a różnica wzniesień wynosi blisko 1150 metrów. Zaczyna się ponad dwukilometrowym podbiegiem Drogą Chomontową do zbiornika retencyjnego, po czym czeka trzykilometrowy zbieg do Drogi Sudeckiej. Nawierzchnia tej pierwszej części to szuter. Pierwsze dwa kilometry wzdłuż Drogi Sudeckiej to asfaltowy podbieg , po czym od rozwidlenia nad Przesieką czeka czterokilometrowa „ściana” prowadząca do Przełęczy Karkonoskiej i schroniska Odrodzenie, gdzie czeka bufet z wodą, izotonikiem, żelami i ciastkami! Do tej pory było w większości pod górę, ale dopiero od Odrodzenia zaczyna się najtrudniejszy technicznie odcinek etapu biegowego. Czerwony szlak poprowadzony Śląskim Grzbietem od Odrodzenia do Słonecznika wyłożony jest kamieniami i głazami. Utrzymanie biegu bez upadku, potknięcia, czy skręcenia kostki jest nie lada wyzwaniem. Od Słonecznika nawierzchnia wyrównuje się i aż do Domu Śląskiego jest w miarę „wygodna”. Minąwszy Dom Śląski zostaje kilometr wspinaczki wzdłuż łańcuchów na szczyt Śnieżki, gdzie czeka Gudos z medalem. Wzruszenie na widok mety jest ogromne! 

Nie udałoby się to bez Ani, Asi, Gosi oraz Arka najlepszego supportu :)! Musicie wiedzieć, że udział w Triathlonie Karkonoskim wymaga posiadania osoby wspomagającej, tj. supportu. Trzeba znaleźć kogoś, kto podczas wyścigu dostarczy do T2 wszystko, co potrzebne będzie podczas etapu biegowego. Kto w razie potrzeby będzie towarzyszem biegu, butelką z wodą, kanapką, dobrym słowem,  kijkiem, o który można się oprzeć, mapą, samochodem, ciepłą kurtką. To ktoś kto was przytuli – spoconych i w sumie dość obrzydliwych – na mecie, wbijając swoim ciałem ciężki medal w waszą klatkę piersiową. Poda na mecie herbatę i przypomni, gdzie stoi samochód. Może się umęczyć, może nie spać, nie jeść, może nabawić się odcisków, może zmarznąć okrutnie i nie oczekuje niczego w zamian.Takich momentów się nie zapomina…

Ja wiem, że na pewno tam wrócę, a Was zachęcam do czujności, gdyż u Gudosa może wystartować tylko setka zawodniczek i zawodników.

Karkonoszman to było moje pierwsze zwycięstwo, no i pierwszy namacalny dowód na słuszność obranej drogi.

Kilka dni po Karkonoszmanie 2017

Trochę potrenowałam, przebiegłam triathlon górski i kilka dni później poszłam do lekarza skarżąc się na bóle pleców. Ortopeda zrobił mi rezonans, obejrzał zdjęcie i od razu zawołał kolegów, żeby im pokazać, jaki ze mnie dzielny człowiek – sama przyszłam, a przecież powinni mnie przynieść. A który jest pani rocznik? No i to właśnie jest przyczyna! Nie, nie da się wyleczyć. Czasu nie cofniemy”. To najbardziej pokrzyżowało plany. Niestety z wielu treningów musiałam zrezygnować. Wielkie dzięki dla Arka i Krzyśka za próby podniesienia na nogi.

½ IM Chodzież 2017

Tu prawie dochodzę do sedna. Podobnie jak dla moich kolegów blogerów także i dla mnie pisanie o triathlonie jest świetnym pretekstem, żeby się pochwalić własnymi osiągnięciami, niniejszym donoszę więc że dzięki chwilowej niedyspozycji Oli i Magdy, normalnie lepszych ode mnie w kategorii wygrałam wyścig. Startowało nas, wszystkich na długim dystansie około 50, a ja byłam pierwsza, z nowa życiówką 4:48:35,  ale to wina mojej rodziny, bo zaczęła mnie dopingować na finiszu i wybiło mnie to z rytmu ;).  Mam nadzieję, że to zachęci wszystkich czytelników do triathlonu. Warto! I wychodzi taniej niż zakup Harleya ;). `

Ironman Wisconsin 2017

Na miejscu organizatorzy zaopatrują mnie w czepek, numer startowy i zapowiadają – don’t stop, don’t give up and anything is possible! Po 4 latach  i nieprzespanej nocy znów staję na starcie Ironmana. Kryzys i wątpliwości zostawiam w depozycie. Postanawiam, że jak dotrwam do końca, nie będę już obchodziła urodzin wieku brutto, tego z kalendarza, tylko netto, czyli na ile się czuję 😉

Pływanie:

Start odbywa się z wody. Razem z Michałem zakwalifikowano nas do 3 fali, odpowiadającej naszej grupie wiekowej. Taki start ma swoje dobre i złe strony. Dobra jest taka, że pozwala to uniknąć pralki a zła, że już po 300 metrach trzeba wymijać słabszych zawodników z poprzednich fal. Mimo wszystko pływanie w Madison jest niepowtarzalne -przede wszystkim z powodu Monona Terrace-nowoczesnego centrum kongresowego, pełnego widzów na każdym poziomie i na pokładzie parkingowym. Za każdym razem gdy bierzesz oddech jesteś pod wyjątkowym wrażeniem!

Strefa zmian

Po wyjściu z wody i pozbyciu się pianki odpalasz „spiralę”, czyli  masz do pokonania długą serpentynę prowadzącą na górny parking Monona Terrace i strefy zmian. To w rzeczywistości nic strasznego, a widzowie rozmieszczeni wzdłuż całej spirali sprawią, że będzie to doświadczenie, którego nigdy nie zapomnisz!

Pierwsza strefa zmian  mieści się w ogromnym centrum kongresowym z krzesełkami z “kongresu” w przebieralni ;). Dalej biegniesz do wyjścia na długi kilometrowy parking położony na szczycie budynku, gdzie czeka twój rower  i przeciwległą spiralą zjeżdżasz w dół. Nie martw się, wszyscy biegają takie same odległości i nikt nie poci się na spirali. Nie śpiesz się. Bezpieczeństwo jest dla Ciebie najważniejszym priorytetem.

Trasa rowerowa

Z Madison kierujesz się w stronę Verony tj. jakieś 16 mil, na ogół pod górę ;). Tu zaczyna się  40-milową pętla w wiejskim hrabstwie Dane, którą pokonujesz dwa razy, a następnie wracasz do Madison. Te pętle są niezwykle pagórkowate, z wieloma trudnymi podjazdami i zakrętami na każdym okrążeniu.

Kumpel mawia, że do Ironmana potrzeba 3 rzeczy: głowy, żeby myśleć, żołądka żeby trawić i zębów by je zaciskać…

Wraz z Michałem ukończyliśmy  wiele wyścigów, ale naszym zdaniem, Wisconsin oferuje najtrudniejszą trasę rowerową z jaką przyszło nam się zmierzyć do tej pory. Wiem, być może, nie ma czegoś takiego jak „łatwa” trasa roweru Ironmana. 112 mil to kawał drogi, zwłaszcza, gdy wcześniej pływasz i biegasz na końcu.

Moim zdaniem to, co naprawdę różni jedną trasę od drugiej, to nie ilość przewyższeń czy silny wiatr itp.,ale to jak często zmuszony jesteś do podjęcia decyzji. Mnóstwo małych, dobrych decyzji tworzy dobry dzień, tak jak i wiele drobnych decyzji sumuje się, aby stworzyć bardzo zły dzień…

W Wisconsin podejmujesz decyzje na całych 180 km. Płasko, fałszywie płasko, w górę, w dół, w lewo, w prawo, mała tarcza / duża tarcza? Nigdy nie robisz jednej rzeczy dłużej niż około pięć minut. Stwarza to możliwość popełnienia wielu małych (i dużych) błędów, które zrewanżują się gdzieś na biegu. Wisconsin, bardziej niż jakakolwiek inna trasa  nagradza inteligentnego, cierpiącego i zdyscyplinowanego kolarza. Siła może na nic się tu zdać.

Naprawdę musisz myśleć 100 % czasu!

Trasa biegowa

Kuzyn krzyczy, że jestem druga! Pytam, czy to nie żart?!? Plecy po zejściu z roweru bolą okrutnie. Dobiegam do napojów, wlewam w siebie pod korek, aż jest mi nieprzyjemnie. Moczę włosy i koszulkę. Kostki lodu na kręgosłup.  Słońce powoli zaczyna być odczuwalne, jest koło południa. „Yes, you can” – powtarzam sobie za Obamą ;). Przede mna jeszcze straszny kawał drogi do pokonania, ale jeśli by mi się udało…

Trasa biegowa składa się z dwóch krętych, miejskich, przeważnie płaskich okrążeń i nie jest tak trudna jak trasa rowerowa. Na trasie są dwa łagodne wzgórza: obserwatorium, około 8 i 18 km. Kilka zmarszczek, a następnie krótki, stromy podbieg, który dochodzi do State Street. W zależności od tego, jak się czujesz, wspinaczkę możesz poczuć zaraz na początku State Street … lub znacznie wcześniej! Tak czy inaczej, State Street jest wypełniona  setką widzów, aby Cię pocieszyć.

Reszta trasy to trochę zakrętów, droga przez kampus uniwersytecki,  zacieniony fragment szutrowej ścieżki w parku wzdłuż jeziora a nawet okrążenie boiska piłkarskiego Camp Randall! W rzeczywistości na każdym okrążeniu będzie tylko około 400 jardów, na których nie będziesz się cieszyć;).

Mi od zejścia z roweru po głowie tłucze się jeszcze jedna myśl „dogonią mnie, dogonią…” Na drugiej pętli kuzyni pokrzykują, że moja przewaga rośnie. Najwyraźniej ciężki rower wszystkim dał mocno w kość. Wiem już, że nie muszę się śpieszyć. Przystojny, blondyn podaje mi lód i mówi, żebym go sobie włożyła w koszulkę. Ucinam sobie pogawędkę z sześćdziesięciolatką, biegnie ze mną i oznajmia, że to jest jej 15-ty Ironman i nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa!

Kibice

Nie musisz się martwić, Twoja rodzina też nie będzie się nudzić. Jeśli zechce oglądać  Cię na rowerze organizator oferuje transport do Verony, gdzie czekając abyś śmignął im przed oczami 2 razy, mogą uczestniczyć w słynnym rodzinnym festiwalu. Inną możliwością jest skorzystanie z jednej z wielu dróg lokalnych prowadzących na najbardziej strome wzgórza na trasie (Old Sauk, Timberlane, Midtown) aby poczuć klimat podobny do tego jaki panuje na  Tour de France. Podjazd pod te wzniesienia nie może równać się z żadnym innym odcinkiem trasy. Jedziesz wśród szpalerów ludzi, szerokich na 5 osób z każdej strony. Czasami tłum gęstnieje tak bardzo, że dla zawodników zostaje przejazd o dwumetrowej szerokości. Widzowie wychylają się i do ostatniej chwili machają i krzyczą do przejeżdżający zawodników. Ogłuszający grzechot kołatek, dźwięki gwizdków i okrzyki towarzyszą Ci przez cały czas. Super sprawa, mobilizuje na trasie. Gdy brakuje przełożeń myślisz wtedy: : „kurcze, jak nie wjadę, to dopiero będzie wstyd” ;).

Jeśli Twoi bliscy zdecydują się pozostać w Madison, centrum – a zwłaszcza State Street – oferuje szereg atrakcji. W zasadzie, jeśli przyjrzysz się mapie biegu, zobaczysz, że Twoi kibice mogą stanąć w pobliżu końca State Street aby przemieszczając się nieznacznie , dopingować Ci wiele razy!

Finisz

Jeszcze tylko kilkaset metrów, piękny biały budynek Capitolu, czerwony dywan. Kuzyni z flagą i Michał czekający na mecie. Po prawie 11 godzinach ostatnie 100 metrów przebiegam sprintem i wpadam w objęcia męża. „You did it” – ktoś szepce do ucha.  Wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety nie mają końca. Takich momentów się nie zapomina :).

Ten rok kończy się dla mnie jak w bajce. Było ciężko, naprawdę…

Mam półtorarocznego synka, przestaje wierzyć w granice… 🙂

3 w 1 obóz triathlonowy

Triathlon jest modny i nawet jeśli sami nie zaczęliście go trenować, zapewne wielokrotnie zastanawialiście się, jak to jest możliwe, że amatorzy są w stanie uprawiać trzy dyscypliny „na raz”. Bike Magazyn poprosił, o podzielenie się swoimi doświadczeniami…

Na początku przygody z triathlonem wielu z Was może zniechęcić brak konkretnej wiedzy jak rozpocząć treningi do tej wytrzymałościowej dyscypliny sportu, w skład której wchodzi pływanie, kolarstwo oraz bieg. Gdybyś próbował połączyć trzy odrębne plany  treningowe, po jednym dla każdej z  tych konkurencji, najpewniej pojawiłby się problem przetrenowania. Dlatego tak istotne jest umiejętne połączenie trzech dyscyplin w jedną – a co za tym idzie w jeden plan treningowy, którego konsekwencją będzie poprawa wyników, jednak nie kosztem pojawienia się kontuzji wywołanej przemęczeniem.

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z triathlonem trenowałam zbyt mocno w dni treningu tlenowego, natomiast niedostatecznie w dni gdy powinnam
dać z siebie wszystko, naturalnie byłam na to zbyt zmęczona. Cała moja wiedza streszczała się w haśle: „ Bez wycisku nie ma zysku. Idź na całość a potem walnij się odpocząć”. Aż tu nagle dowiedziałam się od Trenera, że jest inaczej. Musiałam nauczyć się trudnej sztuki odpoczywania…

Dlatego każdy sezon przygotowawczy powinniśmy rozpocząć od wyznaczenia  stref tętna, które pozwolą nam osiągnąć zamierzony cel.  Następnie każdy trening realizujemy z głową, czyli zwracamy uwagę na takie parametry jak : tętno, kadencję , tempo , dystans oraz odczucia. Czyli na to co mówi nam nasz organizmy – przez wielu jest to zapomniany parametr, jednak dla mnie jest jednym z najważniejszych.

Mój plan treningowy tak samo jak rower – skrojony jest na miarę i składa się z czterech podstawowych rodzajów treningów:
– spokojnych sesji o charakterze aerobowym, w trakcie których tętno nie szybuje do najwyższego poziomu
– sesji siłowych, bazujących  na ćwiczeniach w rodzaju cyklicznych podjazdów na rowerze, podbiegów albo pływania w płetwach czy łapkach
– sesji szybkościowych , wykonywanych w tempie odpowiadającym tempu na zawodach
– sesji interwałowych, opierających się na krótkich, ale bardzo intensywnych ćwiczeniach na granicy możliwości organizmu, wykonywanych w tempie przekraczającym tempo startowe.

Te ostatnie są naprawdę ciężkie, ale bardzo szybko mijają ;).

Im dłużej trenujesz, tym plan treningowy coraz bardziej „pęcznieje” . Bywają okresy, gdy w ciągu jednego dnia, ćwiczysz dwukrotnie. W tym wypadku odpoczynek jest szczególnie ważny. Dlatego szalenie istotne jest, aby między poszczególnymi sesjami zachować minimum 6 godzinną przerwę.

Mój  typowy dzień zaczyna się od  przepłynięcia średnio trzech kilometrów. Z basenu  pędem do pracy. Po powrocie do domu zakładam adidasy, wychodzę pobiegać, kiedy kończę jest dziewiąta wieczorem. I tak siedem dni w tygodniu. Odmianę stanowią różne sesje treningowe i sposób, w jaki łączą się one ze sobą. Czasami, aby przełamać rutynę, Trener organizuje nam tzw. „zestaw niespodziankę”. I tak w prezencie gwiazdkowym mieliśmy do przepłynięcia 50x100m w tempie 1:45-1:50. Innym razem
musieliśmy zrobić 440 pompek…W weekendy zawsze mamy do pokonania długi dystans na rowerze i długie wybieganie albo trening zakładek.

Po takim weekendzie, a praktycznie po każdym treningu, organizm powinien się zregenerować . Regeneracja jest jak czwarta dyscyplina
triathlonu. Nie trenując jej nie masz szans na dobry wynik. Dlatego właśnie zmieniłam swoje podejście i zaczęłam trenować odpoczynek! Muszę przyznać, że jest to prawie tak ciężkie jak sesja interwałów : )

image

Pamiętaj, że to nie ciężki trening rozwija twoje ciało, a regeneracja podczas której twój organizm powoli się odbudowuje, przygotowując
do podjęcia kolejnego wyzwania . Tak więc, jeśli ktoś pyta mnie ile trenuje – z czystym sumieniem odpowiadam 24h na dobę.

Sklepowe półki uginają się od książek poruszających ten problem, choć tak naprawdę każdy z nas musi w sobie odnaleźć metodę najbardziej
skuteczną. Dla jednych będzie to czytanie książek na kanapie, dla innych wycieczka rowerowa . Ja trzymam się jednej zasady „ Jeśli biegniesz, a możesz iść – idź, jeśli idziesz, a możesz usiąść – usiądź , jeśli siedzisz, a możesz leżeć – połóż się,  jeśli leżysz, a możesz spać –śpij : )”. Uwaga – wizyta w galerii handlowej w okresie promocji i wyprzedaży to nie regeneracja! : ) Regenerujesz się w spoczynku, choćby na
kanapie z ulubioną książką. Jeśli chodzi o sen mam system taki bardziej jak rolnik. Wschodzi słońce, idę w pole do roboty, zachodzi – zbieram się do odpoczynku.

Ostatnich kilka minut każdego treningu ( 10% całości czasu poświęconego na główną cześć treningu) poświęcam na schłodzenie organizmu;
chodzi o bardzo spokojne pływanie, pedałowanie albo truchtanie. Następnie dokładnie rozciągam wybrane partie mięśni. Jeśli po treningu nie mam na to czasu, poświęcam temu kilka minut wieczorem.

W typowym planie treningowym sugerowałabym jednodniową przerwę od ćwiczeń co siedem, dziesięć dni. Jednak jak już pisałam wcześniej , bardzo ważna jest umiejętność słuchania własnego organizmu. Jeśli podczas treningu coś podpowiada Ci, iż watro przebiec mniej niż zaplanowałeś – może
warto tak zrobić . Nasze ciała są mądrzejsze niż nam się wydaje i bardzo często słuchając  ich uchronisz się przed przetrenowaniem lub kontuzjom . Nie należę do osób co sobie pobłażają, jednak już nie raz doprowadziło mnie to do poważnych konsekwencji – dlatego ucz się na błędach innych  : ).

Bardzo pomocne są kompresyjne ubrania sportowe, które możesz stosować w trakcie jak i po wysiłku – poprawiają krążenie krwi, przyśpieszają
usuwanie produktów przemiany materii i usprawniają prace mięśni. Po zastosowaniu skarpet  uciskowych ból łydek, z którym nie mogłam sobie poradzić, odpuścił zupełnie. Dobrym sposobem na regenerację jest także masaż, jeśli znajdziesz nań czas i środki.

Kolejne kwestie to oczywiście właściwe odżywianie i nawadnianie. Niektórzy pytają mnie o współpracę z dietetykiem. Zawsze odpowiadam, że jeśli miałabym nadmiar pieniędzy, to ja z przyjemnością zatrudniłabym…fizjoterapeutę! Nie lubię witamin w tabletkach , odżywek i tego typu cudactw. Wszystko co potrzebne staram się dostarczać naturalnie. Na treningach jestem ascetką. Za to od dziecka uwielbiałam jeść, i szybko odkryłam, że zdrowa dieta może zawierać właściwie wszystko, byle z umiarem. Tak więc nie wyeliminowałam z diety żadnych potraw. Kilka kostek gorzkiej czekolady dziennie na pewno mi nie zaszkodzi. Kawałka pizzy czy szarlotki także nie odmówię. Aha i do wszystkiego dodaje oliwę z oliwek, nawet do owsianki. Cała sztuka polega na tym, by mieć świadomość na jakim paliwie twój silnik działa najlepiej. W tej materii cały czas się uczę.

Mimo starań, by zmniejszyć zmęczenie, nadal będziecie przystępować do niektórych treningów, czując lekką ociężałość w nogach i brak pełnej mocy. To normalne i w rzeczywistości zwiększa kondycję dzięki procesowi który nazywa się – superkompensacją . Jednak nie powinno to mieć miejsca  zbyt często. Podsumowując, jeśli nie jesteście pewni co robić – róbcie mniej.

 

Biegiem na narty!

W telewizji bieganie na nartach wydaje się proste, płynne, trywialne. Tytuły książek sugerują, że mogę się tego nauczyć w godzinę, w weekend ewentualnie.

Podobno naukę narciarstwa należy zacząć jak najwcześniej, nawet w wieku pięciu lat czy, powiedzmy, w szkole. Nie ma ani słowa o tym, co z wiekiem późniejszym. Powiedzmy po trzydziestce. Na szczęście jest napisane, że nigdy nie jest za późno.

W ogóle to lepiej nauczyć się biegania na nartach, a nie zjeżdżania. Jest tańsze  i mniej kontuzyjne. Narciarze rozwalają sobie kolana, snowboardziści łamią sobie nadgarstki. A biegówki wspomagają nasz układ krążeniowo-oddechowy jednocześnie oszczędzając układu kostno-stawowy. Ponadto angażują do pracy wszystkie mięśnie (97%!), łącznie z tymi od napinania twarzy, gdy jesteśmy już bardzo zmęczeni. Wygląda na to, że mogą stanowić doskonałe urozmaicenie zimowych treningów.

*** 

Dzięki pomocy Marcina i jego przyjaciół postanawiamy to sprawdzić odwiedzając mekkę nart biegowych – Jakuszyce. Do Orla docieramy wieczorem. Każdy ze sporym bagażem na plecach.

Akurat na… nocną jazdę 🙂 !

O zmroku niebo nad Izerami robi się bladoróżowe, potem szarzeje, a wraz z nim ciemność otula zimowy pejzaż. Termometr wskazuje –10°C. Kto ośmiela się o tej porze przypiąć biegówki, założyć czołówkę  i ruszyć w siną dal, musi lubić zimo.

Bo mróz szczypie w nos i uszy, a pęd powietrza wyciska z oczu łzy zamarzające na policzkach. Wilgoć oddechu osadza się na rzęsach, włosach, okalającym twarz kapturze i od razu zamienia się w szron, powodując, że przypominamy Eskimosów albo zdobywców bieguna północnego.

Wokoło panuje absolutna cisza, w której słuchać tylko świdrujący, metaliczny dźwięk kijka zabijanego w śnieg. Od czasu do czasu  zaskrzypią uginające się pod naporem śniegu konary drzew i zabulgocze woda w potoku.

Lepiej się nie zatrzymywać, bo wtedy zimno atakuje jeszcze dotkliwiej. Ale jak tu nie przystanąć, kiedy wokoło tak pięknie. Oblepione grubą warstwą śniegu świerki wyglądają jak dekoracja teatralna.

W tej scenerii, niczym w teatrze dla dzieci, pojawiają się co jakiś czas niemi aktorzy: pojedyncze skałki i skalne formacje, których nazwy sugerują czyją rolę grają: Krogulec, Kozi Grzbiet, Pelikan, Krowia Kopa, Kobyła….Trener…

Niektóre trasy mają bardzo intrygujące nazwy: Dzielne Klapki, Niematematyczna, Bez Łaski… Jest też trasa Justynki, nazwana na cześć Justyny Kowalczyk, której sukcesy przyczyniły się do wybuchu zdrowej mody na bieganie na nartach.

„Życie jest największą baśnią” – mawiał Andersen. Być może miał na myśli między innymi Izery pod koniec stycznia ;). Schronisko Orle wita wędrowców tysiącami lampek i świec płonących w każdym oknie.

Wieczorem czeka tu na nas jeszcze jedna atrakcja-sauna opalana drzewem i kąpiel w górskim strumyku oraz kubek gorącego wina !!! 🙂

***

W pogodny dzień z kursującej miedzy Szklarską a Harrachovem  kolejki wysypują się na Polanę Jakuszycką tłumy ludzi. Niektórzy biorą najpierw lekcje u instruktora, inni od razu ruszają na trasy narciarskie. Bo biegać każdy może. To sport łatwy, bezpieczny i integrujący.

W szkółce narciarskiej niestety wszyscy mają po siedem lat, choć jest jeden, zdaje się, z czwartej klasy. Cała grupa na początek ma iść na polanę, trzymając się za kijki, żeby się nie zgubić. Są jednak granice upokorzenia. Nie będę trzymała się kijka. Sama dam radę.

***

Do tego wszystkiego dochodzi nauka o smarach. Skąd mam wiedzieć, na litość boską, jakiego smaru potrzebuje i którą część nart posmarować. Smarowanie na poślizg, na odbicie, na zimno na gorąco. O właściwym doborze smaru decyduje tysiące rzeczy.

  •  temperatura powietrza
  • temperatura śniegu
  • rodzaj śniegu
  • transformacja śniegu
  • skład śniegu (czysty czy brudny np. zmieszany z igliwiem itp.)
  • wilgotność
  • nasłonecznienie trasy biegowej….

Nie sądziłam, że będę potrzebowała tyle matematyki. Usiłuję zastosować  wszystkie te skomplikowane manewry na sobie, ale wydaje mi się, że każde narty, które przypinam, z górki nabierają coraz większej prędkości i jazda nieuchronnie kończy się w zaspie. Natomiast jadąc pod górkę brakuje mi przyczepności i też się zsuwam.  Inni robią większe postępy lub ja mam pecha.. Cóż wole myśleć,  że mam gorzej od innych nasmarowane narty…

***

Izery nie są wysokie, ale ponieważ stoki są dość strome, opadające do głębokich dolin rzecznych, niektóre podejścia są męczące. A zjazdy przyprawiają wtedy o delikatny dreszcz emocji.

Drugiego dnia Marcin wybiera dla nas piękną trasę biegnąca przez most nad rzeką Izerą do leżącej już po czeskiej stronie wsi Jizerka. Leżące w korycie rzeki duże głazy przykryte czapami śniegu wyglądają jak białe balony unoszące się na wodzie.

Wartki nurt rzeki tylko częściowo zamarza, szumiąc nawet w najtęższy mróz. Za drewnianym mostkiem ścieżka robi się wąska i stroma. Pół godziny mozolnego wdrapywania się na górę i naszym oczom ukazują się drewniane chaty Jizerki zasypane po dach śniegiem.

Czesi po swojej stronie mają bogatą sieć świetnie utrzymanych tras biegowych. Spotykać tu można  sędziwych staruszków i czteroletnie dzieci. Singli i wielopokoleniowe rodziny. Ci, którzy mają lepszą kondycję, naprawdę biegają, reszta niespiesznie spaceruje na nartach po zasypanych śniegiem górach.

***

No dobrze – udało mi się zjechać, ale tylko kilkanaście metrów. Po tych kilkunastu metrach nabieram niezwykłej szybkości, z którą nie wiem, co począć. Podobno wystarczy obciążyć pięty oraz patrzeć przed siebie, a nie pod siebie i już – będę zjeżdżała. Niestety, nie zapewnia to zatrzymania się tam, gdzie się chce. Właściwie nie zapewnia zatrzymania się w ogóle. Poza tym plączą mi się narty i za każdym razem, kiedy chcę przyśpieszyć lub zmienić pozycję i kogoś wyprzedzić – wywalam się. Właściwie to jestem trochę sfrustrowana, wszyscy z mojej grupy już jeżdżą i zatrzymują się tam, gdzie chcą. Czemu akurat ja nie?

Wszystko to jednak sprawia, że z szacunkiem patrzę na tych, którzy jeżdżą.

*** 

Klimat srogi i trzeba mieć krzepę, by stawić mu czoła! Odkrywam jasne strony biegówek! To schroniska i chatki na trasie, które cenię, bo sama do nich dojechałam powolnymi krokami. Można się tam zatrzymać i siedzieć z widokiem na góry oraz jeść bogate żurki, gęste, że łyżka staje, grochówki, polane konfiturą i gęstą śmietaną knedle czy wielkie jak talerz kotlety schabowe. Ciasto czekoladowe też oczywiście – na moją zgubę – mają :). Są tam już wszyscy i rozumiem, czemu tak kochają bieganie na nartach. Później, niestety, trzeba stamtąd dobiec do auta. Ale pomyślę o tym później. Znacznie później :).

Z życia triathlonistów-jak zacząć trenować zimą cz. 3

Niedziela

5 godzin treningu zakończone kilkukrotnym zdobyciem Ślęży. Za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć jak mam na imię…

image

Wtorek

Dziwne, ale przestały mnie boleć mięśnie(!). Podczas Fartleku zaczęłam się nawet  rozglądać dookoła i potrafię wyliczyć szacunkową wartość ekwipunku mijanego biegacza, tylko nie zawsze mogę obejrzeć zegarek.
A na siłowni spróbowałam podwyższyć obciążenie do 30 kilo i dałam radę. Nie mam z kim podzielić się radością. Wszyscy dookoła podrzucają powyżej 50. Mają takie fajne rękawiczki, trochę podobne do rękawiczek do prowadzenia samochodu. Nieco jednak głupio pytać, do czego służą, choć na pewno by odpowiedzieli. Wszyscy są strasznie mili, dziś znowu podszedł jeden z tych podrzucających ponad sto, aby się przywitać. Potem poszedł podciągać się i żeby było ciężej, zawisł do góry nogami. Nie mogłam na to patrzeć.

image

Czwartek

Kupiłam sobie ciepłe spodnie kolarskie oraz zimowe ochraniacze na buty a także wełniane wkładki, które mają wspomóc zimowy trening triathlonisty. Zimowy trening rowerowy jest wspaniały! Wszystkie drzewa i krzaki iskrzą się diamentowymi soplami lodu. Świat wygląda bajecznie! Za nic nie chciałabym mieszkać na południu gdzie nigdy nie ma śniegu!

image

Znam się też nieźle na miksowaniu zapachów perfum oraz kuchni regionalnej. Konkretnie na gotowaniu zupy rybnej. Wyrecytowałbym przepis z zamkniętymi oczami. Codziennie rano leci ten sam program, kiedy jeżdżę na trenażerze. Lecą też programy informacyjne, ale jest na tyle głośno, więc wiem tyle, że coś gdzieś wybuchło.

🙂

***

 

DREAM IT, WISH IT, DO IT

Nieraz już sprawdziłam na sobie, że warto robić noworoczną listę życzeń, nawet z opóźnieniem i nawet tych, które wydają się nam absurdalne.

image

Moja historia jest opowieścią o sportowcu z przypadku. Triathlon  to był wybryk. Kiedyś zupełnie spontanicznie umieściłam na swojej liście Ironmana … Uśmiechnęłam się wtedy, bo wydało mi się to zwariowane i niemożliwe.

Rzeczywiście, łatwo nie było. Bywały dni konia i takie, gdy nogi od pierwszego kroku odmawiały posłuszeństwa. Często lądowałam w malinach 😉  Jedno się tylko nie zmieniało, zawsze trzeba było walczyć. Po półtorej roku ze zdumieniem odkryłam, że to kompletnie irracjonalne pragnienie jednak spełniłam.

Od tego czasu wiem, że nie warto się ograniczać ani bać szalonych z pozoru pomysłów. Podobno jeśli nazwie się swoje pragnienia, już w tym momencie rozpoczyna się proces ich urzeczywistniania :).

Ten rok będzie dla mnie inny niż poprzednie.  Bez wielkiej presji, z uśmiechem na ustach. Mamy bardzo mądrego Trenera i przez to dużo sportowego szczęścia. Aha…

I wcale nie uważam, że będzie to czas bezmedalowy… 😉 Wręcz przeciwnie. Walczymy! 🙂

Zostawiam miejsce na Wasze pragnienia, życząc abyście w nie uwierzyli, a wtedy na pewno się spełnią. Bo, jesteśmy zdolni do rzeczy , o których nam się nie śniło :).

1.

2.

3.

4.

5,

Z życia triathlonistów-jak zaoszczędzić choć trochę

Koniec roku, to w triathlonie czas dokonywania większości opłat startowych. Możecie wiec sobie z grubsza wyobrazić, że ostatnie tygodnie upłynęły nam tak, jak muszą mijać ostatnie dni skazańców, gdy zbliża się dzień egzekucji … Co prawda później też można, ale organizatorzy już teraz zachęcają do zapisów (i przedpłat), strasząc brakiem miejsc i wzrostem cen.

Na co my wydawaliśmy te pieniądze, które teraz skrupulatnie odkładamy na nowe starty,noclegi, podróże czy skarpety kompresyjne za dwie stówy. Oczywiście milej jest też mieć zegarek, który policzy i tętno, i liczbę kroków, i jeszcze zrobi wykres, rzucając to na średnią miesięczną i roczną, i nas zdopinguje. Natomiast odpowiednie, czyli nie do uwierzenia drogie buty,  uchronią od groźnej i nieodwracalnej kontuzji, właściwe ubranie od przeziębienia, a odpowiednie odżywianie – od opadnięcia z sił. Nie mówiąc już o skomplikowanych rytuałach czyszczenia i masowania, które mają spowodować, że staniemy na nogi i będziemy gotowi na następny dzień.image

W skrócie sytuacja wygląda tak, że co prawda triathlon jest zdrowy, ale prócz tych specjalnych butów, których nie mam, roweru, pianki, oddychającego stroju, ze skarpetkami dałam sobie spokój, muszę jeść specjalne posiłki, jeśli nie chcę się autozjeść a do tego powinnam startować w zawodach, w których nie wiadomo co mnie spotka. I nie piszę tego absolutnie po to, by żartować z triathlonistów.

image

Choć i tak wydaję mi się, że kupujemy z Michałem tylko najpotrzebniejsze rzeczy, zrezygnowaliśmy już niemal ze wszystkiego: z wypadów na miasto, z wakacyjnych wyjazdów, do kina wpadamy tylko na bardzo dobre filmy takie polecone przez przyjaciół. Wszystkie zbędne przedmioty, sprzedaliśmy na Allegro. Wiedziemy życie odpowiednie dla staruszków z balkonikiem. Wygląda na to, że przynajmniej umrzemy zdrowsi(!) 😉

Osobiście w ramach oszczędności i cięć budżetowych obcięłam znacznie fundusze na pielęgnację ciała, aby wydobyć,  a raczej podkreślić aspekty duchowe :). Postanowiłam nawet skorzystać z porad  fachowców- zrób sobie dużo list. Listę rzeczy do kupienia w sklepie, która spowoduje, że oszczędzisz na niepotrzebnych wydatkach, i zaplanuj życie na cały tydzień.
image

Na papierze to wygląda wspaniale. Zaplanowałam sobie na jutro solę w pesto, a na wtorek nadziewane papryki oraz kuskus. Niestety, w sklepie nie było soli, był za to niezaplanowany łosoś. Nie było też kuskusu…

Z powyższej analizy wnioski nasuwają się same…Istnieje sposób na zarobienie wielkich pieniędzy, a jedynym działaniem antykryzysowym jest obcięcie wydatków na męża(!)

Po co mu samochód z taką wielką pojemnością? Możemy wspólnie jeździć jednym autem. Koniec z prezentami dla ukochanego. Żadnych zegarków, nowych krawatów… Koniec z takim rozpieszczaniem drobiazgami. Koniec z gadżeciarstwem. Po co dorosłemu facetowi telefon i gry, którymi bawią się zerówkowicze? Po co abonament do siłowni? Nie widział filmu Rocky? Brzuszki można ćwiczyć, wisząc na darmowym drzewie w parku pod domem. Dla zdrowia mężczyzny to tylko lepiej 🙂 I choć nie rozmawiałam o tym jeszcze z Michałemuważam mój pomysł za coś ładnego i dobitny dowód na to, że istnieją rzeczy fajniejsze niż te wszystkie nowe samochody i ogólnie nowe rzeczy do kupienia, czyli ta cała miazga rzeczywistości, przytłaczająca i beznadziejna.

Wezmę sprawy w swoje ręce i spróbuję za jakiś czas napisać jak mi poszło 🙂

Wysoki poziom radości.

Na obozie byłam raz. W wieku 8 lat- nie wiem czy to dobrze świadczy o moich rodzicach. W roli deptaka ścieżka nad jezioro, w roli stadionu klepisko z słupkami markującymi bramki, w roli zrównoważonej diety chleb z dżemem i krówki ciągutki. W baraku spało 40 dziewcząt, niczym w szpitalu polowym. Obok, w murowańcu mieszkali chłopaki. W nocy atakowali nas szyszkami niczym partyzanci uzbrojeni w granaty. Z „kłodami” rzucanymi pod nogi uczyłam się samodzielności. Odpowiedzialność była zbiorowa. Z tego powodu wszyscy ponosiliśmy kary – w środku nocy w piżamach kazano nam biegać 50 razy wokół boiska  albo na kilkanaście minut zastygać bez ruchu w pozycji krzesełka pod ścianą. Aby uniknąć śmierci  szybko nauczyłam się do czego służy prezerwatywa.  Jak napełnić gumkę wodą , zrobić z niej balonik , a następnie z hukiem rozbić go nad głową kolegi. Choć  wtedy w Polsce  nie stosowano wychowania seksualnego, to wystarczył jeden pobyt na obozie i wszystko wiedziałam – przynajmniej teoretycznie ;). Codziennie srogi trener pływania, z owłosionymi plecami i w obcisłych kąpielówkach w kratę płynął łódką, a my za nim ledwo przebieraliśmy nogami. O zabawie  w wodzie  albo obijaniu się po kątach nie było mowy. Chwila nieuwagi i skończyłabym jak Ofelia. O okularkach  nawet nie marzyliśmy…

Po tej obozowej treserce  mój klub pływacki upadł a czar pływania nieco osłabł. W liceum nie było żadnych rozgrywek. Wprost przeciwnie, dziewczęta walczyły głównie o zwolnienie z W_F-u.

I o zgrozo(!) po tych wszystkich latach znów jadę na obóz, gdzie za własne pieniądze poczuję się jak stara babcia  na rehabilitacji  korzonków w Konstancinie! Co jednak począć, gdy w czasach kultu ciała, pracę fizyczną ceni się wyżej niż umysłową…

Szklarska Poręba
Dzień 1

Trening pływacki zaczynaliśmy, kiedy cały hotel pogrążony był jeszcze we śnie, a księżyc rozświetlał gwieździste niebo nad górami. Wschód słońca wita nas w wodzie, a widok z okien oszałamia urodą. Nic dziwnego. Bornit to najwyżej położony hotel w Szklarskiej Porębie, a z pływalni i niemal każdego apartamentu, rozciąga się rozległa panorama na otaczające go Karkonosze. Nad krajobrazem dominuje Szrenica. Otulona drzewami zmienia swe kolory w zależności od pory roku.  Jesienią staje się rudo-brązowa za sprawą lasów, pełnych buków i starych  świerków. Tuż pod jej zboczem rozłożyły się dziesiątki czerwonych dachów Szklarskiej Poręby.

Miedzy zajęciami śniadanie i chwila relaksu na tarasie…

image

Następnie trening crossowy po lesie z elementami techniki, rozciąganiem i o dziwo biegu na orientację ;). Słońce przygrzewa coraz mocniej promienie przenikają między pnie drzew. Świerki, sosny roztaczają intensywny zapach żywicy. Dochodzę do wniosku, że najpiękniejsza jesień jest w górach! Wtedy gdy rosnące na zboczach drzewa zaczynają mienić się niezliczonymi odcieniami żółci, brązów, pomarańczy. Takie widoki w ciepłych promieniach słońca zapamiętuje się na długo.

image

Po lunchu czas na rower. Z miejsca w którym mieszkamy niedaleko do granicy z Czechami gdzie Izery spotykają się z Karkonoszami. Powoli wdrapujemy się coraz wyżej i wyżej w kierunku Jakuszyc, szybko mijamy polanę i zjeżdżamy do Harrachova,  aby znów rozpocząć mozolną wspinaczkę w górę. Nagle naszym oczom  ukazuje się jedno z najpiękniejszych miejsc, leżące w samym sercu  Gór Izerskich. Drewniane chaty Jizerki to najwyżej (862 m n.p.m) położona osada na terenie Czech. W drodze powrotnej czeka nas kilka wymagających, szybkich zjazdów. Zimno atakuje bardzo dotkliwie, ale wokół tak pięknie. Rudo-brązowe lasy wyglądają jak dekoracja teatralna. Nikt z nas nie ma wątpliwości – to rowerowe eldorado!

Wieczorem po obfitej kolacji jedni leczą obolałe mięśnie w saunie, inni popijają złocisty trunek odpoczywając w hotelowym barze. Nikomu nie przychodzą do głowy imprezki. Sami przykładni rodzice, synowie i córki ;).

Dzień 2

To już 3 zajęcia basenowe w ciągu ostatnich 3 dni. Uff nie ma lekko… Po obfitym śniadaniu i chwili odpoczynku, pokaźnym peletonem przemierzamy drogę do Świeradowa Zdroju. Szybkość, tęczowy blask przemykających koszulek, szelest kół przypominający buczenie w pszczelim ulu oczarowuje mnie po raz kolejny. Jesienią jest tu najspokojniej. Zakręt śmierci z widokiem zapierającym dech w piersi . Doskonale gładki asfalt, a potem gorąca kawa na hotelowym tarasie. Październik to czas wprowadzenia do treningu. Dla kogoś takiego jak ja oznacza to konsekwentne spowolnienie kroku. Koniec biegu na maksa przy którym pieką płuca . Koniec ze ściganiem się na podjazdach gór wokół Szklarskiej Poręby. Przy biegu i na rowerze tętno nigdy nie powinno przekroczyć dolnych stref. I tak każdego dnia. Trener kilka razy powtarzał, że do odnowy potrzeba wielkiej dyscypliny. Tutaj zrozumiałam co miał na myśli 🙂

image

Ostatnim elementem zgrupowania miał być marszobieg. Hotel Bornit leży tylko kilka kilometrów od schroniska na Szrenicy i chyba właśnie dlatego to miejsce stało się naszym treningowym celem. Szrenica zazwyczaj chowa się za woalką chmur tym razem jednak nic nie ograniczało widoczności.  W schronisku czekały na nas drewniane stoły, domowe jedzenie i rozgrzewające „herbaty”. Wniosek nasuwa się jeden po mozolnej wspinaczce i osiągnięciu szczytu poziom radości okazuje się wprost proporcjonalny do pokonanej wysokości. Pokochałam to!

image

Z tego obozu nie przywiozłam wszy ani traumatycznych wspomnień a radość z uprawiania triathlonu w barwach GT RAT wcale nie prysła. Każdy mężczyzna mógł poczuć się tu co najmniej jak Raelert albo Macca. Kobiety weszły w skórę Chrissie Wellington. Pojęłam, że cierpiąc katusze można marzyć o zimnym żywcu w zmrożonym kuflu. Zrozumiałam,  że łóżko jest najważniejsze. Los rzucił mnie wewnątrz szczęśliwej konstelacji wybitnych ludzi, do których o każdej porze dnia mogę zwrócić się z pytaniem czym się różni netto od brutto, na co warto iść do kina, co warto przeczytać albo podadzą przepis na ciasto z fasoli … Wszyscy oni są genialni, a ja niczym wampirka żywię się ich energią :).

Do zobaczenia na kolejnym obozie 😉

Foto:
Michał Kuczyński

Triathloniści są z innej planety

Od pewnego czasu zauważam, że przyjaciele się ode mnie odsuwają. Zachodzę w głowę w czym rzecz, ale nikt nie chce mi nic powiedzieć.

Sprawa intrygowała mnie coraz bardziej, aż zaczęłam prowadzić notatki. Może rzucą nowe światło na całą sprawę.

Poniedziałek

„Już chyba z pół roku się nie widziałyśmy, podobno skończyliście remont mieszkania“, rozmawiam przez telefon komórkowy jednocześnie nerwowo wertując półki  w poszukiwaniu ciuchów na rower. „No właśnie, to skandal, musimy się spotkać, zjeść kolację u nas albo u was, tylko kiedy?“, odpowiada moja bliska przyjaciółka. Po czym wyliczam: „Jutro muszę jechać na salę, w środę na siłownie, w czwartek po pracy mam basen, w piątek też nie skończymy przed 22….“ Wyszło na to, że najbliższy termin, w którym i ja i ona możemy się na spokojnie spotkać jest za cztery tygodnie. Zapisałyśmy się w kalendarzykach telefonicznych.

Wtorek

 „Świetną komedię grają w weekend,” dzwoni szwagier i namawia nas na teatr. My drętwi jak kołki w płocie – w niedzielę mamy zawody i nie chcemy zbyt długo siedzieć. Grzecznie odmawiam.

Środa

Znajomi zapraszają nas do siebie na grilla. Przyszliśmy jak zwykle punktualnie. Kupiłam po drodze wino, bo przecież piwem żadne z nas się nie tuczy. I to był błąd. To było „brunello di montalcino” , kosztowało 30 zł i było dobre. To znaczy tak uważałam, ale kiedy wręczyłam butelkę gospodarzowi, skrzywił się. Powiedział, że ten rodzaj brunello to wpadka i najgorszy rocznik. Powinni je wylać, a nie wciskać ludziom. Potem była kolacja. Czuliśmy się trochę dziwnie. Gospodarz wina podał trzy, a o każdym opowiadał 20 min zanim nalał. Wszystkie trzy smakowały jak brunello. Oczywiście tego mu nie powiedziałam. Wyszliśmy zanim jeszcze przyszedł ostatni gość.

Czwartek

Przyjaciele planują wakacyjne wyjazdy. W tym roku modne są oryginalne podróże. Poszukiwanie ropy w Azerbejdżanie, wyprawa szlakiem starych cerkwi w Rumunii, spanie na arafatce w Palestynie. Moje plany wakacyjne są mniej ambitne i nie sądzę, że w drodze powrotnej taszczyć będę kły mamuta.  W czerwcu spędzę uroczy weekend w  województwie kujawsko-pomorskim (Triathlon Volvo Series), następnie odwiedzę Karkonosze (Karkonoszman). W lipcu w naszym rodzimym Poznaniu, będę podziwiać triathlonowego wszechmistrza wszechczasów CHRISA McCORMACKA (dwukrotny zwycięzca Mistrzostw Świata na dystansie Ironman). Potem, jeśli wszystko pójdzie dobrze, wyskoczę na weekend do Chodzieży, a we wrześniu na mazury (Triathlon Volvo Series). W każdym z tych miejsc czekają mnie  atrakcje w stylu ½ IM.

Moja przyjaciółka z rozbrajającą złośliwością twierdzi, że nie zna drugiej takiej osoby, która na wakacje wybiera miejsca, gdzie jest jej gorzej niż w domu.

Piątek

Po południu wpadł kolega. Akurat zrobiłam paellę, zapytałam, czy z nami zje. Zgodził się, a potem długo i podejrzliwie oglądał swój talerz. Połowę składników odłożył. Następnie miał zastrzeżenie do ciasta z fasoli, które podałam na deser. Też nie znalazło jego uznania. Zrobiło mi się go żal i zapytałam, czy może ma ochotę na sałatkę z awokado…przerwał, krzywiąc się i pytając, czy mam coś normalnego do jedzenia.

Na mieście mówi się, że jestem masochistką, mam hopla na punkcie jedzenia i picia, spędzam czas na wymyślaniu najbardziej wydziwaczonych potraw, i nie znam się kompletnie na jedzeniu ani na winie. Nie mam co robić, dlatego całe dnie poświęcam na pływaniu, kolarstwie albo bieganiu, ale nie widziałam żadnej wystawy ani niczego nie czytałam. W związku z powyższym w najbliższy weekend nikt nie chce się ze mną spotkać.

…chociaż…

 może to i lepiej…  do zrobienia mam 2 długie treningi, więc pewnie na nic innego nie starczy mi sił.

Foto:

Żródło  nieznane ( internet)

III Wojna Sportowa

Ponieważ mój tata był żołnierzem, dorastałam na osiedlu wojskowym. Z dzieciakami z sąsiedztwa uwielbialiśmy salutować mundurowym zmierzającym do pracy. Zamiast dziecięcych wierszyków znałam na pamięć wszystkie piosenki żołnierskie, gdyż śpiewaliśmy je z tatą w drodze do przedszkola. Uwielbiałam serial „Czterej pancerni i pies”, interesowały mnie wszystkie parady wojskowe. Wyglądało na to, że zostanę jakimś pułkownikiem, a nie byle mięczakiem garniturowcem. Miałam taką bardzo agresywną osobowość ;).

Rodzice z obawą na to wszystko patrzyli, starając mi się ograniczyć te zabawy militarne, ale robiłam sobie pistolety z patyków i nieustannie toczyłam bitwy o panowanie nad naszą ulicą. Być może bali się, że w dorosłym życiu będę jednym z tych kibiców, którzy z meczu wracają w policyjnej ciężarówce? My natomiast, będąc dziećmi, wierzyliśmy, że urodziliśmy się bohaterami…

Dziś mimo iż nie jeżdżę hummerem po poligonie, miło wspominam szczęśliwe dzieciństwo w czasach przełomu. Nie miewam morderczych zapędów. Zazwyczaj jestem łagodna jak baranek po masażu ajurwedyjskim. Owszem, lubię trochę  rywalizacji, ale tylko w sporcie.

Niestety obecnie szkoły pełne są agresji, zawistnych kolegów, lęku, wyścig szczurów wypacza od przedszkola a sportowe zmagania  coraz bardziej przypominają  wojnę. Trenerzy zastępują w niej generałów, widownia żołnierzy, a drużyny są pancernymi dywizjami wysyłanymi na front. Tu każdy chce wygrać, a w sporcie można to osiągnąć w najmniej krwawy sposób nie przebierając w środkach.  Bo już w starożytnej Grecji na Igrzyskach Sportowych liczył się tylko najlepszy. Nie ten trzeci. Tylko ten, kto pokonał wszystkich mógł zamówić  poemat na swój temat.  Na basenie, bieżni czy na szosie lepiej i łatwiej rozstrzyga się spory niż w europejskich instytucjach czy w ONZ. I to rozstrzyga się je ostatecznie. Jakby tego było mało wojna sportowa jest niemal równie kosztowna jak zbrojenia wojskowe. Triathlonista ma przechlapane potrójnie…

Nasz Trener,  również typ wojskowy, wyznaje zasadę – im trudniej na poligonie tym łatwiej na wojnie! Wystarczy przypomnieć sobie pokrzykiwania z ostatnich zajęć „na glebę padnij!- sto pompek !– przysiad!- wyskok!…”, a już człowiek ma ochotę zdezerterować.  Śledzi nas wzrokiem zza atlasu do ćwiczeń i natychmiast poprawia źle wykonane zadania. Brakuje mu tylko takich maskujących drzewek wojskowych przyczepionych do czoła. Tu nie ma co liczyć na pochwały, raczej na regularny  krzyk– „Nie ociągaj się, zapomniałeś liczyć? Zacznij od nowa!”   Jakbyś spoglądał w otwór wymierzonej w ciebie lufy… Podczas takich treningów nie raz myślę, że gdybym była szpiegiem przetrzymywanym w Guantanamo, wyjawiłabym wszystkie ukrywane tajemnice, by choć na chwilę pozwolił mi odpocząć… Ale on brzydzi się na sama myśl o tym, że moglibyśmy skapitulować fizycznie bądź też emocjonalnie. Myślę, że winę ponosi ten dodatkowy chromosom, który mają mężczyźni.

A czego mi brakuję, żeby wygrać wyścig szczurów? Ano, rozsądku…

Szacowanie zysków i strat nigdy nie było moją mocną stroną. W moim sporcie nie zawsze liczą się medale, puchary, liczby, statystyki… Wręcz przeciwnie! Liczy się to co robisz i jak to robisz. Jak wiele serca temu oddałeś/aś i czy przypadkiem nie wybrałeś/aś drogi na skróty. Mój tata nie fundował mi musztry domowej ;).  Wierzył, że agresja rodzi się z niespełnienia, z frustracji, z braku swobody. Z desperacji. Nie z czołgów i żołnierzyków.  Rodzice nauczyli mnie  czym jest prawdziwa odwaga. I już nigdy nie przyjdzie mi do głowy, że odważny jest człowiek z pistoletem w ręku. Odważny jest ten, kto wie, że może przegrać, zanim jeszcze rozpocznie walkę , lecz mimo to zaczyna i prowadzi ją do końca bez względu na wszystko… :). Bo dla mnie chcieć, to marzyć i realizować te marzenia. Jasne, że czasem nie wychodzi. Jasne, że czasem bezgraniczne zaangażowanie przynosi równie bezgraniczny smutek i morze łez.

Ale satysfakcja, kiedy jednak coś wyjdzie. Emocje, którymi się żyje. Radość z drobiazgów. To wszystko bezcenne!!!

Dlatego niczym doświadczony wojak, muszę być  dzielna,  silna i wytrwała, nie mogę się poddać. Bo czasem trzeba sto razy przegrać, żeby w końcu coś raz wygrać. Chcę, żeby ta mała , odważna dziewczynka z zakasanymi rękawami wbrew czasom i okolicznościom w których przyszło jej żyć, nadal we mnie została 😉

Photo:
http://www.dailymail.co.uk

3 w 1 ?

Tym razem mój post pojawił się na łamach Bike Magazyn

Zapraszam do lektury 🙂

Zdjęcia: Michał „Wąski” Kuczyński