Biegiem na narty!

W telewizji bieganie na nartach wydaje się proste, płynne, trywialne. Tytuły książek sugerują, że mogę się tego nauczyć w godzinę, w weekend ewentualnie.

Podobno naukę narciarstwa należy zacząć jak najwcześniej, nawet w wieku pięciu lat czy, powiedzmy, w szkole. Nie ma ani słowa o tym, co z wiekiem późniejszym. Powiedzmy po trzydziestce. Na szczęście jest napisane, że nigdy nie jest za późno.

W ogóle to lepiej nauczyć się biegania na nartach, a nie zjeżdżania. Jest tańsze  i mniej kontuzyjne. Narciarze rozwalają sobie kolana, snowboardziści łamią sobie nadgarstki. A biegówki wspomagają nasz układ krążeniowo-oddechowy jednocześnie oszczędzając układu kostno-stawowy. Ponadto angażują do pracy wszystkie mięśnie (97%!), łącznie z tymi od napinania twarzy, gdy jesteśmy już bardzo zmęczeni. Wygląda na to, że mogą stanowić doskonałe urozmaicenie zimowych treningów.

*** 

Dzięki pomocy Marcina i jego przyjaciół postanawiamy to sprawdzić odwiedzając mekkę nart biegowych – Jakuszyce. Do Orla docieramy wieczorem. Każdy ze sporym bagażem na plecach.

Akurat na… nocną jazdę 🙂 !

O zmroku niebo nad Izerami robi się bladoróżowe, potem szarzeje, a wraz z nim ciemność otula zimowy pejzaż. Termometr wskazuje –10°C. Kto ośmiela się o tej porze przypiąć biegówki, założyć czołówkę  i ruszyć w siną dal, musi lubić zimo.

Bo mróz szczypie w nos i uszy, a pęd powietrza wyciska z oczu łzy zamarzające na policzkach. Wilgoć oddechu osadza się na rzęsach, włosach, okalającym twarz kapturze i od razu zamienia się w szron, powodując, że przypominamy Eskimosów albo zdobywców bieguna północnego.

Wokoło panuje absolutna cisza, w której słuchać tylko świdrujący, metaliczny dźwięk kijka zabijanego w śnieg. Od czasu do czasu  zaskrzypią uginające się pod naporem śniegu konary drzew i zabulgocze woda w potoku.

Lepiej się nie zatrzymywać, bo wtedy zimno atakuje jeszcze dotkliwiej. Ale jak tu nie przystanąć, kiedy wokoło tak pięknie. Oblepione grubą warstwą śniegu świerki wyglądają jak dekoracja teatralna.

W tej scenerii, niczym w teatrze dla dzieci, pojawiają się co jakiś czas niemi aktorzy: pojedyncze skałki i skalne formacje, których nazwy sugerują czyją rolę grają: Krogulec, Kozi Grzbiet, Pelikan, Krowia Kopa, Kobyła….Trener…

Niektóre trasy mają bardzo intrygujące nazwy: Dzielne Klapki, Niematematyczna, Bez Łaski… Jest też trasa Justynki, nazwana na cześć Justyny Kowalczyk, której sukcesy przyczyniły się do wybuchu zdrowej mody na bieganie na nartach.

„Życie jest największą baśnią” – mawiał Andersen. Być może miał na myśli między innymi Izery pod koniec stycznia ;). Schronisko Orle wita wędrowców tysiącami lampek i świec płonących w każdym oknie.

Wieczorem czeka tu na nas jeszcze jedna atrakcja-sauna opalana drzewem i kąpiel w górskim strumyku oraz kubek gorącego wina !!! 🙂

***

W pogodny dzień z kursującej miedzy Szklarską a Harrachovem  kolejki wysypują się na Polanę Jakuszycką tłumy ludzi. Niektórzy biorą najpierw lekcje u instruktora, inni od razu ruszają na trasy narciarskie. Bo biegać każdy może. To sport łatwy, bezpieczny i integrujący.

W szkółce narciarskiej niestety wszyscy mają po siedem lat, choć jest jeden, zdaje się, z czwartej klasy. Cała grupa na początek ma iść na polanę, trzymając się za kijki, żeby się nie zgubić. Są jednak granice upokorzenia. Nie będę trzymała się kijka. Sama dam radę.

***

Do tego wszystkiego dochodzi nauka o smarach. Skąd mam wiedzieć, na litość boską, jakiego smaru potrzebuje i którą część nart posmarować. Smarowanie na poślizg, na odbicie, na zimno na gorąco. O właściwym doborze smaru decyduje tysiące rzeczy.

  •  temperatura powietrza
  • temperatura śniegu
  • rodzaj śniegu
  • transformacja śniegu
  • skład śniegu (czysty czy brudny np. zmieszany z igliwiem itp.)
  • wilgotność
  • nasłonecznienie trasy biegowej….

Nie sądziłam, że będę potrzebowała tyle matematyki. Usiłuję zastosować  wszystkie te skomplikowane manewry na sobie, ale wydaje mi się, że każde narty, które przypinam, z górki nabierają coraz większej prędkości i jazda nieuchronnie kończy się w zaspie. Natomiast jadąc pod górkę brakuje mi przyczepności i też się zsuwam.  Inni robią większe postępy lub ja mam pecha.. Cóż wole myśleć,  że mam gorzej od innych nasmarowane narty…

***

Izery nie są wysokie, ale ponieważ stoki są dość strome, opadające do głębokich dolin rzecznych, niektóre podejścia są męczące. A zjazdy przyprawiają wtedy o delikatny dreszcz emocji.

Drugiego dnia Marcin wybiera dla nas piękną trasę biegnąca przez most nad rzeką Izerą do leżącej już po czeskiej stronie wsi Jizerka. Leżące w korycie rzeki duże głazy przykryte czapami śniegu wyglądają jak białe balony unoszące się na wodzie.

Wartki nurt rzeki tylko częściowo zamarza, szumiąc nawet w najtęższy mróz. Za drewnianym mostkiem ścieżka robi się wąska i stroma. Pół godziny mozolnego wdrapywania się na górę i naszym oczom ukazują się drewniane chaty Jizerki zasypane po dach śniegiem.

Czesi po swojej stronie mają bogatą sieć świetnie utrzymanych tras biegowych. Spotykać tu można  sędziwych staruszków i czteroletnie dzieci. Singli i wielopokoleniowe rodziny. Ci, którzy mają lepszą kondycję, naprawdę biegają, reszta niespiesznie spaceruje na nartach po zasypanych śniegiem górach.

***

No dobrze – udało mi się zjechać, ale tylko kilkanaście metrów. Po tych kilkunastu metrach nabieram niezwykłej szybkości, z którą nie wiem, co począć. Podobno wystarczy obciążyć pięty oraz patrzeć przed siebie, a nie pod siebie i już – będę zjeżdżała. Niestety, nie zapewnia to zatrzymania się tam, gdzie się chce. Właściwie nie zapewnia zatrzymania się w ogóle. Poza tym plączą mi się narty i za każdym razem, kiedy chcę przyśpieszyć lub zmienić pozycję i kogoś wyprzedzić – wywalam się. Właściwie to jestem trochę sfrustrowana, wszyscy z mojej grupy już jeżdżą i zatrzymują się tam, gdzie chcą. Czemu akurat ja nie?

Wszystko to jednak sprawia, że z szacunkiem patrzę na tych, którzy jeżdżą.

*** 

Klimat srogi i trzeba mieć krzepę, by stawić mu czoła! Odkrywam jasne strony biegówek! To schroniska i chatki na trasie, które cenię, bo sama do nich dojechałam powolnymi krokami. Można się tam zatrzymać i siedzieć z widokiem na góry oraz jeść bogate żurki, gęste, że łyżka staje, grochówki, polane konfiturą i gęstą śmietaną knedle czy wielkie jak talerz kotlety schabowe. Ciasto czekoladowe też oczywiście – na moją zgubę – mają :). Są tam już wszyscy i rozumiem, czemu tak kochają bieganie na nartach. Później, niestety, trzeba stamtąd dobiec do auta. Ale pomyślę o tym później. Znacznie później :).

Wysoki poziom radości.

Na obozie byłam raz. W wieku 8 lat- nie wiem czy to dobrze świadczy o moich rodzicach. W roli deptaka ścieżka nad jezioro, w roli stadionu klepisko z słupkami markującymi bramki, w roli zrównoważonej diety chleb z dżemem i krówki ciągutki. W baraku spało 40 dziewcząt, niczym w szpitalu polowym. Obok, w murowańcu mieszkali chłopaki. W nocy atakowali nas szyszkami niczym partyzanci uzbrojeni w granaty. Z „kłodami” rzucanymi pod nogi uczyłam się samodzielności. Odpowiedzialność była zbiorowa. Z tego powodu wszyscy ponosiliśmy kary – w środku nocy w piżamach kazano nam biegać 50 razy wokół boiska  albo na kilkanaście minut zastygać bez ruchu w pozycji krzesełka pod ścianą. Aby uniknąć śmierci  szybko nauczyłam się do czego służy prezerwatywa.  Jak napełnić gumkę wodą , zrobić z niej balonik , a następnie z hukiem rozbić go nad głową kolegi. Choć  wtedy w Polsce  nie stosowano wychowania seksualnego, to wystarczył jeden pobyt na obozie i wszystko wiedziałam – przynajmniej teoretycznie ;). Codziennie srogi trener pływania, z owłosionymi plecami i w obcisłych kąpielówkach w kratę płynął łódką, a my za nim ledwo przebieraliśmy nogami. O zabawie  w wodzie  albo obijaniu się po kątach nie było mowy. Chwila nieuwagi i skończyłabym jak Ofelia. O okularkach  nawet nie marzyliśmy…

Po tej obozowej treserce  mój klub pływacki upadł a czar pływania nieco osłabł. W liceum nie było żadnych rozgrywek. Wprost przeciwnie, dziewczęta walczyły głównie o zwolnienie z W_F-u.

I o zgrozo(!) po tych wszystkich latach znów jadę na obóz, gdzie za własne pieniądze poczuję się jak stara babcia  na rehabilitacji  korzonków w Konstancinie! Co jednak począć, gdy w czasach kultu ciała, pracę fizyczną ceni się wyżej niż umysłową…

Szklarska Poręba
Dzień 1

Trening pływacki zaczynaliśmy, kiedy cały hotel pogrążony był jeszcze we śnie, a księżyc rozświetlał gwieździste niebo nad górami. Wschód słońca wita nas w wodzie, a widok z okien oszałamia urodą. Nic dziwnego. Bornit to najwyżej położony hotel w Szklarskiej Porębie, a z pływalni i niemal każdego apartamentu, rozciąga się rozległa panorama na otaczające go Karkonosze. Nad krajobrazem dominuje Szrenica. Otulona drzewami zmienia swe kolory w zależności od pory roku.  Jesienią staje się rudo-brązowa za sprawą lasów, pełnych buków i starych  świerków. Tuż pod jej zboczem rozłożyły się dziesiątki czerwonych dachów Szklarskiej Poręby.

Miedzy zajęciami śniadanie i chwila relaksu na tarasie…

image

Następnie trening crossowy po lesie z elementami techniki, rozciąganiem i o dziwo biegu na orientację ;). Słońce przygrzewa coraz mocniej promienie przenikają między pnie drzew. Świerki, sosny roztaczają intensywny zapach żywicy. Dochodzę do wniosku, że najpiękniejsza jesień jest w górach! Wtedy gdy rosnące na zboczach drzewa zaczynają mienić się niezliczonymi odcieniami żółci, brązów, pomarańczy. Takie widoki w ciepłych promieniach słońca zapamiętuje się na długo.

image

Po lunchu czas na rower. Z miejsca w którym mieszkamy niedaleko do granicy z Czechami gdzie Izery spotykają się z Karkonoszami. Powoli wdrapujemy się coraz wyżej i wyżej w kierunku Jakuszyc, szybko mijamy polanę i zjeżdżamy do Harrachova,  aby znów rozpocząć mozolną wspinaczkę w górę. Nagle naszym oczom  ukazuje się jedno z najpiękniejszych miejsc, leżące w samym sercu  Gór Izerskich. Drewniane chaty Jizerki to najwyżej (862 m n.p.m) położona osada na terenie Czech. W drodze powrotnej czeka nas kilka wymagających, szybkich zjazdów. Zimno atakuje bardzo dotkliwie, ale wokół tak pięknie. Rudo-brązowe lasy wyglądają jak dekoracja teatralna. Nikt z nas nie ma wątpliwości – to rowerowe eldorado!

Wieczorem po obfitej kolacji jedni leczą obolałe mięśnie w saunie, inni popijają złocisty trunek odpoczywając w hotelowym barze. Nikomu nie przychodzą do głowy imprezki. Sami przykładni rodzice, synowie i córki ;).

Dzień 2

To już 3 zajęcia basenowe w ciągu ostatnich 3 dni. Uff nie ma lekko… Po obfitym śniadaniu i chwili odpoczynku, pokaźnym peletonem przemierzamy drogę do Świeradowa Zdroju. Szybkość, tęczowy blask przemykających koszulek, szelest kół przypominający buczenie w pszczelim ulu oczarowuje mnie po raz kolejny. Jesienią jest tu najspokojniej. Zakręt śmierci z widokiem zapierającym dech w piersi . Doskonale gładki asfalt, a potem gorąca kawa na hotelowym tarasie. Październik to czas wprowadzenia do treningu. Dla kogoś takiego jak ja oznacza to konsekwentne spowolnienie kroku. Koniec biegu na maksa przy którym pieką płuca . Koniec ze ściganiem się na podjazdach gór wokół Szklarskiej Poręby. Przy biegu i na rowerze tętno nigdy nie powinno przekroczyć dolnych stref. I tak każdego dnia. Trener kilka razy powtarzał, że do odnowy potrzeba wielkiej dyscypliny. Tutaj zrozumiałam co miał na myśli 🙂

image

Ostatnim elementem zgrupowania miał być marszobieg. Hotel Bornit leży tylko kilka kilometrów od schroniska na Szrenicy i chyba właśnie dlatego to miejsce stało się naszym treningowym celem. Szrenica zazwyczaj chowa się za woalką chmur tym razem jednak nic nie ograniczało widoczności.  W schronisku czekały na nas drewniane stoły, domowe jedzenie i rozgrzewające „herbaty”. Wniosek nasuwa się jeden po mozolnej wspinaczce i osiągnięciu szczytu poziom radości okazuje się wprost proporcjonalny do pokonanej wysokości. Pokochałam to!

image

Z tego obozu nie przywiozłam wszy ani traumatycznych wspomnień a radość z uprawiania triathlonu w barwach GT RAT wcale nie prysła. Każdy mężczyzna mógł poczuć się tu co najmniej jak Raelert albo Macca. Kobiety weszły w skórę Chrissie Wellington. Pojęłam, że cierpiąc katusze można marzyć o zimnym żywcu w zmrożonym kuflu. Zrozumiałam,  że łóżko jest najważniejsze. Los rzucił mnie wewnątrz szczęśliwej konstelacji wybitnych ludzi, do których o każdej porze dnia mogę zwrócić się z pytaniem czym się różni netto od brutto, na co warto iść do kina, co warto przeczytać albo podadzą przepis na ciasto z fasoli … Wszyscy oni są genialni, a ja niczym wampirka żywię się ich energią :).

Do zobaczenia na kolejnym obozie 😉

Foto:
Michał Kuczyński