Obozowo

W domu:

Kiedyś proces pakowania trwał u mnie chwile – kostium kąpielowy, klapki, jakaś książka i kilka sukienek. Teraz – zmierzyłam czas niczym na treningu – pakowałam siebie i Stacha prawie dwie godziny. Młody człowiek, który jeszcze nie ma metra długości, ma więcej rzeczy niż Święty Mikołaj w swym worku. Myślałam, że jako stara doświadczona matka wzięłam wszystko. Gdzie tam. Już drugiego dnia  wieczorem zorientowałam się, że nie mamy off’u  przeciw komarom.

W podróży:

Podróż samolotem z Wrocławia do Palmy, sprawia, że czuję się jak przybysz ze wschodniej tundry na salonach u arystokracji. W samolocie tanich linii jest toaleta przewidziana dla rodziców z maluchami, a posiadanie małego dziecka jest przepustką do pierwszeństwa przy odprawie i wejściu na pokład poza kolejnością. Ponadto dziecko może mieć osobny bagaż podręczny. Nie musicie się więc głowić nad tym, jak wy to wszystko pomieścicie do jednej torby, możecie mieć dwie. Poza tym cały czas mogliśmy mieć ze sobą spacerówkę, z którą rozstaliśmy się dopiero przed wejściem do samolotu.

I co najważniejsze obeszło się bez ipada 😉

Port de Pollença:

Po niecałych trzech godzinach lotu jesteśmy oderwani od codzienności. Tu nikt nie straszy PISem, a powietrze przesiąknięte jest sosnowo-cytrusową nutą. W dwa tygodnie, zapomnimy o Polsce. Majorka to dzikie plaże, skaliste zatoki, lasy, łąki, pastwiska, przejrzyste wody o turkusowym odcieniu i wąskie uliczki wśród starych kamiennych domów. Ale co najważniejsze – Majorka to raj dla kolarzy! Wypożyczenie auta dla 3 osobowej rodziny jest tu tańsze niż pożyczenie 3 rowerów! Drogi ciągną się tu niczym wstążki. Serpentyny, górskie przełęcze, urwiska, klify. Albo asfalt tonący gdzieś w wodzie. Ruch jest tu niewielki, a kierowcy nie jeżdżą szybko i są przyzwyczajeni do rowerzystów, którzy o tej porze roku stanowią nieodłączny element rzeczywistości.

fot. Michał Kuczyński

Zamieszkamy w niewielkim miasteczku Port de Pollença – na północnym koniuszku wyspy w sąsiedztwie gór Sierra de Tramuntana.

Na miejscu jest wszystko czego nam trzeba – otwarty basen 25m z podgrzewaną wodą, serwis i sklep rowerowy, pomieszczenie na rowery i pyszne jedzenie.

7:30-8:00

Jesteśmy już po rodzinnym śniadaniu. Podczas gdy inni delektują się cappuccino i chrupiącym, pachnącym croissantem, my w biegu łapiemy coś do jedzenia, lecąc do kąta i wpychając sobie jak najszybciej do ust, prawie sie dławiac. W ostatnim czasie nasz Stach uwielbia eksperymentować z jedzeniem. Mimo, iż ma przed sobą pełny talerz, lubi i ma ochotę na to co leży akurat na naszych. Rzuca się na mój kotlecik, jakby spodziewał się znaleźć w nim złoty pierścionek.

Pozostaje nam obserwować bezradnie jak szczęście naszego dziecka rośnie, a porządek wokół maleje.

8:00-9:30

Ze stołówki biegniemy  na plac plac zabaw, a tam obowiązkowe kilkaset skłonów. Schylanie, podnoszenie, schylanie, podnoszenie… Układanie, zbieranie…  Po kwadransie jestem mokra od potu niczym maratończyk na mecie. Gdzieś w tym bałaganie jest moja koszulka rowerowa. O jest. Na ramieniu plama po kaszce. Na suwaku zasuszony banan. Gdzie komórka?! Ładowała się. Gdzie Garmin? Pokój hotelowy wygląda jak ruiny Berlina w ’45 a ja codziennie próbuję wyciągać z tego bałaganu jakieś wartościowe cegły i układać je od nowa.

Dzieci, szczególnie małe, rozprzestrzeniają się po domach szybciej niż kosmos się rozszerza, niż rosną nam biodra od bagietek i długi frankowiczów.

9:30-14:30

Trening rowerowy. Nareszcie mogę odpocząć. To nic, że na horyzoncie najbardziej stromy podjazd (największe maksymalne nachylenie Port de Sa Calobra 12.6%). To nic ;). 13-kilometrowa górska serpentyna wije się wśród skał lekko pod górę, by następnie opaść kilkaset metrów nad sam brzeg Morza Śródziemnego. Najsłynniejszym odcinkiem tej drogi jest Nudo de la Corbata („Węzeł Krawata”), na którym trasa zakręca pod kątem 270 stopni i biegnie pętlą pod wiaduktem. Poplątana niczym spaghetti szosa jest bardzo popularna wśród kolarzy. Wysiłek w takim krajobrazie jest… niemal bezcenny.

Na wakacje wzięliśmy rodziców i czuliśmy się za nich odpowiedzialni ;). Po powrocie do hotelu następowała więc zmiana warty. Rodzice na rower, my na bieg z malcem lub na basen.

fot. Michał Kuczyński

18:30

Pod koniec dnia koronny posiłek, kolacja! Nie mam siły na jedzenie. Dzieci milkną tylko gdy śpią. Najpierw uśpię synka, jak go uśpię, to coś zjem. Jednak wolę jego sen wykorzystać na to, że na chwilę i ja się położę. Przecież zjeść mogę jutro. Z głodu nie umrę. Nigdy nie jest się za szczupłą ani za bogatą ;).

I tak, męczymy naszego małego Stasia. W 20 stopniowym upale wybieramy się z nim na objazd wyspy.

Popatrz Stasiu—te kaktusy są większe niż ty cały. Popatrz Stasiu—oliwki są jeszcze malutkie i zielone, dojrzeją późna jesienią. W tym smaku zakochasz się od pierwszego tłoczenia. Popatrz Stasiu,to tu, w dolinie u stóp porośniętych sosną gór Tramuntana, leży przepiękna Valldemossa, miasteczko, które w 1838 roku gościło może najsłynniejszych zagranicznych turystów na wyspie – George Sand i Fryderyka Chopina. Popatrz Stasiu, widzisz te żółtozielone piłki na straganie? To melony. Zobacz jak słodko i mocno pachną. Popatrz Stasiu, kto tak zwinnie przeskakuje między skałami. To kozice. Bardzo lubią chrupki kukurydziane 😉

Spróbuj Stasiu, co to za kwaskowaty smak? To świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Można go tu pić na każdym rogu. Stasiu widzisz tą ciuchcię, która wygląda jak wypożyczona ze sklepu z zabawkami?  Liczy sobie dokładnie 100 lat. Wyrusza ze stolicy Majorki, sapiąc i klekocząc, pokonuje 27 km w ciągu godziny.

Mimo, że podróże z małym dzieckiem to upiorna logistyka (pieluchy, wózek, mleko, odparzona pupa) to może w dorosłym życiu człowiek ten odróżni jednak Majorkę od Minorki. O ile te podziały będą jeszcze wtedy istniały… Oczywiście, być może nasze dzieci z tych wczesnych podróży nie mają żadnych wspomnień. Za to my je mamy! Więc nie jest tak źle. Ponadto zawsze można obronić się słowami—każde wspomnienia odkładają się ponoć w piwniczkach i suterenach naszych umysłów.

Dres kod

Stałam przy barierce, obserwując  zmagania przyjaciół na ½ IM w Poznaniu. Macca był piękny- jak dmuchany anioł ludzkiej wielkości. Na jego widok byłam bliska nawet uronić łzę. Wszyscy wokół biegali w podobnych, obcisłych ubrankach, w kolorach tęczy. Zostałam oczarowana i od tego czaru, aż do teraz,  nie potrafię się uwolnić… Zresztą, nawet nie chce.. bo wiadomo – za mundurem panny sznurem. A mundurek triathlonisty, a raczej trisuite, bywa imponujący. A pod nim, WALCZĄCE CIAŁO. Fajny widok. Po tylu latach jeszcze mi się nie opatrzył 😉 Nam też szykują się nowe stroje! Nowe kolory, nowe wzory a nawet nowy „herb”…

Ja chyba nie mam w szafie żadnej marynarki czy garsonki. Oczywiście, mam kilka „garniturów” na trening, ale to co innego. Nie mogę nawet poradzić się w tej sprawie prasy. Kobiece czasopisma nie mówią nic o moim życiu. Nie spełniam żadnej normy, nie mogę nawet domyć resztek smaru zza paznokci. Niszczę się jakoś szybko, zęby mam nadkruszone od kiedy rozbiłam brodę spadając z roweru. Mój podkoszulek zawsze przylepia mi się do pleców, od adidasów wiecznie robią mi się bąble,  schodzą paznokcie i moje seksowne buciki giną pod naporem plastrów i opatrunków odparzeniowych, a z podręcznej torebki o wymiarach A1 i ważącej więcej niż torba tenisowa Rogera Federera, wysypuje mi się piach, albo wystaje kawałek łososia norweskiego, co powoduje, że strącam z półek różne produkty w sklepie spożywczym. Ubrana w ciemne spodnie od dresu i bluzę, wyglądam jak dziecko z przytułku. Wałęsałam się po zatłoczonych ulicach, wszyscy ciepło i litościwie się uśmiechają ,trzepocząc rzęsami i jest, jakbym przyszła po szkole do mamy do pracy: „a czyje to tu dziecko się pałęta bez opieki, w dziurawych trampkach.”

Oczywiście domyślam się, że źródło moich problemów leży w sporcie… Jeśli już mam napad kobiecości, to krótki ;). Nikt nie nauczył mnie jak biegać  w eleganckich szpilkach po nierównych chodnikach. Jak nosić  krótkie spódniczki i nie trząść się przy tym z zimna. Jak idealnie wmasowywać makeup i jak maszerować krokiem kobiecym, a nie męskim. A taka niby jestem oczytana, jadam nożem i widelcem, dbam o higienę osobistą, nie jeżdżę BMW, a mimo to gdzieś w środku siedzi we mnie taki dresiarz. A zaczęło się niewinnie… któregoś dnia po pływaniu przez 20 minut(!) usiłowałam wbić się w nowiusieńkie jeansy, w które zainwestowałam wszystkie swoje pieniądze…koszmar…

Ufff na szczęście nie pracuję w telewizji, dlatego moja prezencja nie musi być aż tak niesamowita. Nie wertuje Vogue’a, bo jest  tyle książek do przeczytania, że na gazetki czasu nie starcza. Czas dla urody wolę poświęcić  zdrowiu – uprawianiu sportu. I choć fryzjera odwiedzam sporadycznie, on szczerze cieszy się na mój widok.  A kiedy obolałe stopy nie mieszczą się w szpilkach, to w adidasach mieszczą się idealnie! 🙂

Czasami myślę, że powinnam prowadzić specjalną rubrykę w jakimś czasopiśmie: jak skutecznie walczyć ze swoją urodą. Pierwszy  odcinek mógłby być o tym, że życie jest za krótkie, by spożywać tylko prażone jabłuszka, wodę i chodzić w za ciasnym sweterku. Rozważałabym w nim emigrację do wioski olimpijskiej lub Nowego Jorku, gdzie  podobno większość ludzi wychodzi na ulice w stroju na W-F 😉

… tematów raczej by mi nie zabrakło 😉