Kolejny rozdział zamknięty

Prawdziwą radość przynosi tylko to, czego zdobycie wymaga ciężkiej pracy i poświęceń. Im ciężej na coś pracujesz tym bardziej to doceniasz. Jeśli coś przychodzi Ci łatwo to jaką to daje radość?

Kartki z kalendarza:

marzec 2016

Wykładam moje życie na taśmę. Jak w grze w wojnę karcianą. Kto kogo, kto mocniejsze zakupy wyłoży. Mój ruch: wielka paczka pampersów, herbatka Bocianek dla matek karmiących (już mnie mdli jak czuję zapaszek kopru, a to dopiero drugi miesiąc karmienia), jabłka dla Michała do pracy, twarde i kwaśne, jak ten mój styczeń i luty. Kiedy się ze mnie taka mało rozrywkowa dziewczyna zrobiła? Jeszcze wrócę do gry, zobaczycie, myślę sobie. Jak polscy skoczkowie, którzy mają chwilową zapaść formy i nie latają daleko. Obiecuję sobie, że tu wrócę i wam ludzie przy kasie pokażę. Dokładnie do tego sklepu wrócę, a między półki z pampersami w ogóle nie wjadę.

maj 2017

Sport bardzo lubię, ale z tym Ironmanem to Michał przesadził. Po prostu wniósł opłatę startową nie pozostawiając mi wyboru. Następnie zapowiedział, że dam radę „to” zrobić, muszę tylko trenować zamiast spać i pół roku później będzie po sprawie. I po kryzysie!

1/2 Ironman  Sieraków 2017

Zaczęło się ogromnie sympatycznie, godzina 15:00 piątek. Jedziemy do Sierakowa. Na mój pierwszy od urodzenia Stacha IM. Właściwie na ½ IM ;). Stach zostaje we Wrocławiu pod opieką cioci Izy. Wraz z Michałem czujemy się jak na wycieczce szkolnej. Zatrzymujemy się na stacji i jemy kanapki z dżemem, popijając herbatką. W wynajętym domku śpi nas około szesnastu. Zapach maści końskiej, dyskusje o żelach, częstowanie stoperanem i kremem na otarcia. Jezu, to się nie dzieje naprawdę! W sobotę większość RATowców jest już po ¼. Wśród triathlonistów przeżywających kryzys wieku średniego króluje syrop na kaszel – Jagermeister, spożywany na pomoście. Ludzie w wieku słusznym, więc profilaktyka jest bardzo ważna  ;).

W niedzielę w dniu wyścigu panuje straszny ukrop. Najpierw załamuje mnie psychicznie Magda, która wyprzedza mnie na biegu z lekkością motylka i znika z pola widzenia, podczas gdy ja już ledwo żyję z upału, a potem  na pół okrążenia przed metą Ola. Od tego momentu marzę tylko, żeby to się wreszcie skończyło. Wbiegam na metę półżywa i zamiast wykrzyknąć: „Udało się!”, padam na pysk.

„Piekło na Ziemi” – napiszą potem uczestnicy. Piekło, które funduję sobie na debiut sezonu.  

Wyszedł z tego marszobieg. Adam Kszczot by mnie zdublował 3 razy. Mimo wszystko nieoczekiwanie kończę na 3 miejscu open ze strata tylko kilku sekund do dziewczyn. I choć na biegu opadłam z sił to szczególnie usatysfakcjonował mnie wynik roweru -90 km przejechałam w 2 godziny i 30 minut.

To był wspaniały dzień dla dziewczyn z naszej ekipy. W pierwszej dziesiątce znalazło się nas aż 6!

½ Ironman Karkonoszman 2017

Po obozie  realizacja planów związanych ze zdobywaniem szczytów górskich nabiera realnych kształtów. Może rekordu świata nie zrobiłam. Ale postanawiam wziąć udział w Triathlonie Karkonoskim. I muszę przyznać, że bułka z dżemem o 6 rano w sali rycerskiej Zamku Czocha, a potem długa i stroma wspinaczka na szczyt Śnieżki to jedno z piękniejszych przeżyć, jakie mi się do tej pory przytrafiło. O tym, że jest to impreza niezwykła, decyduje wiele rzeczy, ale jedną z najważniejszych w moim mniemaniu jest lokalizacja biura zawodów, etapu pływackiego i pierwszej strefy zmian – Zamek Czocha! Bardzo łatwo ponieść się emocjom i wyobraźni w tym miejscu. Czocha jest jednym z najbardziej tajemniczych zamków w kraju. No i jest miejscem niesamowicie urokliwym. Nie trzeba chyba dodawać, że nocowanie w jednej z komnat, znacznie upraszcza przedstartową logistykę i dodaje smaczku.

Długość etapu kolarskiego wynosi 84 kilometry, a różnica wzniesień blisko 1860 metrów. Na początek trochę „pomarszczona” droga na Świeradów i zakręt Śmierci, a na przystawkę podjazd do Michałowic i zjazd do Sobieszowa. Jako danie główne podjazd od Podgórzyna od Przesieki i Zachełmia, a na deser podjazd do Karpacza Górnego. Są to jedne z najbardziej znanych karkonoskich podjazdów kolarskich.

Długość etapu biegowego to 21 kilometrów, a różnica wzniesień wynosi blisko 1150 metrów. Zaczyna się ponad dwukilometrowym podbiegiem Drogą Chomontową do zbiornika retencyjnego, po czym czeka trzykilometrowy zbieg do Drogi Sudeckiej. Nawierzchnia tej pierwszej części to szuter. Pierwsze dwa kilometry wzdłuż Drogi Sudeckiej to asfaltowy podbieg , po czym od rozwidlenia nad Przesieką czeka czterokilometrowa „ściana” prowadząca do Przełęczy Karkonoskiej i schroniska Odrodzenie, gdzie czeka bufet z wodą, izotonikiem, żelami i ciastkami! Do tej pory było w większości pod górę, ale dopiero od Odrodzenia zaczyna się najtrudniejszy technicznie odcinek etapu biegowego. Czerwony szlak poprowadzony Śląskim Grzbietem od Odrodzenia do Słonecznika wyłożony jest kamieniami i głazami. Utrzymanie biegu bez upadku, potknięcia, czy skręcenia kostki jest nie lada wyzwaniem. Od Słonecznika nawierzchnia wyrównuje się i aż do Domu Śląskiego jest w miarę „wygodna”. Minąwszy Dom Śląski zostaje kilometr wspinaczki wzdłuż łańcuchów na szczyt Śnieżki, gdzie czeka Gudos z medalem. Wzruszenie na widok mety jest ogromne! 

Nie udałoby się to bez Ani, Asi, Gosi oraz Arka najlepszego supportu :)! Musicie wiedzieć, że udział w Triathlonie Karkonoskim wymaga posiadania osoby wspomagającej, tj. supportu. Trzeba znaleźć kogoś, kto podczas wyścigu dostarczy do T2 wszystko, co potrzebne będzie podczas etapu biegowego. Kto w razie potrzeby będzie towarzyszem biegu, butelką z wodą, kanapką, dobrym słowem,  kijkiem, o który można się oprzeć, mapą, samochodem, ciepłą kurtką. To ktoś kto was przytuli – spoconych i w sumie dość obrzydliwych – na mecie, wbijając swoim ciałem ciężki medal w waszą klatkę piersiową. Poda na mecie herbatę i przypomni, gdzie stoi samochód. Może się umęczyć, może nie spać, nie jeść, może nabawić się odcisków, może zmarznąć okrutnie i nie oczekuje niczego w zamian.Takich momentów się nie zapomina…

Ja wiem, że na pewno tam wrócę, a Was zachęcam do czujności, gdyż u Gudosa może wystartować tylko setka zawodniczek i zawodników.

Karkonoszman to było moje pierwsze zwycięstwo, no i pierwszy namacalny dowód na słuszność obranej drogi.

Kilka dni po Karkonoszmanie 2017

Trochę potrenowałam, przebiegłam triathlon górski i kilka dni później poszłam do lekarza skarżąc się na bóle pleców. Ortopeda zrobił mi rezonans, obejrzał zdjęcie i od razu zawołał kolegów, żeby im pokazać, jaki ze mnie dzielny człowiek – sama przyszłam, a przecież powinni mnie przynieść. A który jest pani rocznik? No i to właśnie jest przyczyna! Nie, nie da się wyleczyć. Czasu nie cofniemy”. To najbardziej pokrzyżowało plany. Niestety z wielu treningów musiałam zrezygnować. Wielkie dzięki dla Arka i Krzyśka za próby podniesienia na nogi.

½ IM Chodzież 2017

Tu prawie dochodzę do sedna. Podobnie jak dla moich kolegów blogerów także i dla mnie pisanie o triathlonie jest świetnym pretekstem, żeby się pochwalić własnymi osiągnięciami, niniejszym donoszę więc że dzięki chwilowej niedyspozycji Oli i Magdy, normalnie lepszych ode mnie w kategorii wygrałam wyścig. Startowało nas, wszystkich na długim dystansie około 50, a ja byłam pierwsza, z nowa życiówką 4:48:35,  ale to wina mojej rodziny, bo zaczęła mnie dopingować na finiszu i wybiło mnie to z rytmu ;).  Mam nadzieję, że to zachęci wszystkich czytelników do triathlonu. Warto! I wychodzi taniej niż zakup Harleya ;). `

Ironman Wisconsin 2017

Na miejscu organizatorzy zaopatrują mnie w czepek, numer startowy i zapowiadają – don’t stop, don’t give up and anything is possible! Po 4 latach  i nieprzespanej nocy znów staję na starcie Ironmana. Kryzys i wątpliwości zostawiam w depozycie. Postanawiam, że jak dotrwam do końca, nie będę już obchodziła urodzin wieku brutto, tego z kalendarza, tylko netto, czyli na ile się czuję 😉

Pływanie:

Start odbywa się z wody. Razem z Michałem zakwalifikowano nas do 3 fali, odpowiadającej naszej grupie wiekowej. Taki start ma swoje dobre i złe strony. Dobra jest taka, że pozwala to uniknąć pralki a zła, że już po 300 metrach trzeba wymijać słabszych zawodników z poprzednich fal. Mimo wszystko pływanie w Madison jest niepowtarzalne -przede wszystkim z powodu Monona Terrace-nowoczesnego centrum kongresowego, pełnego widzów na każdym poziomie i na pokładzie parkingowym. Za każdym razem gdy bierzesz oddech jesteś pod wyjątkowym wrażeniem!

Strefa zmian

Po wyjściu z wody i pozbyciu się pianki odpalasz „spiralę”, czyli  masz do pokonania długą serpentynę prowadzącą na górny parking Monona Terrace i strefy zmian. To w rzeczywistości nic strasznego, a widzowie rozmieszczeni wzdłuż całej spirali sprawią, że będzie to doświadczenie, którego nigdy nie zapomnisz!

Pierwsza strefa zmian  mieści się w ogromnym centrum kongresowym z krzesełkami z “kongresu” w przebieralni ;). Dalej biegniesz do wyjścia na długi kilometrowy parking położony na szczycie budynku, gdzie czeka twój rower  i przeciwległą spiralą zjeżdżasz w dół. Nie martw się, wszyscy biegają takie same odległości i nikt nie poci się na spirali. Nie śpiesz się. Bezpieczeństwo jest dla Ciebie najważniejszym priorytetem.

Trasa rowerowa

Z Madison kierujesz się w stronę Verony tj. jakieś 16 mil, na ogół pod górę ;). Tu zaczyna się  40-milową pętla w wiejskim hrabstwie Dane, którą pokonujesz dwa razy, a następnie wracasz do Madison. Te pętle są niezwykle pagórkowate, z wieloma trudnymi podjazdami i zakrętami na każdym okrążeniu.

Kumpel mawia, że do Ironmana potrzeba 3 rzeczy: głowy, żeby myśleć, żołądka żeby trawić i zębów by je zaciskać…

Wraz z Michałem ukończyliśmy  wiele wyścigów, ale naszym zdaniem, Wisconsin oferuje najtrudniejszą trasę rowerową z jaką przyszło nam się zmierzyć do tej pory. Wiem, być może, nie ma czegoś takiego jak „łatwa” trasa roweru Ironmana. 112 mil to kawał drogi, zwłaszcza, gdy wcześniej pływasz i biegasz na końcu.

Moim zdaniem to, co naprawdę różni jedną trasę od drugiej, to nie ilość przewyższeń czy silny wiatr itp.,ale to jak często zmuszony jesteś do podjęcia decyzji. Mnóstwo małych, dobrych decyzji tworzy dobry dzień, tak jak i wiele drobnych decyzji sumuje się, aby stworzyć bardzo zły dzień…

W Wisconsin podejmujesz decyzje na całych 180 km. Płasko, fałszywie płasko, w górę, w dół, w lewo, w prawo, mała tarcza / duża tarcza? Nigdy nie robisz jednej rzeczy dłużej niż około pięć minut. Stwarza to możliwość popełnienia wielu małych (i dużych) błędów, które zrewanżują się gdzieś na biegu. Wisconsin, bardziej niż jakakolwiek inna trasa  nagradza inteligentnego, cierpiącego i zdyscyplinowanego kolarza. Siła może na nic się tu zdać.

Naprawdę musisz myśleć 100 % czasu!

Trasa biegowa

Kuzyn krzyczy, że jestem druga! Pytam, czy to nie żart?!? Plecy po zejściu z roweru bolą okrutnie. Dobiegam do napojów, wlewam w siebie pod korek, aż jest mi nieprzyjemnie. Moczę włosy i koszulkę. Kostki lodu na kręgosłup.  Słońce powoli zaczyna być odczuwalne, jest koło południa. „Yes, you can” – powtarzam sobie za Obamą ;). Przede mna jeszcze straszny kawał drogi do pokonania, ale jeśli by mi się udało…

Trasa biegowa składa się z dwóch krętych, miejskich, przeważnie płaskich okrążeń i nie jest tak trudna jak trasa rowerowa. Na trasie są dwa łagodne wzgórza: obserwatorium, około 8 i 18 km. Kilka zmarszczek, a następnie krótki, stromy podbieg, który dochodzi do State Street. W zależności od tego, jak się czujesz, wspinaczkę możesz poczuć zaraz na początku State Street … lub znacznie wcześniej! Tak czy inaczej, State Street jest wypełniona  setką widzów, aby Cię pocieszyć.

Reszta trasy to trochę zakrętów, droga przez kampus uniwersytecki,  zacieniony fragment szutrowej ścieżki w parku wzdłuż jeziora a nawet okrążenie boiska piłkarskiego Camp Randall! W rzeczywistości na każdym okrążeniu będzie tylko około 400 jardów, na których nie będziesz się cieszyć;).

Mi od zejścia z roweru po głowie tłucze się jeszcze jedna myśl „dogonią mnie, dogonią…” Na drugiej pętli kuzyni pokrzykują, że moja przewaga rośnie. Najwyraźniej ciężki rower wszystkim dał mocno w kość. Wiem już, że nie muszę się śpieszyć. Przystojny, blondyn podaje mi lód i mówi, żebym go sobie włożyła w koszulkę. Ucinam sobie pogawędkę z sześćdziesięciolatką, biegnie ze mną i oznajmia, że to jest jej 15-ty Ironman i nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa!

Kibice

Nie musisz się martwić, Twoja rodzina też nie będzie się nudzić. Jeśli zechce oglądać  Cię na rowerze organizator oferuje transport do Verony, gdzie czekając abyś śmignął im przed oczami 2 razy, mogą uczestniczyć w słynnym rodzinnym festiwalu. Inną możliwością jest skorzystanie z jednej z wielu dróg lokalnych prowadzących na najbardziej strome wzgórza na trasie (Old Sauk, Timberlane, Midtown) aby poczuć klimat podobny do tego jaki panuje na  Tour de France. Podjazd pod te wzniesienia nie może równać się z żadnym innym odcinkiem trasy. Jedziesz wśród szpalerów ludzi, szerokich na 5 osób z każdej strony. Czasami tłum gęstnieje tak bardzo, że dla zawodników zostaje przejazd o dwumetrowej szerokości. Widzowie wychylają się i do ostatniej chwili machają i krzyczą do przejeżdżający zawodników. Ogłuszający grzechot kołatek, dźwięki gwizdków i okrzyki towarzyszą Ci przez cały czas. Super sprawa, mobilizuje na trasie. Gdy brakuje przełożeń myślisz wtedy: : „kurcze, jak nie wjadę, to dopiero będzie wstyd” ;).

Jeśli Twoi bliscy zdecydują się pozostać w Madison, centrum – a zwłaszcza State Street – oferuje szereg atrakcji. W zasadzie, jeśli przyjrzysz się mapie biegu, zobaczysz, że Twoi kibice mogą stanąć w pobliżu końca State Street aby przemieszczając się nieznacznie , dopingować Ci wiele razy!

Finisz

Jeszcze tylko kilkaset metrów, piękny biały budynek Capitolu, czerwony dywan. Kuzyni z flagą i Michał czekający na mecie. Po prawie 11 godzinach ostatnie 100 metrów przebiegam sprintem i wpadam w objęcia męża. „You did it” – ktoś szepce do ucha.  Wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety nie mają końca. Takich momentów się nie zapomina :).

Ten rok kończy się dla mnie jak w bajce. Było ciężko, naprawdę…

Mam półtorarocznego synka, przestaje wierzyć w granice… 🙂

Obozowo

W domu:

Kiedyś proces pakowania trwał u mnie chwile – kostium kąpielowy, klapki, jakaś książka i kilka sukienek. Teraz – zmierzyłam czas niczym na treningu – pakowałam siebie i Stacha prawie dwie godziny. Młody człowiek, który jeszcze nie ma metra długości, ma więcej rzeczy niż Święty Mikołaj w swym worku. Myślałam, że jako stara doświadczona matka wzięłam wszystko. Gdzie tam. Już drugiego dnia  wieczorem zorientowałam się, że nie mamy off’u  przeciw komarom.

W podróży:

Podróż samolotem z Wrocławia do Palmy, sprawia, że czuję się jak przybysz ze wschodniej tundry na salonach u arystokracji. W samolocie tanich linii jest toaleta przewidziana dla rodziców z maluchami, a posiadanie małego dziecka jest przepustką do pierwszeństwa przy odprawie i wejściu na pokład poza kolejnością. Ponadto dziecko może mieć osobny bagaż podręczny. Nie musicie się więc głowić nad tym, jak wy to wszystko pomieścicie do jednej torby, możecie mieć dwie. Poza tym cały czas mogliśmy mieć ze sobą spacerówkę, z którą rozstaliśmy się dopiero przed wejściem do samolotu.

I co najważniejsze obeszło się bez ipada 😉

Port de Pollença:

Po niecałych trzech godzinach lotu jesteśmy oderwani od codzienności. Tu nikt nie straszy PISem, a powietrze przesiąknięte jest sosnowo-cytrusową nutą. W dwa tygodnie, zapomnimy o Polsce. Majorka to dzikie plaże, skaliste zatoki, lasy, łąki, pastwiska, przejrzyste wody o turkusowym odcieniu i wąskie uliczki wśród starych kamiennych domów. Ale co najważniejsze – Majorka to raj dla kolarzy! Wypożyczenie auta dla 3 osobowej rodziny jest tu tańsze niż pożyczenie 3 rowerów! Drogi ciągną się tu niczym wstążki. Serpentyny, górskie przełęcze, urwiska, klify. Albo asfalt tonący gdzieś w wodzie. Ruch jest tu niewielki, a kierowcy nie jeżdżą szybko i są przyzwyczajeni do rowerzystów, którzy o tej porze roku stanowią nieodłączny element rzeczywistości.

fot. Michał Kuczyński

Zamieszkamy w niewielkim miasteczku Port de Pollença – na północnym koniuszku wyspy w sąsiedztwie gór Sierra de Tramuntana.

Na miejscu jest wszystko czego nam trzeba – otwarty basen 25m z podgrzewaną wodą, serwis i sklep rowerowy, pomieszczenie na rowery i pyszne jedzenie.

7:30-8:00

Jesteśmy już po rodzinnym śniadaniu. Podczas gdy inni delektują się cappuccino i chrupiącym, pachnącym croissantem, my w biegu łapiemy coś do jedzenia, lecąc do kąta i wpychając sobie jak najszybciej do ust, prawie sie dławiac. W ostatnim czasie nasz Stach uwielbia eksperymentować z jedzeniem. Mimo, iż ma przed sobą pełny talerz, lubi i ma ochotę na to co leży akurat na naszych. Rzuca się na mój kotlecik, jakby spodziewał się znaleźć w nim złoty pierścionek.

Pozostaje nam obserwować bezradnie jak szczęście naszego dziecka rośnie, a porządek wokół maleje.

8:00-9:30

Ze stołówki biegniemy  na plac plac zabaw, a tam obowiązkowe kilkaset skłonów. Schylanie, podnoszenie, schylanie, podnoszenie… Układanie, zbieranie…  Po kwadransie jestem mokra od potu niczym maratończyk na mecie. Gdzieś w tym bałaganie jest moja koszulka rowerowa. O jest. Na ramieniu plama po kaszce. Na suwaku zasuszony banan. Gdzie komórka?! Ładowała się. Gdzie Garmin? Pokój hotelowy wygląda jak ruiny Berlina w ’45 a ja codziennie próbuję wyciągać z tego bałaganu jakieś wartościowe cegły i układać je od nowa.

Dzieci, szczególnie małe, rozprzestrzeniają się po domach szybciej niż kosmos się rozszerza, niż rosną nam biodra od bagietek i długi frankowiczów.

9:30-14:30

Trening rowerowy. Nareszcie mogę odpocząć. To nic, że na horyzoncie najbardziej stromy podjazd (największe maksymalne nachylenie Port de Sa Calobra 12.6%). To nic ;). 13-kilometrowa górska serpentyna wije się wśród skał lekko pod górę, by następnie opaść kilkaset metrów nad sam brzeg Morza Śródziemnego. Najsłynniejszym odcinkiem tej drogi jest Nudo de la Corbata („Węzeł Krawata”), na którym trasa zakręca pod kątem 270 stopni i biegnie pętlą pod wiaduktem. Poplątana niczym spaghetti szosa jest bardzo popularna wśród kolarzy. Wysiłek w takim krajobrazie jest… niemal bezcenny.

Na wakacje wzięliśmy rodziców i czuliśmy się za nich odpowiedzialni ;). Po powrocie do hotelu następowała więc zmiana warty. Rodzice na rower, my na bieg z malcem lub na basen.

fot. Michał Kuczyński

18:30

Pod koniec dnia koronny posiłek, kolacja! Nie mam siły na jedzenie. Dzieci milkną tylko gdy śpią. Najpierw uśpię synka, jak go uśpię, to coś zjem. Jednak wolę jego sen wykorzystać na to, że na chwilę i ja się położę. Przecież zjeść mogę jutro. Z głodu nie umrę. Nigdy nie jest się za szczupłą ani za bogatą ;).

I tak, męczymy naszego małego Stasia. W 20 stopniowym upale wybieramy się z nim na objazd wyspy.

Popatrz Stasiu—te kaktusy są większe niż ty cały. Popatrz Stasiu—oliwki są jeszcze malutkie i zielone, dojrzeją późna jesienią. W tym smaku zakochasz się od pierwszego tłoczenia. Popatrz Stasiu,to tu, w dolinie u stóp porośniętych sosną gór Tramuntana, leży przepiękna Valldemossa, miasteczko, które w 1838 roku gościło może najsłynniejszych zagranicznych turystów na wyspie – George Sand i Fryderyka Chopina. Popatrz Stasiu, widzisz te żółtozielone piłki na straganie? To melony. Zobacz jak słodko i mocno pachną. Popatrz Stasiu, kto tak zwinnie przeskakuje między skałami. To kozice. Bardzo lubią chrupki kukurydziane 😉

Spróbuj Stasiu, co to za kwaskowaty smak? To świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Można go tu pić na każdym rogu. Stasiu widzisz tą ciuchcię, która wygląda jak wypożyczona ze sklepu z zabawkami?  Liczy sobie dokładnie 100 lat. Wyrusza ze stolicy Majorki, sapiąc i klekocząc, pokonuje 27 km w ciągu godziny.

Mimo, że podróże z małym dzieckiem to upiorna logistyka (pieluchy, wózek, mleko, odparzona pupa) to może w dorosłym życiu człowiek ten odróżni jednak Majorkę od Minorki. O ile te podziały będą jeszcze wtedy istniały… Oczywiście, być może nasze dzieci z tych wczesnych podróży nie mają żadnych wspomnień. Za to my je mamy! Więc nie jest tak źle. Ponadto zawsze można obronić się słowami—każde wspomnienia odkładają się ponoć w piwniczkach i suterenach naszych umysłów.

Z życia triathlonistów-jak zacząć trenować zimą cz. 3

Niedziela

5 godzin treningu zakończone kilkukrotnym zdobyciem Ślęży. Za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć jak mam na imię…

image

Wtorek

Dziwne, ale przestały mnie boleć mięśnie(!). Podczas Fartleku zaczęłam się nawet  rozglądać dookoła i potrafię wyliczyć szacunkową wartość ekwipunku mijanego biegacza, tylko nie zawsze mogę obejrzeć zegarek.
A na siłowni spróbowałam podwyższyć obciążenie do 30 kilo i dałam radę. Nie mam z kim podzielić się radością. Wszyscy dookoła podrzucają powyżej 50. Mają takie fajne rękawiczki, trochę podobne do rękawiczek do prowadzenia samochodu. Nieco jednak głupio pytać, do czego służą, choć na pewno by odpowiedzieli. Wszyscy są strasznie mili, dziś znowu podszedł jeden z tych podrzucających ponad sto, aby się przywitać. Potem poszedł podciągać się i żeby było ciężej, zawisł do góry nogami. Nie mogłam na to patrzeć.

image

Czwartek

Kupiłam sobie ciepłe spodnie kolarskie oraz zimowe ochraniacze na buty a także wełniane wkładki, które mają wspomóc zimowy trening triathlonisty. Zimowy trening rowerowy jest wspaniały! Wszystkie drzewa i krzaki iskrzą się diamentowymi soplami lodu. Świat wygląda bajecznie! Za nic nie chciałabym mieszkać na południu gdzie nigdy nie ma śniegu!

image

Znam się też nieźle na miksowaniu zapachów perfum oraz kuchni regionalnej. Konkretnie na gotowaniu zupy rybnej. Wyrecytowałbym przepis z zamkniętymi oczami. Codziennie rano leci ten sam program, kiedy jeżdżę na trenażerze. Lecą też programy informacyjne, ale jest na tyle głośno, więc wiem tyle, że coś gdzieś wybuchło.

🙂

***

 

Wysoki poziom radości.

Na obozie byłam raz. W wieku 8 lat- nie wiem czy to dobrze świadczy o moich rodzicach. W roli deptaka ścieżka nad jezioro, w roli stadionu klepisko z słupkami markującymi bramki, w roli zrównoważonej diety chleb z dżemem i krówki ciągutki. W baraku spało 40 dziewcząt, niczym w szpitalu polowym. Obok, w murowańcu mieszkali chłopaki. W nocy atakowali nas szyszkami niczym partyzanci uzbrojeni w granaty. Z „kłodami” rzucanymi pod nogi uczyłam się samodzielności. Odpowiedzialność była zbiorowa. Z tego powodu wszyscy ponosiliśmy kary – w środku nocy w piżamach kazano nam biegać 50 razy wokół boiska  albo na kilkanaście minut zastygać bez ruchu w pozycji krzesełka pod ścianą. Aby uniknąć śmierci  szybko nauczyłam się do czego służy prezerwatywa.  Jak napełnić gumkę wodą , zrobić z niej balonik , a następnie z hukiem rozbić go nad głową kolegi. Choć  wtedy w Polsce  nie stosowano wychowania seksualnego, to wystarczył jeden pobyt na obozie i wszystko wiedziałam – przynajmniej teoretycznie ;). Codziennie srogi trener pływania, z owłosionymi plecami i w obcisłych kąpielówkach w kratę płynął łódką, a my za nim ledwo przebieraliśmy nogami. O zabawie  w wodzie  albo obijaniu się po kątach nie było mowy. Chwila nieuwagi i skończyłabym jak Ofelia. O okularkach  nawet nie marzyliśmy…

Po tej obozowej treserce  mój klub pływacki upadł a czar pływania nieco osłabł. W liceum nie było żadnych rozgrywek. Wprost przeciwnie, dziewczęta walczyły głównie o zwolnienie z W_F-u.

I o zgrozo(!) po tych wszystkich latach znów jadę na obóz, gdzie za własne pieniądze poczuję się jak stara babcia  na rehabilitacji  korzonków w Konstancinie! Co jednak począć, gdy w czasach kultu ciała, pracę fizyczną ceni się wyżej niż umysłową…

Szklarska Poręba
Dzień 1

Trening pływacki zaczynaliśmy, kiedy cały hotel pogrążony był jeszcze we śnie, a księżyc rozświetlał gwieździste niebo nad górami. Wschód słońca wita nas w wodzie, a widok z okien oszałamia urodą. Nic dziwnego. Bornit to najwyżej położony hotel w Szklarskiej Porębie, a z pływalni i niemal każdego apartamentu, rozciąga się rozległa panorama na otaczające go Karkonosze. Nad krajobrazem dominuje Szrenica. Otulona drzewami zmienia swe kolory w zależności od pory roku.  Jesienią staje się rudo-brązowa za sprawą lasów, pełnych buków i starych  świerków. Tuż pod jej zboczem rozłożyły się dziesiątki czerwonych dachów Szklarskiej Poręby.

Miedzy zajęciami śniadanie i chwila relaksu na tarasie…

image

Następnie trening crossowy po lesie z elementami techniki, rozciąganiem i o dziwo biegu na orientację ;). Słońce przygrzewa coraz mocniej promienie przenikają między pnie drzew. Świerki, sosny roztaczają intensywny zapach żywicy. Dochodzę do wniosku, że najpiękniejsza jesień jest w górach! Wtedy gdy rosnące na zboczach drzewa zaczynają mienić się niezliczonymi odcieniami żółci, brązów, pomarańczy. Takie widoki w ciepłych promieniach słońca zapamiętuje się na długo.

image

Po lunchu czas na rower. Z miejsca w którym mieszkamy niedaleko do granicy z Czechami gdzie Izery spotykają się z Karkonoszami. Powoli wdrapujemy się coraz wyżej i wyżej w kierunku Jakuszyc, szybko mijamy polanę i zjeżdżamy do Harrachova,  aby znów rozpocząć mozolną wspinaczkę w górę. Nagle naszym oczom  ukazuje się jedno z najpiękniejszych miejsc, leżące w samym sercu  Gór Izerskich. Drewniane chaty Jizerki to najwyżej (862 m n.p.m) położona osada na terenie Czech. W drodze powrotnej czeka nas kilka wymagających, szybkich zjazdów. Zimno atakuje bardzo dotkliwie, ale wokół tak pięknie. Rudo-brązowe lasy wyglądają jak dekoracja teatralna. Nikt z nas nie ma wątpliwości – to rowerowe eldorado!

Wieczorem po obfitej kolacji jedni leczą obolałe mięśnie w saunie, inni popijają złocisty trunek odpoczywając w hotelowym barze. Nikomu nie przychodzą do głowy imprezki. Sami przykładni rodzice, synowie i córki ;).

Dzień 2

To już 3 zajęcia basenowe w ciągu ostatnich 3 dni. Uff nie ma lekko… Po obfitym śniadaniu i chwili odpoczynku, pokaźnym peletonem przemierzamy drogę do Świeradowa Zdroju. Szybkość, tęczowy blask przemykających koszulek, szelest kół przypominający buczenie w pszczelim ulu oczarowuje mnie po raz kolejny. Jesienią jest tu najspokojniej. Zakręt śmierci z widokiem zapierającym dech w piersi . Doskonale gładki asfalt, a potem gorąca kawa na hotelowym tarasie. Październik to czas wprowadzenia do treningu. Dla kogoś takiego jak ja oznacza to konsekwentne spowolnienie kroku. Koniec biegu na maksa przy którym pieką płuca . Koniec ze ściganiem się na podjazdach gór wokół Szklarskiej Poręby. Przy biegu i na rowerze tętno nigdy nie powinno przekroczyć dolnych stref. I tak każdego dnia. Trener kilka razy powtarzał, że do odnowy potrzeba wielkiej dyscypliny. Tutaj zrozumiałam co miał na myśli 🙂

image

Ostatnim elementem zgrupowania miał być marszobieg. Hotel Bornit leży tylko kilka kilometrów od schroniska na Szrenicy i chyba właśnie dlatego to miejsce stało się naszym treningowym celem. Szrenica zazwyczaj chowa się za woalką chmur tym razem jednak nic nie ograniczało widoczności.  W schronisku czekały na nas drewniane stoły, domowe jedzenie i rozgrzewające „herbaty”. Wniosek nasuwa się jeden po mozolnej wspinaczce i osiągnięciu szczytu poziom radości okazuje się wprost proporcjonalny do pokonanej wysokości. Pokochałam to!

image

Z tego obozu nie przywiozłam wszy ani traumatycznych wspomnień a radość z uprawiania triathlonu w barwach GT RAT wcale nie prysła. Każdy mężczyzna mógł poczuć się tu co najmniej jak Raelert albo Macca. Kobiety weszły w skórę Chrissie Wellington. Pojęłam, że cierpiąc katusze można marzyć o zimnym żywcu w zmrożonym kuflu. Zrozumiałam,  że łóżko jest najważniejsze. Los rzucił mnie wewnątrz szczęśliwej konstelacji wybitnych ludzi, do których o każdej porze dnia mogę zwrócić się z pytaniem czym się różni netto od brutto, na co warto iść do kina, co warto przeczytać albo podadzą przepis na ciasto z fasoli … Wszyscy oni są genialni, a ja niczym wampirka żywię się ich energią :).

Do zobaczenia na kolejnym obozie 😉

Foto:
Michał Kuczyński

YOU ARE AN IRONMAN!

10 lipca 2013

Nad jeziorem wzeszło słońce. Woda jest spokojna i krystalicznie czysta. Jest 6:55. Trochę obita, trochę niepewna stoję na linii startu… Półtora roku przygotowań dla tego momentu, dla ciszy przed wystrzałem… Gdzie buty do biegania i sportowy strój były zawsze pod ręką, zawsze! Gdzie treningi nie raz były tak piekielnie ciężkie, że sama się czasem zastanawiałam, po co mi to Gdzie kołdra coraz cięższa się robiła z rana, bywało też, że o drugiej w nocy dopiero potrafiłam zasnąć… Wiesz, że normalni ludzie o tej porze przewracają się z boku na bok? Albo przytulają. Albo robią znacznie przyjemniejsze rzeczy, niż próbują zostać Ironmanem

Kilka tygodni wcześniej wymieniam maile z Trenerem. Analizujemy zakresy tętna rowerowego. Okazują się bardzo dobre na połówkę, lecz średnio przydatne na długi dystans. Pytam: „ Czy w związku z tym , jestem gotowa na IM?” Trener odpisał: „To znaczy, że IM robisz za wcześnie do maksymalnych możliwości swojego organizmu.”

Ale zostawmy mnie na chwilę . Lepiej przyjrzyjmy się Klagenfurtowi. To malownicze miasteczko położone jest w południowej Austrii na wysokości około 446 m n. p. m, u stóp Alp i otoczone innymi, równie urokliwymi jak ono mieścinami, przez które biegnie trasa wyścigu. Jest tutaj wszystko co triathloniście potrzeba do szczęścia. Są łagodnie pofałdowane tereny rolnicze i wzgórza przez które drogi wiodą prosto w góry – idealne na rower. Jest wiele pięknych tras dla biegaczy, no i jest też Wörthersee- najcieplejsze jezioro alpejskie, będące tutejszym centrum sportów wodnych i wypoczynku.

 

Do zawodów (już rok temu) zgłosiło się 3 000 zawodników, których miało zagrzewać do walki ponad trzy razy więcej widzów! Austriacy są ogromnymi fanami tej dyscypliny sportu. Już około środy zaczynają zjeżdżać do stolicy Karyntii pierwsi zawodnicy. Wszędzie roi się od dziennikarzy przeprowadzających wywiady z zawodowcami. Strefa ekspo (targi organizowane przez sponsorów) jest największą oraz najlepiej wyposażoną spośród tych jakie do tej pory widziałam. Ludzie tłoczą się w kolejkach, w ostatniej chwili kupując brakujący sprzęt albo polują na autografy. To niewiarygodne ile tam chcą za najprostszy top! Wszędzie, gdzie nie spojrzysz, ktoś ćwiczy, a włoskie knajpy z makaronem pękają w szwach. Każdy patrzy na każdego, czujesz się jak na pokazie mody.

 

 

Skłamałabym, mówiąc że tryskałam optymizmem – przy kontuzjach nie sposób uniknąć zwątpienia- ale nie miałam zamiaru kapitulować. Trener pocieszał „dobra forma nie poszła sobie w diabły. Ani siła. Powinnaś się cieszyć z tego odpoczynku- przymusowego, ale jednak.” Zamaskowałam więc bolącą łydkę tapami i ukryłam pod skarpetą kompresyjną.

W dniu wyścigu w głosach reporterów rozbrzmiewały nieprawdopodobne emocje. Na twarzach zawodników malowało się skupienie. Choć uprawiają sport amatorsko traktują sport śmiertelnie poważnie, co nie powinno dziwić . 7:00 – strzał – ruszamy. Etap pływacki jest wyjątkowo burzliwy. Panuje wolna amerykanka. Słońce oślepia. 2 500 tyś zawodników skupionych wokół Ciebie, cały dystans płyniesz pośród mrowia młocących wodę kończyn, aby na koniec wpłynąć do ciasnego gardła kanału. Masz do pokonania jeszcze kilometr, ale cały czas musisz walczyć o pozycję, albo o to aby nie zahaczyć ręką o jeden z drewnianych pomostów. Widowiskowe! Mimo wszystko pływanie poszło nieźle – 1:05, choć dałoby się poprawić to i owo .

 

 Po wyjściu z wody szpaler kibiców okupuje całą drogę do strefy zmian, która swoimi rozmiarami przypomina boisko piłkarskie. Wydostanie się z niej z rowerem zajmuje ok 5-6 minut.

 

90 km drogi jest zamknięte dla ruchu i oznakowane tak znakomicie, iż całe wydarzenie wydaje się trwałym elementem tutejszego krajobrazu. Trasa rowerowa w Klagenfurcie nie przestaje zachwycać – po jednej stronie widzisz ośnieżone alpejskie szczyty, po drugiej urokliwe miasteczka i wsie regionu Karyntii.

 

 

Mimo widoków etap rowerowy nie należy do łatwych. Droga jest pofałdowana, a łącznie na 180 km jest do pokonania 1600 metrów przewyższeń. Nie mniej karkołomne wydają się zjazdy, a niektóre zakręty w całości wyłożone są materacami. Na trasie rowerowej masz do pokonania dwie rundy z dwoma ostrymi podjazdami. Podjazd na najstromsze 11,7% wzniesienie nie może się równać z żadnym innym odcinkiem trasy. Doping dorównuje tam temu z Tour de France! Jedziesz wśród szpalerów ludzi, szerokich na 5 osób z każdej strony. Czasami tłum gęstnieje tak bardzo, że dla zawodników zostaje przejazd o dwumetrowej szerokości. Widzowie wychylają się i do ostatniej chwili machają i krzyczą do przejeżdżający zawodników. Ogłuszający grzechot kołatek, dźwięki gwizdków i okrzyki towarzyszą Ci przez cały czas. Niesamowicie motywująco działa na mnie widok rodziców i siostry, którzy przyjechali do Austrii prosto na start. Na końcu podjazdu skakali jak szaleni, drąc się: „Oli dajesz, dajesz!” Nigdy nie widziałam ich tak rozemocjonowanych . Po blisko 5 godzinach i 46 minutach na rowerze, z ulgą odklejam się od siodełka. Po wbiegnięciu do drugiej strefy zmian bardziej niż o mecie myślę o ubikacji . Jeszcze tylko maraton. Tylko czy nogi po zejściu z roweru przypomną sobie jak się biega?

Bieg odbywa się w warunkach przypominających raczej piekarnik. Wystrzał startera rozległ się o siódmej rano; maraton zaczęłam więc popołudniu. Na dystans składają się 2 pętle, z czego większa część prowadzi wzdłuż jeziora. Zero drzew. Mało cienia. Ludzie padają w tym ukropie niczym muchy. Kolejne kilometry mijają w akompaniamencie pozdrowień. Dalej trzeba pokonać piwną uliczkę, gdzie wzdłuż trasy ustawione są stoły i ławy, przy których kibice już od rana siedzą i sączą pienisty płyn. Wierz mi , naprawdę ciężko się oprzeć, by nie zatrzymać się w pół drogi i do nich dołączyć . Pierwszych 25 km pokonuję w niezłym tempie. Pech chce, że od 30 km kilometra noga robi mi się jak z drewna. Muszę zwolnić, ale ani przez chwilę nie wątpię, iż dotrę do końca. Pobocza huczą. Na żadnych innych zawodach nie proponowano mi na trasie tyle piwa. Na żadnych innych zawodach nie widziałam takiej ilości kibiców. Jakieś 2 km przed metą wita Cię las dłoni, które chcą „przybić piątkę”.

 

Nie jestem dobra w szacowaniu, a mentalność triathlonisty w dziwny sposób zaburza percepcje liczb i nie pozwala w pełni uświadomić sobie obliczonego wyniku. Tak naprawdę zrozumiałam go dopiero, gdy zobaczyłam przed sobą linię mety i zegar pokazujący 11 godzin 09 minut. Byłam oszołomiona. Wprawdzie nadal miałam kilka metrów do przebiegnięcia, ale ten wynik był lepszy od tego, który na początku zakładałam. Wrzawa wprost ogłuszała. Machałam, śmiałam się i płakałam.

 

Do linii mety dotarłam w czasie 11 godzin 10 minut i 05 sekund, co dało mi 17 miejsce w kategorii wiekowej. Rzuciłam się w objęcia rodziców i siostry, którzy oczekiwali na mnie na mecie. Mama wcisnęła mi w rękę polską flagę. A potem pojawili się rodzice Michała, Iza z Rafałem, którzy także dopingowali mnie oraz informowali na bieżąco o stracie do…Narzeczonego . To był wspaniały dzień! Wszystko wydawało się możliwe… Nie posiadałam się ze szczęścia. Moja radość nie trwała jednak długo. Na masażu spotkałam 50 – latkę, która sprała mi tyłek o jakieś 40 minut. Może to są owe maksymalne możliwości, o których pisał Trener. Mam jeszcze czas . A potem pojawił się Michał i była wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety… Jeszcze 3 tygodnie temu nie potrafiłam zrobić kroku, a co dopiero pokonać ponad 226 km. Dzielenie z kimś szczęścia jest wyjątkowym zwycięstwem. Takich momentów się po prostu nie zapomina:).

Impreza trwa do późna w nocy. Z pomostu wraz z rodziną i przyjaciółmi obserwujemy sztuczne ognie, delektując się upragnionym pienistym płynem. Trudno mi wyrazić, ile znaczyła dla mnie wtedy obecność najbliższych. To był bezsprzecznie wyjątkowy wyścig, także ze względu, że po raz pierwszy kibicowała mi moja siostra oraz stał się dobrą okazją do poznania naszych rodzin .

Po wyścigu wszyscy wybraliśmy się na wspólne wakacje, na których myślałam wyłącznie o… jedzeniu. Choć paradoksalnie łyżki udźwignąć nie potrafiłam, zupy pogryźć…

 

Jeśli ktoś założyłby się ze mną 2 lata temu, że ukończę dystans IM, zmieszczę się w limicie czasu, a przy tym pokonam kilku mężczyzn – spojrzałabym na niego z niedowierzaniem. Tak naprawdę nadal nie mieści mi się to w głowie . Te 1,5 roku było, jest i będzie moją największą przygodą. Za nami 18 miesięcy treningu. Czystej, bezkompromisowej, bolesnej harówki i presji na plecach ze strony Radia i Trenera rzecz jasna:). Dumna z nich jestem. Z nich i z siebie rzecz jasna, bo daliśmy radę )) Ten rok kończy się dla mnie jak w bajce. Było ciężko, naprawdę… ale na moim oknie wszystkimi kolorami tęczy żarzy się medal.

Nie udało by się to wszystko bez Was. Dlatego…

Szczególnie chciałabym podziękować rodzicom i siostrze za dzielenie ze mną wzlotów i upadków. Tylko Wy zdajecie sobie sprawę przez co przeszłam. A mama, która bała się, że się połamię w radiu, teraz już wie, że jestem jeszcze młoda!

Dziękuję Michałowi za każdy dzień, każdą różnicę i wszystkie podobieństwa, a najbardziej za wolność, cierpliwość i za przypomnienie, jak można spłakać się jak bóbr… Nie wiem jak tego dokonał, ale na mecie czekała na mnie największa niespodzianka…

 

There are no limits…
You need to dream… and then, do everything what you can, to make the dreams come truth.

To największe odkrycie jakiego kiedykolwiek dokonałam.
Chrissie – Thank You for that special present

Dziękuję Trenerowi za wiarę jaką pokładał we mnie. Za to, że pokazał mi, że granice naszych możliwości nie leżą tam gdzie nam się wydaje, poddając nas ciężkiej próbie w myśl zasady „im trudniej na poligonie tym łatwiej na wojnie.” Generał! Ukształtował nas i doszlifował. Pozwolił mi uwierzyć we własne siły i marzenia… Trenerze wiem, że bez Twojej pomocy, nigdy nie udało by nam się przetrwać.

Dziękuję kolegom z drużyny, za przyjaźń, serdeczne porady, inspiracje i pomoc, kiedy jej najbardziej potrzebowałam. Ten wspólny czas był dla mnie wyjątkowy.

Jestem ogromnie wdzięczna za podbudowujące i motywujące e-maile, smsy, wpisy na facebooku, za komentarze na blogu oraz kartkę z Olsztyna…Wasze wiadomości ze słowami otuchy, zagrzewały do walki każdego dnia.

Dziękuję Radiu Wrocław za pomysł, wsparcie i pomoc a najbardziej za to, że wskazało mi piękno tego sportu.

Dziękuję rehabilitantom- Arkowi, Alkowi i Maćkowi, wobec których mam niespłacalny dług wdzięczności .

Dziękuję Dolnośląskiemu Centrum Rowerowemu za wsparcie i pomoc techniczną.

Z drugiej strony, jak mogę spekulować o tym co przyniesie przyszłość, skoro teraźniejszość jest tak odmienna, od tego czego oczekiwałam w przeszłości. Włożyłam w ten projekt serce i duszę… mam przeczucie, że to nie koniec…

… a dzięki blogowi to wszystko nie umknie mi jak nie zapisany level w kolejnej grze.

fot. z trasy Małgorzata Łabuz, Rafał Sobolewski

Wypusc bol uszami

24 czerwca 2013

Jakiś czas nie pisałam, bo nie umiałam… Kontuzja nogi uniemożliwiająca bieganie skumulowała we mnie swoistą katatoniczność mózgu.

Tydzień po Czechmanie dopadł mnie pech. Po kilku dniach odpoczynku mieliśmy do zrealizowania trening łączony składający się z 3 km pływania, 60 km jazdy na rowerze i 30-45 minut biegu. Pływanie poszło mi nie najgorzej, ale podczas jazdy rowerem pojawił się ból w kolanie, który niepokojąco się nasilał. Bieg okazał się niemożliwy, tępy ból w łydce uaktywnił się niemal natychmiast. Noga spuchła i z każdym krokiem dawała o sobie znać. Diagnoza – uszkodzony aparat mięśniowo-ścięgnistyimage.

A skoro tak… to co mnie czeka podczas maratonu w Klagenfurcie? Gdy żąda się od ciała skrajnego wysiłku, każdy nawet najmniejszy uszczerbek na zdrowiu odzywa się ze zwielokrotnioną siłą. Na miesiąc przed startem musiałam zrezygnować z biegania w ogóle…

Chodząc po pokoju powtarzam w myślach listę pozytywnych stwierdzeń : „nie ma co się martwić. Wszystko będzie dobrze. Później będziesz się z tego śmiała. Nie ma się czego obawiać. Nie masz ataku serca. To tylko atak lęku, nie wyrządzi Ci krzywdy.” Przychodzą mi na myśl ludzie, którzy pokonują Niagarę w beczce. Podskakują spokojnie niczym gumowa kaczka, aż tu nagle woda robi się spieniona, beczką miota na wszystkie strony, a z oddali dobiega coraz głośniejszy huk. Wiem, co wtedy sobie myślą „jasny szlag, co ja sobie wyobrażałem!” Mam wrażenie, że i ja zaraz skoczę z wodospadu i zanurzę się w nieznanych wodach. Nawet jeśli udałoby mi się pokonać etap pływacki i wyjść z wody o własnych siłach, to czy mam jakieś szanse… Jak bardzo w takim stanie odczuję trudy wyścigu? Zwariowana karuzela uczuć.. W ślad za huśtawką fizycznego samopoczucia, nastrój zmienia mi się jak w kalejdoskopie. Michał, Trener i mój fizjoterapeuta wiedzą o czym mówię .

image 

Jeśli chodzi o pozostałe treningi, pływanie i jeżdżenie na rowerze, szło mi jako tako. Bieganie odpuściłam niemal zupełnie. Trener w trosce o mój dobry nastrój zaplanował 3 x w tygodniu 4 kilometrowe sesje w WO (wodach otwartych). A jeśli już o rozrywkach mowa, to do tej kategorii zaliczam wstrzymywanie oddechu dopóki nie straci się przytomności (oddech co 7 lub 9 cykli ruchu ramion) oraz 1-1,5 km pływania na czas .

Przyjemna wiadomość dotarła do nas z Dolnośląskiego Centrum Rowerowego. Po występie w Czechach, dzięki uprzejmości Pana Henryka Charuckiego, wypożyczyliśmy z Michałem rowery wyścigowe z prawdziwego zdarzenia- tzw. „czasówki”, na wyczynowych kołach! Co prawda nauczyłam się od Trenera, by nie przykładać dużej wagi do nowoczesnych technologii. Wyznaje on zasadę, że zbyt wielu ludzi zabiega o najdroższy, najbardziej aerodynamiczny sprzęt, zamiast o jego napęd. „Chcesz jechać szybciej? Pedałuj mocniej!” Mimo wszystko cieszyłam się, gdyż uroda nowej maszyny przesłoniła kontuzję. Przypuszczam, że gdyby wokół mnie zaczęło kręcić się bożyszcze na miarę George’a Clooneya, nie odwróciło by mojej uwagi od pięknej rzeźby. Jednym słowem popadłam w celibat . Umorusana od kurzu i potu, sapię przez miasto niczym stara ciężarówka, a rower typ idealny, ekologiczny! Oglądają się za takim na ulicy. Za mną nikt się nie ogląda, tylko czasem policja macha lizakiem .

image

image

image 

Prawie całe 2 tygodnie przygotowań spożytkowałam na naukę jazdy na nowym sprzęcie. Rower do jazdy indywidualnej na czas wymaga zupełnie innego ułożenia ciała. Treningi odbywały się niemal codziennie i obejmowały od 80 do 150 km, co znacznie ułatwiło szukanie nici porozumienia. To najszybszy rower, na jakim kiedykolwiek jeździłam! W dodatku zżarł mi całe zapasy czułości.

Niestety człowiek nie jest maszyną i nie zawsze jest tak, jakby się chciało… Nie zawsze idzie jak po sznurku, a narzekaniem nic nie zmienimy. Japoński pisarz Haruki Murakami,( autor książki pt: „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu“) ma poczucie humoru i jak sam pisze, „cierpienie jest wyborem“. Maciek przebiegł olimpijkę z rozwalonym obojczykiem i awansował tym do poziomu legendy .

Rzeczywiście jak się dobrze zastanowić, każda pasja męką jest podszyta. Ironman jest w równym stopniu walką mięśni i siły woli.

Po prostu… będzie bolało…:)

Moc atrakcji! (sprawdzian nr 3 i 4)

7 czerwca 2013

Powróciłam z Leszna i rozpakowując torbę stwierdziłam, że powiedzonko „Ratuj się kto może!“ doskonale oddaje charakter minionego dnia.

Bowiem wspólny start Leszczyńskiego Maratonu Rowerowego jest wyczynem na miarę etapu Tour de France czy Giro d’Italia!!! Dumnie, niczym arystokraci prowadziliśmy nasze maszyny z węgla i aluminium na linię startu. W powietrzu unosił się … testosteron…

Oj, coś mi się wydaje, że niedługo nastąpi w kraju wysyp samozwańczych ekspertów od dwóch kółek. Tych co to na przykład taktyki układają lepiej niż szefowie grup . W pierwszej kraksie uczestniczyło co najmniej kilkudziesięciu kolarzy, a plątanina zawodników i rowerów zajęła całą jezdnię. Musieliśmy omijać ich skacząc z rowerami przez przydrożny rów.

Jednak prawdziwym westernem okazały się pogonie za peletonem, a raczej tym co z niego zostawało. Na pewno wygrałam w kategorii najbardziej sapiąca w stawce! Po sprawdzeniu pulsometru wyszło, że w finałowej fazie sprintu miałam tętno zawałowe na poziomie 198! Wypatrywałam tylko biało – czerwonych koszulek „naszych”. „Kurcze..” – pomyślałem sobie w pewnej chwili gdy asfalt zaczął zlewać się z trawą – „umrę wpatrując się w polską flagę, jak prawdziwy bohater” .

Również finisz okazał się mocno brutalny… Ostrzegam – mężczyźni walczący o zwycięstwo z pianą na ustach, będą tratować się w wyścigu – to musi być walka o śmierć i życie. A może taki stosunek powinniśmy mieć do każdego wyzwania, którego się podejmujemy? W każdym razie nasza ekipa piłkarska powinna brać przykład.

Po zawodach krótki sms od Trenera „Gratuluję wygrania wyścigu!” To wystarczyło… aby zapomnieć o paru drobnych niedogodnościach .

Apogeum nastąpiło tydzień później w Czechach. Mieliśmy zmierzyć się tam na dystansie HalfIronman. Nawet teraz, gdy o tym piszę, oblewa mnie zimny pot…

Tuż przed startem, trzęsąc się z zimna, patrzyłam w niebo na stalowe, szare chmury i siąpiący z nich deszcz (12st. C). Jezioro było zimne i niespokojne (15,8 st. C). Wizja kąpieli w lodowatej wodzie była ponad moje siły. Organizatorzy zupełnie nieświadomi swych czynów, chyba upalili się marihuaną, wysyłając nas na ten mróz (z wyścigu, tuż przed startem, wycofało się 150 zawodników). Spojrzałam na Trenera… Nie zanosiło się na ułaskawienie… Deszcz padał i padał…

 

Kilka godzin wcześniej odstawiłam rzeczy do strefy zmian. Ustawiłam rower obok niewielkich czasowych jednośladów innych zawodniczek. Popatrzyłam na swojego Felcika i pomyślałam „mam nadzieję, że za kilka godzin nie będziesz tkwił tutaj samotnie”. Odkąd pamiętam zawsze panował tutaj rozgardiasz; ktoś robił zdjęcia, ktoś w ostatniej chwili sprawdzał stan techniczny jednośladu. Tym razem rozmokła łąka przypominała raczej pole ryżowe sprawiając wrażenie opustoszałej.

 

Cisza przed burzą…Start! Kompletny chaos.

 

Pierwsze 200 metrów powinno się płynąć bardzo szybko, na granicy możliwości, aby zająć sobie dogodną pozycję w jednej z grup. Ale tym razem musiałam pozwolić im odpłynąć. Nie mogę oddychać. „Ja się chyba tutaj utopię, gdzie są łodzie? Pewnie gdzieś tu są…” Człowiek ma prawo panikować. Płynę kraulem ratowniczym. „Czy ja mam wracać do brzegu? Nie, to byłby kompletny blamaż. Jestem w piance, to się przecież nie utopię. Tylko spokojnie. Oddychaj.” Obrót na plecy uratował mnie z opresji, ale skutkował problemem z nawigacją. Nadrobiłam dystansu. Na szczęście wszyscy płynęli trochę wolniej. Jakoś dowlekłam się do strefy zmian i zaliczyłam najdłuższe T1 w mojej krótkiej karierze.

 

Na rowerze było już zupełnie znośnie. Deszcz lał się strumieniami , wiatr rzucał nami na wszystkie strony, a moja kurtka przeciwdeszczowa przejęła funkcję żagla, co było niezbyt przydatne w jeździe pod wiatr, ale dawało nieoceniony komfort cieplny. Ponadto trasa ze względu na małe, ale ambitne podjazdy wcale nie była taka łatwa. Na pierwszej agrafce śmignął obok mnie znajomo wyglądający ludzki pocisk. Wprawdzie pływanie poszło mi lepiej od chłopaków, ale nadrobienie straty na rowerze nie zajęło im wiele czasu. Gdzieś na 35 km wyprzedził mnie Wojtek, a na 40 Mariusz. Później na drugiej pętli dogonił mnie Krystian. Najwyraźniej chłopaki mieli dobry dzień

Przebrnęłam przez strefę zmian i ruszyłam na trasę maratonu. Deszcz padał bezustannie, ale chyba wszyscy przestali się nim przejmować. Najbardziej Trener, który przez cały wyścig stał w strugach deszczu, obserwując i dopingując nasze zmagania. Mamy szczęście. Trener może wychować skuteczniej niż profesor zwyczajny błyszczący cytatami. Dlatego cudownie, gdy potrafi z nami po minach chodzić i sam nie robi obrażonej miny.

Ostatni etap z przełajową częścią trasy przypominał grzęzawisko .Podczas biegu wyglądaliśmy jak zombie w borowinie. Biedny chłopak przede mną, ugrzązł i zgubił w niej buta. Sama przyjemność!

 

A po wszystkim… sznurówki nie potrafiłam zawiązać

Jak tak dalej pójdzie, przy tej mocy atrakcji czy dożyję wieku emerytalnego? Bypassy nie są twarzowe. Czy szok może spowodować wypadnie włosów?

 

Oczywiście nie opuszcza mnie nadzieja na święty spokój, ale czy wszystko muszę mieć od razu? Tyle miesięcy na to czekam, to jeszcze trochę mogę poczekać. Przecież jestem jeszcze młoda!

Pierwotny charakter

25 maja 2013

Od narodzin Rat-u wprowadzony został kult prowadzenia dzienniczków treningowych i skrupulatne gromadzenie w nich danych. Analizujemy dystans, tempo, tętno ostatniego treningu. Zupełnie tak jakbyśmy wychodzili z założenia, że jeśli nasz dzienniczek będzie wypełniony wzorowo, występ na zawodach też będzie na medal …

Kiedyś „w poprzednim wcieleniu” uwielbiałam długie wycieczki rowerowe. Braliśmy bułki do plecaka, skrzykiwaliśmy znajomych i na rowerach przemierzaliśmy nieznane nam szlaki. Po wielu godzinach jazdy docieraliśmy do celu naszej podróży kompletnie wyczerpani, spoceni i głodni, ale szczęśliwi. Nie mieliśmy pojęcia jaki dystans pokonaliśmy, ile spaliliśmy kalorii, jakie mieliśmy maksymalne tętno. Nie mieliśmy pulsometrów, nie było żadnych pozycji w dzienniczku treningowym do odhaczenia. Bazowaliśmy na naszych odczuciach. Wszystko miało spontaniczny charakter, dokładnie taki jaki sport i przygoda mieć powinny. Stopniowo odkrywałam tam prawdziwą siebie.

Poznawałam ludzi szalonych, pełnych pasji. Razem przemierzaliśmy jabłkowe sady gór Kocich niejednokrotnie wracając do domu obładowani owocami poupychanymi w kieszeniach koszulek. Opychaliśmy się czereśniami tak soczystymi, iż powinno się je jeść tylko w wannie, jest się w soku po łokcie . Kiedy indziej z rowerami pod pachą przedzieraliśmy się przez gęsty las, usiłując ominąć strażników w drodze na Śnieżkę (wjazd rowerem na teren Karkonoskiego Parku Narodowego jest zabroniony)

.

Przemierzaliśmy różne pasma górskie. Z Borówkowej (http://www.borowa.gamasoft.pl/index.php?dx=102 ) zamiast na stronę Polską zjechaliśmy do Czech, co oczywiście wiązało się z ponowną mozolną wspinaczką prawie na sam szczyt. Innym razem zjeżdżając z Wielkiej Sowy zabłądziliśmy myląc szlaki. Przed spędzeniem nocy w lesie uratował nas sympatyczny tubylec w pikapie.

 

W Bieszczadach mieliśmy spotkanie oko w oko z Żubrem.

 

Przeprawialiśmy się przez rzekę. Brodziliśmy w błocie po kolana.

W strugach deszczu braliśmy udział w pielgrzymce rowerowej do Częstochowy

a czasem zabieraliśmy rowery trochę dalej…

 

Uwielbiałam wszystkie te wyprawy, które nieraz trochę nam się przedłużały. Chwilami nie było łatwo…

Sport stawał się dla mnie prawdziwym źródłem radości, siły, wytrwałości, zaradności i niezależności.

Właśnie w niedzielę, trener skazał co po niektórych na 480 minut tortur na siodełku rowerowym Wniebowzięci (?!)pomknęliśmy z Michałem na przełęcz Walimską przez Tąpadła, Świdnicę, Zagórze. Od rana klekotały bociany, ptaki przekrzykiwały się bezustannie, jakby nerwowo, przypominały wściekłych posłów w polskim sejmie. Rzepakowych pól zatrzęsienie. Obejrzeliśmy z Michałem fasady i ogródki wszystkich domków w mijanych wsiach, wdrapaliśmy się na kilkanaście górek (rowery powinny mieć możliwość napędu na 2 koła) i dojechaliśmy do centralnego punktu w Walimiu, czyli spożywczaka, sycąc głód Big Milkami. I wspięliśmy się na tą wielka góra, której końca nie było widać, choć tyłek bolał od sadystycznego siodełka . I znów śmialiśmy się, gdy któreś z nas padło trupem . Istne wariactwo. Ale najlepszy i tak był finisz na przełęcz. Michał jest już na tyle dobry, że ściganie z nim graniczy z cudem. Więc dłubie sobie w większości przypadków sama, podziwiając oddalającą się sylwetkę. A podziwiam tylko wtedy, gdy mam siłę podnieść głowę Taka praca tlenowa w górach.

 

Oczywiście, musimy traktować triathlon poważnie, a znajomość własnego organizmu jest bardzo ważna, ale czasem ważniejsza jest zdolność do czerpania radości z wiatru we włosach, do cieszenia się samą istotą uprawiania sportu . Chciałabym bardzo, by za lat kilka ruch sprawiał nam taką właśnie frajdę…

Diamenty i kamienie

10 maja 2013

W poniedziałkowy wieczór, po dość wyczerpującym weekendzie ( 4 km pływania, 280 km jazdy rowerem i ok 6 km biegu) i prawie 8 km biegu wczesnym rankiem trener zaordynował nam standardowy trening pływacki: 10x 200m, start co 3min 45sek z pullboyem – piankowym pływakiem między nogami. Tempo średnie, ale dla kogoś kto ma dość słabe ramiona i stara się to nadrobić pracą nóg, taki trening jest karą… Można by powiedzieć, że górna część ciała sprowadza się u mnie niemal wyłącznie do nadawania kierunku. W dodatku pullboy utrudnia mi rotacje tułowia, w związku z czym moje desperackie machanie rękoma pozbawione jest ekonomii.

Zazwyczaj było tak, że z trudem dawałam radę dotrwać do serii w wyznaczonym tempie, ale tego dnia byłam tak zmęczona, że już od początku nie mogłam utrzymać tempa draftu. Z biegiem czasu zaczęłam coraz bardziej odstawać od reszty. Jechałam na resztkach paliwa i z trudem łapałam oddech. Trener nie zostawił na mnie suchej nitki i kazał mi wyjść z basenu. Jego zdaniem dałam za wygraną.

Sprzeciw nie miał sensu… Kiedy jest się Trenerem, można mówić co się chce i nikt nawet nie zaprotestuje. Od wewnątrz trawiła mnie wściekłość. „Nie odpuszczam”- myślałam. „Po prostu dzisiaj nie potrafię płynąć tak szybko.”

Byłam skrajnie wyczerpana.

Wieloletni trener Chrissie Wellington (czterokrotnej mistrzyni świata w zawodach Ironman) powiedział jej kiedyś, gdy traciła wiarę w swoje możliwości, że niektóre treningi są jak diamenty, a inne jak kamienie, ale każdy z nich jest skałą budującą fundament formy. Przywołanie w myślach tego zdania pozwala mi od kilku dni cieszyć się treningiem nawet wtedy, gdy wszystko idzie jak po grudzie. „Dajesz, dziewczyno!”

„Jeśli nie umiesz latać, biegnij,

jeśli nie umiesz biec, idź,

jeśli nie umiesz iść, pełznij”

Martin Luther King

P.S. Swoją drogą gdyby Trener obiecał, że jeśli uda mi się poprawić dotychczasowy rekord ogoli sobie głowę na łyso… to dopiero byłaby nagroda!

Żądło Szerszenia-sprawdzian nr 2

7 maja 2013

Za wszystkie miłe słowa i energię kciukową DZIĘKUJĘ PO STOKROĆ !

Telepka i drżenie rąk przed zaśnięciem towarzyszyły mi na kilka dni przed startem. Nie pamiętam, abym przed jakimkolwiek innym wyścigiem tak się martwiła… Przecież 75 km to betka w porównaniu z IM. W dodatku okolice Trzebnicy są mi doskonale znane i przywołują wiele radosnych wspomnień… Śmiem twierdzić, że jeśli kochasz rower, trudno o lepsze miejsce do treningów niż góry Kocie. Tak naprawdę wszystko robiliśmy z myślą o wyścigach, powinnam zatem je kochać…

Na domiar złego zakwalifikowano mnie do 13 grupy, co jak niektórzy uważają przynosi pecha. Musicie wiedzieć, że w Żądle Szerszenia to, z kim trafisz do grupy, jest najważniejsze. Jeśli uda Ci się zakwalifikować do grupy z mocnymi kolarzami istnieje szansa, że przy dobrej współpracy osiągniesz znakomity wynik, lecz jeśli będziesz miał pecha skazany jesteś na samotną jazdę na czas. Niestety nie masz na to wpływu, gdyż wszystko podlega losowaniu. Bardzo chciałam, żeby los mnie jednak oszczędził i ów przesąd w moim wypadku się nie sprawdził

Już po wyjeździe z Trzebnicy mój mały peleton podzielił się na dwie grupki, a ja przyłączyłam się do tej szybszej ( ja po prostu tak mam, na treningach zawsze idę pełnym gazem goniąc Trenera i Michała, choć po kilkudziesięciu metrach nie będąc dość dobra, zwykle odpadam i większość drogi przejeżdżam sama, ale nie chcę się poddać ). Z całych sił chciałam utrzymać ich tempo. A jak fantazja Oli, to wiadomo – z grubej rury. Jak mam paść to padnę. Pierwsze kilometry jechało się wyśmienicie, dawałam krótkie zmiany, a potem zaczęły się kredki przed oczyma. Chwilami nogi piekły okropnie. Obrażone! Tymczasem chłopaki pędzili jak rakiety. Ze strachem sięgałam po bidon, nie mówiąc już o bardziej skomplikowanej czynności – odpakowaniu żelu. Za to z łatwością przychodziło mi połykanie różnych robaków. Mniej więcej w połowie wyścigu zawiesił mi się zegarek. Nie miałam pojęcia ile kilometrów zostało do końca, ani jaki mamy czas. Co prawda podczas zawodów nie zwracam na to większej uwagi, a wtedy trochę mnie to ucieszyło. Od tej pory głównym wyznacznikiem stały się dla mnie mijane krajobrazy i grupki kolarzy. Więc jechałam jak to ja – z fantazją

Tu baaaardzo dziękuję chłopakom (nieznanym kolarzom), którzy postanowili, iż cały dystans pokonają wraz ze mną. Chronili od wiatru, dopingowali i, co najważniejsze, nie użyli moczu w charakterze broni za co jestem im ogromnie wdzięczna (kto czytał książkę Chrissie Wellington „Bez ograniczeń”, ten wie co mam na myśli).

Po przekroczeniu linii mety nie mogłam uwierzyć własnym uszom. 1:51: 37??? To nie mogła być prawda. Co prawda chciałam pokonać kilku mężczyzn, ale rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Byłam wykończona, ale i zdumiona własnym osiągnięciem – tego nie było w planach…

Nawet Trener w trakcie rozmowy telefonicznej wydawał się zadowolony, choć założę się, że w równym stopniu z siebie, co ze mnie . W końcu sukces zawodnika jest też sukcesem trenera …ależ jestem mu wdzięczna, że nie kazał mi potem biegać .

Następnego dnia gdzieś w okolicach południa, rozłożona na kanapie, pochłaniałam michę domowych lodów owocowych i zastanawiałam się, czy jakikolwiek kolejny dzień przebije ten wczorajszy. Gdyby nie moja chęć nauczenia się jako staruszka po trzydziestce jakiegoś nowego sportu, nigdy by do tego nie doszło. I przypomniały mi się słowa Chrissie Wellington

„Widziane z oddali granice i przeszkody znikają, jeśli spróbuje się je pokonać.”

To niby takie odmładzające!

P. S. …swoją drogą nadal uważam, że Ewa mogła pojawić się pierwsza, a mężczyźni, którzy pisali Biblię, zmienili ten fakt w ostatniej chwili, żeby to oni mogli być pierwsi