Żądło Szerszenia-sprawdzian nr 2

7 maja 2013

Za wszystkie miłe słowa i energię kciukową DZIĘKUJĘ PO STOKROĆ !

Telepka i drżenie rąk przed zaśnięciem towarzyszyły mi na kilka dni przed startem. Nie pamiętam, abym przed jakimkolwiek innym wyścigiem tak się martwiła… Przecież 75 km to betka w porównaniu z IM. W dodatku okolice Trzebnicy są mi doskonale znane i przywołują wiele radosnych wspomnień… Śmiem twierdzić, że jeśli kochasz rower, trudno o lepsze miejsce do treningów niż góry Kocie. Tak naprawdę wszystko robiliśmy z myślą o wyścigach, powinnam zatem je kochać…

Na domiar złego zakwalifikowano mnie do 13 grupy, co jak niektórzy uważają przynosi pecha. Musicie wiedzieć, że w Żądle Szerszenia to, z kim trafisz do grupy, jest najważniejsze. Jeśli uda Ci się zakwalifikować do grupy z mocnymi kolarzami istnieje szansa, że przy dobrej współpracy osiągniesz znakomity wynik, lecz jeśli będziesz miał pecha skazany jesteś na samotną jazdę na czas. Niestety nie masz na to wpływu, gdyż wszystko podlega losowaniu. Bardzo chciałam, żeby los mnie jednak oszczędził i ów przesąd w moim wypadku się nie sprawdził

Już po wyjeździe z Trzebnicy mój mały peleton podzielił się na dwie grupki, a ja przyłączyłam się do tej szybszej ( ja po prostu tak mam, na treningach zawsze idę pełnym gazem goniąc Trenera i Michała, choć po kilkudziesięciu metrach nie będąc dość dobra, zwykle odpadam i większość drogi przejeżdżam sama, ale nie chcę się poddać ). Z całych sił chciałam utrzymać ich tempo. A jak fantazja Oli, to wiadomo – z grubej rury. Jak mam paść to padnę. Pierwsze kilometry jechało się wyśmienicie, dawałam krótkie zmiany, a potem zaczęły się kredki przed oczyma. Chwilami nogi piekły okropnie. Obrażone! Tymczasem chłopaki pędzili jak rakiety. Ze strachem sięgałam po bidon, nie mówiąc już o bardziej skomplikowanej czynności – odpakowaniu żelu. Za to z łatwością przychodziło mi połykanie różnych robaków. Mniej więcej w połowie wyścigu zawiesił mi się zegarek. Nie miałam pojęcia ile kilometrów zostało do końca, ani jaki mamy czas. Co prawda podczas zawodów nie zwracam na to większej uwagi, a wtedy trochę mnie to ucieszyło. Od tej pory głównym wyznacznikiem stały się dla mnie mijane krajobrazy i grupki kolarzy. Więc jechałam jak to ja – z fantazją

Tu baaaardzo dziękuję chłopakom (nieznanym kolarzom), którzy postanowili, iż cały dystans pokonają wraz ze mną. Chronili od wiatru, dopingowali i, co najważniejsze, nie użyli moczu w charakterze broni za co jestem im ogromnie wdzięczna (kto czytał książkę Chrissie Wellington „Bez ograniczeń”, ten wie co mam na myśli).

Po przekroczeniu linii mety nie mogłam uwierzyć własnym uszom. 1:51: 37??? To nie mogła być prawda. Co prawda chciałam pokonać kilku mężczyzn, ale rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Byłam wykończona, ale i zdumiona własnym osiągnięciem – tego nie było w planach…

Nawet Trener w trakcie rozmowy telefonicznej wydawał się zadowolony, choć założę się, że w równym stopniu z siebie, co ze mnie . W końcu sukces zawodnika jest też sukcesem trenera …ależ jestem mu wdzięczna, że nie kazał mi potem biegać .

Następnego dnia gdzieś w okolicach południa, rozłożona na kanapie, pochłaniałam michę domowych lodów owocowych i zastanawiałam się, czy jakikolwiek kolejny dzień przebije ten wczorajszy. Gdyby nie moja chęć nauczenia się jako staruszka po trzydziestce jakiegoś nowego sportu, nigdy by do tego nie doszło. I przypomniały mi się słowa Chrissie Wellington

„Widziane z oddali granice i przeszkody znikają, jeśli spróbuje się je pokonać.”

To niby takie odmładzające!

P. S. …swoją drogą nadal uważam, że Ewa mogła pojawić się pierwsza, a mężczyźni, którzy pisali Biblię, zmienili ten fakt w ostatniej chwili, żeby to oni mogli być pierwsi 

Trudna miłość…

26 kwietnia 2013

„Pary muszą mieć wspólne pasje, inaczej ich drogi się rozchodzą” – przeczytałam niedawno w jednej z gazet. Oczywiście przyznaję, nikt mnie tak nie rozumie jak Michał. Mamy takie same aspiracje. Spać chodzimy o tej samej porze, jemy to samo. Mamy system taki bardziej jak rolnik. Wschodzi słońce, idziemy w pole do roboty, zachodzi – zbieramy się do odpoczynku. Romantyczne rozmowy przy kolacji dotyczą głównie kadencji, przewyższeń, okresu jazdy na progu, poniżej progu, powyżej progu, co cieszy mnie po uszy. Świetnie dograliśmy się także treningami. Bardzo dużo razem jeździmy- choć dla Michała jest to raczej rozgrzewka. Wystarczy, że choć trochę przyłoży się do pedałowania, by wyrwać do przodu niczym pocisk, wywołując u mnie chwilową frustrację, bo nadrobienie przewagi kosztuje mnie mnóstwo wysiłku. Z czasem zaczęłam nawet oceniać swoją kondycję na podstawie przewagi, jaką Michał zyskiwał względem mnie.

Tak więc wiele strasznych scenariuszy, które nękały mnie zanim zdecydowałam się na udział w projekcie, nie ziściło się – nie straciłam pracy, nie mam w pracy gorszych wyników, pod względem organizacyjnym też nie jest już najgorzej, ponadto sport nie sprawił, że jestem głupsza niż byłam.

Część moich lęków się nie sprawdziła, ale obawy dotyczące negatywnej strony uprawiania sportu przez obojga partnerów pozostały… Chciałabym przybliżyć Wam kilka z nich. Otóż po pierwsze energię emocjonalną, którą kierowaliśmy na siebie teraz w ogromnej większości kierujemy na triathlon. A ponieważ obojgu nam doszedł dodatkowy obowiązek w postaci treningów, więc przed zaśnięciem, kiedy to zamiast myśleć o niczym i zatapiać się w pachnącą proszkiem pościel, przypominamy sobie nagle o stu niezrobionych jeszcze rzeczach, ciężkich spotkaniach, niespłaconym kredycie, niezreperowanym aucie, zgubionych kluczach, niepodlanych kwiatkach. Po drugie stan wyczerpania towarzyszy nam na co dzień, więc nie zdziwię chyba nikogo pisząc, że na piruety kanapowe „z poprzedniego wcielenia” po prostu brakuje sił;). Tu na szczęście na ratunek przyszedł nam Trener, wprowadzając do planu treningowego dni wolne… 😉

Także romantyczne rozmowy zostały ucięte do minimum, gdyż po treningu i kilku godzinach pracy tak się nadajemy do rozmowy jak maratończyk po dobiegnięciu na metę. Nie stanowi to jednak zbyt dużego problemu. Przecież prawdziwa bliskość nie polega na paplaniu. I tak nie wszystko można wyrazić w słowach.

Cóż chyba nie warto się buntować.

Ostatecznie przecież najcenniejsza wydaje się wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety… i nie dość, że przytulam bliską mi osobę to jeszcze uczestnika wyścigu. Dzielenie z kimś szczęścia jest wyjątkowym zwycięstwem. Takich momentów się po prostu nie zapomina:).

Mój Poznań- sprawdzian nr 1

13 kwietnia 2013

W życiu czasem tak jest, że jeśli się na coś bardzo czeka, planuje, a ta rzecz się nie uda, to potem rozczarowanie jest podwójne . Czekałam na wiosnę. Z wielkim utęsknieniem wypatrując każdego jej zwiastunu. Bo wiosna to czas startów! I jak mówi nasza znajoma Pani Doktor to czas kiedy przestajesz być „biegaczem horyzontalnym”, czyli kimś kto człapie po horyzont licząc płyty chodnikowe, a zaczynasz się ścigać;). Nie ma jednak co ukrywać, codzienna praca i unikanie remontów sprawiło, że trochę się zdrowotnie posypałam. Jeszcze na tydzień przed startem truchtanie było szczytem marzeń. Wściekałam się okrutnie, ale udało się! W niedzielę głowa spisała się rewelacyjnie. Dużo lepiej niż jej nogi podawały .

Startowaliśmy z marszu (czyli z pełnych obciążeń treningowych). Bieganie to franca obnażająca moje triathlonowe beztalencie jak żaden inny trening. Sapanie słychać w promieniu kilometra. Ale jak ma się motywację i trenera na granicy sadysty, który regularnie na mnie krzyczy bieganie trzeba polubić;). Nie zastanawiasz się. Stajesz na starcie, dajesz z siebie wszystko, zdychasz na mecie i za chwilę już marzysz o kolejnym;)!

Trasa wokół Malty przypominała schody w moskiewskim metrze w godzinach szczytu:). Swoją drogą poznaniacy są jacyś dziwni… Już po raz szósty nie skarżą się, że przez kilka godzin jakieś autobusy zmienią kurs albo most będzie zamknięty, że na rower trzeba będzie się przesiąść… Dają przykład, dobrze wiedząc jak wielki to zaszczyt, dobrodziejstwo, szansa i reklama dla miasta. A jakież emocje, jakież przeżycia, wspólne celebrowanie sportu! To miłe, motywujące i budujące.

We Wrocławiu pomysł, by przesiąść się na rower przerasta możliwości kierowców, o czym świadczą coroczne protesty podczas maratonu. We wrześniu aura nie sprzyja. Trzeba by było jechać w pelerynie-tysiące Holendrów, Niemców, Francuzów daje sobie z tym radę, czemu nie my. Pewnie w gronie startujących, większość znalazłaby swoich znajomych, przyjaciół, rodzinę. Może warto wtedy wyłączyć telewizor, wyjść na trasę i cieszyć się ich świętem. Uwierzcie mi, wsparcie kibiców jest bezcenne.

Powiem więcej to WIELKI WSTYD, że do tej pory stolica Dolnego Śląska nie miała prawdziwego półmaratonu, a w momencie gdy jest on organizowany (będzie miał miejsce w noc świętojańską) wprowadzono limit miejsc.

Sport amatorski, gdzie liczy się uśmiech, medal dla każdego, stał się częścią kultury bogatszych i bogacących się społeczeństw, do których stopniowo dołączamy potwierdzając to również rosnącą frekwencją biegaczy. Wciąż jednak chyba brak nam spontaniczności i zaangażowania dosłownie wszystkich-władz miasta, kibiców- tak aby we wspomnieniu biegacza o weekendowej przygodzie we Wrocławiu pozostał widok roześmianych twarzy jego mieszkańców.

P.S. A tymczasem jeszcze donoszę, że moja nowa życiówka została poprawiona o 24 minuty, o 8 sekund pokonałam Iwonę Guzowską;)! Może jak się już wszystko ładnie wygoi…:)

no proszę… sama się zmotywowałam tym pisaniem. Chyba muszę się częściej odzywać

Le maillot jaune :)

1 kwietnia 2013

Pewien pisarz stwierdził, że nigdy nie czuł się szczęśliwszy niż podczas pracy nad swoją pierwszą powieścią…która okazała się słaba, że nikomu nigdy nie pokazał jej rękopisu. Powiedział że prawdziwą radością było dla niego to, że podczas tych sesji zatrzymywał się czas, wiec mógł nauczyć się czegoś o sobie i o swoim warsztacie. Jeżdżąc wśród pokrytych śniegiem Wzgórz Trzebnickich – jeżdżąc, nie ścigając się –zrozumiałam co ów pisarz miał na myśli…

Otóż świat zdaje się przekazywać mi od kilkunastu lat, że zna receptę na moje życie. Że zna lepiej kierunek i tempo, w jakim mam zdążać i stara się namówić Nas wszystkich do utrzymywania jego zawrotnego tempa. Zanim zgasną znicze zapalone w Dzień Wszystkich Świętych, już w mieście stawiają choinki. W październiku trzeba myśleć o sylwestrze, a jak tylko ucichną strzelające korki od szampana, namawiają do Walentynek. Następnie do Wielkanocy… Nawet za pogodą ciężko nadążyć. Rzeczywistość jest tak konstruowana, że nie pozwala nam się na to, by cieszyć się chwilą, zamiast tego mamy wciąż gnać do przodu. Taki syndrom naszych czasów. Zimą myślimy o wakacjach, latem o feriach zimowych. I pomyśleć, że kiedyś rytm życia wyznaczała Niedzielna Suma.

Dlatego, aby zestrzelić wszystkie nasze lęki trzeba postawić na sport! Im bardziej ekstremalny tym lepiej;). I bynajmniej nie chodzi mi o rywalizację z innymi, ale o wytrwałość, dyscyplinę, organizację, kondycję, walkę z czasem i samym sobą. Sport barykaduje przed zbyt dużą falą bodźców. Dlatego postanowiłam jeśli dożyję sędziwego wieku, na pewno będę coś ćwiczyć na wózku inwalidzkim, albo ze sztucznym biodrem, by dać radę pod górę. Lepszy trening na świeżym powietrzu niż garb a’la Dzwonnik z Notre Dame czy spojrzenie „zombie“ znad gier na playstation.

A jeśli nawet nie pojadę za żółtą koszulką lidera, tylko zboczę z trasy, może nie zabłądzę…

Zabieganych Świat Państwu życzę

LĘKI i SZEPTY

22 marca 2013

Sezon przygotowawczy rozpoczął się w listopadzie… Od tej pory dni znikały jak dobre tosty z szynką na studenckiej biesiadzie. Za nami pięć miesięcy gonienia po lodzie, śniegu, zaspach i błocie. Pięć miesięcy pedałowania w miejscu w małej salce pełnej luster. Pięć miesięcy liczenia kafli w basenie. Pięć miesięcy walczenia z plagą kontuzji, przeciążeń i bólu. Pięć miesięcy kropelek potu kapiących z czubka nosa. Pięć miesięcy doprowadzania Trenera do szewskiej pasji Pięć miesięcy bardzo ciężkiej pracy po prostu. Kanapa zerka na mnie zalotnie, a jako, że nie jestem nieczuła na jej urok, sadowię się wygodnie. Ledwo już włóczę nogami Zima jest jak lepienie w glinie…

Początek wiosny to ostatni moment na poprawki. To taki przednówek, już zapasy energii się kończą, a na owoce trzeba jeszcze trochę poczekać. Staraliśmy się bardzo. Po miesiącach przyjemnego katowania przychodzi pora sprawdzić, na co tak naprawdę będzie nas stać na trasie. Czy mamy dość siły, by podjąć próbę zrobienia czegoś, o czym sami nie wiemy, czy zdołamy to osiągnąć? Na ile dobrze przygotowaliśmy organizm do walki z innymi lub z samym sobą.

Trudno odpowiedzieć …

Forma to dla mnie, jeden z bardziej tajemniczych i zmiennych elementów w sporcie. Nikt nie chce tylko „być w formie”, lecz próbuje „być w szczytowej formie”. Wyobrażam sobie, że to tak, jak podczas przekraczania pokrytej lodem górskiej grani, choć nawet nie mam pewności gdzie owa grań się zaczyna. Forma dotyczy trudnego do uchwycenia momentu, gdy wszystkie systemy pracują z optymalną wydajnością. Jest to możliwe dzięki superkompensacji, fizjologicznej skłonności obciążania organizmu do ochrony siebie poprzez maksymalne wzmocnienie się…ale tylko do pewnego punktu. Po przekroczeniu tego punktu- nazwijmy to obślizgłą granią – nasze ciało broni się dzięki „wyłączeniu”. Jak to możliwe aby znajdować się tak blisko krawędzi, jak to tylko możliwe, ale bez ześlizgnięcia się na druga stronę??

„Najkorzystniejsze zrównoważenie wytrzymałości mięśni, ostrości inteligencji i siły charakteru”-tak określił to francuski filozof i pisarz Roland Barthes. To właśnie ten rodzaj magicznej równowagi, gdy przestają obowiązywać prawa natury i mniej energii jakimś niepojętym cudem wytwarza więcej ruchu. Wejście na tę brzytwę, oznacza, że znajdę się w krainie fizjologicznego cudu! Każdy sportowiec chce być na tej granicy! Pragnąc niczym Ikar zobaczyć jak wysoko potrafi wzlecieć. Wchodzenie na brzytwę stanowi po części naukę , po części magie… Czujesz się niezwyciężony, wiec chcesz jeszcze więcej jeszcze dalej, do przodu-ale pewnego dnia budzisz się i już jest po wszystkim…

Wszyscy bardzo ciężko pracujemy, wszyscy już mocno w kościach czujemy ciężkie, wielomiesięczne przygotowania. Każdy marzy o sezonie życia, ale tylko nielicznym się uda. Niestety. Takie życie, taki sport – uczy przegrywania i czasem daje rozkosz zwycięstwa nad swymi słabościami.

Zatem czy ten sezon pokarze, że zrobiłam postęp? A może trzeba będzie cieszyć się z poszczególnych dobrych startów i tyle… Nie znam odpowiedzi i do kwietnia ich nie poznam. A ponieważ najlepszym sposobem na poradzenie sobie ze wszystkimi lękami jest wyjście im naprzeciw, zamiast nadmiernie koncentrować się na wyniku, pragnę skupić się na jak najlepszym wykonaniu zadania i dalej z pasją wykonywać swoje obowiązki

Reszta jest milczeniem  

Łubu, dubu…

8 marca 2013

Wróciliśmy ostatnio z morderczych czterech godzin treningu na rowerze …Pierwszego w tym roku na WOLNOŚCI! I mimo, iż mój góral poniewierał mną bez żadnej litości to… wreszcie koniec z pedałowaniem w miejscu w małej salce pełnej luster. Koniec z wpatrywaniem się w siebie sycąc narcyzm, miłość do własnych pośladków. I najważniejsze – koniec z pedałowaniem co sił w płucach w takt grzmocącej głośnej muzyki! Nie wiedząc czemu trenerzy fitnessu (jest jeden wyjątek;)) traktują decybele jak doping, nie są w stanie trenować w ciszy albo wśród odgłosów sapania, dyszenia, jęczenia, pisku rowerowych kół, etc. Biegając po lesie też zapewne dźwięki przyrody zagłuszają „muzyką“ motywacyjną dobywającą się z odtwarzaczy mp3. Muzyka w siłowni zawsze wali tak głośno, że gdy doczłapie się do domu, to wciąż dudni mi w uszach i do Michała zwracam się jak niemiecki oficer do konia. Być może nieco jędrniejsza, ale za to głucha…

Przypomina mi się gniazdo os, które zalęgło się u mojej koleżanki na działce pod Lesznem. Osy żyją i poruszają się w rojach, ich życie nie zna ciszy. Osy bzyczą bezustannie. Mam wrażenie, że i my uzależniliśmy się od muzyki i przestaliśmy tolerować ciszę. Do wszystkiego potrzebna nam ścieżka dźwiękowa, w autobusach – muzyka, w restauracji do jedzenia kotleta – muzyka, w windach – muzyka, podczas robienia zakupów – muzyka. Czy tak jak chronimy się przed dymem z papierosów i niezdrową żywnością nie powinniśmy choć kilku godzin dziennie spędzać w ciszy chroniąc się od hałasu? A może to nie ma znaczenia w czasach, gdy i tak nikt z nikim nie rozmawia?

Hałas wychowuje ludzi o tępym spojrzeniu, którzy nie słyszą własnych myśli. Głuchną na to, co mówią inni. Stają się nudni jak przysłowiowe flaki z olejem. Więc, aby ten zgiełk nie otumanił nam kompletnie zmysłów, koniecznie trzeba tak sobie organizować życie, by znaleźć czas na ciszę. Dlatego zachęcam Państwa do turystyki kontemplacyjnej – samotnych spacerów w parku, biegania po lesie, odkrywania rowerem tajemnic podmiejskich bezdroży. Wszędzie można rozmyślać, bez względu na porę roku – każda ma swój urok. Zmusza do zmniejszenia obrotów, wsłuchania się w jej dźwięki, a nie w odtwarzacz mp3.

W ten chłodny marcowy dzień zamarzyłam jedynie o zapachu kwiecistych łąk i lasu… a jeśli coś może być muzyką dla czyiś uszu to dla mnie szum śmigających po asfalcie opon brzmiał jak cała SYMFONIA BEETHOVENA .

IDZIE STAROŚĆ

23 lutego 2013

„Raczkująca” to i tak dużo powiedziane… Jam niewiniątko triathlonowe.

Mimo to, dzięki treningowi powoli oswajam się ze starością… Myślałam, że starość przychodzi w wieku późnym. Nie sądziłam, że tuż po trzydziestce to już, łudziłam się, że to będzie wokół sześćdziesiątki. A może nawet przesunie się bardzo elegancko za sprawą polityków…

Tymczasem mam wszystkie jej objawy…

Prawie nic mnie nie cieszy, nic mnie nie bawi. Ani romanse z kolegami z pracy, ani plotkowanie z koleżankami z sąsiedztwa. Ani szybka jazda samochodem. Nie chce mi się chodzić na duże imprezy. Kompletnie zdziczałam towarzysko. Nie mam czasu ani sił udzielać się. Nie bawi mnie nawet picie wódki. Za młodu człowiek lubił się od czasu do czasu sponiewierzyć i następnego dnia leżeć do 15:00 na kacu w śpiworze u przyjaciół, a przez ten cholerny sport odzwyczaiłam się od picia. To straszne – stoi naprzeciwko mnie pół litra, a ja nic, żadnych uczuć do tego pół litra nie żywię. Jest mi ta flaszka obojętna niczym miss polonia księdzu katolickiemu.

 To jeszcze nic! Nie chce mi się wstawać z łóżka… To najgorszy efekt starości. Czuje się jak po zderzeniu z 10-tonową ciężarówką. Ból coraz większy, wczepia się w mięśnie niewidzialnymi haczykami. Rozpruwa od środka włókno po włóknie, dochodzi do kości. Bolą już nawet włosy i paznokcie. W nocy zdarza się, że ze snu budzą mnie skurcze zmęczonych mięśni. Tak co godzinę. Czasem sen dla wypoczynku nie wchodzi w rachubę. Po prostu nie da się zasnąć. Starość jest to sport morderczy. Jazda na rowerze górskim to przy IM letargiczny spacer. Rano wypluwam płuca na basenie, potem pedałuję w miejscu, dysząc i harcząc, aby następnie sapać jak lokomotywa na biegu, a podczas rozciągania nie raz myślę, że się złamię jak stara wierzba. W życiu codziennym, też nie lepiej, mam problemy z koordynacją. I wiecznie coś wylatuje mi z rąk, czego dowodem jest coraz mniejsza ilość szkła w naszym domu.

Po treningu docieram do lodówki i jestem gotowa połknąć 20 żeberek w sosie barbeque lub trzy pizze. Niestety znajduję tylko puszkę z pomidorami i główkę sałaty. Dom spokojnej starości… Nawet piwa nie ma! W kuchni są za to bardzo potrzebne różne fajne leki takie jak magnez, żelazo czy witamina C, BCAA, olej z wątroby jakiegoś rekina, który wzmacnia…

Nagle z zapaści wyrywa mnie myśl, że przecież nie raz wyobrażałam sobie, jak może wyglądać moje życie po życiu, lecz teraz mam nadzieję, że go nie ma, bo ja CHCĘ SPAĆ…Starość jest wystarczająco trudna.

Walentynkowa samotność-w poszukiwaniu szczęścia

15 lutego 2013

Narzeczony chory, więc zamiast na wspólny romantyczny bieg poprzez trzy dzielnice Wrocławia, czy też trzy i pół kilometrową kąpiel w basenie, wybrałam się samiutka na dwu godzinne zajęcia ze „Spinningu”. Nie wiedząc czemu to bezsensowne jeżdżenie na rowerze w miejscu sprawia mi masochistyczną przyjemność.

Przekonana, że tego dnia „Spartan” będzie świecił pustkami… Przecież wszyscy Wrocławianie wolą okupować walentynkowe menu restauracji, machając sobie przed nosem czerwonymi lizakami w kształcie serca, dumnie dzierżąc w dłoni serduszkowe baloniki, niż dzielnie znosić pokrzykiwania trenera … „Dokręcamy gałkę na trudniejszy poziom, pod górkę, boli? Jak nie boli, to źle!“

Jest kwadrans po osiemnastej, pędzę do „Spartana”. Wchodzę do środka, patrzę, a tu na siłowni tłumy. Na bieżniach zgrabne syreny w obcisłych legginsach, na ramieniu modne urządzenia do mierzenia tętna, w uszach słuchawki od smartfona. Przy sztangach mężczyźni o rzeźbie ciała Herkulesa. W sali obok na „Power Barze” wolnych miejsc brak, wszyscy ćwiczą jak maszyny. Wreszcie docieram na moje zajęcia. Każdy rower zajęty. Trener i Wojtek już są! Cóż…może Kasia i Marta też chorują… Atmosfera rodzinna, towarzystwo mieszane. Tuż obok mnie jakiś młodzieniec, poci się jak mysz, leje się z niego strumieniami, boję się, że zawału dostanie. Chyba ambicja nie pozwala mu jechać wolniej ode mnie. Syren w obcisłych, połyskujących strojach zebrało się kilkanaście.

Nie wytrzymuję, w szatni pytam, co one wyczyniają o tej godzinie w fitness klubie. W walentynkowy wieczór kilkanaście pięknych kobiet w kwiecie wieku, w strojach wyzywających pedałuje w moim mieście bez obstawy w postaci panów? – A dlaczego tak późno, zamiast jeść kolację z mężczyznami waszych żyć? – Jacy mężczyźni? – pytają chórem panie. No jak to jacy, jest ich tu parę milionów w naszym mieście. Otóż według syren panowie owszem są, ale dziwnym zbiegiem okoliczności ci panowie ich nie dostrzegają, więc wieczorami spędzają czas w fitness klubie. Lepsze to niż wegetowanie na kanapie. – Kompletna pustynia – opowiada mi jedna z dziewczyn. Wszystkie dumnie potakują. Co za marnotrawstwo… Moje miasto pełne jest samotnych atrakcyjnych kobiet. Są ich tłumy! I są fit!

Ale nie chodzi o ilość. Chodzi o pustynię…

Ale nie tę uczuciową, bo w Polsce beduinów na białym wielbłądzie nie brakuje. Panie po prostu są tak ambitne, że mężczyźni nie załapują się na listę celów, które współczesna kobieta ma zamiar osiągnąć. Od szczenięcych lat nie są w stanie wcisnąć się w damski grafik, więc przestali już zabiegać o spotkanie. Szkoła podstawowa to powinien być czas inicjacji, pierwszego obściskiwania się na ławce w parku. Ja łaskawie pozwalałam niejakiemu Pawełkowi nosić mój worek z butami do domu.

Tymczasem dziś uczennice niepotrzebnie wygrywają trzy olimpiady ścisłe, a do tego po szkole nie ma odprowadzania do domu, tylko w aucie czyha mamusia albo tatuś, który wiezie na balet i lekcje gry na instrumencie. Normalna licealistka powinna mieć co najmniej trzech chłopaków jednocześnie. Tymczasem one czasy szkolne poświęcają na wymiany zagraniczne, naukę języków. Potem studiują na dwóch wydziałach jednocześnie, dodatkowo kelnerują albo stażują, a wolne wieczory spędzają na wolontariacie. Trzydziestolatki wolą zaliczać rozmaite kursy, niż facetów. Janek czy Adam to nie są możliwości, z których nasze syreny chcą skorzystać. Kobiety realizują projekty. Przejmują udziały w spółkach, a nie przejmują się spółkowaniem. Czas wolny poświęcają zdrowiu.

Panie Adamie, panie Janku. Niech panowie odstawią białe wielbłądy do szopy, w czasie wolnym polecam łykanie antydepresantów, szydełkowanie, kursy kulinarne. Na panie na razie nie ma co liczyć, bo one muszą koniecznie znikać panom na zakręcie kolejnego kilometra maratonu. Idealnie wyrzeźbione, zawsze pierwsze, lepsze, niezależne, z kolekcją dyplomów nad biurkiem. One wolą umierać z pragnienia na pustyni. Panie ją polubiły. Czują się na niej cieplutko, milutko, wygodniutko, suchutko.

Nie wiem jak jest z mężczyznami… Może po to właśnie ludzie pedałują w miejscu na rowerze, żeby nie męczyć się z takimi pytaniami. Spinning to mimo wszystko mniejszy wysiłek niż szukanie faceta.

A w domu zastaję Narzeczonego w romantycznej kąpieli… Nic, że prysznic zajęty, nie mogę się złościć, gdy moim rowerem zajmuje się tak troskliwie. Z kuchni dobiega zapach ciepłej zupy i sernika. Myślę sobie, że szczęście nie przychodzi tak sobie w osobie kogoś kto przypadkiem i mimochodem… Trzeba je sobie podhodować, zająć się nim troskliwie. Ono jest tuż obok. Nieraz tylko trochę zaniedbane, zapomniane.

Każdy jest zdolny do kochania,trzeba jednak wytrwale ćwiczyć, tak jakby się dbało o mięśnie. Może więc to pedałowanie w miejscu nie pójdzie na marne… Wspólne pasje łączą na całe życie.
 

Poszukiwania punktu G…

9 lutego 2013

To już rok… Rok RAT-u:). Wracam do moich pierwszych zapisków, wspominam te ostatnie… i ze zgrozą stwierdzam, że strasznie monotematyczną nudziarą jestem! Bo i owszem czasem słońce, czasem deszcz, radość i rozczarowanie, kłótnie i kompromisy, ale wszędzie panuje SPORT. Jak na rasowego faceta przystało! Tylko i wyłącznie tematy sportowe!

Dziś urodziny, więc będzie inaczej. Dziś my, kobiety istoty rozwinięte, delikatne, rozważne, nieżłopiące piwska, niebijące kijami nie będziemy zajmować się takimi bzdurami. My „elaboratowanie” sportowe uznajemy za prymitywną męską zabawę. Przecież nie to co MODA!

Otóż, będąc ostatnio na przezabawnej sztuce pt. : „Jak zostać Sex Guru w 247 łatwych krokach” dowiedziałam się m.in., że punkt G u kobiety znajduje się na końcu słowa ShoppinG. Chwała amerykańskim naukowcom! Szczęście podane na tacy!

Następnego dnia, gdzieś w okolicach południa postanawiam to sprawdzić… Co prawda nie przepadam za zakupami, ale ostatnio moja szafa świeci pustkami tzn. oprócz dresów, koszulek, bielizny termo-aktywnej, bluz, polarów, kolejnej pary dresów…moje stroje wieczorowe składają się z bawełnianych szerokich sukienek, w których moja siostra zakazała mi chodzić i z czarnych bluzek. Kosmetyków też prawie nie używam. Bo jak ja wyglądam po biegu? Mam przekrwione oczy, wyraz twarzy jak po łamaniu kołem, odmrożone policzki. Czy w basenie? O kobiecości można zapomnieć. Przypominam raczej worek treningowy, a jedyną biżuterią jaką noszę jest pulsometr. Co zrobić, przecież nie zakopię się z tego powodu pod ziemią. Taki sport. Że też mam jeszcze Narzeczonego…

Mimo iż nie cierpię centrów handlowych, to Narzeczonego chciałabym sobie zachować. Już po kilku minutach stwierdzam, że galerianką nie mogłabym być. I nie chodzi tu o mój zaawansowany już wiek, ani o brak płomiennych uczuć do pieniędzy. Już w pierwszym sklepie wywołałam panikę stylistów. Okazało się, że trzeba mi przygotować ubrania w trzech rozmiarach: 34, 36, 38. Co to znaczy? Dżinsy na udach – opięte – to przez te mięśnie. Barki trochę też, talia wąska, ramiona w jeszcze innym rozmiarze. Krótko mówiąc – nieproporcjonalna jakaś! Nabawiam się tony kompleksów…Na pocieszenie wpadam do sklepu z obuwiem. Tu dowiaduję się, że mam za mało wdzięku. Równowagę na szpilkach trudno mi złapać. Wynika, że właściwie to nawet krok mam taki niebabski. Do tego te ceny! Przecież za tyle to ja mogę sobie nową lemondkę kupić! I tak kręcę się po galerii, od sklepu do sklepu, wycierając na kaflach szlaki, niczym kozica ścieżki w górach. W końcu w poszukiwaniu spodni i butów przemierzam trzy dzielnice Wrocławia i… nie znajduję nic ciekawego. Pół dnia zmarnowane. Szczęścia brak, za to jest depresja, schizofrenia i opuchnięte łydki. Padam na pysk. Wymyślanie sukienek i fryzury, która miała wszystkich rzucić na kolana, jest tak wykańczające, że zasypiam na stojącą.

Dodam, że na fryzjera nie starczyło już czasu… Na szczęście nie jestem pogodynką, nie muszę więc w związku z tym zmieniać często wizerunku, aby widzowie się mną nie znudzili.

Następnego dnia rano wróciwszy z treningu nastawiam ekspres do kawy, biorę długi prysznic, zasiadam w dresie do pysznego biszkoptowego omleta o średnicy dużego UFO i sterczę przed szafą, wybierając idealny strój na tę porę roku. Jest zima, więc dres i polary leżą na najwyższej półce. Przed pracą jeszcze na chwileczkę wpadam do Dolnośląskiego Centrum Rowerowego. Dziwne…- myślę. W sklepie sportowym zawsze ogarnia mnie przyjemne podniecenie. Mogę godzinami szperać między półkami, próbując znaleźć idealnie dopasowany kask. Zachwycam się ultralekkimi kołami. Upajam się kolorami aerodynamicznych ram, badam palcem faktury materiałów. Po dłuższej chwili przypominam sobie, po co przyszłam. Kupuję więc dętkę…

Z radością wybiegam ze sklepu, dokonując zaskakująco prostego odkrycia! ZNALAZŁ SIĘ, mój punkt G jest na końcu słowa treninG:)!

Jest pięknie! I nie chcę, aby było lepiej, niech będzie tak jak jest.

A ten rok był dobry. Wydarzyło się wiele cudownych rzeczy. Odważyłam się robić to, na co mam ochotę i chyba wiem, czego chcę naprawdę. A to bezcenna wiedza.

P.S. Wybaczcie, ale o modzie więcej pisać nie będę. Jak na prawdziwego mężczyznę przystało;).

Filtr ZDROWEGO rozsądku

1 lutego 2013

Zimowa pora oprócz ciężkiej pracy wytrzymałościowca kojarzy mi się z wielką wylęgarnią wirusów i bakterii.

Bo musicie wiedzieć, że dla sportowca choroba jest w pewnym sensie rodzajem kraksy… W zawodowym peletonie, gdy zbliża się główna impreza, zawodnicy nie spotykają się z nikim, kto nie jest członkiem drużyny. Posiłki spożywają w rękawiczkach, trzymają antybakteryjne ściereczki pod ręka, nawet guziki windy i bankomatu naciskają kostkami, a nie palcami. Witając się nie podają sobie ręki, a gdy ktoś w teamie się przeziębi, niezwłocznie jest przenoszony do innego hotelu.

Ja jestem w tym temacie bardziej wyluzowana;).

Jasne – nie noszę zimą mini spódnic ani dekoltów. Chusteczek nasączonych wodą do przemywania twarzy ze spalin tirów i żuków też nie. Za to zawsze paraduje w czapce i rękawiczkach. Dbam o nawilżone powietrze w pokoju, śpię w zimnym pomieszczeniu, jem cytrynę, czosnek, przebieram się bezpośrednio po treningu, biorę gorący prysznic, nie doprowadzam do przegrzania czy wyziębienia, szczepie się itd…

I mimo, iż staram się zachować wszelkie powyższe środki ostrożności to i tak zawsze dopadnie mnie jakiś podstępny wirus, przecisnąwszy się ukradkiem przez kordon ciał odpornościowych .

Nic dziwnego, gdy staram się w dwudziestu czterech godzinach zmieścić trzy doby… I choć wiem, jak to się skończy, czasem nie mam wyjścia. Codzienne treningi bywają nieprzyjemne, zależnie od pogody. Na dodatek ciągle jesteśmy zmęczeni, a wtedy odporność jest bardzo, bardzo marna. Trzeba być przygotowanym na czarny scenariusz.

Z racji zawodu który wykonuję mam pod ręką różnych lekarzy, ale kuruje się stosując poczciwe babcine metody. Mleko z miodkiem, czosnek, cebula, imbir, sok z malin. Wygrzać się, wymoczyć nogi w gorącej wodzie, unikać antybiotyków. To moja kuracja! Do wódki z pieprzem nie mogę się przyznać, bo co by na to powiedział Trener;)…

Leczę się, ale nie rezygnuję z wszystkich treningów. W koszmarne dni poprawia mi nastrój ciepły wełniany koc, ze Szwecji (czyt. z pewnej znanej sieciówki;)) – najpiękniejszym być może kraju na Ziemi. Pomaga mi jednak najbardziej myślenie o tym, że tysiące osób tworzy, pracuje, dorasta w krajach bardziej zimnych i mokrych niż Polska i oni jakoś dają sobie radę…i może czasem marzyłabym o domku gdzieś na Korsyce, ale portfel mam pustawy;).

A w dobie XXI wieku większym niebezpieczeństwem niż grypa czy angina wydają mi się uzależnienia: alkoholizm, pracoholizm, internet, fajki, konopie, dragi, anoreksja, depresja – to wykańcza bardziej niż szczepionka na grypę. Nie palę, nie koksuję, nie głodzę się, nie wierzę w diety, uprawiam sport – czego i Państwu życzę:).