YOU ARE AN IRONMAN!

10 lipca 2013

Nad jeziorem wzeszło słońce. Woda jest spokojna i krystalicznie czysta. Jest 6:55. Trochę obita, trochę niepewna stoję na linii startu… Półtora roku przygotowań dla tego momentu, dla ciszy przed wystrzałem… Gdzie buty do biegania i sportowy strój były zawsze pod ręką, zawsze! Gdzie treningi nie raz były tak piekielnie ciężkie, że sama się czasem zastanawiałam, po co mi to Gdzie kołdra coraz cięższa się robiła z rana, bywało też, że o drugiej w nocy dopiero potrafiłam zasnąć… Wiesz, że normalni ludzie o tej porze przewracają się z boku na bok? Albo przytulają. Albo robią znacznie przyjemniejsze rzeczy, niż próbują zostać Ironmanem

Kilka tygodni wcześniej wymieniam maile z Trenerem. Analizujemy zakresy tętna rowerowego. Okazują się bardzo dobre na połówkę, lecz średnio przydatne na długi dystans. Pytam: „ Czy w związku z tym , jestem gotowa na IM?” Trener odpisał: „To znaczy, że IM robisz za wcześnie do maksymalnych możliwości swojego organizmu.”

Ale zostawmy mnie na chwilę . Lepiej przyjrzyjmy się Klagenfurtowi. To malownicze miasteczko położone jest w południowej Austrii na wysokości około 446 m n. p. m, u stóp Alp i otoczone innymi, równie urokliwymi jak ono mieścinami, przez które biegnie trasa wyścigu. Jest tutaj wszystko co triathloniście potrzeba do szczęścia. Są łagodnie pofałdowane tereny rolnicze i wzgórza przez które drogi wiodą prosto w góry – idealne na rower. Jest wiele pięknych tras dla biegaczy, no i jest też Wörthersee- najcieplejsze jezioro alpejskie, będące tutejszym centrum sportów wodnych i wypoczynku.

 

Do zawodów (już rok temu) zgłosiło się 3 000 zawodników, których miało zagrzewać do walki ponad trzy razy więcej widzów! Austriacy są ogromnymi fanami tej dyscypliny sportu. Już około środy zaczynają zjeżdżać do stolicy Karyntii pierwsi zawodnicy. Wszędzie roi się od dziennikarzy przeprowadzających wywiady z zawodowcami. Strefa ekspo (targi organizowane przez sponsorów) jest największą oraz najlepiej wyposażoną spośród tych jakie do tej pory widziałam. Ludzie tłoczą się w kolejkach, w ostatniej chwili kupując brakujący sprzęt albo polują na autografy. To niewiarygodne ile tam chcą za najprostszy top! Wszędzie, gdzie nie spojrzysz, ktoś ćwiczy, a włoskie knajpy z makaronem pękają w szwach. Każdy patrzy na każdego, czujesz się jak na pokazie mody.

 

 

Skłamałabym, mówiąc że tryskałam optymizmem – przy kontuzjach nie sposób uniknąć zwątpienia- ale nie miałam zamiaru kapitulować. Trener pocieszał „dobra forma nie poszła sobie w diabły. Ani siła. Powinnaś się cieszyć z tego odpoczynku- przymusowego, ale jednak.” Zamaskowałam więc bolącą łydkę tapami i ukryłam pod skarpetą kompresyjną.

W dniu wyścigu w głosach reporterów rozbrzmiewały nieprawdopodobne emocje. Na twarzach zawodników malowało się skupienie. Choć uprawiają sport amatorsko traktują sport śmiertelnie poważnie, co nie powinno dziwić . 7:00 – strzał – ruszamy. Etap pływacki jest wyjątkowo burzliwy. Panuje wolna amerykanka. Słońce oślepia. 2 500 tyś zawodników skupionych wokół Ciebie, cały dystans płyniesz pośród mrowia młocących wodę kończyn, aby na koniec wpłynąć do ciasnego gardła kanału. Masz do pokonania jeszcze kilometr, ale cały czas musisz walczyć o pozycję, albo o to aby nie zahaczyć ręką o jeden z drewnianych pomostów. Widowiskowe! Mimo wszystko pływanie poszło nieźle – 1:05, choć dałoby się poprawić to i owo .

 

 Po wyjściu z wody szpaler kibiców okupuje całą drogę do strefy zmian, która swoimi rozmiarami przypomina boisko piłkarskie. Wydostanie się z niej z rowerem zajmuje ok 5-6 minut.

 

90 km drogi jest zamknięte dla ruchu i oznakowane tak znakomicie, iż całe wydarzenie wydaje się trwałym elementem tutejszego krajobrazu. Trasa rowerowa w Klagenfurcie nie przestaje zachwycać – po jednej stronie widzisz ośnieżone alpejskie szczyty, po drugiej urokliwe miasteczka i wsie regionu Karyntii.

 

 

Mimo widoków etap rowerowy nie należy do łatwych. Droga jest pofałdowana, a łącznie na 180 km jest do pokonania 1600 metrów przewyższeń. Nie mniej karkołomne wydają się zjazdy, a niektóre zakręty w całości wyłożone są materacami. Na trasie rowerowej masz do pokonania dwie rundy z dwoma ostrymi podjazdami. Podjazd na najstromsze 11,7% wzniesienie nie może się równać z żadnym innym odcinkiem trasy. Doping dorównuje tam temu z Tour de France! Jedziesz wśród szpalerów ludzi, szerokich na 5 osób z każdej strony. Czasami tłum gęstnieje tak bardzo, że dla zawodników zostaje przejazd o dwumetrowej szerokości. Widzowie wychylają się i do ostatniej chwili machają i krzyczą do przejeżdżający zawodników. Ogłuszający grzechot kołatek, dźwięki gwizdków i okrzyki towarzyszą Ci przez cały czas. Niesamowicie motywująco działa na mnie widok rodziców i siostry, którzy przyjechali do Austrii prosto na start. Na końcu podjazdu skakali jak szaleni, drąc się: „Oli dajesz, dajesz!” Nigdy nie widziałam ich tak rozemocjonowanych . Po blisko 5 godzinach i 46 minutach na rowerze, z ulgą odklejam się od siodełka. Po wbiegnięciu do drugiej strefy zmian bardziej niż o mecie myślę o ubikacji . Jeszcze tylko maraton. Tylko czy nogi po zejściu z roweru przypomną sobie jak się biega?

Bieg odbywa się w warunkach przypominających raczej piekarnik. Wystrzał startera rozległ się o siódmej rano; maraton zaczęłam więc popołudniu. Na dystans składają się 2 pętle, z czego większa część prowadzi wzdłuż jeziora. Zero drzew. Mało cienia. Ludzie padają w tym ukropie niczym muchy. Kolejne kilometry mijają w akompaniamencie pozdrowień. Dalej trzeba pokonać piwną uliczkę, gdzie wzdłuż trasy ustawione są stoły i ławy, przy których kibice już od rana siedzą i sączą pienisty płyn. Wierz mi , naprawdę ciężko się oprzeć, by nie zatrzymać się w pół drogi i do nich dołączyć . Pierwszych 25 km pokonuję w niezłym tempie. Pech chce, że od 30 km kilometra noga robi mi się jak z drewna. Muszę zwolnić, ale ani przez chwilę nie wątpię, iż dotrę do końca. Pobocza huczą. Na żadnych innych zawodach nie proponowano mi na trasie tyle piwa. Na żadnych innych zawodach nie widziałam takiej ilości kibiców. Jakieś 2 km przed metą wita Cię las dłoni, które chcą „przybić piątkę”.

 

Nie jestem dobra w szacowaniu, a mentalność triathlonisty w dziwny sposób zaburza percepcje liczb i nie pozwala w pełni uświadomić sobie obliczonego wyniku. Tak naprawdę zrozumiałam go dopiero, gdy zobaczyłam przed sobą linię mety i zegar pokazujący 11 godzin 09 minut. Byłam oszołomiona. Wprawdzie nadal miałam kilka metrów do przebiegnięcia, ale ten wynik był lepszy od tego, który na początku zakładałam. Wrzawa wprost ogłuszała. Machałam, śmiałam się i płakałam.

 

Do linii mety dotarłam w czasie 11 godzin 10 minut i 05 sekund, co dało mi 17 miejsce w kategorii wiekowej. Rzuciłam się w objęcia rodziców i siostry, którzy oczekiwali na mnie na mecie. Mama wcisnęła mi w rękę polską flagę. A potem pojawili się rodzice Michała, Iza z Rafałem, którzy także dopingowali mnie oraz informowali na bieżąco o stracie do…Narzeczonego . To był wspaniały dzień! Wszystko wydawało się możliwe… Nie posiadałam się ze szczęścia. Moja radość nie trwała jednak długo. Na masażu spotkałam 50 – latkę, która sprała mi tyłek o jakieś 40 minut. Może to są owe maksymalne możliwości, o których pisał Trener. Mam jeszcze czas . A potem pojawił się Michał i była wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety… Jeszcze 3 tygodnie temu nie potrafiłam zrobić kroku, a co dopiero pokonać ponad 226 km. Dzielenie z kimś szczęścia jest wyjątkowym zwycięstwem. Takich momentów się po prostu nie zapomina:).

Impreza trwa do późna w nocy. Z pomostu wraz z rodziną i przyjaciółmi obserwujemy sztuczne ognie, delektując się upragnionym pienistym płynem. Trudno mi wyrazić, ile znaczyła dla mnie wtedy obecność najbliższych. To był bezsprzecznie wyjątkowy wyścig, także ze względu, że po raz pierwszy kibicowała mi moja siostra oraz stał się dobrą okazją do poznania naszych rodzin .

Po wyścigu wszyscy wybraliśmy się na wspólne wakacje, na których myślałam wyłącznie o… jedzeniu. Choć paradoksalnie łyżki udźwignąć nie potrafiłam, zupy pogryźć…

 

Jeśli ktoś założyłby się ze mną 2 lata temu, że ukończę dystans IM, zmieszczę się w limicie czasu, a przy tym pokonam kilku mężczyzn – spojrzałabym na niego z niedowierzaniem. Tak naprawdę nadal nie mieści mi się to w głowie . Te 1,5 roku było, jest i będzie moją największą przygodą. Za nami 18 miesięcy treningu. Czystej, bezkompromisowej, bolesnej harówki i presji na plecach ze strony Radia i Trenera rzecz jasna:). Dumna z nich jestem. Z nich i z siebie rzecz jasna, bo daliśmy radę )) Ten rok kończy się dla mnie jak w bajce. Było ciężko, naprawdę… ale na moim oknie wszystkimi kolorami tęczy żarzy się medal.

Nie udało by się to wszystko bez Was. Dlatego…

Szczególnie chciałabym podziękować rodzicom i siostrze za dzielenie ze mną wzlotów i upadków. Tylko Wy zdajecie sobie sprawę przez co przeszłam. A mama, która bała się, że się połamię w radiu, teraz już wie, że jestem jeszcze młoda!

Dziękuję Michałowi za każdy dzień, każdą różnicę i wszystkie podobieństwa, a najbardziej za wolność, cierpliwość i za przypomnienie, jak można spłakać się jak bóbr… Nie wiem jak tego dokonał, ale na mecie czekała na mnie największa niespodzianka…

 

There are no limits…
You need to dream… and then, do everything what you can, to make the dreams come truth.

To największe odkrycie jakiego kiedykolwiek dokonałam.
Chrissie – Thank You for that special present

Dziękuję Trenerowi za wiarę jaką pokładał we mnie. Za to, że pokazał mi, że granice naszych możliwości nie leżą tam gdzie nam się wydaje, poddając nas ciężkiej próbie w myśl zasady „im trudniej na poligonie tym łatwiej na wojnie.” Generał! Ukształtował nas i doszlifował. Pozwolił mi uwierzyć we własne siły i marzenia… Trenerze wiem, że bez Twojej pomocy, nigdy nie udało by nam się przetrwać.

Dziękuję kolegom z drużyny, za przyjaźń, serdeczne porady, inspiracje i pomoc, kiedy jej najbardziej potrzebowałam. Ten wspólny czas był dla mnie wyjątkowy.

Jestem ogromnie wdzięczna za podbudowujące i motywujące e-maile, smsy, wpisy na facebooku, za komentarze na blogu oraz kartkę z Olsztyna…Wasze wiadomości ze słowami otuchy, zagrzewały do walki każdego dnia.

Dziękuję Radiu Wrocław za pomysł, wsparcie i pomoc a najbardziej za to, że wskazało mi piękno tego sportu.

Dziękuję rehabilitantom- Arkowi, Alkowi i Maćkowi, wobec których mam niespłacalny dług wdzięczności .

Dziękuję Dolnośląskiemu Centrum Rowerowemu za wsparcie i pomoc techniczną.

Z drugiej strony, jak mogę spekulować o tym co przyniesie przyszłość, skoro teraźniejszość jest tak odmienna, od tego czego oczekiwałam w przeszłości. Włożyłam w ten projekt serce i duszę… mam przeczucie, że to nie koniec…

… a dzięki blogowi to wszystko nie umknie mi jak nie zapisany level w kolejnej grze.

fot. z trasy Małgorzata Łabuz, Rafał Sobolewski

Tour de Częstochowa! :)

Treningi kolarskie bywają żmudne i mordercze, monotonne i samotne. Jednak bywają i takie które są w 100 % fajną zabawą. Dlatego jeśli tylko macie okazje, postarajcie się je urozmaicić i dołączyć do grup trenujących kolarzy. Potraktujcie to jako rodzaj mocnego treningu, przełamanie rutyny i poprawę techniki. Kolarze nieobciążeni dodatkowymi zadaniami biegowymi i pływackimi są bowiem baaaardzo wymagającymi przeciwnikami. Zachęcam poszukajcie informacji, gdzie w waszej okolicy zbierają się grupy kolarskie. W poszukiwaniach może pomóc internet, miejscowy klub kolarski. Warto zapytać też w pobliskim sklepie rowerowym.

W miniony weekend Ja i Michał skorzystaliśmy z uprzejmości naszych przyjaciół z Harfy-Harryson i Szerszeni z Trzebnicy biorąc udział w…XII KOLARSKIEJ PIELGRZYMCE DO CZĘSTOCHOWY!

360 km w dwa dni!!!

100 kolarzy ( podzielonych na VII grup o różnym stopniu zaawansowania)!!!

Cel oficjalny – Jasna Góra

Cel nieoficjalny – nowy rekord trasy

Raz w roku, kiedy we Francji największe gwiazdy światowego kolarstwa przygotowują się do prologu Wielkiej Pętli, z Wrocławia do Częstochowy wyrusza Pielgrzymka Kolarska. Ten rodzimy „Tour” już po raz XII organizowany jest przez znakomitego kolarza Henryka Charuckiego (zwycięzcy Tour de Pologne z 1979 roku).

Wyprawa przyciąga zarówno amatorów , jak też obecne i dawne sławy krajowego kolarstwa, takie jak Jan Faltyn, Mieczysław Karłowicz, Zdzisław Wrona, Irek Walczak, Janusz Bieniek, Grzegorz Krężel, a także marszałek Województwa Dolnośląskiego Rafał Jurkowlaniec i prezes Radia Eska Leszek Kozioł.

Obok nich nie zabrakło utytułowanych mastersów tegorocznej mistrzyni Polski w jeździe indywidualnej na czas Joanny Wołodźko i mistrza Polski Jerzego Sikory, brązowego medalisty MP ze startu wspólnego Mirosława Fitały, byłego mistrza świata Zbigniewa Krawczyka.

Choć to pielgrzymka, wszystkim wiadomo, że tempo niewiele odstaje od wyścigu (co nie pozwoliło mi spać w nocy z powodu migotania przedsionków). Przyjemności skończyły się z chwila minięcia przez nas granicy miasta. Tu rozpoczął się finisz…Gorączka rosła… Upał narastał… Prawdziwa droga krzyżowa…

Grupa pracuje w miarę płynnie. Czasami jednak testosteron uderza bardziej… Dawaliśmy krótkie, mocne zmiany, a gdy mój licznik pokazał 45 km/h, zrozumiałam, że nici z podziwiania uroczej okolicy i skupiłam się na drodze, kadencji, regularnym piciu i jedzeniu.

Pierwszy postój w Kluczborku, do którego dojechaliśmy jako pierwsi, mijając po drodze wszystkie grupki. Znaczy trochu się wzajemnie pogubiliśmy i przetasowaliśmy. Z dna torby wyjęłam batonik musli, banana i przypomniałam moim udom, żeby później mi za to podziękowały. Wypiłam chyba wiadro wody, drugie tyle wylałam na siebie. Tego dnia temperatura oscylowała w granicach 35 stopni.

Kolejne kilometry pozwoliła mi przetrwać kojąca myśl o długiej, pienistej kąpieli… Gdy prawie opadałam z sił chłopaki okazali się prawdziwymi gentlemanami, dając mi fory. Za wszystko bardzo dziękuje . W końcu mogli zostawić mnie gdzieś po drodze.

Po zaciętym finiszu pod górę ostatni, krótki postój w Truskolasach . Jak pokuta to pokuta. 

Do Częstochowy wjeżdżamy peletonem, z kolarską opalenizną, zmęczeni, ale ogromnie szczęśliwi. Nauczeni pokory dla dystansu(180km). W szyku, niczym uczestnicy Tour de France. W eskorcie funkcjonariuszy policji, wzbudzając spore zaskoczenie wśród mieszkańców miasta.

Czas przejazdu: 4:45 min.

Jeszcze tego samego dnia wracamy pociągiem do Wrocławia. Smutni, ale takie warunki postawił nam trener. Jutro czeka nas wczesna pobudka przed porannym „myciem” w Maniowie, zakończona kilkukilometrowym biegiem. Czas przejazdu PKP dłuższy niż rowerem :/. Mając w uszach jeszcze szum setek śmigających po asfalcie opon, zastanawiamy się, czy nasze grzechy zostały nam wybaczone? Winy zmazane? Prośby wysłuchane? Podziękowania przyjęte? Może chociaż w 50 %? To nie jest ważne. Nie najważniejsze. Zresztą kiedyś i tak się o tym my, maluczcy, przekonamy. Dziś wiem na pewno, że pątnicza podróż z takimi pielgrzymami warta jest każdego wysiłku.

Świt znów nastąpił zbyt szybko.

Oryginał na stronie:
http://www.rat.prw.pl/tour-de-czestochowa/

Farmville

W zeszły weekend pojechaliśmy z Michałem odwiedzić jego rodzinne strony. Wzięliśmy ze sobą naszego RAT- owego poetę i fotografa Wojtka.

4 godziny w podróży, ale było warto… gdyż główka spuchnięta i pęka, bo niespłacony kredyt to wieeelka udręka


Czerniewice to taka mała wioseczka pod Warszawą, do której wysłałabym Fausta na miejscu diabła, bo tam łatwo wypowiedzieć słowa „chwilo trwaj”. Tylko słońce, kwiatki, truskawki, stawy, łąki i najlepszy na świecie rosół z gołębia. Żadnego smogu, spalin i szumu tylko pogoda, widoki, smaki Sami zobaczcie…



 Kolacja jeszcze przed momentem pływała w stawie. Na stole same przepyszne, zdrowe smakołyki. Z trudem powstrzymuje się od rzucenia się na jedzenie jak jakaś wygłodniała sierota.

Następnego dnia odwiedzamy Zalew Sulejowski. Do odważnych świat należy! 

Nie ogarniam tego brodzika!

Fala okazała się całkiem spora, utrudniając nawigację. Przydała się umiejętność oddychania na obie strony. Podczas zawodów możemy spodziewać się podobnych warunków, wiec był to znakomity trening opanowania . Pewności siebie dodała nam młodsza siostra Pamelki.

Łydka jak u radzieckiego bohatera narodowego, któremu stawiano pomniki .

Strefa zmian

Na deser moja ulubiona fotka. Pozuję McChicken, który już od ponad miesiąca powtarza, że nie lubi fotek. 
|
Też sobie zazdroszczę 

Oryginał na stronie:
http://www.rat.prw.pl/farmville/

RAT-owa poezja

Oto twórczość jednego z naszych przyjaciół… 

W parku, w lesie, w szczerym polu,

W Rzymie, Wrocku czy w Brystolu,

Gdy po nocy wschód przychodzi

Gdy poranna mgła się rodzi

Usiądź cicho gdzieś przy drodze

Wytęż słuch swój i wzrok srodze

Aż usłyszysz cichy szum

I zobaczysz cieni tłum

To szaleńcy przez świat gnają

Biegną, jada lub pływają

Nie przestają pruć do przodu

Mimo deszczu, mimo chłodu

Gdzie tak gnają się zapytasz

Lecz z ich twarzy nie odczytasz

Każdy stąpa swoja drogą

Tajemniczą i złowrogą

Wśród nich ośmiu się porusza

Są jak jedna zgodna dusza

To RATowcy wyruszają

Biel i czerwień się mieszają

Wspólnie spełnia się marzenie

Zwraca każde wyrzeczenie

Bo się spełnił wielki sen

Klagenfurdzki Ironman

Autor:
W.W.

Adaś Mickiewicz wymięka

Armageddon

 

Powiedźcie, że jestem normalna i wszystko ze mną w porządku, a obiecuje co tydzień organizować treningi otwarte. Trener też się zgodzi. Opowiem Wam mój dziwny sen…

Płynęłam w błękitnej wodzie pomiędzy dwoma światami. Gdy zanurzałam głowę zatapiałam się w głębinę zimnego spokoju i nieprzeniknionej przestrzeni. Z jednej strony budząca strach. Z drugiej uspokajająca. W oddali cała galaktyka morskich stworzeń i roślin. Gdy wynurzałam głowę, żeby zaczerpnąć powietrza widziałam w oddali światła miast i szum autostrady. Przy brzegu zarys kominów i rafinerii. Powietrze było ciężkie i palące. Zaczęłam kaszleć i znowu zanurzyłam głowę. Znowu spokój i przyjemny chłód. Nie chciałam się wynurzać, ale zabrakło mi powietrza. Gdy znowu uniosłam głowę jechałam na rowerze czując przyjemny powiew wiatru na twarzy. Słońce, kwitnące pole pszenicy i pusta droga. Mogłabym tak jechać w nieskończoność. Nagle poczułam przenikliwe zimno i obróciłam głowę do tyłu. W oddali pędził za mną wszechogarniający cień. Cień, który pochłaniał całą radość świata. Gdy padał na pole zboże usychało a krajobraz przypominał Czarnobyl. Czy to przeszłość czy przyszłość mnie dogania? Zaczęłam pedałować jak najszybciej, aż znalazłam się w lesie. Tam już cień nie mógł mnie dosięgnąć.

Na ziemi leżał piasek. Z początku ubity, ale po chwili tak grząski, że nie byłam w stanie się ruszać. Pedałowałam, ale ciągle byłam w miejscu. Rzuciłam rower i zaczęłam biec. Biegłam przez las zadowolona, że zostawiłam w tyle cień. Mijałam drzewa, na których siedziały kolorowe ptaki dopingujące mnie swoim śpiewem. Biegłam po miękkim piasku, który przyjemnie amortyzował moje kroki. Nagle usłyszałam jakiś chrzest. Spojrzałam w dół I zobaczyłam rozdeptany kawałek szkła. Biegnąc dalej chrzęst pojawiał się coraz częściej. W końcu przede mną rozpościerało się morze błyszczących kawałków ostrego szkła. Biegłam dalej raniąc sobie stopy. W koło drzewa zniknęły i zamiast nich rosły betonowe słupy z porozwieszanymi wszędzie kablami. W tle dymiące miasta i wieże. W końcu dobiegłam do tabliczki którą doskonale znam, ale teraz była cała pognieciona i nadpalona. Po przetarciu ukazały się litery

W..cł.w.

A więc to była przyszłość. Świat zniszczony przez pędzącą cywilizację. Bez przyrody i sportu. A najgorsze, że miałam świadomość, że to my do tego doprowadziliśmy. Czy to znaczy, że za 20 lat nie będziemy się spotykać przynajmniej raz w tygodniu, jeździć na rowerze, bawiąc się przy tym jak dzieci?

http://vimeo.com/35396305

Obudziłam się zmęczona, ale po odsłonięciu zasłon odetchnęłam. Pogoda wręcz bajeczna. Nie za gorąco, lekki wiatr, słońce. Ja dalej mogę pływać, biegać i jeździć z przyrodą i zielenią. Cieszyć się wiosennym deszczem i letnim słońcem.

Mam nadzieję, że za 20 lat będzie dokładnie tak samo…:) Mam marzenie. I ono się spełni. Obiecuję.

Teraz muszę się zastanowić dokąd uciec przed EURO-koszmarem

Oryginał na stronie:
http://www.rat.prw.pl/armageddon/

100 powodów dla których warto uprawiać triathlon


Radość z bólu wszystkich mięśni.
Świadomość, że wyścig Cię potwornie zmęczy, mimo to i tak nie poddasz się bez walki.
Bicie własnych rekordów o czasy, które dla innych wydają się mrugnięciem oka.
Wstawanie o 5 rano dzień w dzień i jedzenie śniadań w pracy.
Piękny jest wschód słońca. Zachód też.
Golenie nóg, które daje Ci tysięczne części sekundy przewagi nad innymi.
Przy trzech dyscyplinach nuda na treningach Ci nie grozi.
Wszyscy twoi przyjaciele też trenują triathlon.
Trzymasz się z dala od głupot i problemów.
Pijesz 7 litrów wody dziennie.
30 sekund odpoczynku to dla Ciebie wieczność.
Nie cierpisz na bezsenność.
Unikasz środków komunikacji miejskiej – wszędzie bowiem da się dojechać rowerem lub podbiec. Nigdzie nie jest za daleko.
Życie jest proste. Śpisz, jesz, płyniesz, jedziesz, biegniesz, jesz, śpisz…

Do setki trochę brakuje, ale liczę na Wasza pomoc…

Oryginał na stronie :
http://www.rat.prw.pl/100-rzeczy-dla-ktorych-warto-uprawiac-triathlon/

Odżywczy koktajl :)

Wiosna może za oknami nas nie rozpieszcza ale to czas kiedy na straganach pojawiają się pierwsze owoce sezonowe. Dzisiaj podam wam przepis na przepyszny koktajl odżywczy. Tani i łatwy do przygotowania napój pomoże wam szybko odzyskać pełnie sił zawsze po intensywnym treningu czy zawodach, gdzie wysiłek był duży lub długotrwały. Napój ten możecie przygotować samodzielnie w domu i zabrać ze sobą w podróż. Wypić go należy do 30 min po wysiłku. Zapewniam was, że domowy sok jest o wiele lepszy niż taki kupny. Do jego zrobienia będzie potrzebna sokowirówka albo robot z funkcją sokowirówki. Jeśli macie taki sprzęt pod ręką to dłużej nie czekajcie. Smacznego

Napełniamy dzbanek miksera sokiem owocowym – od 350 do 700 ml w zależności od masy ciała. Mi wystarczy 350 ml. Najlepszy jest własnoręcznie przygotowany sok z jabłek, winogron, grejpfrutów, pomarańczy lub ananasów. Owoce te posiadają bowiem wysoki indeks glikemiczny, a przy tym zawierają dużo pierwiastków wchodzących w skład elektrolitów spożywanych w czasie powrotu do pełni sił. Następnie dodajemy owoc, tu najlepiej sprawdzają się ananasy, arbuzy, melony, truskawki, banany czy pomarańcze, ale możecie puścić wodze fantazji używając ulubionych owoców, sezonowych lub mrożonych. Potem dodajemy glukozę ( od 2 do 6 łyżek w zależności od masy ciała). Dla mnie wystarczą 3-4 łyżki. Miksujemy wszystko, a następnie dodajemy proszek białkowy najlepiej w postaci serwatki (do kupienia w sklepach z odżywkami, od 1,5 do 4 łyżki w zależności od masy ciała). Ok 2 łyżek. Na koniec dorzucamy 2-3 szczypty soli. Jeśli nie używaliście mrożonych owoców możecie dodać kilka kostek lodu i gotowe .

Oryginał na stronie:
http://www.rat.prw.pl/odzywczy-koktajl/

Wyścig z czasem

Jak sobie radzić z jazdą na rowerze w ruchu drogowym zdominowanym przez samochody, motocykle i ciężarówki? Kręcąc się trochę po Polsce w tę i z powrotem, zimą i latem, wiosną i jesienią, w deszcze i w upały , wiem że przez cały rok a szczególnie w niedzielę od godziny 13.00 należy uważać na drogach na kierowców, którzy tego dnia jada do teściów na rosół, a jeszcze bardziej na wracających po trzech lub czterech godzinach ponieważ wtedy mogą być nietrzeźwi albo wkurzeni, albo posiadający w organizmie dwa takie stany naraz . Albo Panowie drogowcy dokonujący w najmniej spodziewanym miejscu i najczęściej przy słabym oznakowaniu REANIMACJI JEZDNI. Nie ulega wątpliwości pojazdy spalinowe to w mniejszym lub większym stopniu właściciele drogi, natomiast rowerzyści tę drogę pożyczają. Najlepiej pożycza się ją o świcie, a zwłaszcza w weekendy…

Dlatego tak radośnie wstaje w niedzielę o 5:00 na trening 🙂 Samochodów jak na lekarstwo… Nikt nie krzyczy, nie trąbi… 🙂 Jednak chwile zapomnienia czasem dużo kosztują i żebym się tak bardzo nie cieszyła trener zafundował nam tego dnia kropelkę tego co nas czeka za rok. Test prawdy czyli jazdę indywidualną na czas na dystansie mini – 7 km. Czasówka sprowadza się do tego ile mocy zawodnik może wydobyć z siebie i utrzymać przez cały dystans, przy czym każdy jedzie indywidualnie po dokładnie tej samej trasie i podlega pomiarowi czasu.

W zwykłym wyścigu o dużej liczbie startujących w jakich do tej pory brałam udział, do jazdy pobudza każdy w peletonie, można odpocząć „siadając” komuś na kole. Po prostu łatwiej jest gonić kogoś niż samotnie uciekać. W indywidualnej jeździe, kiedy startujemy co minutę każdy jedzie samotnie walcząc tylko z czasem i żeby dobrze dawać sobie radę trzeba lepiej poznać jedynego przeciwnika jakim jest czas . Wiedziałam, że jeśli pojadę zbyt szybko na początku zmęczę się i więcej czasu stracę niż zyskam. Tempo to jednak kwestia doświadczenia, którego ciągle mi brak. Na mecie byłam wyczerpana… Może nie ma się co martwić na zapas, ale myśl, że do tego trzeba dołożyć jeszcze 173 km samotnej jazdy nie napawała optymizmem . Czeka mnie baaaardzo ciężka praca. Wiem jedno jazda na czas na stałe zagości w moim dzienniczku treningowym, gdyż uczy jazdy przy dużym obciążeniu, a przy tym bez zagrożeń, które powstają podczas jazdy w dużej grupie. A trener knuł, knuje i będzie knuć, naprawdę można się do tego przyzwyczaić

Jeśli pogoda dopisze to być może w Trzebnicy pierwszy raz w tym sezonie uda się pojechać „na krótko”. Nie licząc wczorajszego treningu z Michałem i Wojtkiem. Byłoby wspaniale! Może kilometry szybciej zlecą 😉

Oryginał na stronie:
http://www.rat.prw.pl/wyscig-z-czasem/

Rowerowo =)

Wiem trochę późno, ale nie chciałam narażać się niektórym niezadowolonym z życia tym postem. Sądząc po tym jaka burzę wywołał blog Michała. Choć nie wiem skąd się to bierze, bo przecież Polak obalił komunę, pomógł przewrócić mur berliński, wstąpił do NATO i UNII, fiaty robi lepsze niż Włosi, opla lepszego niż Niemcy i wygląda na to że z tej przyczyny jest co najmniej zdołowany. W tym kraju potrzebna jest potężna dawka optymizmu nie pesymizmu. Chociażby dla zachowania równowagi w przyrodzie

Ale do rzeczy, wszyscy na to czekali, po długich zimowych miesiącach żmudnego pedałowania w czterech ścianach przyszedł czas na sprawdzian formy i sprzętu – inauguracja tegorocznej edycji Bike Maratonu we Wrocławiu. Wydawałoby się pozornie łatwa trasa okazała się jednak nie lada wyzwaniem. Przenikliwe zimno, rzęsisty deszcz, wiatr i tony błota zmieniły trasę w prawdziwe piekło. Przemoczona i nieco zmarznięta czekałam na sygnał do startu i bez względu na to co miało mnie dalej spotkać na linii startu nie ma odwrotu 🙂 . Już po przejechaniu kilkunastu metrów okazało się, że płaskie odcinki zamienione zostały w bagno, w którym koła roweru bez względu na ogumienie po prostu grzęzły, było tak ślisko, że z trudem można było zapanować nad rowerem . Do tego głębokie kałuże przypominające sporych rozmiarów oczka wodne. Jazda za kimś na kole owocowała maseczką błotną na twarzy i brakiem jakiejkolwiek widoczności. Nauczyłam się też wiele ciekawych rzeczy o smakach błota Mój rower jakieś 8 km po starcie zaczął się buntować i nie chciał już wykonywać moich poleceń. Przerzutki przestały działać, koła przestały się kręcić. Nie uniknęłam też kontaktów z podłożem… jedno było na prostej błotnistej drodze na którą wpadaliśmy z dużą prędkością, gdzie w poprzek ścieżki leżała cała masa śliskich grubych gałęzi. Na szczęście dzięki miękkiemu lądowaniu skończyło się to tylko solidnym stłuczeniem mięśnia trójgłowego łydki. Chyba jeszcze nigdy nie miałam na sobie tyle błotka.

 Wyścig był dla mnie sprawdzianem przed zbliżającym się sezonem. Po chorobie nie wiedziałam na co będzie stać mój organizm. Wynik może nie powala na kolana- 7 w kategorii, ale i tak jest lepiej niż w zeszłym roku .

Niesamowite jest to, że wszystkie te przeszkody nie złamały zawodników – na starcie stanęło ich 1600 . Mimo ekstremalnych warunków, a może dzięki nim trasa okazała się jedną z ciekawszych i wredna pogoda nie zdołała tego zepsuć! Aż strach się bać co będzie w maju, bo podobno ma być ładnie …. choć trener pewnie nie pozwoli nam wystartować.

Oczywiście błoto było bezlitosne dla sprzętu. Zerwane łańcuchy, haki przerzutek czy choćby przebite dętki w takich warunkach zmuszały do niezwykle żmudnych napraw lub pieszych wędrówek do mety. A po wyścigu – wielogodzinne pranie, rozbiórka roweru i dokładne czyszczenie każdej części, wymiana klocków oraz niektórych elementów napędu.

Drogo. Ale za maseczki i kąpiele błotne trzeba przecież słono zapłacić

Na koniec zachęcam do obejrzenia kilku błotnych kadrów Magazynu Rowerowego z wrocławskiej edycji Bike Maratonu http://www.youtube.com/watch?v=PBMy4blr7-A&feature=youtu.be

Oryginał na stronie:
http://www.rat.prw.pl/rowerowo/

Pierwsze dni wiosny z ukochanym… ;)

Pogoda wreszcie zaczęła nieco sprzyjać treningom na zewnątrz. Można już porzucić znienawidzony trenażer i nieco przyjemniejsze zajęcia ze spinningu i przystąpić do testu… Razem dopiero 260km .

Wydaje się, że recepta na udany rower szosowy jest bardzo prosta… Sztywną konstrukcję z rurek stawiamy na mocnych, lekko obracających się kołach ubranych w cienkie oponki przystosowane do wysokich ciśnień. Dokładamy ”przyzwoite” komponenty i „jakąś” grupę osprzętu. Na koniec doprowadzamy linki i nawijamy owijkę. Ale jak ja się mogę na tym znać…do tej pory jeździłam tylko rowerem górskim

Waga 7,7 kg

Rama : Felt FC

-rozmiar : 54 

-materiał ramy : karbon

Widelec karbonowy

Manetki Sram Rival

Przerzutka przód/tył Sram Rival

Hamulce Sram Force 08-09

Korba Sram Force 50-36 172,5

Kaseta PG-1070, 10-rzędowa

Łańcuch PC-1071

Kierownica/mostek 44 BBB RoundBar Clasic BHB-32/ BBB RoadDrive BHS-51

Siodło/sztyca BBB CompDesign Wide BSD-09W/BBB Race Post czarny

Koła Mavic Aksium WTS

Opony Mavic Aksion

Owijka Sram korkowa Make The Lap

Pedały szosowe BBB Comp Dynamic BPD-06

Muszę Wam przyznać, że po przejechaniu pierwszych kilometrów chciałam zwrócić rower z powrotem do sklepu. Po przesiadce z poczciwego górala stwierdziłam, że nie wiem jak na takim twardym siodełku można jeździć Na początku odczułam, a w zasadzie moje nadgarstki odczuły specyficzną, mocno pochyloną pozycję. Miałam wrażenie że zaraz zaryję zębami w chodnik. Po zetknięciu z polskimi drogami przypominającymi fale Dunaju i kostką brukową miałam wrażenie kilku godzinnej pracy z młotem pneumatycznym. Ale teraz po ponad 200 km nawet ubite leśne ścieżki są do przejechania, a co do dziurawych dróg, wszystko da się przeżyć.

Drugie wrażenia bardzo pozytywne, szosa to najefektywniejszy i najszybszy rower do poruszania się po twardej nawierzchni. W stosunku do MTB prędkość średnia dramatycznie wzrasta a dystanse znacznie się wydłużają. Ale to nie znaczy, że nie brakuje mi błota oraz całej masy kamieni i korzeni .

W prowadzeniu mojego Felcika daje się wyczuć sporą nerwowość, rower jest niezwykle szybkoskrętny i lekki. Nawet małe przeniesienie ciężaru ciała w bok już indukuje zakręt. Co ciekawe, w codziennym użytkowaniu nie przeszkadza to bardzo – trzeba tylko o tym pamiętać i mocno trzymać kierownicę szczególnie przy dużym wietrze . Na dłuższych trasach potwierdza się wygodna pozycja, dodatkowo poparta bardzo dużym komfortem jazdy. Klamkomanetki zostały tak wyprofilowane, że w „górnym chwycie” chce się jeździć cały czas – dłonie nie cierpną. Komfort – w przypadku roweru szosowego amortyzowanie i tłumienie drgań – zapewniają karbonowe komponenty. Rama , karbonowa sztywna i wytrzymała przy relatywnie niskiej masie skutecznie tłumi drgania. Widelec i kierownica dbają o ręce.

Samo siodło ma zdecydowanie sportową sylwetkę – jest dość wąskie i twarde. Trzeba dużo czasu, żeby się do niego przyzwyczaić.
W czasie testu nie miałam żadnych problemów z kołami – okazały się być wystarczająco sztywnymi, a opony świetnie trzymały się polskich dróg. Do treningów wystarczą, docelowo jednak trzeba zaopatrzyć się w coś lepszego.
System zatrzymywania roweru na szosie w porównaniu z hamulcami tarczowymi stosowanymi w MTB to raczej spowalniacze , ale można nimi zatrzymać rower .
Najmocniejszym punktem tego roweru jest napęd do którego szybko się przyzwyczaiłam. Całość działa bardzo płynnie. W klamkomanetkach Sram do wrzucania na większe tryby i zrzucania na mniejsze służy ta sama dźwignia umieszczona za klamką hamulcową. Chcąc zmienić bieg nie trzeba zmieniać ustawienia dłoni. Dobór przełożeń jest odpowiedni na płaskie jak i górskie trasy. Manetki są bardzo wygodne, zapewniają błyskawiczną zmianę przełożeń za pomocą jednego palca, bez użycia siły. Umożliwiają również redukcje biegów z pozycji dolnego chwytu, niby szczegół, a jednak…

Lekkość, szybkość, sztywność, precyzja … czujesz jakbyś płynął po drodze bez większego wysiłku, choć tętno wskazuje inaczej . I jak tu się nie zakochać ;D ?

P.S Na zakończenie chciałabym podziękować wszystkim pracownikom Harfy-Harryson za pomoc, a szczególnie mechanikom którzy spisali się na medal.

Oryginał na stronie:
http://www.rat.prw.pl/pierwsze-dni-wiosny-z-ukochanym/