Z życia triathlonistów- jak zacząć trenować zimą cz. 1

Po nocy przychodzi dzień, po próbach odchudzenia się i zaoszczędzenia przychodzi refleksja, że to się po prostu uda, że skoro nie zrobiłam TRX przedwczoraj, obiecując sobie, że zrobię go wczoraj, a wczoraj też mi coś wypadło, tak jak i wypadnie dzisiaj, jutro zaś nie będzie lepiej – zima to czas nauki. Koncertowo więc obrywam po tyłku…

Poniedziałek

Wolny!  …ale głównie chce  mi się spać, jeść albo pić. Nic poza tym.

Wtorek

Trener zarządził Fartlek,  w wolnym tłumaczeniu “zabawę prędkością”. Znam bardzo dobrze definicję zabawy, ale nijak nie pasuje mi to do tego o czym czytam w swoim planie treningowym,  tutaj okazuje się, że w fartlek-u trzeba wykonać kilka mocnych akcentów biegowych, najlepiej w terenie, najlepiej pofałdowanym, a “odpoczynek” powinien być tylko zwolnieniem. Oczywiście im bardziej zwolnię tym lepiej wypocznę. Ale tu nie chodzi o zupełne zwolnienie… Biegnę sobie więc do Lasku Osobowickiego. Liście są piękne. Czerwone, żółte, brązowe… czy mogę wziąć kilka do wazonu(?) Po kwadransie widzę, że robią się jakieś – sine.  Do domu czołgam się resztkami sił. Ale przynajmniej wiem, w co gramy. Trener pyta, czy obciążenie nie było zbyt duże. Zapewniam go, że to wszystko wcale nie jest męczące. Pewnych spraw lepiej nie tłumaczyć.

Wieczorem siłownia. Nie boję się nieznanych maszyn. Mam swojego Trenera, który sprawdzi, jak sobie radzę i zaproponuje program ćwiczeń. Bardzo się cieszy, kiedy uda mi się wykonać jakieś ćwiczenie, więc ja też się cieszę. Na jednej z maszyn ustawił mi 10 kilo obciążenia. Obruszyłam się, tyle to ważą zakupy w supermarkecie. Po 30 podniesieniach właściwie uważam, że 10 kilo to jest coś, choć nadal nie lubię myśleć o sobie jako o kimś, kto podnosi kilka razy zakupy. Wolę widzieć się jako kogoś, kto podniósł 300 kilo.

Na szczęście na innych maszynach daję radę podnieść 20 kilo i to brzmi lepiej.

Środa

Wszystko mnie boli. Mam miliony mięśni, o których nie wiedziałam. Tymczasem dostaję od Trenera nowe zadania do wykonania na rowerze MTB – całe sześć linijek drobnym maczkiem. Po kilku minutach udaje mi się je jakoś zapamiętać. Na dworze mróz. Jadę zgodnie z planem. Powietrze ma kolce, wiatr wymierza policzki.  Po dwóch godzinach tracę czucie w stopach. W drodze powrotnej zapominam o rozpisce tylko rozważam kupno specjalnych butów rowerowych na zimę. Potem w domu usiłuję wytłumaczyć Michałowi, czemu ich cena jest specjalna, ale nie przekonuję nawet siebie.
Chyba jakoś się przemęczę.

Wieczorem pływanie. Daję się wyprzedzać…

Cdn. 😉

3 w 1 ?

Tym razem mój post pojawił się na łamach Bike Magazyn

Zapraszam do lektury 🙂

Zdjęcia: Michał „Wąski” Kuczyński

Kiepski ze mnie Indianin

 Jako dziecko uwielbiałam zabawy w Indian. Nie było w ogóle mowy o lalkach czy rysowaniu księżniczek. Byłam takim chłopczykiem w damskim ciele. To się jeszcze nasiliło, gdy zaczęłam się poważnie interesować sportem, piłką nożną, chodzeniem po drzewach, szalałam na łyżwach i rowerze. W pewnym momencie żonglowanie piłką super mi szło, ale okazało się, że do drużyny przyjmują tylko chłopców. W tamtych czasach nie było jeszcze damskich. Dramat straszny…

Zresztą… gdybym teraz miała wybór, pewnie nadal bym wolała…

A tak, nie mam WIELKICH, SILNYCH RAMION ani łydek niczym pnie drzew…

Ale zacznijmy od początku…

Uffff…. Co to był za miesiąc…! 

12(!) jednostek treningowych w tygodniu z jednym małym wyjątkiem w postaci Święta Niepodległości, praca, brak snu… I dalej tylko ciężej… Ale cóż, nie mogę narzekać. W końcu robię to co lubię, więc sama jestem sobie winna. Może to potrzebne, żeby rywal nie rozklepał mnie na kotlet schabowy w ciągu paru minut.

Jednak duma nie rozpiera… bo mimo iż dałam radę przez to wszystko przebrnąć, odkryłam nowe limity jakie wyznaczył mi mój organizm. Zaczęło się w październiku od próby na czas w pływaniu i bieganiu, by mieć jakiś punkt odniesienia na przyszłość. Cóż… prawda nie zawsze potrzebna mi do życia… Tylko o ile bieganie to nic nowego, również z moim pływaniem nie działo się dobrze. Miałam poważne zastrzeżenia co do siły ramion i od czasu zakończenia sezonu moje wyniki w basenie jeszcze się pogorszyły. 

A ponieważ silny tułów i ramiona dają pęd zmęczonym nogom, dlatego jesteśmy z Trenerem zagorzałymi zwolennikami stosowania ukierunkowanych ćwiczeń siłowo-wytrzymałościowych. Taki trening ma zupełnie inny charakter niż dźwiganie ciężarów z myślą posiadania budowy Pudziana.

image

Mi na samą myśl o siłowni przychodzi do głowy wielki pojemnik z serwatką w sklepie z odżywkami, mający na pudełku napakowanego kulturystę z głową, która jakby miała mu eksplodować. O dreszcz przyprawia mnie widok osiłków z wielkimi bicepsami rozrywającymi koszulki, posturą w trójkąt, czyli na górze duże silne ramiona i karczek, a w dole cienkie łydki. Jak mawia mój kolega architekt „Wielki i silny kark podtrzymywać będzie pustą główkę.”

image

Nasza siłownia mieści się na poddaszu, stare drewniane krokwie nadają jej swojski charakter. W środku została wydzielona strefa wolnych ciężarów, strefa urządzeń stacjonarnych oraz strefa cardio. Jest też pokój zabaw dla dzieci. Nie ma tu osiłków. Pewien szczupły młodzieniec na drążku podciąga się chyba z 50 razy. Kiedyś miałam zamontowany drążek w mieszkaniu, ale głównie suszyłam na nim ręczniki. Oczywiście jak w każdej siłowni sztanga jest najbardziej obleganym przyrządem, ale my wykorzystujemy pustą salę boksu i kattlebelle na ujędrnianie udek, i powiększanie karku.

image

Od razu po wejściu na siłownię dopadł mnie Trener i stwierdził: „Dołożę Ci jeszcze 2 kg na ręce “. Zaprezentował te nowe ćwiczenia, po czym stał nade mną i liczył. Już po drugiej serii myślałam, że ramiona mi wypadną z obojczyków. A w ramach odpoczynku kazał nam dźwigać wielką oponę od tira. Trzęsąc się jak galareta, wyglądałam jak stara baba z kanką mleka. Trener stał i patrzył na mnie z uśmiechem. Z jakiś względów pozwolił mi się zmordować do upadłego. Ze wstydu miałam ochotę włożyć sobie torbę na głowę bo nie muszę pisać, że szło mi najgorzej …

Wracając do domu zastanawiam się, tyle mówi się o zaletach bezstresowego wychowania, czy nie moglibyśmy od czasu do czasu, paść ofiarą łagodności Trenera? Choć z drugiej strony, patrząc na naszych piłkarzy mam wrażenie, że od wielu lat główną metodą treningową w polskich klubach jest głaskanie… Może na litość w sporcie nie ma co liczyć? Czy my sami na co dzień nie pobłażamy sobie za wiele- rozpuszczeni przez babcie, ciocie, nauczycieli? Trudno uzyskać wielki wynik w sporcie, jeśli jego uprawianie traktuje się jako hobby. Porażka musi być klęską, a wygrana —triumfem! 😉

Ostatecznie wyciągnęliśmy z Trenerem wnioski z tej bolącej lekcji – dodatkowe jednostki treningowe z myślą o zwiększeniu siły moich wątłych kobiecych ramion.

Nie dość, że rzeź niewiniątek jest w ogóle możliwa…to jeszcze może być pożyteczna…

Pójdę odpocząć. 

Foto.
Michał Kuczyński

Uroki sal gimnastycznych

Przygotowując się do IM nie mogliśmy sobie na to pozwolić, ale gdy tylko nadarzyła się okazja nie zastanawialiśmy się ani przez chwilę…

Do tej pory sale gimnastyczne, ze skrzypiącą klepką, przywodziły mi na myśl lata dziewięćdziesiąte. W mojej podstawówce, kilka razy w roku, stanowiły taneczny parkiet szkolnych dyskotek. Ubrania i torebki wieszało się na drabinkach do ćwiczeń. Pod ścianami stały ławeczki, na których siadywaliśmy po odtańczeniu morderczych twistów czy innych pląsów. Szczęśliwcy gasili pragnienie oranżadą, a nie jakimś izotonikiem. Aż tu nagle bęc, trzęsienie ziemi…

 

W XXI wieku zamiast podskakiwać z rękoma wyprostowanymi wzdłuż tułowia w rytm wspaniałych przebojów Lady Pank czy Perfekt, przeskakujemy przez rząd ławeczek w rytm regularnych krzyków trenera. „Nie ociągać się, dać z siebie wszystko! Dla odpoczynku 5 pompek!!!” – twardziel typu „żadnych jeńców” szczerzy kły i udaje, że rzucanie się na ziemię, robienie pompek, ćwiczenia przy drabinkach, przeskoki przez skrzynie, pilates i rozciąganie to nie żaden trening, tylko zabawa po pachy… Swojski chłopak, typ wojskowy. Po godzinie i 155(!) odpoczynkowych pompkach, serce wali mi jak młotem, ręce zdrętwiały, a kolana odmówiły posłuszeństwa. Ledwo dotarłam do domu i nawet gdyby sama Królowa Elżbieta podała mi pieczeń jagnięcą, zobaczyłaby wyraz tetmajerowskiego znużenia na mojej twarzy.

Ludzie mówią, że triathlon to sport zdrowy, rozwijający wszystkie partie mięśni, zapewniający spokój i relaks! Jęknę tylko – jedno jest pewne, po tylu gimnastycznych piruetach mogę spać spokojnie, nie martwiąc się o kontuzje mimo, iż listopad obfitował w całą masą jednostek treningowych

P.S. Czy wymyślono jakieś motywujące urządzenie? Prócz pejcza?… Grupa! :).