Obozowo

W domu:

Kiedyś proces pakowania trwał u mnie chwile – kostium kąpielowy, klapki, jakaś książka i kilka sukienek. Teraz – zmierzyłam czas niczym na treningu – pakowałam siebie i Stacha prawie dwie godziny. Młody człowiek, który jeszcze nie ma metra długości, ma więcej rzeczy niż Święty Mikołaj w swym worku. Myślałam, że jako stara doświadczona matka wzięłam wszystko. Gdzie tam. Już drugiego dnia  wieczorem zorientowałam się, że nie mamy off’u  przeciw komarom.

W podróży:

Podróż samolotem z Wrocławia do Palmy, sprawia, że czuję się jak przybysz ze wschodniej tundry na salonach u arystokracji. W samolocie tanich linii jest toaleta przewidziana dla rodziców z maluchami, a posiadanie małego dziecka jest przepustką do pierwszeństwa przy odprawie i wejściu na pokład poza kolejnością. Ponadto dziecko może mieć osobny bagaż podręczny. Nie musicie się więc głowić nad tym, jak wy to wszystko pomieścicie do jednej torby, możecie mieć dwie. Poza tym cały czas mogliśmy mieć ze sobą spacerówkę, z którą rozstaliśmy się dopiero przed wejściem do samolotu.

I co najważniejsze obeszło się bez ipada 😉

Port de Pollença:

Po niecałych trzech godzinach lotu jesteśmy oderwani od codzienności. Tu nikt nie straszy PISem, a powietrze przesiąknięte jest sosnowo-cytrusową nutą. W dwa tygodnie, zapomnimy o Polsce. Majorka to dzikie plaże, skaliste zatoki, lasy, łąki, pastwiska, przejrzyste wody o turkusowym odcieniu i wąskie uliczki wśród starych kamiennych domów. Ale co najważniejsze – Majorka to raj dla kolarzy! Wypożyczenie auta dla 3 osobowej rodziny jest tu tańsze niż pożyczenie 3 rowerów! Drogi ciągną się tu niczym wstążki. Serpentyny, górskie przełęcze, urwiska, klify. Albo asfalt tonący gdzieś w wodzie. Ruch jest tu niewielki, a kierowcy nie jeżdżą szybko i są przyzwyczajeni do rowerzystów, którzy o tej porze roku stanowią nieodłączny element rzeczywistości.

fot. Michał Kuczyński

Zamieszkamy w niewielkim miasteczku Port de Pollença – na północnym koniuszku wyspy w sąsiedztwie gór Sierra de Tramuntana.

Na miejscu jest wszystko czego nam trzeba – otwarty basen 25m z podgrzewaną wodą, serwis i sklep rowerowy, pomieszczenie na rowery i pyszne jedzenie.

7:30-8:00

Jesteśmy już po rodzinnym śniadaniu. Podczas gdy inni delektują się cappuccino i chrupiącym, pachnącym croissantem, my w biegu łapiemy coś do jedzenia, lecąc do kąta i wpychając sobie jak najszybciej do ust, prawie sie dławiac. W ostatnim czasie nasz Stach uwielbia eksperymentować z jedzeniem. Mimo, iż ma przed sobą pełny talerz, lubi i ma ochotę na to co leży akurat na naszych. Rzuca się na mój kotlecik, jakby spodziewał się znaleźć w nim złoty pierścionek.

Pozostaje nam obserwować bezradnie jak szczęście naszego dziecka rośnie, a porządek wokół maleje.

8:00-9:30

Ze stołówki biegniemy  na plac plac zabaw, a tam obowiązkowe kilkaset skłonów. Schylanie, podnoszenie, schylanie, podnoszenie… Układanie, zbieranie…  Po kwadransie jestem mokra od potu niczym maratończyk na mecie. Gdzieś w tym bałaganie jest moja koszulka rowerowa. O jest. Na ramieniu plama po kaszce. Na suwaku zasuszony banan. Gdzie komórka?! Ładowała się. Gdzie Garmin? Pokój hotelowy wygląda jak ruiny Berlina w ’45 a ja codziennie próbuję wyciągać z tego bałaganu jakieś wartościowe cegły i układać je od nowa.

Dzieci, szczególnie małe, rozprzestrzeniają się po domach szybciej niż kosmos się rozszerza, niż rosną nam biodra od bagietek i długi frankowiczów.

9:30-14:30

Trening rowerowy. Nareszcie mogę odpocząć. To nic, że na horyzoncie najbardziej stromy podjazd (największe maksymalne nachylenie Port de Sa Calobra 12.6%). To nic ;). 13-kilometrowa górska serpentyna wije się wśród skał lekko pod górę, by następnie opaść kilkaset metrów nad sam brzeg Morza Śródziemnego. Najsłynniejszym odcinkiem tej drogi jest Nudo de la Corbata („Węzeł Krawata”), na którym trasa zakręca pod kątem 270 stopni i biegnie pętlą pod wiaduktem. Poplątana niczym spaghetti szosa jest bardzo popularna wśród kolarzy. Wysiłek w takim krajobrazie jest… niemal bezcenny.

Na wakacje wzięliśmy rodziców i czuliśmy się za nich odpowiedzialni ;). Po powrocie do hotelu następowała więc zmiana warty. Rodzice na rower, my na bieg z malcem lub na basen.

fot. Michał Kuczyński

18:30

Pod koniec dnia koronny posiłek, kolacja! Nie mam siły na jedzenie. Dzieci milkną tylko gdy śpią. Najpierw uśpię synka, jak go uśpię, to coś zjem. Jednak wolę jego sen wykorzystać na to, że na chwilę i ja się położę. Przecież zjeść mogę jutro. Z głodu nie umrę. Nigdy nie jest się za szczupłą ani za bogatą ;).

I tak, męczymy naszego małego Stasia. W 20 stopniowym upale wybieramy się z nim na objazd wyspy.

Popatrz Stasiu—te kaktusy są większe niż ty cały. Popatrz Stasiu—oliwki są jeszcze malutkie i zielone, dojrzeją późna jesienią. W tym smaku zakochasz się od pierwszego tłoczenia. Popatrz Stasiu,to tu, w dolinie u stóp porośniętych sosną gór Tramuntana, leży przepiękna Valldemossa, miasteczko, które w 1838 roku gościło może najsłynniejszych zagranicznych turystów na wyspie – George Sand i Fryderyka Chopina. Popatrz Stasiu, widzisz te żółtozielone piłki na straganie? To melony. Zobacz jak słodko i mocno pachną. Popatrz Stasiu, kto tak zwinnie przeskakuje między skałami. To kozice. Bardzo lubią chrupki kukurydziane 😉

Spróbuj Stasiu, co to za kwaskowaty smak? To świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Można go tu pić na każdym rogu. Stasiu widzisz tą ciuchcię, która wygląda jak wypożyczona ze sklepu z zabawkami?  Liczy sobie dokładnie 100 lat. Wyrusza ze stolicy Majorki, sapiąc i klekocząc, pokonuje 27 km w ciągu godziny.

Mimo, że podróże z małym dzieckiem to upiorna logistyka (pieluchy, wózek, mleko, odparzona pupa) to może w dorosłym życiu człowiek ten odróżni jednak Majorkę od Minorki. O ile te podziały będą jeszcze wtedy istniały… Oczywiście, być może nasze dzieci z tych wczesnych podróży nie mają żadnych wspomnień. Za to my je mamy! Więc nie jest tak źle. Ponadto zawsze można obronić się słowami—każde wspomnienia odkładają się ponoć w piwniczkach i suterenach naszych umysłów.

Mój Ironman

Jest mi dość niezręcznie zabierać głos na temat Ironmanowy, ponieważ mój pierwszy był jednocześnie ostatnim. Wyznaję ze wstydem, ale niestety dystans 226 kilometrów okazał się już tak wyśrubowany, że po pierwszym starcie już nigdy nie zdecydowałam się na powtórkę. ½ Ironmana owszem, ale pełny już nie. Ale też nie było potrzeby. Przebywszy wpław, na rowerze oraz biegiem 226 km zdobyłam przecież wtedy swój Mount Everest, czyli wszystko, co było do zdobycia. Czułam się po zawodach tak, jakbym spełniła główny cel w życiu. I dumna byłam jak paw. Zawsze twierdziłam, że zaliczyć maturę, skończyć studia czy pisać jakieś tam felietoniki, to żadna sztuka. Za to pokonać 226 kilometrów to naprawdę nie każdy potrafi.

Aż do chwili, gdy zaczęłam rodzić SIŁAMI NATURY…

Mimo, że wcześniej przeczytałam niezliczone ilości książek na temat macierzyństwa, żadna z nich nie przygotowała mnie na to, że poród to rzeźnia, a pierwsze 6 tygodni po nim są prawdziwą masakrą. Miałam wrażenie, że wszystko jest przeciwko mnie – nawet zagięcie na pieluszce. Mój syn darł się, a ja kompletnie nie wiedziałam, o co mu chodzi….Z mózgiem otępionym jedną godziną snu na dobę, z cyckami zaropiałymi jak po jakiejś supersesji sado maso chciałam natychmiast wrócić do pracy, sportu, schudnąć. A tymczasem wzięłam już urlop, nie chudłam, ponieważ karmiłam piersią, a więc wstawałam w nocy głodna i z maksymalnym poczuciem winy żarłam buły. O sporcie też musiałam zapomnieć, by organizm mógł się zregenerować. Na dodatek wszystko chciałam robić sama, żeby pokazać, jaka jestem dzielna i to mnie umordowało na maksa.

O święta naiwności!  Wtedy dotarło do mnie, że wszystkiego co wiem o tym, jak zachować zimną krew w stresie, nauczył mnie sport, może więc bycie rodzicem to jakby start w Ironmanie! Bo jeśli zaraz na początku dam z siebie wszystko, padnę po kilkudziesięciu kilometrach. A jeśli zostanę na starcie myśląc, że nie zaszkodzi jeszcze poodpoczywać, pozałatwiać sprawy i mogę wyruszyć za godzinkę lub dwie – sromotnie przegram. Będę w tym wyścigu miała odcinki sprintu, gdy pędzę, jak mogę najszybciej. Będą podjazdy pod górę, kiedy trzeba się mocno napracować, mimo iż wydaje się , że stoję w miejscu. Potem zjazdy z górki, na których nie warto się męczyć – to czas na odpoczynek. Trochę pływania w grupie, kiedy można płynąć w drafcie i trochę finiszów, kiedy trzeba dać z siebie wszystko.

Chodzi o to aby w tym całym szaleństwie znaleźć złoty środek. Kocham synka, ale czasem chcę go zostawić w domu pod opieką i iść na trening z Michałem albo przyznać się do tego, że po prostu nie dam rady czegoś zrobić. Bo niewyspana i zła mama, która czuje się ubezwłasnowolniona i pozbawiona przyjemności życia – to niedobry początek.

Uznałam więc, że należy „kuć żelazo póki gorące”. Dwa i pół miesiące po pojawieniu się w naszym życiu Stacha wystartowałam w pierwszych zawodach na 10 km. Parę dni wcześniej spróbowałam przebiec ten dystans na treningu po to, żeby sprawdzić, czy mogę próbować biec tyle „przy ludziach”. Dwa tygodnie później wzięłam udział w wyścigu kolarskim na dystansie 85 km, który wygrałam!!! W Sierakowie po zajęciu drugiego miejsca (zaludniłam nową kategorię K-35) byłam tak wzruszona, że wlazłszy na pudło prawie nie wygłosiłam przemówienia, wprawiając w osłupienie wszystkich obecnych, bo nie jest przyjęte, żeby ktoś odbierał nagrodę za olimpijkę i wykrzykiwał coś łamiącym się ze wzruszenia głosem. Do dziś nie mogę uwierzyć jakim cudem dałam radę w Mietkowie, w Nocnym Półmaratonie, Triathlonie Świętokrzyskim i w Wolsztynie. Dziadkowie, choć wciąż są aktywni zawodowo tak starali się planować swoje weekendy, żeby z nami wyjeżdżać, i to oni zajmowali się małym, kiedy my trenowaliśmy.

Mój powrót do pełni sił trwał około 9 miesięcy. Jako taki sukces upatruje raczej w ambicji i uporze. Kiedy biegłam na trening z wózkiem, to ludzie zapewne mieli mnie za zidiociałą matkę, która leci do domu, bo zapomniała wyłączyć żelazka.  Jednak macierzyństwo sprawia, że już nic nie wydaje się dziwaczne. Można jeść śniadanie w okularkach pływackich, albo można udawać, że tylko dla malca skacze się na trampolinie i kupuje się elektryczną kolejkę. Dzisiaj, gdy Stach nie daje nam spać mam ochotę podać mu whisky łyżeczką, ale karmie go sałatkami, unikam soli i cukru. Czekam aż zaśnie zanim napije się lampki wina. Nie jestem idealna. Czasem bywam zbyt pobłażliwa, innym razem zbyt ostra. To co działa na synka w jednym tygodniu, nie sprawdza się w drugim. A gdy myślę, że w końcu go rozgryzłam on “dorasta” i wszystko zaczyna się od nowa. Prawda jest taka, że o byciu mamą nie mam cholera bladego pojęcia i podejrzewam, że nikt nie ma, bo w tych czasach macierzyństwo to abstrakcja… A najgorsze jest to, że dopiero gdy Stachu dorośnie dowiem się czy się sprawdziłam, ale wtedy będzie już za późno, żeby cokolwiek zmienić.

Mimo wszystko jednak dałam radę. Rezultat i wysiłek jaki musiałam poświęcić świadczy dobitnie, że Ironmany nie są moją specjalnością, że w ogóle nie powinnam była startować i że słusznie nie ponowiłam już próby. Ale z drugiej strony, czy mogłabym mieć taką satysfakcję, jaką mam do dziś, gdyby poszło łatwo? Milton Friedman powiedział, że nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch. I nie ma czegoś takiego jak darmowa miłość. Ona bardzo wiele kosztuje. Bycie rodzicem jest najtrudniejszą i najgorzej płatną robotą, jaką kiedykolwiek mieliście. Ale wiecie… warto.
I nie zamienię jej na żadne Mistrzostwo Świata 😉

Wózek do zadań specjalnych ;)

Nasz Maluch od zawsze nudził się leżeniem. No chyba, że się z nim biegało 😉 Początkowo służyła nam do tego pożyczona gondola. Jednak z uwagi na bezpieczeństwo oboje uznaliśmy, że lepiej będzie poszukać innych rozwiązań… Michał przeanalizował rynek i oznajmił , że tylko jeden wózek spełnia wszystkie nasze kryteria – Chariot CX1 marki Thule. Natomiast ja nie miałam pojęcia, że są na świecie takie super kosmiczne modele wózków! CX1 przypomina trochę TRANSFORMERS i będziecie zaskoczeni jakie może przybrać formy! Po drobnych modyfikacjach oprócz oczywistej wersji biegowej można go używać jako przyczepki do roweru a zmieniając mu koła na płozy można ciągnąć za sobą podczas jazdy na biegówkach. Mając więc odpowiedni zestaw możemy biegać na nartach, jeździć rowerem lub na rolkach, uprawiać jogging, trekking i nordic walking! Niestety triathloniści – pływać się nie da ;).

Prawie wszystkie modele występują w wersji jedno i dwuosobowej i nadają się do transportu dzieci od wieku niemowlęcego do 7 lat! Na początku, kiedy  Stach nie potrafił jeszcze samodzielnie siedzieć, miał około 4 miesięcy, zawieszaliśmy wewnątrz przewidziany na takie okoliczności hamak. Nasz mały pasażer podziwiał świat w pozycji półleżącej, nie obciążając kręgosłupa.

Ponadto wózek doskonale chroni przed deszczem, wiatrem słońcem a nawet spalinami, kurzem i hałasem za pomocą wygodnych i łatwych w zaciąganiu elementów takich, jak moskitiera, panele przeciwsłoneczne albo przezroczysta, plastikowa kurtyna. Sprytnie skonstruowana osłona przodu pomaga w regulacji temperatury wewnątrz wózka.

Do tego jest lekki i łatwy do prowadzenia, nawet w trudnych warunkach, a w wersji spacerowej skręcają mu się przednie koła. Można manewrować z nim na co dzień, przeciskając się wśród regałów w sklepie, gdy do dziecka przytoczonych jest dziesięć kilo oprzyrządowania. Można biec wyboistą leśną ścieżką, mimo że w środku śpi Maluch, czy pokonać rowerem karkołomny zjazdy bez obaw o wstrząsy.

Solidny i piękny. Umieszczenie go w bagażniku nie wymaga umiejętności Davida Copperfielda, a po złożeniu nie zajmie w nim całego miejsca. Ba jako dziecko z pewnością marzyłabym o takim wózku. Niestety nie miałam szansy. Kiedy byłam maluchem jeździłam strasznym gratem. Teraz jako mama mogę to wreszcie nadrobić 😉 Nic dziwnego, że Mały Stach gdy tylko szykujemy się do wyprawy, śmieje się całym sobą i oczy robią mu się wesołe. Ale chyba najbardziej cieszy się, że może spędzić więcej czasu z mamą i tatą, a my rodzice nie musimy zastanawiać się które z nas danego dnia zostaje z Malcem, a które idzie sobie pośmigać ;).

Mam też wrażenie, że napotkani przechodnie uśmiechają się do nas częściej, niż gdy biegaliśmy sami 😉

P.S. Macie namiary na jakieś tanie rowerki biegowe;)?

Kobiety Wyspiańskiego

Mówią, że posiadanie dziecka przypomina chodzenie z kula armatnia u nogi. Otóż wyobraź sobie, że masz do dyspozycji 10 minut ciszy, bo tyle mniej więcej dziecko do 6 miesiąca życia jest w stanie zabawiać się samo. Z kolei aby skutecznie zgłodnieć do obiadu uprawiasz wyczynowy bieg z przeszkodami po tym niesamowitym mieście z wózkiem, torbą, peleryną i całym tym rodzicielskim majdanem w plecaku, jakieś dziesięć kilo oprzyrządowania. Twoje „spontaniczne” wypady w góry czy do miasta wymagają  planowania, a i tak nigdy nie wiadomo czy dojdą do skutku. Jesteś wiecznie spóźniona i jeśli kiedykolwiek wydawało Ci się, że nie masz na nic czasu-myliłaś się. Macierzyństwo to szaleństwo!!!  I choć wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że jesteś uziemiona na lata, to fakt, że nie ma Cię na liście startowej ani na tabeli wyników popularnych zawodów , nic nie znaczy, w porównaniu z tym, że Twój syn zrobił zawodową kupę albo uśmiechnął się do Ciebie jednym zębem. Nie powiem – zdążyłam tego nicponia polubić 😉

Wiele przerażających scenariuszy, które nękały mnie zanim zdecydowałam się mieć dziecko, nie ziściło się-nie straciłam pracy, nie mam w sporcie gorszych wyników, dziecko nie sprawiło, że jestem jeszcze głupsza niż byłam zawsze ani że jestem mniej efektywna. Dziecko pożera czas, ale daje się mu ten czas z przyjemnością i po prostu jest się bardziej zorganizowanym. Opieka nad niemowlęciem jest co prawda męcząca fizycznie, ale nie aż tak, jak mi się dwa lata temu wydawało, że nie będzie siły na porządny trening. W zasadzie po kilku dniach od porodu można zacząć się ruszać, nie potrzebne żadne poradniki, wszystko da się zrobić instynktownie. Po prostu aby zdążyć między karmieniami decydujesz się na krótszy dystans – olimpijski (1,5 km pływania – 40 km jazdy na rowerze -10 km biegu). Co prawda na początku doświadczasz dużej pokory próbując wcisnąć się w swój stary trisuit. Cóż … młoda mama ubrana w tak obcisły, wykrojony kostium to widok nie pozostawiający wiele miejsca wyobraźni ;)…

Sięgnijmy pamięcią wstecz – dawniej wszystkie matki siedziały w domach z dzieckiem u piersi. Wystarczy wybrać się do muzeum, aby przyjrzeć się sportretowanym przez mistrzów kobietom. Żadna matka nie gra tu np. z nastoletnim synalkiem w szachy, nie jedzie z córeczką konno. Mężczyźni byli na polowaniu, na roli – często w akcji. Matki przeważnie karmiły lub też patrzyły w dal. Dziś naprawdę trudno ucapić siedzącą nieruchomo matkę z dzieckiem. Karmienie jest najmniej istotne, kobiety dziś są otwarte na to co przynosi los. Sama przesuwam się ze Stachem u boku na trening. Do banku, do biblioteki, na zawody sportowe. Nawet do kina można zabrać dziecko . Raz w tygodniu, na tych specjalnych seansach, obserwuję pełną salę kobiet. Aby spotkać się ze znajomymi w parkowej kawiarni ciągnę za sobą Stacha w rowerowej przyczepce.

Moja odważna koleżanka będąc na urlopie macierzyńskim postanowiła zabrać swoją maleńką córeczkę w podróż dookoła świata! Dziś prawie każdy fitness klub oferuje zajęcia dla mam z dziećmi . Kobiety w pocie czoła ćwiczą brzuszki, a poza matą raczkują ich dzieci. Podobnie jak podczas czwartkowych zajęć ogólnorozwojowych GT RAT, gdzie trenerka szkoli naszą pociechę, gdy rodzic pracuje nad core stability.  

Moja znajoma, który prowadzi  własną firmę, opowiada, że często do biura przychodzi z dzieckiem, które większość czasu przesypia w swoim bujaczku. Natomiast podczas ostatniego Sylwestrowego biegu w Trzebnicy nie tylko my biegliśmy, pchając przed sobą niemowlę w wózku sportowym.

Prawda jest taka, dzieci dziś uczestniczą w aktywnym życiu matki i Wyspiański musiałby się nagonić, by takie macierzyństwo uchwycić :).

Co dobre dla mamy-dobre dla dziecka :)

Dawno nic nie pisałam, dlatego obawiam się, że zdążyłam już zapomnieć, jak to się robi.. No nic, spróbuję..

Siadam, wypijam pięć kaw i w pierwszej kolejności dociera do mnie to, że od dwóch miesięcy nie miałam w głowie żadnej klarownej myśli…

Nasz synek budził się regularnie o 2:30 i 5:30 w nocy. Za każdym razem potrafił pić mleko przez godzinę. W tym czasie niejeden dorosły zjada posiłek z trzech dań i popija winem! Najgorsze było jednak to, że Stacho wstawał później radosny, wypoczęty i z nadzieją na pełen przygód dzień…

Zdumiewające jak szybko rodzic dostosowuje się do 20-godzinnego dnia i 4-godzinnej nocy;) Pomimo wszystko, po 4 tygodniach wyszłam z domu trenować. Początkowo był to basen, ćwiczenia na sali, siłownia. Dopiero później jazda na rowerze, a na samym końcu bieganie. Oczywiście nie były to treningi na wysokim poziomie. Bardziej chodziło o to, żeby się poruszać, odprężyć, ponieważ spokojna i zrelaksowana mama to przecież czysty zysk i dla taty i dla Stacha ;D. Tak więc spokojnie, z rozwagą wracam do gry. Tata Stacha zapewnia, że stanie na głowie by mi to umożliwić, a on zawsze dotrzymuje słowa. No chyba, że się na tą Konę dostanie…;)

Wróćmy jednak do czasów, kiedy spałam ile chciałam , gdzie chciałam i kiedy chciałam i co najważniejsze nie musiałam na każdym kroku wciągać BRZUCHA. Ponieważ ciąża była dla mnie jak dotąd jedyną okazją do życia z brzuchem, zaczęłam identyfikować się z osobami tęgimi.. Znalazłam się w ciele, którego absolutnie żaden magazyn kobiecy nie uznałby za idealne. Inni mężczyźni gapili się tylko na mój brzuch i żaden z nich nie tracił bodaj sekundy na kontemplacje mojej twarzy. Posiadałam 2 koszulki, w których nie wyglądałam jak parówka w osłonce. W III trymestrze mój brzuch spoczywał sobie wygodnie na moich udach. Zmienił mi się środek ciężkości i dziwnie podnosiłam nogi do góry. Dzięki Bogu za ćwiczenia mięśni pleców. Gdyby nie one mój lędźwiowy zwinąłby się na kształt śledzia. Kości miednicy  doświadczają magii hormonu relaxin – rozluźniają się powięzie spajające kości miednicy i coś pobolewa. To wszystko trzeba samemu na sobie wyczuć, na spokojnie i bez żadnej paniki.

Ciężko wtarabanić się na rower, bo brzuch ociera o uda. Nabrzmiałe piersi przy bieganiu bolą. Nie dopinam się w stanikach sprzed ciąży i na każdy dotyk reaguję czymś na podobieństwo “odruchu moro”. Zahaczam brzuchem o kuriera w windzie.  W autobusie czuję, że zajmuję już tyle miejsca stojąc, że napieram na plecak jakiegoś studenta i że może powinnam kupować dwa bilety. W końcu przecież podróżuję z człowiekiem przemycanym w brzuchu. W dodatku Stacho coraz częściej traktuje moją miednicę jak hamak, a pęcherz jak worek treningowy, nie wspominając o napadach głodu na miarę drapieżnej bestii!:)

Pomijając fakt, że przez kilka pierwszych tygodni byłam zajęta walką z mdłościami i wahaniem poziomu hormonów, było to dla mnie kilkanaście bardzo długich i dezorientujących dni. Bo gdy jest się aktywną sportowo kobietą, to słowa lekarza, że: „może Pani śmiało codziennie wychodzić na spacery” wywołują raczej frustrację zamiast radości…

Szczęśliwym trafem, dzięki przyjaciółce (crossfiterce, biegaczce i mamie dwóch dziewczyn), trafiłam do dr Krzysztofa Bielickiego. Doktor oprócz tego, że jest świetnym fachowcem, jest też biegaczem amatorem. Po badaniu i orzeczeniu, że wszystko z maleństwem jest w porządku powiedział: “Olimpia rób to co robiłaś! Pływaj, jeździ, biegaj i ruszaj się, dopóki będziesz mogła. Kontroluj przybieranie na wadze, zwiększ kaloryczność posiłków o 30% w stosunku do diety sprzed ciąży oraz zwróć uwagę na podaż NNKT. Położenie się teraz i nicnierobienie będzie krzywdzące dla Ciebie i dziecka.” Lekarz wyjaśnił, że w moim przypadku tak intensywne treningi nie szkodzą, ponieważ moje ciało jest do nich przyzwyczajone. Jednak nie można zapomnieć, że treningi w ciąży mają pomóc w utrzymaniu kondycji, a nie być sposobem na jej budowanie.

Rzeczywiście ćwiczenia sprawiały, że moje samopoczucie było coraz lepsze. Organizm sam podpowiadał na co mogę sobie pozwolić, więc dostosowywałam aktywność do swoich aktualnych możliwości. Bo jeśli myślisz ze ciąża to środek dopingujący jesteś w błędzie. Nie ważne jak bardzo się starasz, nie będziesz w stanie trenować z tą samą intensywnością. I żadna ambicja sportowa nic tutaj nie da, bo fizjologia broni malucha w brzuchu. To jednak nie miało dla mnie znaczenia, ale mimo wszystko nie spodziewałam się, że będzie mi to wychodziło tak dobrze. To był okres, w którym szczególnie wsłuchiwałam się w swoje zdrowie.

Mój tydzień wyglądał bardzo podobnie jak przed ciążą. 2x w tygodniu pływanie, 1x ćwiczenia siłowe, 3-4x jazda na rowerze, 2-4x bieganie, 1x joga. Jeden dzień w tygodniu bez względu na wszystko wolny.

Najgorzej szło mi bieganie. Choć czasami zdarzało mi się przebiec 21 km, to bezpieczną dla mnie granicą było 10-14 km. Jeżeli zdarzyło mi się przebiec więcej, następnego dnia czułam się bardzo zmęczona i nie byłam w stanie szybko się zregenerować. Musiałam też uważnie obserwować tętno, gdyż rosło ono o wiele szybciej niż przed ciążą. W 8 miesiącu biegałam już tylko dwa razy w tygodniu, aż do 37 tygodnia pokonując ok 8 km w spokojnym dla mnie tempie ok 6:00 min na km, ale raz w tygodniu obowiązkowo nordic walking po Ślęży.

image

Najlepiej czułam się w wodzie. Pewnie dlatego, że z każdym miesiącem poprawiała mi się wyporność ;). Do 9 miesiąca pływałam z grupą, czyli od 2800 do 3500 m. Ćwiczyłam też na siłowni wzmacniając mięśnie grzbietu i rąk, choć moja stabilizacja była bez wątpienia gorsza niż wsteczne parkowanie ciężarówką pod przekraczającym wszelkie normy wpływem alkoholu ;).

W 6 miesiącu uczestniczyłam w obozie w Szklarskiej Porębie. Tam trenowałam razem z innymi zawodnikami, co prawda nie wysilałam się tak, jak kiedyś, ale nie było też mowy o obijaniu. Jednego dnia urządziłam sobie marszobieg z Lądka Zdroju do Szklarskiej Poręby 😉

Jeśli chodzi o rower to do końca drugiego trymestru jeździłam na szosie. Zrezygnowałam jedynie z jazd w grupie. Obowiązkowo raz w tygodniu podjazdy w Wilkszynie, raz Wzgórza Trzebnickie i  trasa na Mietków. W czasie treningów rowerowych zamiast zwykłej porcji izotoników i batonów, zjadałam ogromną kanapkę i popijałam ją wodą z dodatkiem soku z cytryny. Od listopada przeniosłam się na spinning. Pilnowałam tylko, aby się nie przegrzać i dużo pić.

Ostatnie zajęcia odbyłam tydzień przed porodem. Jasne, w ostatnich dwóch tygodniach tej energii było już nieco mniej ;). Stałam się oficjalnie slooooooow, jednak ćwiczyłam do samego końca. Poza tym normalnie funkcjonowałam – robiłam zakupy, remontowałam mieszkanie…

Na szczęście poród za mną. Ostatecznie było trochę dymu – wszelkiego typu (Ironman w porównaniu z 4,1 kg Stacha to pryszcz, wiem co mówię :]), ale teraz cieszę się, że nasz synek jest zdrowy i jestem ciekawa jak sobie dam radę z nową fazą macierzyństwa. Wszystkie mądre książki mówią, że w ciągu 6-18 miesięcy powinnam wrócić do szczytowej formy :). Z moich obliczeń wynika, że to może być listopad – grudzień ;P . Nie jest to proste, ale wykonalne. W wolnej chwili już robię ranking najlepszych zawodów na 2016 r., zaczynam myśleć o planie treningowym „po” i kwestiach organizacyjnych, z jakimi przyjdzie mi się mierzyć. Ale o tym później.

Póki co gdzieś tam za ścianą śpi jakiś mały facet, który już ma z nami zostać, i bardzo trudno się przyzwyczaić do tej myśli 😉