YOU ARE AN IRONMAN!

10 lipca 2013

Nad jeziorem wzeszło słońce. Woda jest spokojna i krystalicznie czysta. Jest 6:55. Trochę obita, trochę niepewna stoję na linii startu… Półtora roku przygotowań dla tego momentu, dla ciszy przed wystrzałem… Gdzie buty do biegania i sportowy strój były zawsze pod ręką, zawsze! Gdzie treningi nie raz były tak piekielnie ciężkie, że sama się czasem zastanawiałam, po co mi to Gdzie kołdra coraz cięższa się robiła z rana, bywało też, że o drugiej w nocy dopiero potrafiłam zasnąć… Wiesz, że normalni ludzie o tej porze przewracają się z boku na bok? Albo przytulają. Albo robią znacznie przyjemniejsze rzeczy, niż próbują zostać Ironmanem

Kilka tygodni wcześniej wymieniam maile z Trenerem. Analizujemy zakresy tętna rowerowego. Okazują się bardzo dobre na połówkę, lecz średnio przydatne na długi dystans. Pytam: „ Czy w związku z tym , jestem gotowa na IM?” Trener odpisał: „To znaczy, że IM robisz za wcześnie do maksymalnych możliwości swojego organizmu.”

Ale zostawmy mnie na chwilę . Lepiej przyjrzyjmy się Klagenfurtowi. To malownicze miasteczko położone jest w południowej Austrii na wysokości około 446 m n. p. m, u stóp Alp i otoczone innymi, równie urokliwymi jak ono mieścinami, przez które biegnie trasa wyścigu. Jest tutaj wszystko co triathloniście potrzeba do szczęścia. Są łagodnie pofałdowane tereny rolnicze i wzgórza przez które drogi wiodą prosto w góry – idealne na rower. Jest wiele pięknych tras dla biegaczy, no i jest też Wörthersee- najcieplejsze jezioro alpejskie, będące tutejszym centrum sportów wodnych i wypoczynku.

 

Do zawodów (już rok temu) zgłosiło się 3 000 zawodników, których miało zagrzewać do walki ponad trzy razy więcej widzów! Austriacy są ogromnymi fanami tej dyscypliny sportu. Już około środy zaczynają zjeżdżać do stolicy Karyntii pierwsi zawodnicy. Wszędzie roi się od dziennikarzy przeprowadzających wywiady z zawodowcami. Strefa ekspo (targi organizowane przez sponsorów) jest największą oraz najlepiej wyposażoną spośród tych jakie do tej pory widziałam. Ludzie tłoczą się w kolejkach, w ostatniej chwili kupując brakujący sprzęt albo polują na autografy. To niewiarygodne ile tam chcą za najprostszy top! Wszędzie, gdzie nie spojrzysz, ktoś ćwiczy, a włoskie knajpy z makaronem pękają w szwach. Każdy patrzy na każdego, czujesz się jak na pokazie mody.

 

 

Skłamałabym, mówiąc że tryskałam optymizmem – przy kontuzjach nie sposób uniknąć zwątpienia- ale nie miałam zamiaru kapitulować. Trener pocieszał „dobra forma nie poszła sobie w diabły. Ani siła. Powinnaś się cieszyć z tego odpoczynku- przymusowego, ale jednak.” Zamaskowałam więc bolącą łydkę tapami i ukryłam pod skarpetą kompresyjną.

W dniu wyścigu w głosach reporterów rozbrzmiewały nieprawdopodobne emocje. Na twarzach zawodników malowało się skupienie. Choć uprawiają sport amatorsko traktują sport śmiertelnie poważnie, co nie powinno dziwić . 7:00 – strzał – ruszamy. Etap pływacki jest wyjątkowo burzliwy. Panuje wolna amerykanka. Słońce oślepia. 2 500 tyś zawodników skupionych wokół Ciebie, cały dystans płyniesz pośród mrowia młocących wodę kończyn, aby na koniec wpłynąć do ciasnego gardła kanału. Masz do pokonania jeszcze kilometr, ale cały czas musisz walczyć o pozycję, albo o to aby nie zahaczyć ręką o jeden z drewnianych pomostów. Widowiskowe! Mimo wszystko pływanie poszło nieźle – 1:05, choć dałoby się poprawić to i owo .

 

 Po wyjściu z wody szpaler kibiców okupuje całą drogę do strefy zmian, która swoimi rozmiarami przypomina boisko piłkarskie. Wydostanie się z niej z rowerem zajmuje ok 5-6 minut.

 

90 km drogi jest zamknięte dla ruchu i oznakowane tak znakomicie, iż całe wydarzenie wydaje się trwałym elementem tutejszego krajobrazu. Trasa rowerowa w Klagenfurcie nie przestaje zachwycać – po jednej stronie widzisz ośnieżone alpejskie szczyty, po drugiej urokliwe miasteczka i wsie regionu Karyntii.

 

 

Mimo widoków etap rowerowy nie należy do łatwych. Droga jest pofałdowana, a łącznie na 180 km jest do pokonania 1600 metrów przewyższeń. Nie mniej karkołomne wydają się zjazdy, a niektóre zakręty w całości wyłożone są materacami. Na trasie rowerowej masz do pokonania dwie rundy z dwoma ostrymi podjazdami. Podjazd na najstromsze 11,7% wzniesienie nie może się równać z żadnym innym odcinkiem trasy. Doping dorównuje tam temu z Tour de France! Jedziesz wśród szpalerów ludzi, szerokich na 5 osób z każdej strony. Czasami tłum gęstnieje tak bardzo, że dla zawodników zostaje przejazd o dwumetrowej szerokości. Widzowie wychylają się i do ostatniej chwili machają i krzyczą do przejeżdżający zawodników. Ogłuszający grzechot kołatek, dźwięki gwizdków i okrzyki towarzyszą Ci przez cały czas. Niesamowicie motywująco działa na mnie widok rodziców i siostry, którzy przyjechali do Austrii prosto na start. Na końcu podjazdu skakali jak szaleni, drąc się: „Oli dajesz, dajesz!” Nigdy nie widziałam ich tak rozemocjonowanych . Po blisko 5 godzinach i 46 minutach na rowerze, z ulgą odklejam się od siodełka. Po wbiegnięciu do drugiej strefy zmian bardziej niż o mecie myślę o ubikacji . Jeszcze tylko maraton. Tylko czy nogi po zejściu z roweru przypomną sobie jak się biega?

Bieg odbywa się w warunkach przypominających raczej piekarnik. Wystrzał startera rozległ się o siódmej rano; maraton zaczęłam więc popołudniu. Na dystans składają się 2 pętle, z czego większa część prowadzi wzdłuż jeziora. Zero drzew. Mało cienia. Ludzie padają w tym ukropie niczym muchy. Kolejne kilometry mijają w akompaniamencie pozdrowień. Dalej trzeba pokonać piwną uliczkę, gdzie wzdłuż trasy ustawione są stoły i ławy, przy których kibice już od rana siedzą i sączą pienisty płyn. Wierz mi , naprawdę ciężko się oprzeć, by nie zatrzymać się w pół drogi i do nich dołączyć . Pierwszych 25 km pokonuję w niezłym tempie. Pech chce, że od 30 km kilometra noga robi mi się jak z drewna. Muszę zwolnić, ale ani przez chwilę nie wątpię, iż dotrę do końca. Pobocza huczą. Na żadnych innych zawodach nie proponowano mi na trasie tyle piwa. Na żadnych innych zawodach nie widziałam takiej ilości kibiców. Jakieś 2 km przed metą wita Cię las dłoni, które chcą „przybić piątkę”.

 

Nie jestem dobra w szacowaniu, a mentalność triathlonisty w dziwny sposób zaburza percepcje liczb i nie pozwala w pełni uświadomić sobie obliczonego wyniku. Tak naprawdę zrozumiałam go dopiero, gdy zobaczyłam przed sobą linię mety i zegar pokazujący 11 godzin 09 minut. Byłam oszołomiona. Wprawdzie nadal miałam kilka metrów do przebiegnięcia, ale ten wynik był lepszy od tego, który na początku zakładałam. Wrzawa wprost ogłuszała. Machałam, śmiałam się i płakałam.

 

Do linii mety dotarłam w czasie 11 godzin 10 minut i 05 sekund, co dało mi 17 miejsce w kategorii wiekowej. Rzuciłam się w objęcia rodziców i siostry, którzy oczekiwali na mnie na mecie. Mama wcisnęła mi w rękę polską flagę. A potem pojawili się rodzice Michała, Iza z Rafałem, którzy także dopingowali mnie oraz informowali na bieżąco o stracie do…Narzeczonego . To był wspaniały dzień! Wszystko wydawało się możliwe… Nie posiadałam się ze szczęścia. Moja radość nie trwała jednak długo. Na masażu spotkałam 50 – latkę, która sprała mi tyłek o jakieś 40 minut. Może to są owe maksymalne możliwości, o których pisał Trener. Mam jeszcze czas . A potem pojawił się Michał i była wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety… Jeszcze 3 tygodnie temu nie potrafiłam zrobić kroku, a co dopiero pokonać ponad 226 km. Dzielenie z kimś szczęścia jest wyjątkowym zwycięstwem. Takich momentów się po prostu nie zapomina:).

Impreza trwa do późna w nocy. Z pomostu wraz z rodziną i przyjaciółmi obserwujemy sztuczne ognie, delektując się upragnionym pienistym płynem. Trudno mi wyrazić, ile znaczyła dla mnie wtedy obecność najbliższych. To był bezsprzecznie wyjątkowy wyścig, także ze względu, że po raz pierwszy kibicowała mi moja siostra oraz stał się dobrą okazją do poznania naszych rodzin .

Po wyścigu wszyscy wybraliśmy się na wspólne wakacje, na których myślałam wyłącznie o… jedzeniu. Choć paradoksalnie łyżki udźwignąć nie potrafiłam, zupy pogryźć…

 

Jeśli ktoś założyłby się ze mną 2 lata temu, że ukończę dystans IM, zmieszczę się w limicie czasu, a przy tym pokonam kilku mężczyzn – spojrzałabym na niego z niedowierzaniem. Tak naprawdę nadal nie mieści mi się to w głowie . Te 1,5 roku było, jest i będzie moją największą przygodą. Za nami 18 miesięcy treningu. Czystej, bezkompromisowej, bolesnej harówki i presji na plecach ze strony Radia i Trenera rzecz jasna:). Dumna z nich jestem. Z nich i z siebie rzecz jasna, bo daliśmy radę )) Ten rok kończy się dla mnie jak w bajce. Było ciężko, naprawdę… ale na moim oknie wszystkimi kolorami tęczy żarzy się medal.

Nie udało by się to wszystko bez Was. Dlatego…

Szczególnie chciałabym podziękować rodzicom i siostrze za dzielenie ze mną wzlotów i upadków. Tylko Wy zdajecie sobie sprawę przez co przeszłam. A mama, która bała się, że się połamię w radiu, teraz już wie, że jestem jeszcze młoda!

Dziękuję Michałowi za każdy dzień, każdą różnicę i wszystkie podobieństwa, a najbardziej za wolność, cierpliwość i za przypomnienie, jak można spłakać się jak bóbr… Nie wiem jak tego dokonał, ale na mecie czekała na mnie największa niespodzianka…

 

There are no limits…
You need to dream… and then, do everything what you can, to make the dreams come truth.

To największe odkrycie jakiego kiedykolwiek dokonałam.
Chrissie – Thank You for that special present

Dziękuję Trenerowi za wiarę jaką pokładał we mnie. Za to, że pokazał mi, że granice naszych możliwości nie leżą tam gdzie nam się wydaje, poddając nas ciężkiej próbie w myśl zasady „im trudniej na poligonie tym łatwiej na wojnie.” Generał! Ukształtował nas i doszlifował. Pozwolił mi uwierzyć we własne siły i marzenia… Trenerze wiem, że bez Twojej pomocy, nigdy nie udało by nam się przetrwać.

Dziękuję kolegom z drużyny, za przyjaźń, serdeczne porady, inspiracje i pomoc, kiedy jej najbardziej potrzebowałam. Ten wspólny czas był dla mnie wyjątkowy.

Jestem ogromnie wdzięczna za podbudowujące i motywujące e-maile, smsy, wpisy na facebooku, za komentarze na blogu oraz kartkę z Olsztyna…Wasze wiadomości ze słowami otuchy, zagrzewały do walki każdego dnia.

Dziękuję Radiu Wrocław za pomysł, wsparcie i pomoc a najbardziej za to, że wskazało mi piękno tego sportu.

Dziękuję rehabilitantom- Arkowi, Alkowi i Maćkowi, wobec których mam niespłacalny dług wdzięczności .

Dziękuję Dolnośląskiemu Centrum Rowerowemu za wsparcie i pomoc techniczną.

Z drugiej strony, jak mogę spekulować o tym co przyniesie przyszłość, skoro teraźniejszość jest tak odmienna, od tego czego oczekiwałam w przeszłości. Włożyłam w ten projekt serce i duszę… mam przeczucie, że to nie koniec…

… a dzięki blogowi to wszystko nie umknie mi jak nie zapisany level w kolejnej grze.

fot. z trasy Małgorzata Łabuz, Rafał Sobolewski

Wypusc bol uszami

24 czerwca 2013

Jakiś czas nie pisałam, bo nie umiałam… Kontuzja nogi uniemożliwiająca bieganie skumulowała we mnie swoistą katatoniczność mózgu.

Tydzień po Czechmanie dopadł mnie pech. Po kilku dniach odpoczynku mieliśmy do zrealizowania trening łączony składający się z 3 km pływania, 60 km jazdy na rowerze i 30-45 minut biegu. Pływanie poszło mi nie najgorzej, ale podczas jazdy rowerem pojawił się ból w kolanie, który niepokojąco się nasilał. Bieg okazał się niemożliwy, tępy ból w łydce uaktywnił się niemal natychmiast. Noga spuchła i z każdym krokiem dawała o sobie znać. Diagnoza – uszkodzony aparat mięśniowo-ścięgnistyimage.

A skoro tak… to co mnie czeka podczas maratonu w Klagenfurcie? Gdy żąda się od ciała skrajnego wysiłku, każdy nawet najmniejszy uszczerbek na zdrowiu odzywa się ze zwielokrotnioną siłą. Na miesiąc przed startem musiałam zrezygnować z biegania w ogóle…

Chodząc po pokoju powtarzam w myślach listę pozytywnych stwierdzeń : „nie ma co się martwić. Wszystko będzie dobrze. Później będziesz się z tego śmiała. Nie ma się czego obawiać. Nie masz ataku serca. To tylko atak lęku, nie wyrządzi Ci krzywdy.” Przychodzą mi na myśl ludzie, którzy pokonują Niagarę w beczce. Podskakują spokojnie niczym gumowa kaczka, aż tu nagle woda robi się spieniona, beczką miota na wszystkie strony, a z oddali dobiega coraz głośniejszy huk. Wiem, co wtedy sobie myślą „jasny szlag, co ja sobie wyobrażałem!” Mam wrażenie, że i ja zaraz skoczę z wodospadu i zanurzę się w nieznanych wodach. Nawet jeśli udałoby mi się pokonać etap pływacki i wyjść z wody o własnych siłach, to czy mam jakieś szanse… Jak bardzo w takim stanie odczuję trudy wyścigu? Zwariowana karuzela uczuć.. W ślad za huśtawką fizycznego samopoczucia, nastrój zmienia mi się jak w kalejdoskopie. Michał, Trener i mój fizjoterapeuta wiedzą o czym mówię .

image 

Jeśli chodzi o pozostałe treningi, pływanie i jeżdżenie na rowerze, szło mi jako tako. Bieganie odpuściłam niemal zupełnie. Trener w trosce o mój dobry nastrój zaplanował 3 x w tygodniu 4 kilometrowe sesje w WO (wodach otwartych). A jeśli już o rozrywkach mowa, to do tej kategorii zaliczam wstrzymywanie oddechu dopóki nie straci się przytomności (oddech co 7 lub 9 cykli ruchu ramion) oraz 1-1,5 km pływania na czas .

Przyjemna wiadomość dotarła do nas z Dolnośląskiego Centrum Rowerowego. Po występie w Czechach, dzięki uprzejmości Pana Henryka Charuckiego, wypożyczyliśmy z Michałem rowery wyścigowe z prawdziwego zdarzenia- tzw. „czasówki”, na wyczynowych kołach! Co prawda nauczyłam się od Trenera, by nie przykładać dużej wagi do nowoczesnych technologii. Wyznaje on zasadę, że zbyt wielu ludzi zabiega o najdroższy, najbardziej aerodynamiczny sprzęt, zamiast o jego napęd. „Chcesz jechać szybciej? Pedałuj mocniej!” Mimo wszystko cieszyłam się, gdyż uroda nowej maszyny przesłoniła kontuzję. Przypuszczam, że gdyby wokół mnie zaczęło kręcić się bożyszcze na miarę George’a Clooneya, nie odwróciło by mojej uwagi od pięknej rzeźby. Jednym słowem popadłam w celibat . Umorusana od kurzu i potu, sapię przez miasto niczym stara ciężarówka, a rower typ idealny, ekologiczny! Oglądają się za takim na ulicy. Za mną nikt się nie ogląda, tylko czasem policja macha lizakiem .

image

image

image 

Prawie całe 2 tygodnie przygotowań spożytkowałam na naukę jazdy na nowym sprzęcie. Rower do jazdy indywidualnej na czas wymaga zupełnie innego ułożenia ciała. Treningi odbywały się niemal codziennie i obejmowały od 80 do 150 km, co znacznie ułatwiło szukanie nici porozumienia. To najszybszy rower, na jakim kiedykolwiek jeździłam! W dodatku zżarł mi całe zapasy czułości.

Niestety człowiek nie jest maszyną i nie zawsze jest tak, jakby się chciało… Nie zawsze idzie jak po sznurku, a narzekaniem nic nie zmienimy. Japoński pisarz Haruki Murakami,( autor książki pt: „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu“) ma poczucie humoru i jak sam pisze, „cierpienie jest wyborem“. Maciek przebiegł olimpijkę z rozwalonym obojczykiem i awansował tym do poziomu legendy .

Rzeczywiście jak się dobrze zastanowić, każda pasja męką jest podszyta. Ironman jest w równym stopniu walką mięśni i siły woli.

Po prostu… będzie bolało…:)

Moc atrakcji! (sprawdzian nr 3 i 4)

7 czerwca 2013

Powróciłam z Leszna i rozpakowując torbę stwierdziłam, że powiedzonko „Ratuj się kto może!“ doskonale oddaje charakter minionego dnia.

Bowiem wspólny start Leszczyńskiego Maratonu Rowerowego jest wyczynem na miarę etapu Tour de France czy Giro d’Italia!!! Dumnie, niczym arystokraci prowadziliśmy nasze maszyny z węgla i aluminium na linię startu. W powietrzu unosił się … testosteron…

Oj, coś mi się wydaje, że niedługo nastąpi w kraju wysyp samozwańczych ekspertów od dwóch kółek. Tych co to na przykład taktyki układają lepiej niż szefowie grup . W pierwszej kraksie uczestniczyło co najmniej kilkudziesięciu kolarzy, a plątanina zawodników i rowerów zajęła całą jezdnię. Musieliśmy omijać ich skacząc z rowerami przez przydrożny rów.

Jednak prawdziwym westernem okazały się pogonie za peletonem, a raczej tym co z niego zostawało. Na pewno wygrałam w kategorii najbardziej sapiąca w stawce! Po sprawdzeniu pulsometru wyszło, że w finałowej fazie sprintu miałam tętno zawałowe na poziomie 198! Wypatrywałam tylko biało – czerwonych koszulek „naszych”. „Kurcze..” – pomyślałem sobie w pewnej chwili gdy asfalt zaczął zlewać się z trawą – „umrę wpatrując się w polską flagę, jak prawdziwy bohater” .

Również finisz okazał się mocno brutalny… Ostrzegam – mężczyźni walczący o zwycięstwo z pianą na ustach, będą tratować się w wyścigu – to musi być walka o śmierć i życie. A może taki stosunek powinniśmy mieć do każdego wyzwania, którego się podejmujemy? W każdym razie nasza ekipa piłkarska powinna brać przykład.

Po zawodach krótki sms od Trenera „Gratuluję wygrania wyścigu!” To wystarczyło… aby zapomnieć o paru drobnych niedogodnościach .

Apogeum nastąpiło tydzień później w Czechach. Mieliśmy zmierzyć się tam na dystansie HalfIronman. Nawet teraz, gdy o tym piszę, oblewa mnie zimny pot…

Tuż przed startem, trzęsąc się z zimna, patrzyłam w niebo na stalowe, szare chmury i siąpiący z nich deszcz (12st. C). Jezioro było zimne i niespokojne (15,8 st. C). Wizja kąpieli w lodowatej wodzie była ponad moje siły. Organizatorzy zupełnie nieświadomi swych czynów, chyba upalili się marihuaną, wysyłając nas na ten mróz (z wyścigu, tuż przed startem, wycofało się 150 zawodników). Spojrzałam na Trenera… Nie zanosiło się na ułaskawienie… Deszcz padał i padał…

 

Kilka godzin wcześniej odstawiłam rzeczy do strefy zmian. Ustawiłam rower obok niewielkich czasowych jednośladów innych zawodniczek. Popatrzyłam na swojego Felcika i pomyślałam „mam nadzieję, że za kilka godzin nie będziesz tkwił tutaj samotnie”. Odkąd pamiętam zawsze panował tutaj rozgardiasz; ktoś robił zdjęcia, ktoś w ostatniej chwili sprawdzał stan techniczny jednośladu. Tym razem rozmokła łąka przypominała raczej pole ryżowe sprawiając wrażenie opustoszałej.

 

Cisza przed burzą…Start! Kompletny chaos.

 

Pierwsze 200 metrów powinno się płynąć bardzo szybko, na granicy możliwości, aby zająć sobie dogodną pozycję w jednej z grup. Ale tym razem musiałam pozwolić im odpłynąć. Nie mogę oddychać. „Ja się chyba tutaj utopię, gdzie są łodzie? Pewnie gdzieś tu są…” Człowiek ma prawo panikować. Płynę kraulem ratowniczym. „Czy ja mam wracać do brzegu? Nie, to byłby kompletny blamaż. Jestem w piance, to się przecież nie utopię. Tylko spokojnie. Oddychaj.” Obrót na plecy uratował mnie z opresji, ale skutkował problemem z nawigacją. Nadrobiłam dystansu. Na szczęście wszyscy płynęli trochę wolniej. Jakoś dowlekłam się do strefy zmian i zaliczyłam najdłuższe T1 w mojej krótkiej karierze.

 

Na rowerze było już zupełnie znośnie. Deszcz lał się strumieniami , wiatr rzucał nami na wszystkie strony, a moja kurtka przeciwdeszczowa przejęła funkcję żagla, co było niezbyt przydatne w jeździe pod wiatr, ale dawało nieoceniony komfort cieplny. Ponadto trasa ze względu na małe, ale ambitne podjazdy wcale nie była taka łatwa. Na pierwszej agrafce śmignął obok mnie znajomo wyglądający ludzki pocisk. Wprawdzie pływanie poszło mi lepiej od chłopaków, ale nadrobienie straty na rowerze nie zajęło im wiele czasu. Gdzieś na 35 km wyprzedził mnie Wojtek, a na 40 Mariusz. Później na drugiej pętli dogonił mnie Krystian. Najwyraźniej chłopaki mieli dobry dzień

Przebrnęłam przez strefę zmian i ruszyłam na trasę maratonu. Deszcz padał bezustannie, ale chyba wszyscy przestali się nim przejmować. Najbardziej Trener, który przez cały wyścig stał w strugach deszczu, obserwując i dopingując nasze zmagania. Mamy szczęście. Trener może wychować skuteczniej niż profesor zwyczajny błyszczący cytatami. Dlatego cudownie, gdy potrafi z nami po minach chodzić i sam nie robi obrażonej miny.

Ostatni etap z przełajową częścią trasy przypominał grzęzawisko .Podczas biegu wyglądaliśmy jak zombie w borowinie. Biedny chłopak przede mną, ugrzązł i zgubił w niej buta. Sama przyjemność!

 

A po wszystkim… sznurówki nie potrafiłam zawiązać

Jak tak dalej pójdzie, przy tej mocy atrakcji czy dożyję wieku emerytalnego? Bypassy nie są twarzowe. Czy szok może spowodować wypadnie włosów?

 

Oczywiście nie opuszcza mnie nadzieja na święty spokój, ale czy wszystko muszę mieć od razu? Tyle miesięcy na to czekam, to jeszcze trochę mogę poczekać. Przecież jestem jeszcze młoda!

Pierwotny charakter

25 maja 2013

Od narodzin Rat-u wprowadzony został kult prowadzenia dzienniczków treningowych i skrupulatne gromadzenie w nich danych. Analizujemy dystans, tempo, tętno ostatniego treningu. Zupełnie tak jakbyśmy wychodzili z założenia, że jeśli nasz dzienniczek będzie wypełniony wzorowo, występ na zawodach też będzie na medal …

Kiedyś „w poprzednim wcieleniu” uwielbiałam długie wycieczki rowerowe. Braliśmy bułki do plecaka, skrzykiwaliśmy znajomych i na rowerach przemierzaliśmy nieznane nam szlaki. Po wielu godzinach jazdy docieraliśmy do celu naszej podróży kompletnie wyczerpani, spoceni i głodni, ale szczęśliwi. Nie mieliśmy pojęcia jaki dystans pokonaliśmy, ile spaliliśmy kalorii, jakie mieliśmy maksymalne tętno. Nie mieliśmy pulsometrów, nie było żadnych pozycji w dzienniczku treningowym do odhaczenia. Bazowaliśmy na naszych odczuciach. Wszystko miało spontaniczny charakter, dokładnie taki jaki sport i przygoda mieć powinny. Stopniowo odkrywałam tam prawdziwą siebie.

Poznawałam ludzi szalonych, pełnych pasji. Razem przemierzaliśmy jabłkowe sady gór Kocich niejednokrotnie wracając do domu obładowani owocami poupychanymi w kieszeniach koszulek. Opychaliśmy się czereśniami tak soczystymi, iż powinno się je jeść tylko w wannie, jest się w soku po łokcie . Kiedy indziej z rowerami pod pachą przedzieraliśmy się przez gęsty las, usiłując ominąć strażników w drodze na Śnieżkę (wjazd rowerem na teren Karkonoskiego Parku Narodowego jest zabroniony)

.

Przemierzaliśmy różne pasma górskie. Z Borówkowej (http://www.borowa.gamasoft.pl/index.php?dx=102 ) zamiast na stronę Polską zjechaliśmy do Czech, co oczywiście wiązało się z ponowną mozolną wspinaczką prawie na sam szczyt. Innym razem zjeżdżając z Wielkiej Sowy zabłądziliśmy myląc szlaki. Przed spędzeniem nocy w lesie uratował nas sympatyczny tubylec w pikapie.

 

W Bieszczadach mieliśmy spotkanie oko w oko z Żubrem.

 

Przeprawialiśmy się przez rzekę. Brodziliśmy w błocie po kolana.

W strugach deszczu braliśmy udział w pielgrzymce rowerowej do Częstochowy

a czasem zabieraliśmy rowery trochę dalej…

 

Uwielbiałam wszystkie te wyprawy, które nieraz trochę nam się przedłużały. Chwilami nie było łatwo…

Sport stawał się dla mnie prawdziwym źródłem radości, siły, wytrwałości, zaradności i niezależności.

Właśnie w niedzielę, trener skazał co po niektórych na 480 minut tortur na siodełku rowerowym Wniebowzięci (?!)pomknęliśmy z Michałem na przełęcz Walimską przez Tąpadła, Świdnicę, Zagórze. Od rana klekotały bociany, ptaki przekrzykiwały się bezustannie, jakby nerwowo, przypominały wściekłych posłów w polskim sejmie. Rzepakowych pól zatrzęsienie. Obejrzeliśmy z Michałem fasady i ogródki wszystkich domków w mijanych wsiach, wdrapaliśmy się na kilkanaście górek (rowery powinny mieć możliwość napędu na 2 koła) i dojechaliśmy do centralnego punktu w Walimiu, czyli spożywczaka, sycąc głód Big Milkami. I wspięliśmy się na tą wielka góra, której końca nie było widać, choć tyłek bolał od sadystycznego siodełka . I znów śmialiśmy się, gdy któreś z nas padło trupem . Istne wariactwo. Ale najlepszy i tak był finisz na przełęcz. Michał jest już na tyle dobry, że ściganie z nim graniczy z cudem. Więc dłubie sobie w większości przypadków sama, podziwiając oddalającą się sylwetkę. A podziwiam tylko wtedy, gdy mam siłę podnieść głowę Taka praca tlenowa w górach.

 

Oczywiście, musimy traktować triathlon poważnie, a znajomość własnego organizmu jest bardzo ważna, ale czasem ważniejsza jest zdolność do czerpania radości z wiatru we włosach, do cieszenia się samą istotą uprawiania sportu . Chciałabym bardzo, by za lat kilka ruch sprawiał nam taką właśnie frajdę…

Diamenty i kamienie

10 maja 2013

W poniedziałkowy wieczór, po dość wyczerpującym weekendzie ( 4 km pływania, 280 km jazdy rowerem i ok 6 km biegu) i prawie 8 km biegu wczesnym rankiem trener zaordynował nam standardowy trening pływacki: 10x 200m, start co 3min 45sek z pullboyem – piankowym pływakiem między nogami. Tempo średnie, ale dla kogoś kto ma dość słabe ramiona i stara się to nadrobić pracą nóg, taki trening jest karą… Można by powiedzieć, że górna część ciała sprowadza się u mnie niemal wyłącznie do nadawania kierunku. W dodatku pullboy utrudnia mi rotacje tułowia, w związku z czym moje desperackie machanie rękoma pozbawione jest ekonomii.

Zazwyczaj było tak, że z trudem dawałam radę dotrwać do serii w wyznaczonym tempie, ale tego dnia byłam tak zmęczona, że już od początku nie mogłam utrzymać tempa draftu. Z biegiem czasu zaczęłam coraz bardziej odstawać od reszty. Jechałam na resztkach paliwa i z trudem łapałam oddech. Trener nie zostawił na mnie suchej nitki i kazał mi wyjść z basenu. Jego zdaniem dałam za wygraną.

Sprzeciw nie miał sensu… Kiedy jest się Trenerem, można mówić co się chce i nikt nawet nie zaprotestuje. Od wewnątrz trawiła mnie wściekłość. „Nie odpuszczam”- myślałam. „Po prostu dzisiaj nie potrafię płynąć tak szybko.”

Byłam skrajnie wyczerpana.

Wieloletni trener Chrissie Wellington (czterokrotnej mistrzyni świata w zawodach Ironman) powiedział jej kiedyś, gdy traciła wiarę w swoje możliwości, że niektóre treningi są jak diamenty, a inne jak kamienie, ale każdy z nich jest skałą budującą fundament formy. Przywołanie w myślach tego zdania pozwala mi od kilku dni cieszyć się treningiem nawet wtedy, gdy wszystko idzie jak po grudzie. „Dajesz, dziewczyno!”

„Jeśli nie umiesz latać, biegnij,

jeśli nie umiesz biec, idź,

jeśli nie umiesz iść, pełznij”

Martin Luther King

P.S. Swoją drogą gdyby Trener obiecał, że jeśli uda mi się poprawić dotychczasowy rekord ogoli sobie głowę na łyso… to dopiero byłaby nagroda!

Żądło Szerszenia-sprawdzian nr 2

7 maja 2013

Za wszystkie miłe słowa i energię kciukową DZIĘKUJĘ PO STOKROĆ !

Telepka i drżenie rąk przed zaśnięciem towarzyszyły mi na kilka dni przed startem. Nie pamiętam, abym przed jakimkolwiek innym wyścigiem tak się martwiła… Przecież 75 km to betka w porównaniu z IM. W dodatku okolice Trzebnicy są mi doskonale znane i przywołują wiele radosnych wspomnień… Śmiem twierdzić, że jeśli kochasz rower, trudno o lepsze miejsce do treningów niż góry Kocie. Tak naprawdę wszystko robiliśmy z myślą o wyścigach, powinnam zatem je kochać…

Na domiar złego zakwalifikowano mnie do 13 grupy, co jak niektórzy uważają przynosi pecha. Musicie wiedzieć, że w Żądle Szerszenia to, z kim trafisz do grupy, jest najważniejsze. Jeśli uda Ci się zakwalifikować do grupy z mocnymi kolarzami istnieje szansa, że przy dobrej współpracy osiągniesz znakomity wynik, lecz jeśli będziesz miał pecha skazany jesteś na samotną jazdę na czas. Niestety nie masz na to wpływu, gdyż wszystko podlega losowaniu. Bardzo chciałam, żeby los mnie jednak oszczędził i ów przesąd w moim wypadku się nie sprawdził

Już po wyjeździe z Trzebnicy mój mały peleton podzielił się na dwie grupki, a ja przyłączyłam się do tej szybszej ( ja po prostu tak mam, na treningach zawsze idę pełnym gazem goniąc Trenera i Michała, choć po kilkudziesięciu metrach nie będąc dość dobra, zwykle odpadam i większość drogi przejeżdżam sama, ale nie chcę się poddać ). Z całych sił chciałam utrzymać ich tempo. A jak fantazja Oli, to wiadomo – z grubej rury. Jak mam paść to padnę. Pierwsze kilometry jechało się wyśmienicie, dawałam krótkie zmiany, a potem zaczęły się kredki przed oczyma. Chwilami nogi piekły okropnie. Obrażone! Tymczasem chłopaki pędzili jak rakiety. Ze strachem sięgałam po bidon, nie mówiąc już o bardziej skomplikowanej czynności – odpakowaniu żelu. Za to z łatwością przychodziło mi połykanie różnych robaków. Mniej więcej w połowie wyścigu zawiesił mi się zegarek. Nie miałam pojęcia ile kilometrów zostało do końca, ani jaki mamy czas. Co prawda podczas zawodów nie zwracam na to większej uwagi, a wtedy trochę mnie to ucieszyło. Od tej pory głównym wyznacznikiem stały się dla mnie mijane krajobrazy i grupki kolarzy. Więc jechałam jak to ja – z fantazją

Tu baaaardzo dziękuję chłopakom (nieznanym kolarzom), którzy postanowili, iż cały dystans pokonają wraz ze mną. Chronili od wiatru, dopingowali i, co najważniejsze, nie użyli moczu w charakterze broni za co jestem im ogromnie wdzięczna (kto czytał książkę Chrissie Wellington „Bez ograniczeń”, ten wie co mam na myśli).

Po przekroczeniu linii mety nie mogłam uwierzyć własnym uszom. 1:51: 37??? To nie mogła być prawda. Co prawda chciałam pokonać kilku mężczyzn, ale rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Byłam wykończona, ale i zdumiona własnym osiągnięciem – tego nie było w planach…

Nawet Trener w trakcie rozmowy telefonicznej wydawał się zadowolony, choć założę się, że w równym stopniu z siebie, co ze mnie . W końcu sukces zawodnika jest też sukcesem trenera …ależ jestem mu wdzięczna, że nie kazał mi potem biegać .

Następnego dnia gdzieś w okolicach południa, rozłożona na kanapie, pochłaniałam michę domowych lodów owocowych i zastanawiałam się, czy jakikolwiek kolejny dzień przebije ten wczorajszy. Gdyby nie moja chęć nauczenia się jako staruszka po trzydziestce jakiegoś nowego sportu, nigdy by do tego nie doszło. I przypomniały mi się słowa Chrissie Wellington

„Widziane z oddali granice i przeszkody znikają, jeśli spróbuje się je pokonać.”

To niby takie odmładzające!

P. S. …swoją drogą nadal uważam, że Ewa mogła pojawić się pierwsza, a mężczyźni, którzy pisali Biblię, zmienili ten fakt w ostatniej chwili, żeby to oni mogli być pierwsi 

Trudna miłość…

26 kwietnia 2013

„Pary muszą mieć wspólne pasje, inaczej ich drogi się rozchodzą” – przeczytałam niedawno w jednej z gazet. Oczywiście przyznaję, nikt mnie tak nie rozumie jak Michał. Mamy takie same aspiracje. Spać chodzimy o tej samej porze, jemy to samo. Mamy system taki bardziej jak rolnik. Wschodzi słońce, idziemy w pole do roboty, zachodzi – zbieramy się do odpoczynku. Romantyczne rozmowy przy kolacji dotyczą głównie kadencji, przewyższeń, okresu jazdy na progu, poniżej progu, powyżej progu, co cieszy mnie po uszy. Świetnie dograliśmy się także treningami. Bardzo dużo razem jeździmy- choć dla Michała jest to raczej rozgrzewka. Wystarczy, że choć trochę przyłoży się do pedałowania, by wyrwać do przodu niczym pocisk, wywołując u mnie chwilową frustrację, bo nadrobienie przewagi kosztuje mnie mnóstwo wysiłku. Z czasem zaczęłam nawet oceniać swoją kondycję na podstawie przewagi, jaką Michał zyskiwał względem mnie.

Tak więc wiele strasznych scenariuszy, które nękały mnie zanim zdecydowałam się na udział w projekcie, nie ziściło się – nie straciłam pracy, nie mam w pracy gorszych wyników, pod względem organizacyjnym też nie jest już najgorzej, ponadto sport nie sprawił, że jestem głupsza niż byłam.

Część moich lęków się nie sprawdziła, ale obawy dotyczące negatywnej strony uprawiania sportu przez obojga partnerów pozostały… Chciałabym przybliżyć Wam kilka z nich. Otóż po pierwsze energię emocjonalną, którą kierowaliśmy na siebie teraz w ogromnej większości kierujemy na triathlon. A ponieważ obojgu nam doszedł dodatkowy obowiązek w postaci treningów, więc przed zaśnięciem, kiedy to zamiast myśleć o niczym i zatapiać się w pachnącą proszkiem pościel, przypominamy sobie nagle o stu niezrobionych jeszcze rzeczach, ciężkich spotkaniach, niespłaconym kredycie, niezreperowanym aucie, zgubionych kluczach, niepodlanych kwiatkach. Po drugie stan wyczerpania towarzyszy nam na co dzień, więc nie zdziwię chyba nikogo pisząc, że na piruety kanapowe „z poprzedniego wcielenia” po prostu brakuje sił;). Tu na szczęście na ratunek przyszedł nam Trener, wprowadzając do planu treningowego dni wolne… 😉

Także romantyczne rozmowy zostały ucięte do minimum, gdyż po treningu i kilku godzinach pracy tak się nadajemy do rozmowy jak maratończyk po dobiegnięciu na metę. Nie stanowi to jednak zbyt dużego problemu. Przecież prawdziwa bliskość nie polega na paplaniu. I tak nie wszystko można wyrazić w słowach.

Cóż chyba nie warto się buntować.

Ostatecznie przecież najcenniejsza wydaje się wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety… i nie dość, że przytulam bliską mi osobę to jeszcze uczestnika wyścigu. Dzielenie z kimś szczęścia jest wyjątkowym zwycięstwem. Takich momentów się po prostu nie zapomina:).

Mój Poznań- sprawdzian nr 1

13 kwietnia 2013

W życiu czasem tak jest, że jeśli się na coś bardzo czeka, planuje, a ta rzecz się nie uda, to potem rozczarowanie jest podwójne . Czekałam na wiosnę. Z wielkim utęsknieniem wypatrując każdego jej zwiastunu. Bo wiosna to czas startów! I jak mówi nasza znajoma Pani Doktor to czas kiedy przestajesz być „biegaczem horyzontalnym”, czyli kimś kto człapie po horyzont licząc płyty chodnikowe, a zaczynasz się ścigać;). Nie ma jednak co ukrywać, codzienna praca i unikanie remontów sprawiło, że trochę się zdrowotnie posypałam. Jeszcze na tydzień przed startem truchtanie było szczytem marzeń. Wściekałam się okrutnie, ale udało się! W niedzielę głowa spisała się rewelacyjnie. Dużo lepiej niż jej nogi podawały .

Startowaliśmy z marszu (czyli z pełnych obciążeń treningowych). Bieganie to franca obnażająca moje triathlonowe beztalencie jak żaden inny trening. Sapanie słychać w promieniu kilometra. Ale jak ma się motywację i trenera na granicy sadysty, który regularnie na mnie krzyczy bieganie trzeba polubić;). Nie zastanawiasz się. Stajesz na starcie, dajesz z siebie wszystko, zdychasz na mecie i za chwilę już marzysz o kolejnym;)!

Trasa wokół Malty przypominała schody w moskiewskim metrze w godzinach szczytu:). Swoją drogą poznaniacy są jacyś dziwni… Już po raz szósty nie skarżą się, że przez kilka godzin jakieś autobusy zmienią kurs albo most będzie zamknięty, że na rower trzeba będzie się przesiąść… Dają przykład, dobrze wiedząc jak wielki to zaszczyt, dobrodziejstwo, szansa i reklama dla miasta. A jakież emocje, jakież przeżycia, wspólne celebrowanie sportu! To miłe, motywujące i budujące.

We Wrocławiu pomysł, by przesiąść się na rower przerasta możliwości kierowców, o czym świadczą coroczne protesty podczas maratonu. We wrześniu aura nie sprzyja. Trzeba by było jechać w pelerynie-tysiące Holendrów, Niemców, Francuzów daje sobie z tym radę, czemu nie my. Pewnie w gronie startujących, większość znalazłaby swoich znajomych, przyjaciół, rodzinę. Może warto wtedy wyłączyć telewizor, wyjść na trasę i cieszyć się ich świętem. Uwierzcie mi, wsparcie kibiców jest bezcenne.

Powiem więcej to WIELKI WSTYD, że do tej pory stolica Dolnego Śląska nie miała prawdziwego półmaratonu, a w momencie gdy jest on organizowany (będzie miał miejsce w noc świętojańską) wprowadzono limit miejsc.

Sport amatorski, gdzie liczy się uśmiech, medal dla każdego, stał się częścią kultury bogatszych i bogacących się społeczeństw, do których stopniowo dołączamy potwierdzając to również rosnącą frekwencją biegaczy. Wciąż jednak chyba brak nam spontaniczności i zaangażowania dosłownie wszystkich-władz miasta, kibiców- tak aby we wspomnieniu biegacza o weekendowej przygodzie we Wrocławiu pozostał widok roześmianych twarzy jego mieszkańców.

P.S. A tymczasem jeszcze donoszę, że moja nowa życiówka została poprawiona o 24 minuty, o 8 sekund pokonałam Iwonę Guzowską;)! Może jak się już wszystko ładnie wygoi…:)

no proszę… sama się zmotywowałam tym pisaniem. Chyba muszę się częściej odzywać

Le maillot jaune :)

1 kwietnia 2013

Pewien pisarz stwierdził, że nigdy nie czuł się szczęśliwszy niż podczas pracy nad swoją pierwszą powieścią…która okazała się słaba, że nikomu nigdy nie pokazał jej rękopisu. Powiedział że prawdziwą radością było dla niego to, że podczas tych sesji zatrzymywał się czas, wiec mógł nauczyć się czegoś o sobie i o swoim warsztacie. Jeżdżąc wśród pokrytych śniegiem Wzgórz Trzebnickich – jeżdżąc, nie ścigając się –zrozumiałam co ów pisarz miał na myśli…

Otóż świat zdaje się przekazywać mi od kilkunastu lat, że zna receptę na moje życie. Że zna lepiej kierunek i tempo, w jakim mam zdążać i stara się namówić Nas wszystkich do utrzymywania jego zawrotnego tempa. Zanim zgasną znicze zapalone w Dzień Wszystkich Świętych, już w mieście stawiają choinki. W październiku trzeba myśleć o sylwestrze, a jak tylko ucichną strzelające korki od szampana, namawiają do Walentynek. Następnie do Wielkanocy… Nawet za pogodą ciężko nadążyć. Rzeczywistość jest tak konstruowana, że nie pozwala nam się na to, by cieszyć się chwilą, zamiast tego mamy wciąż gnać do przodu. Taki syndrom naszych czasów. Zimą myślimy o wakacjach, latem o feriach zimowych. I pomyśleć, że kiedyś rytm życia wyznaczała Niedzielna Suma.

Dlatego, aby zestrzelić wszystkie nasze lęki trzeba postawić na sport! Im bardziej ekstremalny tym lepiej;). I bynajmniej nie chodzi mi o rywalizację z innymi, ale o wytrwałość, dyscyplinę, organizację, kondycję, walkę z czasem i samym sobą. Sport barykaduje przed zbyt dużą falą bodźców. Dlatego postanowiłam jeśli dożyję sędziwego wieku, na pewno będę coś ćwiczyć na wózku inwalidzkim, albo ze sztucznym biodrem, by dać radę pod górę. Lepszy trening na świeżym powietrzu niż garb a’la Dzwonnik z Notre Dame czy spojrzenie „zombie“ znad gier na playstation.

A jeśli nawet nie pojadę za żółtą koszulką lidera, tylko zboczę z trasy, może nie zabłądzę…

Zabieganych Świat Państwu życzę

LĘKI i SZEPTY

22 marca 2013

Sezon przygotowawczy rozpoczął się w listopadzie… Od tej pory dni znikały jak dobre tosty z szynką na studenckiej biesiadzie. Za nami pięć miesięcy gonienia po lodzie, śniegu, zaspach i błocie. Pięć miesięcy pedałowania w miejscu w małej salce pełnej luster. Pięć miesięcy liczenia kafli w basenie. Pięć miesięcy walczenia z plagą kontuzji, przeciążeń i bólu. Pięć miesięcy kropelek potu kapiących z czubka nosa. Pięć miesięcy doprowadzania Trenera do szewskiej pasji Pięć miesięcy bardzo ciężkiej pracy po prostu. Kanapa zerka na mnie zalotnie, a jako, że nie jestem nieczuła na jej urok, sadowię się wygodnie. Ledwo już włóczę nogami Zima jest jak lepienie w glinie…

Początek wiosny to ostatni moment na poprawki. To taki przednówek, już zapasy energii się kończą, a na owoce trzeba jeszcze trochę poczekać. Staraliśmy się bardzo. Po miesiącach przyjemnego katowania przychodzi pora sprawdzić, na co tak naprawdę będzie nas stać na trasie. Czy mamy dość siły, by podjąć próbę zrobienia czegoś, o czym sami nie wiemy, czy zdołamy to osiągnąć? Na ile dobrze przygotowaliśmy organizm do walki z innymi lub z samym sobą.

Trudno odpowiedzieć …

Forma to dla mnie, jeden z bardziej tajemniczych i zmiennych elementów w sporcie. Nikt nie chce tylko „być w formie”, lecz próbuje „być w szczytowej formie”. Wyobrażam sobie, że to tak, jak podczas przekraczania pokrytej lodem górskiej grani, choć nawet nie mam pewności gdzie owa grań się zaczyna. Forma dotyczy trudnego do uchwycenia momentu, gdy wszystkie systemy pracują z optymalną wydajnością. Jest to możliwe dzięki superkompensacji, fizjologicznej skłonności obciążania organizmu do ochrony siebie poprzez maksymalne wzmocnienie się…ale tylko do pewnego punktu. Po przekroczeniu tego punktu- nazwijmy to obślizgłą granią – nasze ciało broni się dzięki „wyłączeniu”. Jak to możliwe aby znajdować się tak blisko krawędzi, jak to tylko możliwe, ale bez ześlizgnięcia się na druga stronę??

„Najkorzystniejsze zrównoważenie wytrzymałości mięśni, ostrości inteligencji i siły charakteru”-tak określił to francuski filozof i pisarz Roland Barthes. To właśnie ten rodzaj magicznej równowagi, gdy przestają obowiązywać prawa natury i mniej energii jakimś niepojętym cudem wytwarza więcej ruchu. Wejście na tę brzytwę, oznacza, że znajdę się w krainie fizjologicznego cudu! Każdy sportowiec chce być na tej granicy! Pragnąc niczym Ikar zobaczyć jak wysoko potrafi wzlecieć. Wchodzenie na brzytwę stanowi po części naukę , po części magie… Czujesz się niezwyciężony, wiec chcesz jeszcze więcej jeszcze dalej, do przodu-ale pewnego dnia budzisz się i już jest po wszystkim…

Wszyscy bardzo ciężko pracujemy, wszyscy już mocno w kościach czujemy ciężkie, wielomiesięczne przygotowania. Każdy marzy o sezonie życia, ale tylko nielicznym się uda. Niestety. Takie życie, taki sport – uczy przegrywania i czasem daje rozkosz zwycięstwa nad swymi słabościami.

Zatem czy ten sezon pokarze, że zrobiłam postęp? A może trzeba będzie cieszyć się z poszczególnych dobrych startów i tyle… Nie znam odpowiedzi i do kwietnia ich nie poznam. A ponieważ najlepszym sposobem na poradzenie sobie ze wszystkimi lękami jest wyjście im naprzeciw, zamiast nadmiernie koncentrować się na wyniku, pragnę skupić się na jak najlepszym wykonaniu zadania i dalej z pasją wykonywać swoje obowiązki

Reszta jest milczeniem