Prawdziwa historia KarkonoszMan-a

Tylko 85 śmiałków, odbieranie pakietów startowych w glorietcie, odprawa w Sali Rycerskiej, strefa zmian usytuowana na dziedzińcu w otoczeniu starych zamkowych murów tuż obok Sali Tortur…Wszystko to sprawia, iż czujesz, że wyścig ten będzie wyjątkowy a zarazem piekielnie trudny, a Ty zamieniasz  się w średniowiecznego rycerza, który za chwilę rozpocznie ucieczkę przed goniącym go wojskiem wroga 🙂

Dzień przed startem rozmawiam z  Robertem – organizatorem. Słyszał o moich zmaganiach z kontuzją i dzieli się ze mną wątpliwościami. Radzi bym wycofała się z wyścigu  i proponuje przeniesienie możliwości startu na przyszły rok. „Zastanów się– mówi- za uczestnictwo w tych zawodach nawet organizm stuprocentowo zdrowego człowieka musi zapłacić wysoką cenę, aż strach pomyśleć o  konsekwencjach startu w słabszej kondycji…”  Zaczęło się od przygotowań do startu w IM – obciążenia treningowe spowodowały u mnie poważny kłopot z kręgosłupem. Okropny ból ograniczył mi realizowanie w pełni programu treningowego. Było ciężko choć powoli wraca mi nadzieja. Miałam taki moment na wiosnę, gdy byłam gotowa w sekundę rzucić sport. Parę osób postawiło wtedy na mnie krzyżyk… Nastąpiły zmiany i zupełnie nieoczekiwanie z pomocą przyszli koledzy i koleżanki z GT RAT i nie pozwolili mi się poddać. 

image

O piątej nad ranem, z głową pełną niewesołych myśli i ciężkim sercem usiłuje wepchnąć w siebie kawałek szarlotki. Myślę o wszystkich, którzy we mnie zwątpili… o tym, by  pomimo wzlotów i upadków zachować godność, rozwagę, wolę działania i odwagę. Trzeba być odważnym. Można być też bardzo bezsilnym, zdesperowanym i czuć  wielki lęk…
image

Triathlon to trzy dyscypliny i tylko jeden końcowy wynik. Tego dnia nie czułam się pewna w żadnej z nich.
Zaczynamy w Suchej, u podnóża tajemniczych zabudowań Zamku Czocha… Etap pływacki, jako jedyny zapowiada się płasko. Jednak jak się okazuje silny nurt, ruchoma „bojka” oraz prądy sprawiają, że zamiast obiecanych 1900 metrów ostatecznie pokonujemy ich ok 2700. Musicie wiedzieć, że brzeg jeziora Leśniańskiego to nie piaszczysta plaża ale usłane głazami i korzeniami strome urwisko. Tak więc wyjście z wody do łatwych nie należy. Długie  schody prowadzą nas na dziedziniec. Po wyjściu z wody ze względu na pogodę decyduje się na włożenie ciepłej i suchej bluzy. Natomiast na bieg zamieniam ją na koszulkę z krótkim rękawem.

image

Rowerami musimy dostać się do Karpacza. Targani wiatrem , który uderza w twarz mamy do pokonania kilka długich i stromych podjazdów, a poruszanie się w ruchu ulicznym  wymaga od nas dodatkowej koncentracji. Jeśli myślisz, że odpoczniesz na zjazdach, jesteś w błędzie. Kręta droga na łeb na szyję wymaga doskonałego panowania nad rowerem i stalowych nerwów – a ja z jednym i drugim mam na bakier ;). Ze względu na kontuzję rower postanawiam przejechać spokojnie. Nie jestem pewna jak noga zareaguje na ciężki bieg.

Po 85 km i 1800 metrach przewyższeń docieramy do Karpacza – ostatniej strefy zmian. Tutaj droga już nie biegnie w dół, tylko pnie się coraz wyżej i wyżej. Zaczynamy podbieg na Śnieżkę (1602 m n.p.m.). Pejzaż wyglądał obłędnie. Widok na otaczające góry i doliny zapiera dech w piersiach, co wprawdzie niezbyt pomaga w biegu, ale daje niesamowity zastrzyk euforii.

Tutaj  na trasie biegowej organizator dopuszcza możliwość suportu.   Moim suportem jest Magda. Daje mi pewność oraz siłę. Nie jestem sama na wypadek gdybym czegoś potrzebowała, dodaje mi otuchy gdy opadam z sił i czuję się zmęczona, odciągając tym samym moje myśli od bólu i monotonii.

Razem docieramy do Schroniska Odrodzenie i powoli wspinamy się jeszcze wyżej. Stopy ślizgają się na kamieniach. Przedzieramy się przez pełne kamieni i kosodrzewiny zbocze. Turyści klaszczą, dopingują. Aż czasem chciałoby się przyspieszyć :).  Biegniemy zboczem. Jednak kolejne punkty orientacyjne na trasie wydają się zbliżać piekielnie wolno. W tym momencie cała moja energia skupia się na prawidłowym wyborze toru ruchu, stawianiu stóp na stabilnym gruncie i omijaniu przeszkód.

W końcu docieramy do Domu Śląskiego. Zostało nam jeszcze jakieś 1,5 km stromego podejścia, a nasi przeciwnicy mają 20 sekund straty(!)  Jeśli zdołałyśmy dotrzeć aż tutaj, pokonując wszystkie przeciwności,  nie możemy teraz przegrać.  

Wraz z Magdą zwiększamy częstotliwość kroków, wzniesienie daje się nam we znaki. Oddech staje się coraz cięższy, a  moje serce zachowuje się jakby miało  za chwilę eksplodować. Nogi zaczynają się blokować, utrudniając mi kontrolę skurczy, które zawładnęły mięśniami. Myślę tylko o przyśpieszeniu, odwracanie głowy niczemu nie służy. Wydaję mi się, że to najdłuższe metry w moim  życiu. I wreszcie docieramy na górę. Moje nogi odmawiają posłuszeństwa. Padam prosto w objęcia Michała…. po chwili otaczają nas pozostali  członkowie ekipy . Wszyscy płaczemy nie mogąc złapać tchu z wrażenia.

image

Cieszyłam się z tego zwycięstwa jak z żadnego innego. Na Śnieżce, gdy płynęły łzy, myślałam: “Jezu, dałam radę po tym wszystkim. To niemożliwe”. Góry  pozwoliły mi  poznać samą siebie, sprawdzić, w jaki sposób zachowuje się moje ciało i umysł, zobaczyć jak lepiej walczyć , lepiej się odżywiać i nawadniać.  Może pod względem dystansu jest to tylko połowa IM ,jednak  ze względu na bardzo trudny teren zmęczenie jest porównywalne. Tym bardziej jestem dumna i z rezultatu, i z tego, że wytrzymaliśmy. Choć na Śnieżce kilka minut zajęło mi przypomnienie sobie jak mam na imię 🙂 

image

Jak mawia moja dobra przyjaciółka, zwycięstwa uczą nas niewiele; natomiast jeśli nic się nie układa, kiedy pojawiają się trudne sytuacje, z których trudno jest wybrnąć, kiedy próbujesz na nowo podnieść się sto razy i sto razy na nowo upadłeś, a za sto pierwszym udało ci się znaleźć rozwiązanie, wtedy właśnie znajdujesz coś pozytywnego, wtedy dojrzewasz i poznajesz samego siebie. Kontuzje to też ważny moment- tworzą coś na kształt historii walki z własnymi słabościami. I jak mi wtedy na Śnieżce przeszły przed oczami wszystkie te bóle, kontuzje, urazy to, jak daleko moje ciało było czasami od sportu i z jakimi rywalkami się ścigałam, to miałam moment czystego szczęścia, że dałam radę. Mocna jestem mimo wszystko ;).


Przebrani schodzimy do Strzechy Akademickiej gdzie czeka na nas talerz ciepłej zupy przed zejściem w dół.

Może nie wszystko stracone… 

P.S. Dziękuję Trenerowi Kubie za wsparcie dla kuśtykającej i wiarę we mnie, moim rodzicom  oraz kolegom z Grupy Triathlonowej RAT, za przyjaźń, serdeczne porady, inspiracje i pomoc, kiedy jej najbardziej potrzebowałam.
Cudownie było dzielić z Wami te chwile…

Pierwsza karta historii Triathlonu Karkonoskiego została zapisana… kolejne czekają na Was 🙂

http://www.youtube.com/watch?v=ak5zDr74zdA

Foto i film

Michał Kuczyński

Do What You Love

Po powrocie do kraju czuliśmy z Michałem ogromny głód startów. Już po dwóch tygodniach zapisaliśmy się na pierwsze zawody-na dystansie olimpijskim (1,5km pływania, 40 km jazdy na rowerze, 10 km biegu) w Mietkowie i mało brakowało, a byłabym trzecia! Jednak mój organizm doskonale pamiętał atrakcje, które mu niedawno zapewniłam i o podjęciu walki na ostatnich kilometrach nie było mowy.

 image

Mimo wszystko udało mi się uzyskać całkiem dobry wynik – 2:28:43. 

Już tydzień później byliśmy w drodze do Rawy Mazowieckiej na… Puchar Polski w triathlonie na dystansie olimpijskim. O tym jakiej rangi były to zawody dowiedzieliśmy się dopiero na miejscu. Nie miało to jednak większego znaczenia. Cieszyliśmy się z możliwości startu z najlepszymi,

 image

ale wypadek na trasie kolarskiej z „dozwolonym draftingiem” (można jechać tuż za rywalami i bezpiecznie chować się przed wiatrem w osłonie, którą tworzy za sobą peleton) sprawiły, iż definitywnie pogrzebałam wiarę w swoje olimpijskie możliwości 😉 . Być może zmiana narodowości zwiększyłaby szanse na kwalifikację ;)? Ostatecznie bilans strat spowodowanych kraksą, rozwiał te wątpliwości.

Pod koniec sierpnia postanowiłam wziąć udział w Volvo Triathlon Series na dystansie ½ Ironmana ( 1,5 km pływania, 90 km roweru, 21 km biegu). Pewnie żaden inny szkoleniowiec nie poparłby tej decyzji, ani programu, który wtedy realizowałam, ale Trener dobrze wiedział co robi. Zawody odbywały się w rodzinnej miejscowości, dlatego były dla mnie tak ważne i mimo, iż grono kibiców miałam zapewnione, byłam daleka od strefy „zen”. Na szczęście pływanie poszło dobrze. Wyszłam z wody na dziesiątej pozycji open, tuż za prowadzącą Aleksandrą Sosnowską. W T1 (pierwsza strefa zmian) dłużej niż zwykle szamotałam się z pianką i wyjechałam z niewielką stratą. Ale gdy wsiadłam na rower, zaczęłam nadrabiać. Po etapie kolarskim miałam około 8 minut przewagi, ale czekały mnie jeszcze cztery pięciokilometrowe pętle wokół jeziora. Miałam się czego obawiać, bieganie od zawsze stawiało mnie w czołówce najpowolniejszych… Nie myliłam się, z każdym kolejnym okrążeniem moja rywalka nadrabiała do mnie około 2 minut. Ludzie mówili nawet, że nadrobiła minutę na 1,5 kilometrowym odcinku!

 image

„To niemożliwe”- powtarzałam sobie, gdyż moje nogi już dawno zaczął przeszywać uporczywy ból. „Po prostu biegnij swoim tempem”. Kolejne punkty orientacyjne na trasie zdawały się zbliżać piekielnie wolno. Z jednej strony niczego tak nie pragnęłam, jak widoku linii mety, z drugiej bałam się, że Ola wyprzedzi mnie na ostatnich metrach, co do tej pory bardzo często mi się przytrafiało. Nie do końca pamiętam jak wbiegłam na metę, ale owacji, którą zgotowali mi najbliżsi, nigdy nie zapomnę… Pierwszy raz wygrałam… z czasem 05:14:28 i z zaledwie półtora minutową przewagą. Długo nie mogłam w to uwierzyć! Miałam nadzieję, że uda mi się stanąć na podium w swojej grupie wiekowej, ale o całkowitym zwycięstwie nawet nie marzyłam. Z wrażenia nie przespałam dwóch nocy 🙂image

Kilka tygodni później, w ramach zakończenia sezonu Trener zgłosił mnie, Michała, Maćka, Wojtka oraz kilku przyjaciół z IM 226 do udziału w edycji zerowej Triathlonu Karkonoskiego na dystansie ½ IM (“Karkonoszman”). Pierwsza edycja tych zawodów odbędzie się w przyszłym roku, a naszym zadaniem było objechać jej trasę. Jak się później okazało, była ona jedną z najtrudniejszych, z jaką przyszło nam się zmierzyć… 

Wyobraź sobie, jest chłodny wrześniowy poranek. Dzień przychodzi w ciszy. Poranne promienie słońca wyłuskują z mroku zamkowe wieże na szczycie wzgórza. Podobno krzesła same tu jeżdżą po podłodze, drzwi niespodziewanie zamykają się z hukiem, czasem coś łupnie, czasem błyśnie. Nad zalewem unosi się mgła, jestem niemal pewna, że i w tu mieszkają duchy. Nie potrzebuję rozgrzewki. Zaczynamy w Suchej, u podnóża tajemniczych zabudowań Zamku Czocha…
image
Stamtąd rowerami musimy dostać się do Karpacza. Kilka długich i stromych podjazdów, miejscami sprawia kłopot nawet naszemu suportowi. Jeśli myślisz, że odpoczniesz na zjazdach, jesteś w błędzie. Kręta droga na łeb na szyję wymaga doskonałego panowania nad rowerem i stalowych nerwów – a ja z jednym i drugim mam na bakier J . Po 90 km i 1800 metrach przewyższeń docieramy do Karpacza – ostatniej strefy zmian. Droga już nie biegnie w dół, tylko pnie się coraz wyżej i wyżej. Zaczynamy podbieg na Śnieżkę (1602 m n.p.m.). Widok na otaczające góry i doliny zapiera dech w piersiach, co wprawdzie niezbyt pomaga w biegu, ale daje niesamowity zastrzyk euforii.
image
Może pod względem dystansu temu wyścigowi sporo jeszcze do IM brakowało, ale ze względu na bardzo trudny teren, całkowity czas nie był znacząco krótszy. Tym bardziej jestem dumna i z rezultatu, i z tego, że wytrzymaliśmy. Choć na Śnieżce kilka minut zajęło mi przypomnienie sobie jak mam na imię 🙂 Pokochałam to! Zawody na długich dystansach podobały mi się bez porównania bardziej, niż te na krótkich! Niewątpliwie był to punkt zwrotny.

image 

To był niesamowity sezon…

…z mnóstwem mniejszych i większych wygranych. Głównie nad własnymi słabościami ;). Tych o honor i tych o pietruszkę. Tych w glorii i tych z nożem w brzuchu. Tych istotnych tylko dla mnie i tych wszędzie docenianych. Tych na podwórkowej bieżni i tych na IM w Klagenfurcie. Było też po drodze wiele sromotnych porażek 🙂 Oj, tak. I każda równie ważna. Jedne kazały gryźć ziemie, inne dawały wyraźny sygnał, że są granice, których nie warto przekraczać. Utwierdziłam się w przekonaniu, że nie warto myśleć, że “coś jest niemożliwe”. Owszem, może być niemożliwe tu i teraz. Ale jeśli czegoś bardzo chcę, wierzę, że da się to zrobić. Zawsze próbuję i wierzę, że jeśli chce się czegoś w życiu dokonać, nigdy nie jest za późno.

Powodzenia, gdziekolwiek jesteś i cokolwiek robisz :).