Trudna miłość…

26 kwietnia 2013

„Pary muszą mieć wspólne pasje, inaczej ich drogi się rozchodzą” – przeczytałam niedawno w jednej z gazet. Oczywiście przyznaję, nikt mnie tak nie rozumie jak Michał. Mamy takie same aspiracje. Spać chodzimy o tej samej porze, jemy to samo. Mamy system taki bardziej jak rolnik. Wschodzi słońce, idziemy w pole do roboty, zachodzi – zbieramy się do odpoczynku. Romantyczne rozmowy przy kolacji dotyczą głównie kadencji, przewyższeń, okresu jazdy na progu, poniżej progu, powyżej progu, co cieszy mnie po uszy. Świetnie dograliśmy się także treningami. Bardzo dużo razem jeździmy- choć dla Michała jest to raczej rozgrzewka. Wystarczy, że choć trochę przyłoży się do pedałowania, by wyrwać do przodu niczym pocisk, wywołując u mnie chwilową frustrację, bo nadrobienie przewagi kosztuje mnie mnóstwo wysiłku. Z czasem zaczęłam nawet oceniać swoją kondycję na podstawie przewagi, jaką Michał zyskiwał względem mnie.

Tak więc wiele strasznych scenariuszy, które nękały mnie zanim zdecydowałam się na udział w projekcie, nie ziściło się – nie straciłam pracy, nie mam w pracy gorszych wyników, pod względem organizacyjnym też nie jest już najgorzej, ponadto sport nie sprawił, że jestem głupsza niż byłam.

Część moich lęków się nie sprawdziła, ale obawy dotyczące negatywnej strony uprawiania sportu przez obojga partnerów pozostały… Chciałabym przybliżyć Wam kilka z nich. Otóż po pierwsze energię emocjonalną, którą kierowaliśmy na siebie teraz w ogromnej większości kierujemy na triathlon. A ponieważ obojgu nam doszedł dodatkowy obowiązek w postaci treningów, więc przed zaśnięciem, kiedy to zamiast myśleć o niczym i zatapiać się w pachnącą proszkiem pościel, przypominamy sobie nagle o stu niezrobionych jeszcze rzeczach, ciężkich spotkaniach, niespłaconym kredycie, niezreperowanym aucie, zgubionych kluczach, niepodlanych kwiatkach. Po drugie stan wyczerpania towarzyszy nam na co dzień, więc nie zdziwię chyba nikogo pisząc, że na piruety kanapowe „z poprzedniego wcielenia” po prostu brakuje sił;). Tu na szczęście na ratunek przyszedł nam Trener, wprowadzając do planu treningowego dni wolne… 😉

Także romantyczne rozmowy zostały ucięte do minimum, gdyż po treningu i kilku godzinach pracy tak się nadajemy do rozmowy jak maratończyk po dobiegnięciu na metę. Nie stanowi to jednak zbyt dużego problemu. Przecież prawdziwa bliskość nie polega na paplaniu. I tak nie wszystko można wyrazić w słowach.

Cóż chyba nie warto się buntować.

Ostatecznie przecież najcenniejsza wydaje się wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety… i nie dość, że przytulam bliską mi osobę to jeszcze uczestnika wyścigu. Dzielenie z kimś szczęścia jest wyjątkowym zwycięstwem. Takich momentów się po prostu nie zapomina:).

Mój Poznań- sprawdzian nr 1

13 kwietnia 2013

W życiu czasem tak jest, że jeśli się na coś bardzo czeka, planuje, a ta rzecz się nie uda, to potem rozczarowanie jest podwójne . Czekałam na wiosnę. Z wielkim utęsknieniem wypatrując każdego jej zwiastunu. Bo wiosna to czas startów! I jak mówi nasza znajoma Pani Doktor to czas kiedy przestajesz być „biegaczem horyzontalnym”, czyli kimś kto człapie po horyzont licząc płyty chodnikowe, a zaczynasz się ścigać;). Nie ma jednak co ukrywać, codzienna praca i unikanie remontów sprawiło, że trochę się zdrowotnie posypałam. Jeszcze na tydzień przed startem truchtanie było szczytem marzeń. Wściekałam się okrutnie, ale udało się! W niedzielę głowa spisała się rewelacyjnie. Dużo lepiej niż jej nogi podawały .

Startowaliśmy z marszu (czyli z pełnych obciążeń treningowych). Bieganie to franca obnażająca moje triathlonowe beztalencie jak żaden inny trening. Sapanie słychać w promieniu kilometra. Ale jak ma się motywację i trenera na granicy sadysty, który regularnie na mnie krzyczy bieganie trzeba polubić;). Nie zastanawiasz się. Stajesz na starcie, dajesz z siebie wszystko, zdychasz na mecie i za chwilę już marzysz o kolejnym;)!

Trasa wokół Malty przypominała schody w moskiewskim metrze w godzinach szczytu:). Swoją drogą poznaniacy są jacyś dziwni… Już po raz szósty nie skarżą się, że przez kilka godzin jakieś autobusy zmienią kurs albo most będzie zamknięty, że na rower trzeba będzie się przesiąść… Dają przykład, dobrze wiedząc jak wielki to zaszczyt, dobrodziejstwo, szansa i reklama dla miasta. A jakież emocje, jakież przeżycia, wspólne celebrowanie sportu! To miłe, motywujące i budujące.

We Wrocławiu pomysł, by przesiąść się na rower przerasta możliwości kierowców, o czym świadczą coroczne protesty podczas maratonu. We wrześniu aura nie sprzyja. Trzeba by było jechać w pelerynie-tysiące Holendrów, Niemców, Francuzów daje sobie z tym radę, czemu nie my. Pewnie w gronie startujących, większość znalazłaby swoich znajomych, przyjaciół, rodzinę. Może warto wtedy wyłączyć telewizor, wyjść na trasę i cieszyć się ich świętem. Uwierzcie mi, wsparcie kibiców jest bezcenne.

Powiem więcej to WIELKI WSTYD, że do tej pory stolica Dolnego Śląska nie miała prawdziwego półmaratonu, a w momencie gdy jest on organizowany (będzie miał miejsce w noc świętojańską) wprowadzono limit miejsc.

Sport amatorski, gdzie liczy się uśmiech, medal dla każdego, stał się częścią kultury bogatszych i bogacących się społeczeństw, do których stopniowo dołączamy potwierdzając to również rosnącą frekwencją biegaczy. Wciąż jednak chyba brak nam spontaniczności i zaangażowania dosłownie wszystkich-władz miasta, kibiców- tak aby we wspomnieniu biegacza o weekendowej przygodzie we Wrocławiu pozostał widok roześmianych twarzy jego mieszkańców.

P.S. A tymczasem jeszcze donoszę, że moja nowa życiówka została poprawiona o 24 minuty, o 8 sekund pokonałam Iwonę Guzowską;)! Może jak się już wszystko ładnie wygoi…:)

no proszę… sama się zmotywowałam tym pisaniem. Chyba muszę się częściej odzywać

Le maillot jaune :)

1 kwietnia 2013

Pewien pisarz stwierdził, że nigdy nie czuł się szczęśliwszy niż podczas pracy nad swoją pierwszą powieścią…która okazała się słaba, że nikomu nigdy nie pokazał jej rękopisu. Powiedział że prawdziwą radością było dla niego to, że podczas tych sesji zatrzymywał się czas, wiec mógł nauczyć się czegoś o sobie i o swoim warsztacie. Jeżdżąc wśród pokrytych śniegiem Wzgórz Trzebnickich – jeżdżąc, nie ścigając się –zrozumiałam co ów pisarz miał na myśli…

Otóż świat zdaje się przekazywać mi od kilkunastu lat, że zna receptę na moje życie. Że zna lepiej kierunek i tempo, w jakim mam zdążać i stara się namówić Nas wszystkich do utrzymywania jego zawrotnego tempa. Zanim zgasną znicze zapalone w Dzień Wszystkich Świętych, już w mieście stawiają choinki. W październiku trzeba myśleć o sylwestrze, a jak tylko ucichną strzelające korki od szampana, namawiają do Walentynek. Następnie do Wielkanocy… Nawet za pogodą ciężko nadążyć. Rzeczywistość jest tak konstruowana, że nie pozwala nam się na to, by cieszyć się chwilą, zamiast tego mamy wciąż gnać do przodu. Taki syndrom naszych czasów. Zimą myślimy o wakacjach, latem o feriach zimowych. I pomyśleć, że kiedyś rytm życia wyznaczała Niedzielna Suma.

Dlatego, aby zestrzelić wszystkie nasze lęki trzeba postawić na sport! Im bardziej ekstremalny tym lepiej;). I bynajmniej nie chodzi mi o rywalizację z innymi, ale o wytrwałość, dyscyplinę, organizację, kondycję, walkę z czasem i samym sobą. Sport barykaduje przed zbyt dużą falą bodźców. Dlatego postanowiłam jeśli dożyję sędziwego wieku, na pewno będę coś ćwiczyć na wózku inwalidzkim, albo ze sztucznym biodrem, by dać radę pod górę. Lepszy trening na świeżym powietrzu niż garb a’la Dzwonnik z Notre Dame czy spojrzenie „zombie“ znad gier na playstation.

A jeśli nawet nie pojadę za żółtą koszulką lidera, tylko zboczę z trasy, może nie zabłądzę…

Zabieganych Świat Państwu życzę

LĘKI i SZEPTY

22 marca 2013

Sezon przygotowawczy rozpoczął się w listopadzie… Od tej pory dni znikały jak dobre tosty z szynką na studenckiej biesiadzie. Za nami pięć miesięcy gonienia po lodzie, śniegu, zaspach i błocie. Pięć miesięcy pedałowania w miejscu w małej salce pełnej luster. Pięć miesięcy liczenia kafli w basenie. Pięć miesięcy walczenia z plagą kontuzji, przeciążeń i bólu. Pięć miesięcy kropelek potu kapiących z czubka nosa. Pięć miesięcy doprowadzania Trenera do szewskiej pasji Pięć miesięcy bardzo ciężkiej pracy po prostu. Kanapa zerka na mnie zalotnie, a jako, że nie jestem nieczuła na jej urok, sadowię się wygodnie. Ledwo już włóczę nogami Zima jest jak lepienie w glinie…

Początek wiosny to ostatni moment na poprawki. To taki przednówek, już zapasy energii się kończą, a na owoce trzeba jeszcze trochę poczekać. Staraliśmy się bardzo. Po miesiącach przyjemnego katowania przychodzi pora sprawdzić, na co tak naprawdę będzie nas stać na trasie. Czy mamy dość siły, by podjąć próbę zrobienia czegoś, o czym sami nie wiemy, czy zdołamy to osiągnąć? Na ile dobrze przygotowaliśmy organizm do walki z innymi lub z samym sobą.

Trudno odpowiedzieć …

Forma to dla mnie, jeden z bardziej tajemniczych i zmiennych elementów w sporcie. Nikt nie chce tylko „być w formie”, lecz próbuje „być w szczytowej formie”. Wyobrażam sobie, że to tak, jak podczas przekraczania pokrytej lodem górskiej grani, choć nawet nie mam pewności gdzie owa grań się zaczyna. Forma dotyczy trudnego do uchwycenia momentu, gdy wszystkie systemy pracują z optymalną wydajnością. Jest to możliwe dzięki superkompensacji, fizjologicznej skłonności obciążania organizmu do ochrony siebie poprzez maksymalne wzmocnienie się…ale tylko do pewnego punktu. Po przekroczeniu tego punktu- nazwijmy to obślizgłą granią – nasze ciało broni się dzięki „wyłączeniu”. Jak to możliwe aby znajdować się tak blisko krawędzi, jak to tylko możliwe, ale bez ześlizgnięcia się na druga stronę??

„Najkorzystniejsze zrównoważenie wytrzymałości mięśni, ostrości inteligencji i siły charakteru”-tak określił to francuski filozof i pisarz Roland Barthes. To właśnie ten rodzaj magicznej równowagi, gdy przestają obowiązywać prawa natury i mniej energii jakimś niepojętym cudem wytwarza więcej ruchu. Wejście na tę brzytwę, oznacza, że znajdę się w krainie fizjologicznego cudu! Każdy sportowiec chce być na tej granicy! Pragnąc niczym Ikar zobaczyć jak wysoko potrafi wzlecieć. Wchodzenie na brzytwę stanowi po części naukę , po części magie… Czujesz się niezwyciężony, wiec chcesz jeszcze więcej jeszcze dalej, do przodu-ale pewnego dnia budzisz się i już jest po wszystkim…

Wszyscy bardzo ciężko pracujemy, wszyscy już mocno w kościach czujemy ciężkie, wielomiesięczne przygotowania. Każdy marzy o sezonie życia, ale tylko nielicznym się uda. Niestety. Takie życie, taki sport – uczy przegrywania i czasem daje rozkosz zwycięstwa nad swymi słabościami.

Zatem czy ten sezon pokarze, że zrobiłam postęp? A może trzeba będzie cieszyć się z poszczególnych dobrych startów i tyle… Nie znam odpowiedzi i do kwietnia ich nie poznam. A ponieważ najlepszym sposobem na poradzenie sobie ze wszystkimi lękami jest wyjście im naprzeciw, zamiast nadmiernie koncentrować się na wyniku, pragnę skupić się na jak najlepszym wykonaniu zadania i dalej z pasją wykonywać swoje obowiązki

Reszta jest milczeniem  

Łubu, dubu…

8 marca 2013

Wróciliśmy ostatnio z morderczych czterech godzin treningu na rowerze …Pierwszego w tym roku na WOLNOŚCI! I mimo, iż mój góral poniewierał mną bez żadnej litości to… wreszcie koniec z pedałowaniem w miejscu w małej salce pełnej luster. Koniec z wpatrywaniem się w siebie sycąc narcyzm, miłość do własnych pośladków. I najważniejsze – koniec z pedałowaniem co sił w płucach w takt grzmocącej głośnej muzyki! Nie wiedząc czemu trenerzy fitnessu (jest jeden wyjątek;)) traktują decybele jak doping, nie są w stanie trenować w ciszy albo wśród odgłosów sapania, dyszenia, jęczenia, pisku rowerowych kół, etc. Biegając po lesie też zapewne dźwięki przyrody zagłuszają „muzyką“ motywacyjną dobywającą się z odtwarzaczy mp3. Muzyka w siłowni zawsze wali tak głośno, że gdy doczłapie się do domu, to wciąż dudni mi w uszach i do Michała zwracam się jak niemiecki oficer do konia. Być może nieco jędrniejsza, ale za to głucha…

Przypomina mi się gniazdo os, które zalęgło się u mojej koleżanki na działce pod Lesznem. Osy żyją i poruszają się w rojach, ich życie nie zna ciszy. Osy bzyczą bezustannie. Mam wrażenie, że i my uzależniliśmy się od muzyki i przestaliśmy tolerować ciszę. Do wszystkiego potrzebna nam ścieżka dźwiękowa, w autobusach – muzyka, w restauracji do jedzenia kotleta – muzyka, w windach – muzyka, podczas robienia zakupów – muzyka. Czy tak jak chronimy się przed dymem z papierosów i niezdrową żywnością nie powinniśmy choć kilku godzin dziennie spędzać w ciszy chroniąc się od hałasu? A może to nie ma znaczenia w czasach, gdy i tak nikt z nikim nie rozmawia?

Hałas wychowuje ludzi o tępym spojrzeniu, którzy nie słyszą własnych myśli. Głuchną na to, co mówią inni. Stają się nudni jak przysłowiowe flaki z olejem. Więc, aby ten zgiełk nie otumanił nam kompletnie zmysłów, koniecznie trzeba tak sobie organizować życie, by znaleźć czas na ciszę. Dlatego zachęcam Państwa do turystyki kontemplacyjnej – samotnych spacerów w parku, biegania po lesie, odkrywania rowerem tajemnic podmiejskich bezdroży. Wszędzie można rozmyślać, bez względu na porę roku – każda ma swój urok. Zmusza do zmniejszenia obrotów, wsłuchania się w jej dźwięki, a nie w odtwarzacz mp3.

W ten chłodny marcowy dzień zamarzyłam jedynie o zapachu kwiecistych łąk i lasu… a jeśli coś może być muzyką dla czyiś uszu to dla mnie szum śmigających po asfalcie opon brzmiał jak cała SYMFONIA BEETHOVENA .

IDZIE STAROŚĆ

23 lutego 2013

„Raczkująca” to i tak dużo powiedziane… Jam niewiniątko triathlonowe.

Mimo to, dzięki treningowi powoli oswajam się ze starością… Myślałam, że starość przychodzi w wieku późnym. Nie sądziłam, że tuż po trzydziestce to już, łudziłam się, że to będzie wokół sześćdziesiątki. A może nawet przesunie się bardzo elegancko za sprawą polityków…

Tymczasem mam wszystkie jej objawy…

Prawie nic mnie nie cieszy, nic mnie nie bawi. Ani romanse z kolegami z pracy, ani plotkowanie z koleżankami z sąsiedztwa. Ani szybka jazda samochodem. Nie chce mi się chodzić na duże imprezy. Kompletnie zdziczałam towarzysko. Nie mam czasu ani sił udzielać się. Nie bawi mnie nawet picie wódki. Za młodu człowiek lubił się od czasu do czasu sponiewierzyć i następnego dnia leżeć do 15:00 na kacu w śpiworze u przyjaciół, a przez ten cholerny sport odzwyczaiłam się od picia. To straszne – stoi naprzeciwko mnie pół litra, a ja nic, żadnych uczuć do tego pół litra nie żywię. Jest mi ta flaszka obojętna niczym miss polonia księdzu katolickiemu.

 To jeszcze nic! Nie chce mi się wstawać z łóżka… To najgorszy efekt starości. Czuje się jak po zderzeniu z 10-tonową ciężarówką. Ból coraz większy, wczepia się w mięśnie niewidzialnymi haczykami. Rozpruwa od środka włókno po włóknie, dochodzi do kości. Bolą już nawet włosy i paznokcie. W nocy zdarza się, że ze snu budzą mnie skurcze zmęczonych mięśni. Tak co godzinę. Czasem sen dla wypoczynku nie wchodzi w rachubę. Po prostu nie da się zasnąć. Starość jest to sport morderczy. Jazda na rowerze górskim to przy IM letargiczny spacer. Rano wypluwam płuca na basenie, potem pedałuję w miejscu, dysząc i harcząc, aby następnie sapać jak lokomotywa na biegu, a podczas rozciągania nie raz myślę, że się złamię jak stara wierzba. W życiu codziennym, też nie lepiej, mam problemy z koordynacją. I wiecznie coś wylatuje mi z rąk, czego dowodem jest coraz mniejsza ilość szkła w naszym domu.

Po treningu docieram do lodówki i jestem gotowa połknąć 20 żeberek w sosie barbeque lub trzy pizze. Niestety znajduję tylko puszkę z pomidorami i główkę sałaty. Dom spokojnej starości… Nawet piwa nie ma! W kuchni są za to bardzo potrzebne różne fajne leki takie jak magnez, żelazo czy witamina C, BCAA, olej z wątroby jakiegoś rekina, który wzmacnia…

Nagle z zapaści wyrywa mnie myśl, że przecież nie raz wyobrażałam sobie, jak może wyglądać moje życie po życiu, lecz teraz mam nadzieję, że go nie ma, bo ja CHCĘ SPAĆ…Starość jest wystarczająco trudna.

Walentynkowa samotność-w poszukiwaniu szczęścia

15 lutego 2013

Narzeczony chory, więc zamiast na wspólny romantyczny bieg poprzez trzy dzielnice Wrocławia, czy też trzy i pół kilometrową kąpiel w basenie, wybrałam się samiutka na dwu godzinne zajęcia ze „Spinningu”. Nie wiedząc czemu to bezsensowne jeżdżenie na rowerze w miejscu sprawia mi masochistyczną przyjemność.

Przekonana, że tego dnia „Spartan” będzie świecił pustkami… Przecież wszyscy Wrocławianie wolą okupować walentynkowe menu restauracji, machając sobie przed nosem czerwonymi lizakami w kształcie serca, dumnie dzierżąc w dłoni serduszkowe baloniki, niż dzielnie znosić pokrzykiwania trenera … „Dokręcamy gałkę na trudniejszy poziom, pod górkę, boli? Jak nie boli, to źle!“

Jest kwadrans po osiemnastej, pędzę do „Spartana”. Wchodzę do środka, patrzę, a tu na siłowni tłumy. Na bieżniach zgrabne syreny w obcisłych legginsach, na ramieniu modne urządzenia do mierzenia tętna, w uszach słuchawki od smartfona. Przy sztangach mężczyźni o rzeźbie ciała Herkulesa. W sali obok na „Power Barze” wolnych miejsc brak, wszyscy ćwiczą jak maszyny. Wreszcie docieram na moje zajęcia. Każdy rower zajęty. Trener i Wojtek już są! Cóż…może Kasia i Marta też chorują… Atmosfera rodzinna, towarzystwo mieszane. Tuż obok mnie jakiś młodzieniec, poci się jak mysz, leje się z niego strumieniami, boję się, że zawału dostanie. Chyba ambicja nie pozwala mu jechać wolniej ode mnie. Syren w obcisłych, połyskujących strojach zebrało się kilkanaście.

Nie wytrzymuję, w szatni pytam, co one wyczyniają o tej godzinie w fitness klubie. W walentynkowy wieczór kilkanaście pięknych kobiet w kwiecie wieku, w strojach wyzywających pedałuje w moim mieście bez obstawy w postaci panów? – A dlaczego tak późno, zamiast jeść kolację z mężczyznami waszych żyć? – Jacy mężczyźni? – pytają chórem panie. No jak to jacy, jest ich tu parę milionów w naszym mieście. Otóż według syren panowie owszem są, ale dziwnym zbiegiem okoliczności ci panowie ich nie dostrzegają, więc wieczorami spędzają czas w fitness klubie. Lepsze to niż wegetowanie na kanapie. – Kompletna pustynia – opowiada mi jedna z dziewczyn. Wszystkie dumnie potakują. Co za marnotrawstwo… Moje miasto pełne jest samotnych atrakcyjnych kobiet. Są ich tłumy! I są fit!

Ale nie chodzi o ilość. Chodzi o pustynię…

Ale nie tę uczuciową, bo w Polsce beduinów na białym wielbłądzie nie brakuje. Panie po prostu są tak ambitne, że mężczyźni nie załapują się na listę celów, które współczesna kobieta ma zamiar osiągnąć. Od szczenięcych lat nie są w stanie wcisnąć się w damski grafik, więc przestali już zabiegać o spotkanie. Szkoła podstawowa to powinien być czas inicjacji, pierwszego obściskiwania się na ławce w parku. Ja łaskawie pozwalałam niejakiemu Pawełkowi nosić mój worek z butami do domu.

Tymczasem dziś uczennice niepotrzebnie wygrywają trzy olimpiady ścisłe, a do tego po szkole nie ma odprowadzania do domu, tylko w aucie czyha mamusia albo tatuś, który wiezie na balet i lekcje gry na instrumencie. Normalna licealistka powinna mieć co najmniej trzech chłopaków jednocześnie. Tymczasem one czasy szkolne poświęcają na wymiany zagraniczne, naukę języków. Potem studiują na dwóch wydziałach jednocześnie, dodatkowo kelnerują albo stażują, a wolne wieczory spędzają na wolontariacie. Trzydziestolatki wolą zaliczać rozmaite kursy, niż facetów. Janek czy Adam to nie są możliwości, z których nasze syreny chcą skorzystać. Kobiety realizują projekty. Przejmują udziały w spółkach, a nie przejmują się spółkowaniem. Czas wolny poświęcają zdrowiu.

Panie Adamie, panie Janku. Niech panowie odstawią białe wielbłądy do szopy, w czasie wolnym polecam łykanie antydepresantów, szydełkowanie, kursy kulinarne. Na panie na razie nie ma co liczyć, bo one muszą koniecznie znikać panom na zakręcie kolejnego kilometra maratonu. Idealnie wyrzeźbione, zawsze pierwsze, lepsze, niezależne, z kolekcją dyplomów nad biurkiem. One wolą umierać z pragnienia na pustyni. Panie ją polubiły. Czują się na niej cieplutko, milutko, wygodniutko, suchutko.

Nie wiem jak jest z mężczyznami… Może po to właśnie ludzie pedałują w miejscu na rowerze, żeby nie męczyć się z takimi pytaniami. Spinning to mimo wszystko mniejszy wysiłek niż szukanie faceta.

A w domu zastaję Narzeczonego w romantycznej kąpieli… Nic, że prysznic zajęty, nie mogę się złościć, gdy moim rowerem zajmuje się tak troskliwie. Z kuchni dobiega zapach ciepłej zupy i sernika. Myślę sobie, że szczęście nie przychodzi tak sobie w osobie kogoś kto przypadkiem i mimochodem… Trzeba je sobie podhodować, zająć się nim troskliwie. Ono jest tuż obok. Nieraz tylko trochę zaniedbane, zapomniane.

Każdy jest zdolny do kochania,trzeba jednak wytrwale ćwiczyć, tak jakby się dbało o mięśnie. Może więc to pedałowanie w miejscu nie pójdzie na marne… Wspólne pasje łączą na całe życie.
 

Poszukiwania punktu G…

9 lutego 2013

To już rok… Rok RAT-u:). Wracam do moich pierwszych zapisków, wspominam te ostatnie… i ze zgrozą stwierdzam, że strasznie monotematyczną nudziarą jestem! Bo i owszem czasem słońce, czasem deszcz, radość i rozczarowanie, kłótnie i kompromisy, ale wszędzie panuje SPORT. Jak na rasowego faceta przystało! Tylko i wyłącznie tematy sportowe!

Dziś urodziny, więc będzie inaczej. Dziś my, kobiety istoty rozwinięte, delikatne, rozważne, nieżłopiące piwska, niebijące kijami nie będziemy zajmować się takimi bzdurami. My „elaboratowanie” sportowe uznajemy za prymitywną męską zabawę. Przecież nie to co MODA!

Otóż, będąc ostatnio na przezabawnej sztuce pt. : „Jak zostać Sex Guru w 247 łatwych krokach” dowiedziałam się m.in., że punkt G u kobiety znajduje się na końcu słowa ShoppinG. Chwała amerykańskim naukowcom! Szczęście podane na tacy!

Następnego dnia, gdzieś w okolicach południa postanawiam to sprawdzić… Co prawda nie przepadam za zakupami, ale ostatnio moja szafa świeci pustkami tzn. oprócz dresów, koszulek, bielizny termo-aktywnej, bluz, polarów, kolejnej pary dresów…moje stroje wieczorowe składają się z bawełnianych szerokich sukienek, w których moja siostra zakazała mi chodzić i z czarnych bluzek. Kosmetyków też prawie nie używam. Bo jak ja wyglądam po biegu? Mam przekrwione oczy, wyraz twarzy jak po łamaniu kołem, odmrożone policzki. Czy w basenie? O kobiecości można zapomnieć. Przypominam raczej worek treningowy, a jedyną biżuterią jaką noszę jest pulsometr. Co zrobić, przecież nie zakopię się z tego powodu pod ziemią. Taki sport. Że też mam jeszcze Narzeczonego…

Mimo iż nie cierpię centrów handlowych, to Narzeczonego chciałabym sobie zachować. Już po kilku minutach stwierdzam, że galerianką nie mogłabym być. I nie chodzi tu o mój zaawansowany już wiek, ani o brak płomiennych uczuć do pieniędzy. Już w pierwszym sklepie wywołałam panikę stylistów. Okazało się, że trzeba mi przygotować ubrania w trzech rozmiarach: 34, 36, 38. Co to znaczy? Dżinsy na udach – opięte – to przez te mięśnie. Barki trochę też, talia wąska, ramiona w jeszcze innym rozmiarze. Krótko mówiąc – nieproporcjonalna jakaś! Nabawiam się tony kompleksów…Na pocieszenie wpadam do sklepu z obuwiem. Tu dowiaduję się, że mam za mało wdzięku. Równowagę na szpilkach trudno mi złapać. Wynika, że właściwie to nawet krok mam taki niebabski. Do tego te ceny! Przecież za tyle to ja mogę sobie nową lemondkę kupić! I tak kręcę się po galerii, od sklepu do sklepu, wycierając na kaflach szlaki, niczym kozica ścieżki w górach. W końcu w poszukiwaniu spodni i butów przemierzam trzy dzielnice Wrocławia i… nie znajduję nic ciekawego. Pół dnia zmarnowane. Szczęścia brak, za to jest depresja, schizofrenia i opuchnięte łydki. Padam na pysk. Wymyślanie sukienek i fryzury, która miała wszystkich rzucić na kolana, jest tak wykańczające, że zasypiam na stojącą.

Dodam, że na fryzjera nie starczyło już czasu… Na szczęście nie jestem pogodynką, nie muszę więc w związku z tym zmieniać często wizerunku, aby widzowie się mną nie znudzili.

Następnego dnia rano wróciwszy z treningu nastawiam ekspres do kawy, biorę długi prysznic, zasiadam w dresie do pysznego biszkoptowego omleta o średnicy dużego UFO i sterczę przed szafą, wybierając idealny strój na tę porę roku. Jest zima, więc dres i polary leżą na najwyższej półce. Przed pracą jeszcze na chwileczkę wpadam do Dolnośląskiego Centrum Rowerowego. Dziwne…- myślę. W sklepie sportowym zawsze ogarnia mnie przyjemne podniecenie. Mogę godzinami szperać między półkami, próbując znaleźć idealnie dopasowany kask. Zachwycam się ultralekkimi kołami. Upajam się kolorami aerodynamicznych ram, badam palcem faktury materiałów. Po dłuższej chwili przypominam sobie, po co przyszłam. Kupuję więc dętkę…

Z radością wybiegam ze sklepu, dokonując zaskakująco prostego odkrycia! ZNALAZŁ SIĘ, mój punkt G jest na końcu słowa treninG:)!

Jest pięknie! I nie chcę, aby było lepiej, niech będzie tak jak jest.

A ten rok był dobry. Wydarzyło się wiele cudownych rzeczy. Odważyłam się robić to, na co mam ochotę i chyba wiem, czego chcę naprawdę. A to bezcenna wiedza.

P.S. Wybaczcie, ale o modzie więcej pisać nie będę. Jak na prawdziwego mężczyznę przystało;).

Filtr ZDROWEGO rozsądku

1 lutego 2013

Zimowa pora oprócz ciężkiej pracy wytrzymałościowca kojarzy mi się z wielką wylęgarnią wirusów i bakterii.

Bo musicie wiedzieć, że dla sportowca choroba jest w pewnym sensie rodzajem kraksy… W zawodowym peletonie, gdy zbliża się główna impreza, zawodnicy nie spotykają się z nikim, kto nie jest członkiem drużyny. Posiłki spożywają w rękawiczkach, trzymają antybakteryjne ściereczki pod ręka, nawet guziki windy i bankomatu naciskają kostkami, a nie palcami. Witając się nie podają sobie ręki, a gdy ktoś w teamie się przeziębi, niezwłocznie jest przenoszony do innego hotelu.

Ja jestem w tym temacie bardziej wyluzowana;).

Jasne – nie noszę zimą mini spódnic ani dekoltów. Chusteczek nasączonych wodą do przemywania twarzy ze spalin tirów i żuków też nie. Za to zawsze paraduje w czapce i rękawiczkach. Dbam o nawilżone powietrze w pokoju, śpię w zimnym pomieszczeniu, jem cytrynę, czosnek, przebieram się bezpośrednio po treningu, biorę gorący prysznic, nie doprowadzam do przegrzania czy wyziębienia, szczepie się itd…

I mimo, iż staram się zachować wszelkie powyższe środki ostrożności to i tak zawsze dopadnie mnie jakiś podstępny wirus, przecisnąwszy się ukradkiem przez kordon ciał odpornościowych .

Nic dziwnego, gdy staram się w dwudziestu czterech godzinach zmieścić trzy doby… I choć wiem, jak to się skończy, czasem nie mam wyjścia. Codzienne treningi bywają nieprzyjemne, zależnie od pogody. Na dodatek ciągle jesteśmy zmęczeni, a wtedy odporność jest bardzo, bardzo marna. Trzeba być przygotowanym na czarny scenariusz.

Z racji zawodu który wykonuję mam pod ręką różnych lekarzy, ale kuruje się stosując poczciwe babcine metody. Mleko z miodkiem, czosnek, cebula, imbir, sok z malin. Wygrzać się, wymoczyć nogi w gorącej wodzie, unikać antybiotyków. To moja kuracja! Do wódki z pieprzem nie mogę się przyznać, bo co by na to powiedział Trener;)…

Leczę się, ale nie rezygnuję z wszystkich treningów. W koszmarne dni poprawia mi nastrój ciepły wełniany koc, ze Szwecji (czyt. z pewnej znanej sieciówki;)) – najpiękniejszym być może kraju na Ziemi. Pomaga mi jednak najbardziej myślenie o tym, że tysiące osób tworzy, pracuje, dorasta w krajach bardziej zimnych i mokrych niż Polska i oni jakoś dają sobie radę…i może czasem marzyłabym o domku gdzieś na Korsyce, ale portfel mam pustawy;).

A w dobie XXI wieku większym niebezpieczeństwem niż grypa czy angina wydają mi się uzależnienia: alkoholizm, pracoholizm, internet, fajki, konopie, dragi, anoreksja, depresja – to wykańcza bardziej niż szczepionka na grypę. Nie palę, nie koksuję, nie głodzę się, nie wierzę w diety, uprawiam sport – czego i Państwu życzę:).

Trenerka życia ;)

25 stycznia 2013

Tematy sportowe, bliskie są memu sercu od czasów przedszkola…

Wtedy to zaczęłam zabawę ze sportem i tak już zostało mi do dzisiaj. Właściwie cała intelektualna edukacja w podstawówce, liceum i podczas studiów była dla mnie wypełniaczem przerw pomiędzy tą edukacją istotniejszą, sportową;). W szkole syczały jarzeniówki, gazetka ścienna straszyła wystawą „nigdy więcej wojny”, tymczasem na gimnastyce artystycznej były mieniące się stroje, kolorowe szarfy, choreografie graficznie piękne i ja-nieśmiała jako jedyna,w klasie, potrafiłam zrobić szpagat.

Potem korty tenisowe były piękne, ceglana czerwień, wokół zielone krzewy. Świeże powietrze, opalanie na słońcu. Zimą piękne było lodowisko i fajnie skrzypiący śnieg pod nogami. Piękny był nowy rower górski. Rzeźba z węgla i aluminium, który dostojnie, niczym arystokratka prowadziłam na linię startu-jakbym prowadziła rumaka:). Ale najważniejsi oczywiście byli trenerzy i trenerki!

Teraz, gdy po latach o tym myślę, ze zgrozą stwierdzam, że w życiu zawodowym i osobistym przydały mi się wyłącznie uwagi trenerów, a nie nauczycieli. Podzielę się z Wami najciekawszymi myślami trenerskimi, do których warto w życiu wracać codziennie!

„Meczu nie gramy w nowych butach”. Od razu uderza psychologiczna głębia tej nauki! Sprawdza się w związkach i w korporacji. Nowy but, choć efektowny, może obcierać lub mieć luzy. Stopy będą krwawić albo co gorsze kostkę sobie złamiemy. Zanim na poważnie zwiążemy się z osobą, która zaczadziła nas emocjonalnie, ponośmy ją, rozepchajmy, zobaczmy, czy się dostosuje do naszego kształtu, czy pozostanie sztywna i uwierająca.

„Końskie zdrowie„. Niech się schowają wszyscy radykałowie tego świata przed tą trenerską nauką! Talent to między innymi zdrowie. Jeśli się go nie ma, to można uprawiać sport w innej formie: rekreacyjnej bądź rehabilitacyjnej. Nie od razu trzeba pchać się w wyczynostwo. Końskie zdrowie sprawdza się w biurze, łóżku… Każdy kilogram nadwagi to koszmar dla twoich stawów. Nie ćwiczysz mięśni posturalnych, to kręgosłup nie wytrzyma i padniesz, siedząc w korporacji nad raportami albo za kierownicą. Nie da się uprawiać sportu, robiąc sobie przerwy na zwolnienia lekarskie. Osoba z trzęsącymi rękoma chirurgiem nigdy nie będzie. Ja profesorem fizyki kwantowej również nie zostanę:) A wyczynowy sportowiec powinien mieć zdrowe serce i płuca. Proste.

„Patrz się na piłkę”. Sokrates wysiada przy takiej trenerskiej myśli! No przecież wiadomo, że aby trafić w piłkę, trzeba ją widzieć. Ale jak patrzeć! Cały czas. Wyprzedzać ją wzrokiem, zanim dosięgnie nas, patrzeć na to, jak patrzy na nią przeciwnik, piłkę trzeba opanować, nadać jej kierunek, aby ona nas nie zaskoczyła, nie zmiotła z powierzchni. To działa też w związku. Na partnerkę trzeba patrzeć, pożerać ją wzrokiem, widzieć, że ma zły nastrój, i ją rozśmieszyć, spostrzec, że podejrzanie późno wraca do domu…

„Nerwy w konserwy”, czyli seppuku dobrze wygląda wyłącznie w operze. Nie pozwól, by sukces trafił do twojej głowy, a porażka do serca. W sporcie nie histeryzujemy ani nie gwiazdorzymy. Z przegranej wyciągamy wnioski, które mają nas wzmocnić. Sukcesów nie opijamy tygodniami. Za amatorskie uznajemy błagalne spojrzenie na nogi czy kurczowe trzymanie się kierownicy. Nasz język ciała NIE może zdradzać przeciwnikom, oznak niepewności, załamania czy największego nawet wyczerpania.

„Odpoczniesz po biegu” W sporcie liczy się każda sekunda. Jednak najgorszym dyshonorem i główną przyczyną dantejskich scen jest nieukończenie wyścigu/meczu. Można zaliczyć poważną glebę na zjeździe. Wszystkie części ciała można mieć poobdzierane oprócz podeszw stóp. Po czym można wsiąść na rower, pedałować jeszcze 2 godziny i dokonać czegoś ważnego – dojechać do mety etapu. Ten upór w przełożeniu na całe nasze życie robi wrażenie. Czasem zadania do wykonania wydają się nam zbyt trudne do udźwignięcia, ale budujemy przecież dolinę krzemową! Wstajemy, by ćwiczyć swe ciała o piątej rano, a kładziemy się dopiero po zrealizowaniu stu innych skomplikowanych spraw. Gdy wydaje Ci się, że nie potrafisz, zbierz siły i doprowadź swój projekt do końca

„Kocham tych za sobą, nienawidzę tych przed sobą” „Nie mam pretensji do dziewczyn, które miałeś zanim mnie poznałeś. Gorzej z tymi, które poznasz jutro…” W życiu trzeba być czujnym. Znać swoje miejsce w hierarchii.

„Kombinerki zostaw w garażu”. Za dużo kombinowania podczas meczu/wyścigu może wybić z rytmu. Kombinowanie zabija intuicję, gwarantuje brak sukcesów sypialnianych. „Nie będę dzwoniła, poczekam, aż on zadzwoni”. ”Upija się często, wydaje moje pieniądze, no ale bidulek ma tyle kłopotów, muszę z nim zostać, bo beze mnie nie da sobie rady”. „Jak nie mogę, to przez nogę”. Jęczysz, bo wydaje ci się, że już dalej nie pobiegniesz, dłużej nie dasz rady? A właśnie ten ostatni intensywny kwadrans treningu przynosi największe efekty, a nie ten świeży początek! Nie jęcz, tylko stań do przetargu, inaczej nie wygrasz.

„Pracuj, pracuj i jeszcze raz pracuj” rodem z PRL-u. Bez pracy nie ma kołaczy. Dla przykładu, przeciętny zawodowy kolarz pedałuje co roku tyle, że mógłby okrążyć ziemię. Dzienny współczynnik metabolizmu uczestnika Tour de France przekracza współczynnik członka wyprawy na Mont Everest. Żeby coś osiągnąć, trzeba najpierw na to zapracować. Zatem„nie ociągaj się, daj z siebie wszystko, ty nygusie”. Dobrze się wymęcz! Dzień to mecz, życie to starcie z przeciwnikiem, nieustanny trening. Liczy się zaangażowanie w walce, charyzma, zdolność do inspirowania innych. Do roboty!

Tak więc świetni trenerzy to sprawa najwyższej wagi. Dobrze wyszkoleni zawodnicy i zawodniczki sprawdzą się potem jako szefowie wielkich firm. Zawodniczki twarde, nieustępliwe wyrosną na reżyserki, dyrektorki banków. Zdrowi długodystansowcy sprawdzą się jako tatusiowie, zorganizowani, dający sobie pięknie radę w życiu. Trenerka może być mamą zastępczą, wzorem kobiecości. Trener może wychować skuteczniej niż ojciec alkoholik czy najwyższej rangi profesor. Ich działania wydają się proste, ale mają w sobie coś z magii , ponieważ wynikają z wiary i całkowitego oddania sprawie. W sporcie nie można być trochę. Tak jak nie można być trochę w ciąży. Dobry nauczyciel musi być oddany uczniowi, niczym trener Justyny Kowalczyk. Mam nadzieję, że każdemu z Was uda się taką osobę w życiu spotkać…

.