Łubu, dubu…

8 marca 2013

Wróciliśmy ostatnio z morderczych czterech godzin treningu na rowerze …Pierwszego w tym roku na WOLNOŚCI! I mimo, iż mój góral poniewierał mną bez żadnej litości to… wreszcie koniec z pedałowaniem w miejscu w małej salce pełnej luster. Koniec z wpatrywaniem się w siebie sycąc narcyzm, miłość do własnych pośladków. I najważniejsze – koniec z pedałowaniem co sił w płucach w takt grzmocącej głośnej muzyki! Nie wiedząc czemu trenerzy fitnessu (jest jeden wyjątek;)) traktują decybele jak doping, nie są w stanie trenować w ciszy albo wśród odgłosów sapania, dyszenia, jęczenia, pisku rowerowych kół, etc. Biegając po lesie też zapewne dźwięki przyrody zagłuszają „muzyką“ motywacyjną dobywającą się z odtwarzaczy mp3. Muzyka w siłowni zawsze wali tak głośno, że gdy doczłapie się do domu, to wciąż dudni mi w uszach i do Michała zwracam się jak niemiecki oficer do konia. Być może nieco jędrniejsza, ale za to głucha…

Przypomina mi się gniazdo os, które zalęgło się u mojej koleżanki na działce pod Lesznem. Osy żyją i poruszają się w rojach, ich życie nie zna ciszy. Osy bzyczą bezustannie. Mam wrażenie, że i my uzależniliśmy się od muzyki i przestaliśmy tolerować ciszę. Do wszystkiego potrzebna nam ścieżka dźwiękowa, w autobusach – muzyka, w restauracji do jedzenia kotleta – muzyka, w windach – muzyka, podczas robienia zakupów – muzyka. Czy tak jak chronimy się przed dymem z papierosów i niezdrową żywnością nie powinniśmy choć kilku godzin dziennie spędzać w ciszy chroniąc się od hałasu? A może to nie ma znaczenia w czasach, gdy i tak nikt z nikim nie rozmawia?

Hałas wychowuje ludzi o tępym spojrzeniu, którzy nie słyszą własnych myśli. Głuchną na to, co mówią inni. Stają się nudni jak przysłowiowe flaki z olejem. Więc, aby ten zgiełk nie otumanił nam kompletnie zmysłów, koniecznie trzeba tak sobie organizować życie, by znaleźć czas na ciszę. Dlatego zachęcam Państwa do turystyki kontemplacyjnej – samotnych spacerów w parku, biegania po lesie, odkrywania rowerem tajemnic podmiejskich bezdroży. Wszędzie można rozmyślać, bez względu na porę roku – każda ma swój urok. Zmusza do zmniejszenia obrotów, wsłuchania się w jej dźwięki, a nie w odtwarzacz mp3.

W ten chłodny marcowy dzień zamarzyłam jedynie o zapachu kwiecistych łąk i lasu… a jeśli coś może być muzyką dla czyiś uszu to dla mnie szum śmigających po asfalcie opon brzmiał jak cała SYMFONIA BEETHOVENA .

IDZIE STAROŚĆ

23 lutego 2013

„Raczkująca” to i tak dużo powiedziane… Jam niewiniątko triathlonowe.

Mimo to, dzięki treningowi powoli oswajam się ze starością… Myślałam, że starość przychodzi w wieku późnym. Nie sądziłam, że tuż po trzydziestce to już, łudziłam się, że to będzie wokół sześćdziesiątki. A może nawet przesunie się bardzo elegancko za sprawą polityków…

Tymczasem mam wszystkie jej objawy…

Prawie nic mnie nie cieszy, nic mnie nie bawi. Ani romanse z kolegami z pracy, ani plotkowanie z koleżankami z sąsiedztwa. Ani szybka jazda samochodem. Nie chce mi się chodzić na duże imprezy. Kompletnie zdziczałam towarzysko. Nie mam czasu ani sił udzielać się. Nie bawi mnie nawet picie wódki. Za młodu człowiek lubił się od czasu do czasu sponiewierzyć i następnego dnia leżeć do 15:00 na kacu w śpiworze u przyjaciół, a przez ten cholerny sport odzwyczaiłam się od picia. To straszne – stoi naprzeciwko mnie pół litra, a ja nic, żadnych uczuć do tego pół litra nie żywię. Jest mi ta flaszka obojętna niczym miss polonia księdzu katolickiemu.

 To jeszcze nic! Nie chce mi się wstawać z łóżka… To najgorszy efekt starości. Czuje się jak po zderzeniu z 10-tonową ciężarówką. Ból coraz większy, wczepia się w mięśnie niewidzialnymi haczykami. Rozpruwa od środka włókno po włóknie, dochodzi do kości. Bolą już nawet włosy i paznokcie. W nocy zdarza się, że ze snu budzą mnie skurcze zmęczonych mięśni. Tak co godzinę. Czasem sen dla wypoczynku nie wchodzi w rachubę. Po prostu nie da się zasnąć. Starość jest to sport morderczy. Jazda na rowerze górskim to przy IM letargiczny spacer. Rano wypluwam płuca na basenie, potem pedałuję w miejscu, dysząc i harcząc, aby następnie sapać jak lokomotywa na biegu, a podczas rozciągania nie raz myślę, że się złamię jak stara wierzba. W życiu codziennym, też nie lepiej, mam problemy z koordynacją. I wiecznie coś wylatuje mi z rąk, czego dowodem jest coraz mniejsza ilość szkła w naszym domu.

Po treningu docieram do lodówki i jestem gotowa połknąć 20 żeberek w sosie barbeque lub trzy pizze. Niestety znajduję tylko puszkę z pomidorami i główkę sałaty. Dom spokojnej starości… Nawet piwa nie ma! W kuchni są za to bardzo potrzebne różne fajne leki takie jak magnez, żelazo czy witamina C, BCAA, olej z wątroby jakiegoś rekina, który wzmacnia…

Nagle z zapaści wyrywa mnie myśl, że przecież nie raz wyobrażałam sobie, jak może wyglądać moje życie po życiu, lecz teraz mam nadzieję, że go nie ma, bo ja CHCĘ SPAĆ…Starość jest wystarczająco trudna.

Walentynkowa samotność-w poszukiwaniu szczęścia

15 lutego 2013

Narzeczony chory, więc zamiast na wspólny romantyczny bieg poprzez trzy dzielnice Wrocławia, czy też trzy i pół kilometrową kąpiel w basenie, wybrałam się samiutka na dwu godzinne zajęcia ze „Spinningu”. Nie wiedząc czemu to bezsensowne jeżdżenie na rowerze w miejscu sprawia mi masochistyczną przyjemność.

Przekonana, że tego dnia „Spartan” będzie świecił pustkami… Przecież wszyscy Wrocławianie wolą okupować walentynkowe menu restauracji, machając sobie przed nosem czerwonymi lizakami w kształcie serca, dumnie dzierżąc w dłoni serduszkowe baloniki, niż dzielnie znosić pokrzykiwania trenera … „Dokręcamy gałkę na trudniejszy poziom, pod górkę, boli? Jak nie boli, to źle!“

Jest kwadrans po osiemnastej, pędzę do „Spartana”. Wchodzę do środka, patrzę, a tu na siłowni tłumy. Na bieżniach zgrabne syreny w obcisłych legginsach, na ramieniu modne urządzenia do mierzenia tętna, w uszach słuchawki od smartfona. Przy sztangach mężczyźni o rzeźbie ciała Herkulesa. W sali obok na „Power Barze” wolnych miejsc brak, wszyscy ćwiczą jak maszyny. Wreszcie docieram na moje zajęcia. Każdy rower zajęty. Trener i Wojtek już są! Cóż…może Kasia i Marta też chorują… Atmosfera rodzinna, towarzystwo mieszane. Tuż obok mnie jakiś młodzieniec, poci się jak mysz, leje się z niego strumieniami, boję się, że zawału dostanie. Chyba ambicja nie pozwala mu jechać wolniej ode mnie. Syren w obcisłych, połyskujących strojach zebrało się kilkanaście.

Nie wytrzymuję, w szatni pytam, co one wyczyniają o tej godzinie w fitness klubie. W walentynkowy wieczór kilkanaście pięknych kobiet w kwiecie wieku, w strojach wyzywających pedałuje w moim mieście bez obstawy w postaci panów? – A dlaczego tak późno, zamiast jeść kolację z mężczyznami waszych żyć? – Jacy mężczyźni? – pytają chórem panie. No jak to jacy, jest ich tu parę milionów w naszym mieście. Otóż według syren panowie owszem są, ale dziwnym zbiegiem okoliczności ci panowie ich nie dostrzegają, więc wieczorami spędzają czas w fitness klubie. Lepsze to niż wegetowanie na kanapie. – Kompletna pustynia – opowiada mi jedna z dziewczyn. Wszystkie dumnie potakują. Co za marnotrawstwo… Moje miasto pełne jest samotnych atrakcyjnych kobiet. Są ich tłumy! I są fit!

Ale nie chodzi o ilość. Chodzi o pustynię…

Ale nie tę uczuciową, bo w Polsce beduinów na białym wielbłądzie nie brakuje. Panie po prostu są tak ambitne, że mężczyźni nie załapują się na listę celów, które współczesna kobieta ma zamiar osiągnąć. Od szczenięcych lat nie są w stanie wcisnąć się w damski grafik, więc przestali już zabiegać o spotkanie. Szkoła podstawowa to powinien być czas inicjacji, pierwszego obściskiwania się na ławce w parku. Ja łaskawie pozwalałam niejakiemu Pawełkowi nosić mój worek z butami do domu.

Tymczasem dziś uczennice niepotrzebnie wygrywają trzy olimpiady ścisłe, a do tego po szkole nie ma odprowadzania do domu, tylko w aucie czyha mamusia albo tatuś, który wiezie na balet i lekcje gry na instrumencie. Normalna licealistka powinna mieć co najmniej trzech chłopaków jednocześnie. Tymczasem one czasy szkolne poświęcają na wymiany zagraniczne, naukę języków. Potem studiują na dwóch wydziałach jednocześnie, dodatkowo kelnerują albo stażują, a wolne wieczory spędzają na wolontariacie. Trzydziestolatki wolą zaliczać rozmaite kursy, niż facetów. Janek czy Adam to nie są możliwości, z których nasze syreny chcą skorzystać. Kobiety realizują projekty. Przejmują udziały w spółkach, a nie przejmują się spółkowaniem. Czas wolny poświęcają zdrowiu.

Panie Adamie, panie Janku. Niech panowie odstawią białe wielbłądy do szopy, w czasie wolnym polecam łykanie antydepresantów, szydełkowanie, kursy kulinarne. Na panie na razie nie ma co liczyć, bo one muszą koniecznie znikać panom na zakręcie kolejnego kilometra maratonu. Idealnie wyrzeźbione, zawsze pierwsze, lepsze, niezależne, z kolekcją dyplomów nad biurkiem. One wolą umierać z pragnienia na pustyni. Panie ją polubiły. Czują się na niej cieplutko, milutko, wygodniutko, suchutko.

Nie wiem jak jest z mężczyznami… Może po to właśnie ludzie pedałują w miejscu na rowerze, żeby nie męczyć się z takimi pytaniami. Spinning to mimo wszystko mniejszy wysiłek niż szukanie faceta.

A w domu zastaję Narzeczonego w romantycznej kąpieli… Nic, że prysznic zajęty, nie mogę się złościć, gdy moim rowerem zajmuje się tak troskliwie. Z kuchni dobiega zapach ciepłej zupy i sernika. Myślę sobie, że szczęście nie przychodzi tak sobie w osobie kogoś kto przypadkiem i mimochodem… Trzeba je sobie podhodować, zająć się nim troskliwie. Ono jest tuż obok. Nieraz tylko trochę zaniedbane, zapomniane.

Każdy jest zdolny do kochania,trzeba jednak wytrwale ćwiczyć, tak jakby się dbało o mięśnie. Może więc to pedałowanie w miejscu nie pójdzie na marne… Wspólne pasje łączą na całe życie.
 

Poszukiwania punktu G…

9 lutego 2013

To już rok… Rok RAT-u:). Wracam do moich pierwszych zapisków, wspominam te ostatnie… i ze zgrozą stwierdzam, że strasznie monotematyczną nudziarą jestem! Bo i owszem czasem słońce, czasem deszcz, radość i rozczarowanie, kłótnie i kompromisy, ale wszędzie panuje SPORT. Jak na rasowego faceta przystało! Tylko i wyłącznie tematy sportowe!

Dziś urodziny, więc będzie inaczej. Dziś my, kobiety istoty rozwinięte, delikatne, rozważne, nieżłopiące piwska, niebijące kijami nie będziemy zajmować się takimi bzdurami. My „elaboratowanie” sportowe uznajemy za prymitywną męską zabawę. Przecież nie to co MODA!

Otóż, będąc ostatnio na przezabawnej sztuce pt. : „Jak zostać Sex Guru w 247 łatwych krokach” dowiedziałam się m.in., że punkt G u kobiety znajduje się na końcu słowa ShoppinG. Chwała amerykańskim naukowcom! Szczęście podane na tacy!

Następnego dnia, gdzieś w okolicach południa postanawiam to sprawdzić… Co prawda nie przepadam za zakupami, ale ostatnio moja szafa świeci pustkami tzn. oprócz dresów, koszulek, bielizny termo-aktywnej, bluz, polarów, kolejnej pary dresów…moje stroje wieczorowe składają się z bawełnianych szerokich sukienek, w których moja siostra zakazała mi chodzić i z czarnych bluzek. Kosmetyków też prawie nie używam. Bo jak ja wyglądam po biegu? Mam przekrwione oczy, wyraz twarzy jak po łamaniu kołem, odmrożone policzki. Czy w basenie? O kobiecości można zapomnieć. Przypominam raczej worek treningowy, a jedyną biżuterią jaką noszę jest pulsometr. Co zrobić, przecież nie zakopię się z tego powodu pod ziemią. Taki sport. Że też mam jeszcze Narzeczonego…

Mimo iż nie cierpię centrów handlowych, to Narzeczonego chciałabym sobie zachować. Już po kilku minutach stwierdzam, że galerianką nie mogłabym być. I nie chodzi tu o mój zaawansowany już wiek, ani o brak płomiennych uczuć do pieniędzy. Już w pierwszym sklepie wywołałam panikę stylistów. Okazało się, że trzeba mi przygotować ubrania w trzech rozmiarach: 34, 36, 38. Co to znaczy? Dżinsy na udach – opięte – to przez te mięśnie. Barki trochę też, talia wąska, ramiona w jeszcze innym rozmiarze. Krótko mówiąc – nieproporcjonalna jakaś! Nabawiam się tony kompleksów…Na pocieszenie wpadam do sklepu z obuwiem. Tu dowiaduję się, że mam za mało wdzięku. Równowagę na szpilkach trudno mi złapać. Wynika, że właściwie to nawet krok mam taki niebabski. Do tego te ceny! Przecież za tyle to ja mogę sobie nową lemondkę kupić! I tak kręcę się po galerii, od sklepu do sklepu, wycierając na kaflach szlaki, niczym kozica ścieżki w górach. W końcu w poszukiwaniu spodni i butów przemierzam trzy dzielnice Wrocławia i… nie znajduję nic ciekawego. Pół dnia zmarnowane. Szczęścia brak, za to jest depresja, schizofrenia i opuchnięte łydki. Padam na pysk. Wymyślanie sukienek i fryzury, która miała wszystkich rzucić na kolana, jest tak wykańczające, że zasypiam na stojącą.

Dodam, że na fryzjera nie starczyło już czasu… Na szczęście nie jestem pogodynką, nie muszę więc w związku z tym zmieniać często wizerunku, aby widzowie się mną nie znudzili.

Następnego dnia rano wróciwszy z treningu nastawiam ekspres do kawy, biorę długi prysznic, zasiadam w dresie do pysznego biszkoptowego omleta o średnicy dużego UFO i sterczę przed szafą, wybierając idealny strój na tę porę roku. Jest zima, więc dres i polary leżą na najwyższej półce. Przed pracą jeszcze na chwileczkę wpadam do Dolnośląskiego Centrum Rowerowego. Dziwne…- myślę. W sklepie sportowym zawsze ogarnia mnie przyjemne podniecenie. Mogę godzinami szperać między półkami, próbując znaleźć idealnie dopasowany kask. Zachwycam się ultralekkimi kołami. Upajam się kolorami aerodynamicznych ram, badam palcem faktury materiałów. Po dłuższej chwili przypominam sobie, po co przyszłam. Kupuję więc dętkę…

Z radością wybiegam ze sklepu, dokonując zaskakująco prostego odkrycia! ZNALAZŁ SIĘ, mój punkt G jest na końcu słowa treninG:)!

Jest pięknie! I nie chcę, aby było lepiej, niech będzie tak jak jest.

A ten rok był dobry. Wydarzyło się wiele cudownych rzeczy. Odważyłam się robić to, na co mam ochotę i chyba wiem, czego chcę naprawdę. A to bezcenna wiedza.

P.S. Wybaczcie, ale o modzie więcej pisać nie będę. Jak na prawdziwego mężczyznę przystało;).

Filtr ZDROWEGO rozsądku

1 lutego 2013

Zimowa pora oprócz ciężkiej pracy wytrzymałościowca kojarzy mi się z wielką wylęgarnią wirusów i bakterii.

Bo musicie wiedzieć, że dla sportowca choroba jest w pewnym sensie rodzajem kraksy… W zawodowym peletonie, gdy zbliża się główna impreza, zawodnicy nie spotykają się z nikim, kto nie jest członkiem drużyny. Posiłki spożywają w rękawiczkach, trzymają antybakteryjne ściereczki pod ręka, nawet guziki windy i bankomatu naciskają kostkami, a nie palcami. Witając się nie podają sobie ręki, a gdy ktoś w teamie się przeziębi, niezwłocznie jest przenoszony do innego hotelu.

Ja jestem w tym temacie bardziej wyluzowana;).

Jasne – nie noszę zimą mini spódnic ani dekoltów. Chusteczek nasączonych wodą do przemywania twarzy ze spalin tirów i żuków też nie. Za to zawsze paraduje w czapce i rękawiczkach. Dbam o nawilżone powietrze w pokoju, śpię w zimnym pomieszczeniu, jem cytrynę, czosnek, przebieram się bezpośrednio po treningu, biorę gorący prysznic, nie doprowadzam do przegrzania czy wyziębienia, szczepie się itd…

I mimo, iż staram się zachować wszelkie powyższe środki ostrożności to i tak zawsze dopadnie mnie jakiś podstępny wirus, przecisnąwszy się ukradkiem przez kordon ciał odpornościowych .

Nic dziwnego, gdy staram się w dwudziestu czterech godzinach zmieścić trzy doby… I choć wiem, jak to się skończy, czasem nie mam wyjścia. Codzienne treningi bywają nieprzyjemne, zależnie od pogody. Na dodatek ciągle jesteśmy zmęczeni, a wtedy odporność jest bardzo, bardzo marna. Trzeba być przygotowanym na czarny scenariusz.

Z racji zawodu który wykonuję mam pod ręką różnych lekarzy, ale kuruje się stosując poczciwe babcine metody. Mleko z miodkiem, czosnek, cebula, imbir, sok z malin. Wygrzać się, wymoczyć nogi w gorącej wodzie, unikać antybiotyków. To moja kuracja! Do wódki z pieprzem nie mogę się przyznać, bo co by na to powiedział Trener;)…

Leczę się, ale nie rezygnuję z wszystkich treningów. W koszmarne dni poprawia mi nastrój ciepły wełniany koc, ze Szwecji (czyt. z pewnej znanej sieciówki;)) – najpiękniejszym być może kraju na Ziemi. Pomaga mi jednak najbardziej myślenie o tym, że tysiące osób tworzy, pracuje, dorasta w krajach bardziej zimnych i mokrych niż Polska i oni jakoś dają sobie radę…i może czasem marzyłabym o domku gdzieś na Korsyce, ale portfel mam pustawy;).

A w dobie XXI wieku większym niebezpieczeństwem niż grypa czy angina wydają mi się uzależnienia: alkoholizm, pracoholizm, internet, fajki, konopie, dragi, anoreksja, depresja – to wykańcza bardziej niż szczepionka na grypę. Nie palę, nie koksuję, nie głodzę się, nie wierzę w diety, uprawiam sport – czego i Państwu życzę:).

Trenerka życia ;)

25 stycznia 2013

Tematy sportowe, bliskie są memu sercu od czasów przedszkola…

Wtedy to zaczęłam zabawę ze sportem i tak już zostało mi do dzisiaj. Właściwie cała intelektualna edukacja w podstawówce, liceum i podczas studiów była dla mnie wypełniaczem przerw pomiędzy tą edukacją istotniejszą, sportową;). W szkole syczały jarzeniówki, gazetka ścienna straszyła wystawą „nigdy więcej wojny”, tymczasem na gimnastyce artystycznej były mieniące się stroje, kolorowe szarfy, choreografie graficznie piękne i ja-nieśmiała jako jedyna,w klasie, potrafiłam zrobić szpagat.

Potem korty tenisowe były piękne, ceglana czerwień, wokół zielone krzewy. Świeże powietrze, opalanie na słońcu. Zimą piękne było lodowisko i fajnie skrzypiący śnieg pod nogami. Piękny był nowy rower górski. Rzeźba z węgla i aluminium, który dostojnie, niczym arystokratka prowadziłam na linię startu-jakbym prowadziła rumaka:). Ale najważniejsi oczywiście byli trenerzy i trenerki!

Teraz, gdy po latach o tym myślę, ze zgrozą stwierdzam, że w życiu zawodowym i osobistym przydały mi się wyłącznie uwagi trenerów, a nie nauczycieli. Podzielę się z Wami najciekawszymi myślami trenerskimi, do których warto w życiu wracać codziennie!

„Meczu nie gramy w nowych butach”. Od razu uderza psychologiczna głębia tej nauki! Sprawdza się w związkach i w korporacji. Nowy but, choć efektowny, może obcierać lub mieć luzy. Stopy będą krwawić albo co gorsze kostkę sobie złamiemy. Zanim na poważnie zwiążemy się z osobą, która zaczadziła nas emocjonalnie, ponośmy ją, rozepchajmy, zobaczmy, czy się dostosuje do naszego kształtu, czy pozostanie sztywna i uwierająca.

„Końskie zdrowie„. Niech się schowają wszyscy radykałowie tego świata przed tą trenerską nauką! Talent to między innymi zdrowie. Jeśli się go nie ma, to można uprawiać sport w innej formie: rekreacyjnej bądź rehabilitacyjnej. Nie od razu trzeba pchać się w wyczynostwo. Końskie zdrowie sprawdza się w biurze, łóżku… Każdy kilogram nadwagi to koszmar dla twoich stawów. Nie ćwiczysz mięśni posturalnych, to kręgosłup nie wytrzyma i padniesz, siedząc w korporacji nad raportami albo za kierownicą. Nie da się uprawiać sportu, robiąc sobie przerwy na zwolnienia lekarskie. Osoba z trzęsącymi rękoma chirurgiem nigdy nie będzie. Ja profesorem fizyki kwantowej również nie zostanę:) A wyczynowy sportowiec powinien mieć zdrowe serce i płuca. Proste.

„Patrz się na piłkę”. Sokrates wysiada przy takiej trenerskiej myśli! No przecież wiadomo, że aby trafić w piłkę, trzeba ją widzieć. Ale jak patrzeć! Cały czas. Wyprzedzać ją wzrokiem, zanim dosięgnie nas, patrzeć na to, jak patrzy na nią przeciwnik, piłkę trzeba opanować, nadać jej kierunek, aby ona nas nie zaskoczyła, nie zmiotła z powierzchni. To działa też w związku. Na partnerkę trzeba patrzeć, pożerać ją wzrokiem, widzieć, że ma zły nastrój, i ją rozśmieszyć, spostrzec, że podejrzanie późno wraca do domu…

„Nerwy w konserwy”, czyli seppuku dobrze wygląda wyłącznie w operze. Nie pozwól, by sukces trafił do twojej głowy, a porażka do serca. W sporcie nie histeryzujemy ani nie gwiazdorzymy. Z przegranej wyciągamy wnioski, które mają nas wzmocnić. Sukcesów nie opijamy tygodniami. Za amatorskie uznajemy błagalne spojrzenie na nogi czy kurczowe trzymanie się kierownicy. Nasz język ciała NIE może zdradzać przeciwnikom, oznak niepewności, załamania czy największego nawet wyczerpania.

„Odpoczniesz po biegu” W sporcie liczy się każda sekunda. Jednak najgorszym dyshonorem i główną przyczyną dantejskich scen jest nieukończenie wyścigu/meczu. Można zaliczyć poważną glebę na zjeździe. Wszystkie części ciała można mieć poobdzierane oprócz podeszw stóp. Po czym można wsiąść na rower, pedałować jeszcze 2 godziny i dokonać czegoś ważnego – dojechać do mety etapu. Ten upór w przełożeniu na całe nasze życie robi wrażenie. Czasem zadania do wykonania wydają się nam zbyt trudne do udźwignięcia, ale budujemy przecież dolinę krzemową! Wstajemy, by ćwiczyć swe ciała o piątej rano, a kładziemy się dopiero po zrealizowaniu stu innych skomplikowanych spraw. Gdy wydaje Ci się, że nie potrafisz, zbierz siły i doprowadź swój projekt do końca

„Kocham tych za sobą, nienawidzę tych przed sobą” „Nie mam pretensji do dziewczyn, które miałeś zanim mnie poznałeś. Gorzej z tymi, które poznasz jutro…” W życiu trzeba być czujnym. Znać swoje miejsce w hierarchii.

„Kombinerki zostaw w garażu”. Za dużo kombinowania podczas meczu/wyścigu może wybić z rytmu. Kombinowanie zabija intuicję, gwarantuje brak sukcesów sypialnianych. „Nie będę dzwoniła, poczekam, aż on zadzwoni”. ”Upija się często, wydaje moje pieniądze, no ale bidulek ma tyle kłopotów, muszę z nim zostać, bo beze mnie nie da sobie rady”. „Jak nie mogę, to przez nogę”. Jęczysz, bo wydaje ci się, że już dalej nie pobiegniesz, dłużej nie dasz rady? A właśnie ten ostatni intensywny kwadrans treningu przynosi największe efekty, a nie ten świeży początek! Nie jęcz, tylko stań do przetargu, inaczej nie wygrasz.

„Pracuj, pracuj i jeszcze raz pracuj” rodem z PRL-u. Bez pracy nie ma kołaczy. Dla przykładu, przeciętny zawodowy kolarz pedałuje co roku tyle, że mógłby okrążyć ziemię. Dzienny współczynnik metabolizmu uczestnika Tour de France przekracza współczynnik członka wyprawy na Mont Everest. Żeby coś osiągnąć, trzeba najpierw na to zapracować. Zatem„nie ociągaj się, daj z siebie wszystko, ty nygusie”. Dobrze się wymęcz! Dzień to mecz, życie to starcie z przeciwnikiem, nieustanny trening. Liczy się zaangażowanie w walce, charyzma, zdolność do inspirowania innych. Do roboty!

Tak więc świetni trenerzy to sprawa najwyższej wagi. Dobrze wyszkoleni zawodnicy i zawodniczki sprawdzą się potem jako szefowie wielkich firm. Zawodniczki twarde, nieustępliwe wyrosną na reżyserki, dyrektorki banków. Zdrowi długodystansowcy sprawdzą się jako tatusiowie, zorganizowani, dający sobie pięknie radę w życiu. Trenerka może być mamą zastępczą, wzorem kobiecości. Trener może wychować skuteczniej niż ojciec alkoholik czy najwyższej rangi profesor. Ich działania wydają się proste, ale mają w sobie coś z magii , ponieważ wynikają z wiary i całkowitego oddania sprawie. W sporcie nie można być trochę. Tak jak nie można być trochę w ciąży. Dobry nauczyciel musi być oddany uczniowi, niczym trener Justyny Kowalczyk. Mam nadzieję, że każdemu z Was uda się taką osobę w życiu spotkać…

.

Karnawał codzienności z kieliszkiem Doppelherz ;)

18 stycznia 2013

„Pszczoły robotnice muszą wykonać dziesięć milionów lotów, żeby zebrać nektar potrzebny do wytworzenia jednego funta miodu”

Bees of the World

Coś po kościach czuję, że będę pszczołą, mrówką albo lokomotywą raczej;). Prace lubię, ale w styczniu zaczyna się SZOPKA! Codzienny wielogodzinny trening wytrzymałościowca i siłownia(fuj!) . Bo chociaż do wiosny jeszcze taaaak daleko, to czas najwyższy wrzucić piąty bieg przygotowań. I myliłby się ten kto twierdzi, że teraz już będzie z górki, a to co najgorsze mamy za sobą. Nauczyć się pracować prawie jak zawodowiec jest bardzo trudno. Trenować po kilka godzin dziennie też, uganiać się za chłopakami i Kingą, a czasem im nawet uciekać też:).

Dziś chciałabym Wam przedstawić zimowe składowe treningu triathlonisty, czyli wszystko to co lubię, to co robię z rozsądku i to czego szczerze nienawidzę. Ale wykonuję, bo wiem, że daje rezultaty:).

TRENAŻER Można poczuć się jak chomik w kołowrotku! Pięknie wzmacnia, jest na śmierć nudnawy i monotonny, ale niejednokrotnie uratował przed wyjściem z domu, gdzie akurat burza z piorunami albo kilkanaście stopni na minusie. No i można by dorobić do niego jakąś prądnicę, żeby energii nie marnować i… zapracować na gorącą wodę pod prysznicem . Na szczęście mądrzy ludzie wymyślili Spinning! W grupie raźniej! Tym bardziej, że na sadystycznym siodełku pod tyłkiem trzeba spędzić minimum 2 godziny;).

BIEGANIE To moja ulubiona forma treningu o tej porze roku. Zimowy krajobraz jest przepiękny, a ja nie lubię być osaczana;). Długie wybiegania można realizować na wolności! Zwłaszcza kiedy pada śnieg. To wielka atrakcja być pierwszym na trasie, która nie została jeszcze przetarta, no chyba, że przez dzikie zwierzęta… Przedstawiam Wam kilku moich stałych towarzyszy

Bieganie to zazwyczaj godzina-dwie dziennie, do pary z pływaniem albo jazdą na trenażerze.

PŁYWANIE 45 x 100m, 6 x 700m… na czas. Myślenie o wysokim łokciu, podbródku skierowanym w dół, odpychaniu wody ramieniem, walka o tlen… Ujmując w skrócie- koszmar, masakra.. Na szczęście te treningi szybko mijają;)

SIŁOWNIA To czego nie lubię szczególnie. Słabo mi idzie namawianie moich rąk, aby zechciały się odrobinę wzmocnić i choć triceps ciut silniejszy, to biceps marniutki. Poza tym kilka odmian brzuszków, setka grzbietów, martwe ciągi, podrzuty, wiosła… Wszystko to wymaga zjedzenia kilkuuu… naleśników więcej niż zwykle;).

I to mnie właśnie codziennie czeka. Mój Karnawał! Styczeń jest jak ściganie bąbelków w szklance Coca –coli. Zamiast rekordów życiowych żmudna walka o każdy szybszy krok. Zamiast hurraoptymizmu ciężki przerywany sen, który przed szóstą rano musi się skończyć…

A więc Moi Drodzy, żeby moje ciało definitywnie nie wypowiedziało umowy o prace, skubiąc w dłoniach róg pledzika wypijcie ze mną kieliszek Doppelherz

Bardzo Wam dziękuję za kolejnych kilka minut uwagi!

Wysyp Dziwaków!:)

12 stycznia 2013

Zewsząd słychać, że moda na maratony, triathlony, ultra-maratony trwa w najlepsze. I brawo! Bez względu na motywację.

Długi dystans hartuje, uczy pokory, konsekwencji, wiary w niemożliwe i bardzo ciężkiej pracy. Z drugiej strony sprawia, że zostajesz sam na sam z myślami. Jeśli w głowie nucisz sobie jakąś piosenkę, lepiej żeby była dobra. Jeśli opowiadasz sobie w myślach jakąś historię, niech to będzie opowieść o pokonywaniu przeciwności losu. Tu nie ma miejsca na pesymizm. Albo wytrzymasz, albo wymiękniesz. Albo się angażujesz, albo spadaj. Kompromis nie jest mile widziany.

Śledząc internetowo co dzieje się na Świecie, dochodzę do wniosku, że Ironman przyciąga typy ogarnięte obsesją. Fanatyków jakiś. 3,8 km pływania, 180 km jazdy rowerem, 42 km biegu wymaga od zawodnika codziennych kilkugodzinnych treningów, wiąże się z bólem, samotnością, częstymi skurczami, już nie wspominając o nieuchronnych chwilach zwątpienia i być może nawet nienawiści do samego siebie. Wszystko to musi się przecież na psychice odbić;). Ironman przyciąga poszukujących: narkomanów i alkoholików, nałogowych palaczy walczących z nałogiem, po odsiadce, jasnowidzów, mędrców, stukniętych inżynierów, poetów walczących z wiatrakami. Nie wspominając o mnichach i świętych.

http://www.youtube.com/watch?v=teA0xp8Tpw0

„ Bo tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono.”

Ironman to ich nowy narkotyk i szansa, aby stać się lepszym, pewnym siebie człowiekiem.

Patetycznie się zrobiło:).

Oj, ignorantko…trening długodystansowca potrafi dać tak w kość, że dziś jestem w stanie uwierzyć w reinkarnację i w to, że w poprzednim wcieleniu byłam seryjnym mordercą. Teraz odbywam po prostu długoterminową karę:)

A tak na serio, każdy z nas czasem przegrywa. Nie udaje nam się zdobyć to czego pragniemy. Podejmujemy decyzje, których później żałujemy. Staramy się ze wszystkich sił, a rezultat jest opłakany. Tylko, że to nie przegrana definiuje ludzi, lecz to jak przegrywamy i to co potem robimy

Nie można zmienić się z dnia na dzień. Życie to nie wyścig. Ironman to też nie wyścig, choć na taki wygląda. Nie ma mety… I choć dążymy do celu i to, czy go osiągniemy czy nie, jest wprawdzie ważne, ale nie najważniejsze. Ważne, jak będziemy do niego dążyli.

„Czasem najlepsza podróżą wcale nie jest ta ze wschodu na zachód ani też z dna na szczyt, lecz z serca do głowy. Tam znajdziesz swój głos” .

Jeremy Collins

Nie wiem jak Wam ale mnie się wydaję, że mogłyby się nam w świecie większe kataklizmy przytrafić niż wysyp dziwaków z zamiłowaniem do morderczych i samounicestwiających wysiłków…:)

P. S. Wszystkim Państwu, których nie stać na leczenie chorób cywilizacyjnych – otyłości, chorób układu krążenia, nerwic, depresji itd., z czystym sumieniem polecam tę formę aktywności, która skupia bardzo ciekawych i sympatycznych ludzi, których w sieci można poznać;)

http://www.youtube.com/watch?v=Oh4zXg92lTE

Fanatyczka;).

KTO NIE PIJE TEN DONOSI ;)

4 stycznia 2013

Proszę się nie oburzać. Proszę się uśmiechnąć i poczytać:) Święta za nami. Wszystko co dobre szybko się kończy i o ile Wigilia to okres postny, to po Pasterce…Karnawał! Trzeba nadrobić, najlepiej w tydzień, to czego nie wolno było w poście;).

Bo w tradycji polskiej jak pić to pić! Jeśli się bawić, to tylko z alkoholem. W ciągu roku przeciętny Polak wypija 13,3 litra czystego alkoholu. Oznacza to, że co najmniej raz w miesiącu zdarza mu się wypić butelkę wódki. Pijemy z okazji Nowego Roku, w święta, opijamy chrzciny, śluby, rozwody, nową pracę, starą pracę i okazję bez okazji. Schemat: przyjść, uchlać się i może obejrzeć mecz. Kto nie pije, ten nie ma kolegów, bo Jurek to potrafi wypić i jeszcze samochodem pojedzie i rozwiezie kilka osób….

Nie pijemy po to, żeby nam się lepiej trawiło, żeby jedzenie bardziej smakowało. U nas jest to pewnego rodzaju sport narodowy, maraton z odcięciem. Niestety. Zabijamy prawdziwą przyjemność z picia alkoholu, który ma być po prostu smaczny

Dziwak.

Od jakiegoś czasu uprawiam dyscyplinę sportu, która nie znosi kompromisów. Impreza, to nieprzespana noc, czyli nieskuteczny trening następnego dnia, czyli osłabiony organizm, a w dalszej perspektywie gorsze wyniki… To jest taki łańcuszek przyczynowo – skutkowy. Owszem czasem znajduję czas na zabawę, naprawdę (ostatnio w listopadzie;)), a lampkę czerwonego wina do obiadu, czy termos herbaty z rumem zamiast bidonu w środku zimy, bardzo lubię:).

Chora, może w ciąży, na pewno coś jest nie tak… pewnie donosi:).

Rzeczywistość zweryfikowała, że mimo iż obrotną i wytrzymałą kobietką jestem, wszystkiego nie ogarnę;). Szybko trzeba było ustalić priorytety…

Bezpośrednio, dyplomatycznie, lejąc wodę, argumentując, kłamiąc, nie miło, miło itd…”Nie” można mówić na wiele sposobów. Tłumaczenie „nie piję-prowadzę” zwykle nie działa, za to „wiesz stary, wczoraj tak przesadziłam z alkoholem, że dzisiaj nie mogę patrzeć” już bardziej. Przynajmniej honor zachowany;)

Mimo wszystko mnie najbardziej podoba się argumentacja wywodząca się z tradycji rosyjskiej. Jedyną rzecz, którą można powiedzieć Rosjanom, w kraju, gdzie nawet w prezencie od Mikołaja dostajesz wódkę i puszkę sardynek, na pytanie „z nami się nie napijesz?”, można odpowiedzieć „nie dziękuję, staramy się o syna”. Nikt się nie obrazi.;)

Świąteczny zawrót głowy;)

22 grudnia 2012

Świat bez zastrzyków o wiele bardziej mi się podoba;)! Nie ma monotonii! Są za to 2,5 godziny basenu, 3 godziny jazdy na rowerze, 5 godzin biegu… Do tego całego bigosu są jeszcze częste wizyty na siłowni i namawianie moich rąk, żeby zechciały odrobinkę się wzmocnić, jest i nieskończona ilość brzuszków, grzbietów, martwe ciągi i podrzuty…Drogę powrotną do domu zwykle przesypiam;) Zaczyna być tak, że jazda na rowerze, bieganie czy nawet pływanie, wydają mi się bardziej naturalne niż chodzenie;).

Jestem szczęściarą. Owszem treningi może i są ciężkie, wszechstronne, ale na nudę narzekać nie można:) Kiedy dziś po 1,5 godziny pływania na czas wychodziłam z basenu, mogłam owinąć sobie nogi i ręce wokół widelca i polać sosem pomidorowym , jakbym zamiast nich miała spaghetti (mimo wszystko opłacało się,kto był ten wie…;)). A kilka chwil później trzeba było przekonać własne ciało do tego, że moje mięśnie są bardziej wypoczęte niż to czuję i na deser dorzucić 1,5 godzinne wybieganie. Czy tak ciężko będzie na IM

Najważniejsze jest jednak to, że plecy już nie dokuczają, a na skurcze nawet nie warto zwracać uwagi;)…Bo musicie wiedzieć, że aby przetrwać pierwszą połowę Ironmana potrzeba siły nóg i rąk; aby przetrwać drugą serca:).

Tak więc pracujemy, pracujemy, pracujemy… tymczasem za ścianą słychać już porządkujących sąsiadów, choinki już ubrane, z radia coraz częściej dobiegają kolędy, na treningu mija mnie Mikołaj…

Wigilia w tym roku będzie inna niż wszystkie, tak jak i cały ten rok. Najpierw domowy jazgot, obfita kolacja, a po niej trucht „refleksyjno-nostalgiczny”;). Obyczaj głosi, że jaka Wigilia, taki cały rok:)! Ciekawe co przyniesie nowy…

Moi Drodzy! Pięknych i cudnych Świąt Wam Wszystkim życzę! Spełnienia marzeń, nawet jeśli wydają Wam się niemożliwe… i nieco sportowych emocji, najlepiej we własnym wykonaniu!:)

 http://www.rat.prw.pl/swiateczny-zawrot-glowy/