Nie wiedziałam że tak będzie

 Bike Magazyn 9-10/2014

 

image

„Kolarstwo jest jedną z
najtrudniejszych dyscyplin sportu. Nawet najgorszy kolarz jest wciąż wybitnym sportowcem”. Słowa Marco Pantaniego nie są obce chyba żadnemu kolarzowi. A co
jeśli do roweru dodamy jeszcze pływanie i bieg? Triathlon obecnie cieszy się co raz większą popularnością. Wielu zawodników, często znudzonych już maratonami MTB, zaczyna szukać nowych wyzwań i próbować swoich sił właśnie w tej dyscyplinie sportu. I choć wymaga to wkładu ogromnej i ciężkiej pracy, nie
brakuje kobiet, które chcą sprawdzić siłę swojego charakteru. Jedną z nich jest Olimpia Wojtyło, której przygoda z triathlonem rozpoczęła się dosyć niedawno, a na swoim koncie ma już sporo znaczących sukcesów, m. in. ukończenie Ironmana.

Na     wstępie gratuluję sukcesów! Jeszcze kilka lat temu można było Cię spotkać na trasach maratonów MTB. Teraz możemy śledzić Twoje wyniki w zawodach     triathlonowych. Skąd taka zmiana? Pomysł trenowania triathlonu był     spontaniczną decyzją czy raczej rodził się w Twojej głowie powoli?

Dziękuję – to co powiedziałaś na wstępie niewątpliwie jest wspaniałe, ale trochę krępujące.

Moja historia jest opowieścią o sportowcu z przypadku. Triathlon  to był wybryk, biorąc pod uwagę fakt, że po trzydziestce ciężko nauczyć się nowych rzeczy, a co dopiero trzech dyscyplin sportowych 🙂

Pierwszy raz oglądałam zawody Ironman zaledwie trzy lata temu, zresztą za namową instruktora Spinningu, który kilkukrotnie brał w nich udział.  Była to pamiętna relacja z 1982 roku, gdy Julie Moss upadła i na zakrwawionych dłoniach i kolanach czołgała się do linii mety. Tłum widzów uformował dla niej szpaler, skandował i dopingował ją do walki. W tym samym czasie Kathleen McCartney, dotychczas druga, minęła rywalkę i podążyła do mety, gdzie została ogłoszona mistrzynią. Judy finiszowała 29 sekund później. Siedziałam ze ściśniętym gardłem. Pomyślałam sobie wtedy: „To jest coś niesamowitego. Jazda na rowerze górskim to przy tym letargiczny spacer!” Czy miałabym jakieś szanse? Czy spaliłabym się, albo odpadła  w  przedbiegach?
Byłam zauroczona… Kilka tygodni później, leżąc rozłożona na kanapie i pochłaniając  ketchup za pomocą zimnej parówki, usłyszałem w Radiu Wrocław o projekcie Radiowej Akademii Triathlonu. Zanim zdążyłam pomyśleć w co się pakuję wzięłam  udział w eliminacjach. Omal z krzesła nie
spadłam, gdy usłyszałam, że zostałam wybrana. Zanosiło się na rewolucję. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to niespodziewane zdarzenie zmieni moje życie na dobre.

Od tego momentu  minęły 3 lata , ale gdy tylko przychodzi moment roztrenowania skrzykuje znajomych, bierzemy  rowery górskie i jedziemy do lasu lub w góry po maseczkę błotną z domieszką wiatru i słońca. W najlepszych salonach kosmetycznych  takiej na próżno szukać 🙂

Domyślam  się, że wprowadziło to wiele zmian w Twoim życiu i wymagało niemałej odwagi i determinacji.

Dotychczas sport miał dla mnie spontaniczny charakter. Nie miałam pojęcia jaki dystans przejechałam, ile spaliłam kalorii, jakie miałam maksymalne tętno. Nie miałam pulsometru, nie było żadnych pozycji w dzienniczku treningowym do odhaczenia. Bazowałam na swoich odczuciach. Włącznie z tym, że część maratonów MTB przejechałam  na rowerze trekkingowym i zwykłych pedałach. Z technicznego, a właściwie z każdego punktu widzenia było to wybitnie nieprofesjonalne. Żerowałam na fakcie, że amatorowi wolno wszystko.

Jest jednak coś co pcha mnie do przodu – upór.  Nie raz spadałam w klasyfikacji o dziesiątki miejsc  i  jeśli ktoś, założyłby się ze mną 3 lata temu, że ukończę dystans Ironmana, zmieszczę się w limicie czasu,  a przy tym pokonam  kilku mężczyzn – spojrzałabym na niego z niedowierzaniem. Wyobraźcie sobie co by było gdybym zachowała takie nastawienie do dziś. To od nas zależy czy wyczarujemy „możliwe” z „niemożliwego” :).

Początki prawdziwego  treningu były trudne, nie powiem… Pojawił się trener, który ostrzegał:   „Pierwszy rok jest ciężki dla każdego”. Bezsprzecznie, oznaczało to jeszcze mniejszą ilość czasu dla siebie w ciągu dnia, który w miarę rozwoju stawał się coraz ciaśniejszy. Pomijając bankructwo , próby poskromienia trzech dyscyplin różnie się kończyły, ale w rezultacie to one były górą. Po mojej stronie bilansu – kilkanaście wielkich siniaków  i dłuuuuga lista przekleństw.  Nie pamiętam  ile razy wpadałam pod prysznic, podpierając się nosem. Albo ile razy wracałam do domu tak padnięta, że nie bardzo rozumiałam co do mnie mówią domownicy. Dopiero po paru miesiącach doszłam do siebie po szoku, jakim było  uświadomienie sobie wszystkich życiowych możliwości.  A teraz, po latach, wstaję rano i zaczynam układać plan tygodnia w oparciu o trening. Codziennie muszę znaleźć czas na dwa treningi, co w tygodniu daje mniej więcej 20 godzin.   To jakby nie patrzeć praca na pół etatu! Do tego dochodzą obowiązki służbowe w których trzeba być maksymalnie efektywnym, no i trzeba znaleźć czas na regeneracje. Dziś poranne wylegiwanie się w łóżku praktycznie nie wchodzi w rachubę, choć nie jest łatwo wygrzebać się z ciepłej pościeli, ale jeżeli chce się uczestniczyć w życiu rodzinnym, zjeść razem śniadanie, to by pojeździć rano na rowerze, trzeba wstać o godzinie 4 lub 5. Na szczęście mój mąż też trenuje, więc  w zaciszu piwnicy, kręcąc kolejną godzinę na trenażerach, możemy sobie spokojnie porozmawiać…Nigdy się jednak nie zastanawialiśmy czy czasem nie lepiej byłoby posiedzieć przy dobrej kolacji…:)

Najtrudniejszy pierwszy krok… Jak wspominasz swój pierwszy start? Pamiętasz o czym wtedy myślałaś?

To jak z pierwszą jazdą na rowerze.  Nigdy tego nie zapomnę. Mój debiut miał miejsce w Radkowie na dystansie olimpijskim (1,5 km pływania, 40 km jazdy na rowerze, 10 km biegu). Miałam  za zadanie  potraktować to jako przetarcie przed moim triathlonowym startem typu A, czyli ½ Ironmana w Borównie.

Trenowałam krótko więc telepka, drżenie rąk i bezsenność towarzyszyły mi na kilka dobrych dni przed startem. Całą trasę przemierzałam we śnie tysiące razy… Bałam się, że pojadę na rowerze w czepku albo, że nie zdołam zdjąć pianki. Stresowało mnie
dosłownie wszystko. Od formy ogólnej począwszy, przez świadomość niedoskonałości w poszczególnych dyscyplinach, na technice zmian kończąc. Nie wiedziałam jak będzie funkcjonował żołądek i czy będę wiedziała kiedy coś zjeść, kiedy się napić, a kiedy po prostu walczyć dalej i się bez sensu nie opychać. Potwornie bałam się, że przeszarżuję na pływaniu i wychodząc z wody będę trupem. Albo tak skupię się na szybkim rowerze, że na bieg nie zostanie mi już grama sił.

Obmyślanie taktyki na niewiele się zdało. Na pierwszych zawodach popełniłam wszystkie możliwe błędy amatorów. Pamiętam, że z wody wyszłam z podbitym okiem, było zimno i w strefie zmian   zaczęłam ubierać kurtkę –która  nie chciała dać się założyć na mokre ciało. Potem na rowerze goniłam ile sił, a na bieg „wyleciałam” sprintem. Wydawało mi się, że wytrzymam tak cały dystans, ale sił starczyło tylko na kilkadziesiąt metrów. Mimo wszystko  udało mi się ukończyć zawody ale nie przypuszczam,  żebym na kimkolwiek mogła zrobić wrażenie.

Czy według Ciebie osobie, która wcześniej trenowała kolarstwo łatwiej jest  rozpocząć treningi triathlonowe? Z jednej strony kolarze mają wypracowaną wytrzymałość zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Z drugiej jednak strony w     grę wchodzą tutaj już trzy dyscypliny sportu, w których trzeba sobie dobrze radzić i umiejętnie połączyć je w jeden plan treningowy.

Oczywiście, myślę, że osobom, które wcześniej trenowały  łatwiej jest startować  i rywalizować z uwagi na znajomość reakcji własnego organizmu.

W moim przypadku  nabyte wcześniej umiejętności jazdy w grupie okazały się pomocne w triathlonie na dystansie olimpijskim. W części rowerowej szarpany i interwałowy styl jazdy przypomina raczej uliczne kryteria kolarskie. Znacznie więcej jest tu elementów taktycznych, trzeba szybko „obliczać” co się opłaca, a co lepiej sobie odpuścić. Zaczekać na grupę z tyłu, czy gonić tę na początku? Pracować z przodu, czy się „wozić”?

Jednak w  większości imprez triathlonowych jazda na kole jest surowo zabroniona.  Tu z pewnością zaprocentują  godziny spędzone na bezlitośnie niewygodnym  siodełku oraz odpowiednia technika pedałowania.

Nie sposób nie wspomnieć też o alternatywie „asfaltowej” wersji – wyścigach cross triathlonu, będących alternatywą i polem do popisu dla miłośników kolarstwa górskiego.

Mimo wszystko triathlonu nie można rozpatrywać jako trzech osobnych dyscyplin, tylko jedną, składającą się z trzech. W trakcie każdej z nich nasze ciało pracuje inaczej i trzeba przyzwyczaić się do przestawiania go na inny „tryb”.

Zadanie jest tym trudniejsze ,że poszczególne składowe triathlonu wpływają na siebie niekorzystnie. Bieganie to niezbyt dobry sposób spędzania czasu dla kolarzy i pływaków. I tak w kółko w każdej kombinacji.

Ale z pewnością nabyte doświadczenie i „kolarskie” cechy charakteru mogą wiele ułatwić  początkującemu triathloniście?

Myślę, że kolarstwo nauczyło mnie siły, wytrwałości, zaradności i niezależności. Niewątpliwie był to punkt zwrotny.

Triathlon i kolarstwo, to bardzo specyficzne dyscypliny sportu. Nie da się przez większą część doby być w ciągłym  ruchu, nie odczuwając przy tym żadnego dyskomfortu. Podczas treningów czy wyścigów sporo myśli przewija się w głowie. Mam chwile gorsze i lepsze. Sztuka polega na tym  aby w momentach kryzysu potrafić i starać się przezwyciężyć swoje słabości, bóle czy dolegliwości. Nasze samozaparcie i silna wola pokonania takich momentów sprawia, że stajemy się coraz silniejsi. Potrafimy stawiać sobie poprzeczkę coraz wyżej i podejmować nowe wyzwania. Bardzo ważna w obu dyscyplinach jest wytrzymałość. Trzeba równomiernie nią dysponować tak, żeby w którymś momencie wyścigu nie przesadzić, ale też żeby wpaść na metę i spokojnie powiedzieć samemu sobie, że „wykonałam plan w 100%”, czy „dałam z siebie wszystko”.    

Ile czasu, w stosunku do pływania i biegania, poświęcasz na trening na rowerze?

Wszystko uzależnione jest od okresu przygotowań w jakim się znajdujemy, a co za tym idzie od planu treningowego przygotowanego przez mojego trenera.

Jazda na rowerze  jest „najdłuższą” dyscypliną w triathlonie , dlatego też warto inwestować swój czas w taki trening. Zresztą sam trening ze wszystkich trzech jest najprzyjemniejszy, szczególnie gdy ćwiczysz z drużyną i na nowych trasach. W sobotnie treningi zawsze mamy do pokonania długi dystans na rowerze. Pewnego razu zrobiliśmy 150 kilometrową  trasę  zwieńczoną podjazdem na Michałowice, Zachełmie  oraz Karpacz  przez Borowice na Odrodzeniu kończąc. Kiedy indziej przez pięć godzin pedałowaliśmy w ulewnym deszczu. W ten sposób powoli podwyższaliśmy swój próg odporności.

W triathlonie zazwyczaj bywa tak, że zawodnik w danej dyscyplinie radzi sobie lepiej, a w innej gorzej. Jak to jest u Ciebie? Która z tych trzech  dyscyplin najbardziej Ci odpowiada?

Fakt, że wywodzę się z kolarstwa górskiego – wyniki, potencjał, technika – wydają się wskazywać na rower. Wychowałam się na Wyścigu Pokoju, a później Tour de France. Grałam z kolegami w kapsle udając kolarzy. Teraz w trakcie części rowerowej wreszcie mogę realizować marzenia z dzieciństwa.

Z drugiej strony stara zasada mówi, że prawdziwy triathlon zaczyna się na biegu, o czym dobitnie przekonałem się na własnej skórze już w debiucie. Bieganie jest moją największą słabością i najtrudniejszą częścią treningu. Dlatego właśnie na poprawę tej konkurencji poświęcam najwięcej czasu zimą.

Oczywiście muszę Cię jeszcze zapytać o Twój udział w Ironmanie. To musi być wspaniałe uczucie, kiedy mijasz linię mety najbardziej prestiżowych zawodów triathlonowych na świecie.

Na linii mety śmiech miesza się ze łzami. W powietrzu unosi się niesamowita aura. Nadzwyczajne wyzwanie budzi w ludziach niezwykłe reakcje- wyjątkowy entuzjazm wśród widzów i niespotykaną siłę wśród uczestników. Wszystko wydaje się możliwe…Ironman to  wisienka na torcie… Najważniejsze  jest listopadowe  błoto,  wstawanie o piątej rano, upadki na szosie, bieganie po górach, liczenie kafli w basenie, setki przerzuconych  kilogramów i tysiące  kropel potu  kapiących mi  kaskadą z nosa   – to jest właśnie prawdziwy Ironman do którego wraca się pamięcią po latach… W trakcie przygotowań wydarzyło się wiele cudownych  rzeczy, które będę wspominać  tak samo mocno, jak moment przekroczenia linii mety.

Na koniec uchyl jeszcze rąbka tajemnicy jakie masz plany na przyszły sezon?

Będę starała się pokonać kilku mężczyzn 😉

Ale przede wszystkim pragnę zająć się dalszym rozwojem Grupy Triathlonowej RAT. Rok temu w naszych głowach narodził się pomysł  nowego stowarzyszenia. Przez ten czas wspólnie zbudowaliśmy jedną z najbardziej rozpoznawalnych grup w Polsce. Teraz wyznaczyliśmy sobie zupełnie nowe cele i ruszamy na podbój Europy :). Aktualnie trwają prace nad nowym wizerunkiem  i nową stroną internetową. Mamy też kilka ciekawych pomysłów na pobudzenie rozwoju triathlonu na Dolnym Śląsku, ale nie chcę ich jeszcze na tym etapie ujawniać. „Długodystansowym”  marzeniem  jest znalezienie wsparcia, które  pomoże nam dalej się rozwijać- a przy tym promować naszą dyscyplinę tak, jak zasługuje na to jedna z najszybciej upowszechniających się konkurencji sportowych na świecie.

Chciałabym pewnego dnia wyjść na rower, odwrócić się i zobaczyć grupę pięćdziesięciu triathlonistów w strojach GT RAT :).

I chciałabym  kiedyś reklamować kefir Krasnystaw  :).

Zatem powodzenia!

fot. Michał Kuczyński

3 w 1 obóz triathlonowy

Triathlon jest modny i nawet jeśli sami nie zaczęliście go trenować, zapewne wielokrotnie zastanawialiście się, jak to jest możliwe, że amatorzy są w stanie uprawiać trzy dyscypliny „na raz”. Bike Magazyn poprosił, o podzielenie się swoimi doświadczeniami…

Na początku przygody z triathlonem wielu z Was może zniechęcić brak konkretnej wiedzy jak rozpocząć treningi do tej wytrzymałościowej dyscypliny sportu, w skład której wchodzi pływanie, kolarstwo oraz bieg. Gdybyś próbował połączyć trzy odrębne plany  treningowe, po jednym dla każdej z  tych konkurencji, najpewniej pojawiłby się problem przetrenowania. Dlatego tak istotne jest umiejętne połączenie trzech dyscyplin w jedną – a co za tym idzie w jeden plan treningowy, którego konsekwencją będzie poprawa wyników, jednak nie kosztem pojawienia się kontuzji wywołanej przemęczeniem.

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z triathlonem trenowałam zbyt mocno w dni treningu tlenowego, natomiast niedostatecznie w dni gdy powinnam
dać z siebie wszystko, naturalnie byłam na to zbyt zmęczona. Cała moja wiedza streszczała się w haśle: „ Bez wycisku nie ma zysku. Idź na całość a potem walnij się odpocząć”. Aż tu nagle dowiedziałam się od Trenera, że jest inaczej. Musiałam nauczyć się trudnej sztuki odpoczywania…

Dlatego każdy sezon przygotowawczy powinniśmy rozpocząć od wyznaczenia  stref tętna, które pozwolą nam osiągnąć zamierzony cel.  Następnie każdy trening realizujemy z głową, czyli zwracamy uwagę na takie parametry jak : tętno, kadencję , tempo , dystans oraz odczucia. Czyli na to co mówi nam nasz organizmy – przez wielu jest to zapomniany parametr, jednak dla mnie jest jednym z najważniejszych.

Mój plan treningowy tak samo jak rower – skrojony jest na miarę i składa się z czterech podstawowych rodzajów treningów:
– spokojnych sesji o charakterze aerobowym, w trakcie których tętno nie szybuje do najwyższego poziomu
– sesji siłowych, bazujących  na ćwiczeniach w rodzaju cyklicznych podjazdów na rowerze, podbiegów albo pływania w płetwach czy łapkach
– sesji szybkościowych , wykonywanych w tempie odpowiadającym tempu na zawodach
– sesji interwałowych, opierających się na krótkich, ale bardzo intensywnych ćwiczeniach na granicy możliwości organizmu, wykonywanych w tempie przekraczającym tempo startowe.

Te ostatnie są naprawdę ciężkie, ale bardzo szybko mijają ;).

Im dłużej trenujesz, tym plan treningowy coraz bardziej „pęcznieje” . Bywają okresy, gdy w ciągu jednego dnia, ćwiczysz dwukrotnie. W tym wypadku odpoczynek jest szczególnie ważny. Dlatego szalenie istotne jest, aby między poszczególnymi sesjami zachować minimum 6 godzinną przerwę.

Mój  typowy dzień zaczyna się od  przepłynięcia średnio trzech kilometrów. Z basenu  pędem do pracy. Po powrocie do domu zakładam adidasy, wychodzę pobiegać, kiedy kończę jest dziewiąta wieczorem. I tak siedem dni w tygodniu. Odmianę stanowią różne sesje treningowe i sposób, w jaki łączą się one ze sobą. Czasami, aby przełamać rutynę, Trener organizuje nam tzw. „zestaw niespodziankę”. I tak w prezencie gwiazdkowym mieliśmy do przepłynięcia 50x100m w tempie 1:45-1:50. Innym razem
musieliśmy zrobić 440 pompek…W weekendy zawsze mamy do pokonania długi dystans na rowerze i długie wybieganie albo trening zakładek.

Po takim weekendzie, a praktycznie po każdym treningu, organizm powinien się zregenerować . Regeneracja jest jak czwarta dyscyplina
triathlonu. Nie trenując jej nie masz szans na dobry wynik. Dlatego właśnie zmieniłam swoje podejście i zaczęłam trenować odpoczynek! Muszę przyznać, że jest to prawie tak ciężkie jak sesja interwałów : )

image

Pamiętaj, że to nie ciężki trening rozwija twoje ciało, a regeneracja podczas której twój organizm powoli się odbudowuje, przygotowując
do podjęcia kolejnego wyzwania . Tak więc, jeśli ktoś pyta mnie ile trenuje – z czystym sumieniem odpowiadam 24h na dobę.

Sklepowe półki uginają się od książek poruszających ten problem, choć tak naprawdę każdy z nas musi w sobie odnaleźć metodę najbardziej
skuteczną. Dla jednych będzie to czytanie książek na kanapie, dla innych wycieczka rowerowa . Ja trzymam się jednej zasady „ Jeśli biegniesz, a możesz iść – idź, jeśli idziesz, a możesz usiąść – usiądź , jeśli siedzisz, a możesz leżeć – połóż się,  jeśli leżysz, a możesz spać –śpij : )”. Uwaga – wizyta w galerii handlowej w okresie promocji i wyprzedaży to nie regeneracja! : ) Regenerujesz się w spoczynku, choćby na
kanapie z ulubioną książką. Jeśli chodzi o sen mam system taki bardziej jak rolnik. Wschodzi słońce, idę w pole do roboty, zachodzi – zbieram się do odpoczynku.

Ostatnich kilka minut każdego treningu ( 10% całości czasu poświęconego na główną cześć treningu) poświęcam na schłodzenie organizmu;
chodzi o bardzo spokojne pływanie, pedałowanie albo truchtanie. Następnie dokładnie rozciągam wybrane partie mięśni. Jeśli po treningu nie mam na to czasu, poświęcam temu kilka minut wieczorem.

W typowym planie treningowym sugerowałabym jednodniową przerwę od ćwiczeń co siedem, dziesięć dni. Jednak jak już pisałam wcześniej , bardzo ważna jest umiejętność słuchania własnego organizmu. Jeśli podczas treningu coś podpowiada Ci, iż watro przebiec mniej niż zaplanowałeś – może
warto tak zrobić . Nasze ciała są mądrzejsze niż nam się wydaje i bardzo często słuchając  ich uchronisz się przed przetrenowaniem lub kontuzjom . Nie należę do osób co sobie pobłażają, jednak już nie raz doprowadziło mnie to do poważnych konsekwencji – dlatego ucz się na błędach innych  : ).

Bardzo pomocne są kompresyjne ubrania sportowe, które możesz stosować w trakcie jak i po wysiłku – poprawiają krążenie krwi, przyśpieszają
usuwanie produktów przemiany materii i usprawniają prace mięśni. Po zastosowaniu skarpet  uciskowych ból łydek, z którym nie mogłam sobie poradzić, odpuścił zupełnie. Dobrym sposobem na regenerację jest także masaż, jeśli znajdziesz nań czas i środki.

Kolejne kwestie to oczywiście właściwe odżywianie i nawadnianie. Niektórzy pytają mnie o współpracę z dietetykiem. Zawsze odpowiadam, że jeśli miałabym nadmiar pieniędzy, to ja z przyjemnością zatrudniłabym…fizjoterapeutę! Nie lubię witamin w tabletkach , odżywek i tego typu cudactw. Wszystko co potrzebne staram się dostarczać naturalnie. Na treningach jestem ascetką. Za to od dziecka uwielbiałam jeść, i szybko odkryłam, że zdrowa dieta może zawierać właściwie wszystko, byle z umiarem. Tak więc nie wyeliminowałam z diety żadnych potraw. Kilka kostek gorzkiej czekolady dziennie na pewno mi nie zaszkodzi. Kawałka pizzy czy szarlotki także nie odmówię. Aha i do wszystkiego dodaje oliwę z oliwek, nawet do owsianki. Cała sztuka polega na tym, by mieć świadomość na jakim paliwie twój silnik działa najlepiej. W tej materii cały czas się uczę.

Mimo starań, by zmniejszyć zmęczenie, nadal będziecie przystępować do niektórych treningów, czując lekką ociężałość w nogach i brak pełnej mocy. To normalne i w rzeczywistości zwiększa kondycję dzięki procesowi który nazywa się – superkompensacją . Jednak nie powinno to mieć miejsca  zbyt często. Podsumowując, jeśli nie jesteście pewni co robić – róbcie mniej.

 

Jak wytrwać i nie zwariować

Ludzie często pytają, czy się nie nudzimy , trenując tak dużo. Oczywiście, że zdarza nam się mieć dosyć, a niektóre sesje dają więcej satysfakcji niż inne. Kiedy w sobotę rano wracasz do domu po ostrej trasie rowerowej i padasz na kanapę, bardzo trudno jest zmusić własne ciało znów do wyjścia na półtoragodzinne wybieganie. Są dni kiedy myślisz sobie: „Byłoby super, gdybym mógł/mogła dzisiaj obejrzeć finał Giro di Italia zamiast iść na trening” i przez chwilę tęsknisz za innym trybem życia. Wiesz jednak, że gdyby cokolwiek się zmieniło – złapałbyś kontuzję czy infekcję, rozpaczliwie pragnąłbyś wrócić do treningów.

Jestem tak przyzwyczajona do naszego planu treningowego, że gdybym nie poszła w czwartkowy poranek  na rower, mój mózg nie wiedziałby, co jest grane! 😉

Oczywiście są jednostki które robi się z uśmiechem na twarzy i takie które trzeba odbębnić, aby forma szła w górę. Dla mnie tym najgorszym ogniwem triathlonu jest trening pływacki. W trakcie sesji możesz tylko gapić się na przelatujące płytki lub czarną linię rozciągającą się przed tobą a poczucie spełnienia wynika jedynie z tego, że przepłynęło się założony dystans. Owszem możesz rozpisać sobie zadania na kartce i przylepić ją do brzegu basenu, ale nic nie zastąpi trenera i grupy, która będzie trenować razem z Tobą. Dzięki temu nie kojarzysz tego , gdzie jesteś, z tym , co masz do zrobienia. Nie myślisz-po prostu wskakujesz do wody i płyniesz jak inni. Żeby to przetrwać dzień za dniem, naprawdę trzeba dobrej ekipy. Stajesz na początku toru a trener krzyczy: „Start za 10 sekund!”. Nie masz czasu na myślenie. Nie musisz planować ani martwić się o kolejne 3 tysiące metrów. To się dzieje samo! 🙂

Jeśli jazda na trenażerze wydaje Ci się nudna a pogoda za oknem przekonuje, że może lepiej zasiąść przed telewizorem – wtedy wystarczy pomyśleć o tym iż inni z Twojej grupy właśnie umówili się na MTB – 10 minut później sama siedzę na rowerze i pędzę na miejsce spotkania. Bo kiedy indziej, jako triathlonistka, mogłabym spędzić trochę czasu z przyjaciółmi i pogadać jeśli nie na rowerze? Kiedy indziej mogłabym pozwolić sobie na to, żeby siedzieć pół godziny w kawiarni poza miastem, jedząc ciasto, pijąc gorącą czekoladę i rozmawiając o niczym? Treningi kolarskie bywają żmudne i mordercze, monotonne i samotne. Jednak bywają i takie które są w 100 % fajną zabawą. Dlatego jeśli tylko mam okazje dołączam do wspólnych treningów z grupą znajomych.

Pisałam kiedyś, że wieloletni trener Chrissie Wellington (czterokrotnej mistrzyni świata w zawodach Ironman) powiedział jej kiedyś, gdy traciła wiarę w swoje możliwości, że niektóre treningi są jak diamenty, a inne jak kamienie, ale każdy z nich jest skałą budującą fundament formy. Przywołanie w myślach tego zdania pozwala mi cieszyć się treningiem nawet wtedy, gdy wszystko idzie jak po grudzie.

Przecież nikt nie powiedział, że będzie łatwo! Niezależnie od wszystkiego staram się pamiętać o kilku ważnych zasadach:

BĄDŹ KONSEKWENTNY

Nie jest łatwo znaleźć czas na regularne treningi kiedy pracujesz-ale nie ma sensu trenować jak wół w jednym tygodniu i prawie wcale w kolejnym. Bardziej skorzystasz ćwicząc cztery tygodnie po 14 godzin tygodniowo niż na zmianę po 30 godzin w jednym tygodniu i 5 w kolejnym. Zasada ta odnosi się zarówno do liczby godzin treningu jak i do jego intensywności.

TRENUJ  W TOWARZYSTWIE

Łatwiej jest ciężko trenować jeśli nie robi się tego samemu. Jeśli wiem, że mogę spotkać na bieżni trenera oraz drużynę i wspólnie ostro pobiegać- czuję, że dam radę. Towarzystwo jest jeszcze ważniejsze, jeśli pracujesz. Kiedy wracasz z pracy o 17:30, zmęczony i głodny, prawdopodobieństwo, że uda ci się pójść pobiegać jest znacznie większe, jeśli zamierzasz robić to wspólnie z kolegom. W końcu ustali wam się rytm treningów, który będziecie mogli wpisać do kalendarza.

image

STAWIAJ SOBIE CELE

Mam szczęście – kocham to co robię – ale myślenie o wyznaczonym celu bardzo pomaga. Kiedy wyciskasz z siebie siódme poty na treningu musisz wiedzieć, po co to robisz- na przykład, żeby być w jak najlepszej formie na zawodach za pięć  miesięcy. Stawiaj sobie też dużo celów krótkoterminowych. W kwietniu 2013 nie myślałam o Ironmanie w Klagenfurcie ale o jak najlepszym występie w Czechmanie, miesiąc wcześniej.

DBAJ O RÓŻNORODNOŚĆ

Postaraj się, aby twój plan treningowy był urozmaicony. Jedź  w góry, skorzystaj z propozycji obozów treningowych. Dbaj o różnorodność. Twoje ciało i umysł jej potrzebują. My urozmaicamy treningi, jeżdżąc w różne miejsca- w innym wypadku 50 tygodni identycznych ćwiczeń, trwających od października, byłoby nie do wytrzymania.

image

SŁUCHAJ SWOJEGO CIAŁA

Nie traktuj planu treningowego jako świętości, której należy bezwzględnie przestrzegać, lecz jako zbiór wytycznych dostosowywanych do Twojego samopoczucia w danym dniu, ilości dostępnego czasu i wyznaczonych celów. Wstrzymanie się z treningiem do czasu wyleczenia kontuzji to nie przejaw lenistwa, lecz zdrowego rozsądku. Ufaj swoim instynktom.

WYKORZYSTUJ KAŻDĄ MOŻLIWOŚĆ

Trenuj kiedy tylko możesz. Jeśli nie jesteś w stanie znaleźć czasu lub motywacji na godzinny bieg , biegaj dwa razy w tygodniu po pół godziny.

BAW SIĘ DOBRZE

Nie chodzi o zmniejszenie intensywności treningu, ale o zmianę nastawienia do niego. Mój kolega, wielki łasuch, przygotowując się do maratonu biegał po lesie. Jednak aktywność ta po pewnym czasie zaczęła go nużyć i był bliski rezygnacji. Aż pewnego razu wpadł na pomysł, aby  ukryć w owym lesie swoje ulubione przekąski. Od tej pory zawsze po skończonym treningu odnajdywał jedno z tych miejsc, a słodka nagroda była dla niego motywacją do codziennej pracy.

Podczas jazdy na rowerze zamiast zadręczać się, że jedziesz za wolno, postaraj się pomyśleć, że nie ma się czym przejmować-jeśli zjedziesz z tą prędkością ze wzniesienia lub dojedziesz tak do następnego drogowskazu, na pewno ci to nie zaszkodzi. Ciesz się jazdą lub bieganiem, takimi jakie są. Usuwając przy okazji z Twojego wypasionego zegarka wszystkie niepotrzebne pola takie jak prędkość średnia 🙂

Biegając zwiedzaj okolicę, sprawdzaj, co jest przy tej ulicy czy w tamtym lesie. Biegaj do szkoły lub do pracy- dzięki temu dotrzesz tam pobudzony i pełen energii, zaliczając trening zamiast dojazdu.

Urozmaicaj ulubione trasy. Jeśli nie masz wielkiego wyboru, spróbuj przebiec swoją tradycyjną trasę w odwrotnym kierunku- zobaczysz jak to odświeża umysł. Ciesz się ruchem w określonym tempie, słuchaj odgłosów otoczenia i własnego oddechu, znajdź swój rytm.

Artykuł ukazał się w “Gazecie Kolarskiej”.

Czas na zmiany

Ukończywszy IM zrealizowałam swoje marzenie. Niczego nie musiałam już dowodzić. „Czas więc dorosnąć i skupić się na realnym życiu”-myślałam.

image

We wrześniu, zabrałam się do realizacji skrywanych pieczołowicie planów na przyszłość. A ponieważ sama sobie pokazałam, co mogę – postanowiłam wyjść za mąż, gdyż powszechnie wiadomo, że życie z mężczyzną bywa trudniejsze niż niejeden Ironman, Norsman czy Ultraman razem wzięty.

Mieliśmy miesiąc, aby zdążyć z przygotowaniami, a sposobem na przechytrzenie czasu okazał się triathlon… Otóż, przez ostatnie półtora roku, co poniedziałek, czyli dzień treningowego odpoczynku, robiliśmy wszystko to na co przy dawnym rytmie potrzebowalibyśmy trzech dni. W tej sytuacji miesiąc wydawał  się  kupą czasu! Mimo to przyszła mi do głowy refleksja, która może komuś się przyda – przerażenie jest doskonałym środkiem dopingującym :)…  Gdy było po wszystkim marzyliśmy o odrobinie luzu. I zasłużyliśmy sobie na przerwę…

image

Zdecydowałam, że powinnam bardziej skupić się na prowadzeniu gospodarstwa domowego. Bo czy to normalne, że wolny czas na gotowanie mam miedzy 21:00 a 22:00? Biedna sąsiadka musi zasypiać wśród  woni papki brokułowej. Kręcę się więc po mieszkaniu, wycierając na panelach szlaki, niczym kozica ścieżki w górach. Robię pranko, prasowanko, gotuję – dziczyznę, owoce morza, drążę kulki z melona z wprawą godną jubilera, potem sprzątam, myję gary… Pod koniec dnia jestem tak zmęczona, że padam na pysk, ale jednocześnie nie wyprodukowałam nic: ani nowego tekstu, ani hałdy węgla nie wydobyłam, a najciekawsza myśli jaka przyszła mi do głowy to: “Muszę kupić włoszczyznę” oraz: “Jestem zmęczona, idę spać”

Co zrobić, aby moje rozmowy z mężem nie ograniczyły się do dialogów o tym, czy ziemniaki już doszły albo czy mama podlała grządkę. Kładę się na kanapie, gapię w sufit i myślę, że czas odpocząć, żeby zebrać siły na kolejny, dzień krzątania. I ile jeszcze takich dni przede mną ? Jak nauczyć się dostrzegać w każdym z tych dni coś wyjątkowego tak, aby nie mieć wrażenia, że życie przecieka mi przez palce?

Fakt jest taki, że w ciągu roku wszystko w naszym życiu uległo zmianie. Grono triathlonowych znajomych wielokrotnie się zwiększyło. Z wpisów na FB, smsów i maili, które do mnie dochodzą jednoznacznie wynika, że cały świat kręci się tylko wokół naszej dyscypliny ;). Lekarze, poeci, profesorowie, prawnicy, studenci, adwokaci, troskliwe mamusie, kupcy i bankowcy. Gdyby nie wspólna bolączka – nigdy by się z sobą nie spotkali na dłużej 🙂 .

Sport ze strony ostatniej chętnie przesunęłabym na jedynkę. Przyszłość pływaków, kolarstwa, lekkiej atletyki – godzinami mogę słuchać o tym w radiu. Tęskniłam za tym…

Wtedy w naszych głowach narodził się pomysł … nowego stowarzyszenia!

Wierzcie, nie było nam łatwo – były kłótnie, były spory, był śmiech, były długie Polaków rozmowy, ale wreszcie się udało 🙂 ! Trener – Dariusz Sidor podjął się układania planów treningowych, a ja, Marta, Michał, Wojtek i Maciek zajęliśmy się szeroko pojętą resztą. Radio Wrocław i Bike magazyn objęło patronat medialny.

Powstaje Grupa Triathlonowa RAT (GT RAT) 🙂!

Naturalnie, czeka nas jeszcze ogrom pracy, ale już teraz cieszę się jak dziecko, a nie jak dorosła kobieta, której wolno głosować i legalnie pić alkohol. Lada dzień ruszy strona internetowa. Rozpoczęliśmy współpracę z PUMA GYM & FIT CLUB przy ul. Sołtysowickiej 15 B we Wrocławiu. Pozostaje jeszcze dopracowanie logo, nowych barw, a potem już tylko uszycie strojów i szukanie sponsora.

image

Jednak najważniejsze jest to, że znaleźliśmy grupę osób, których łączy jedno – fascynacja triathlonem, duch rywalizacji i pasja do treningu! Dla nich 3 razy w tygodniu organizujemy wspólne treningi, po jednym z każdej dyscypliny i muszę Wam się przyznać, że na rowerze dziewczyny  biją chłopaków o głowę! W niepamięć odeszły czasy, gdy Polki śmiały się z Amerykanek, że te noszą adidasy do spódnicy. Dziś same dbamy o stopy, a szpilki zakładamy tylko do prezentacji w firmie czy na wieczorne wyjście z mężczyzną, którego pragniemy. Lub pragniemy, by on nas pragnął. Wyćwiczone Polki – triathlonistki żyć będą co najmniej do setki! Jestem pewna, że niezłą rywalkę sobie tu wychowam! Tym lepiej, motywacja będzie większa 🙂 !

image

A chłopaki ? Oni dobrze wiedzą, że z niehigienicznym brzuszkiem, zionący miodowym ciechanem są nieapetyczni rozrodczo i mało wiarygodni jako tatusiowie ;). Oni w 30 minut pokonują 8 km,  a na przepłynięcie 100m potrzebują minuty i ośmiu sekund!

Tak więc sezon czas zacząć! Koniec z weselami do białego rana, za to z  tysiącem kropel potu kapiących mi  kaskadą z nosa ;).

Wszystkie mądre książki z teorii sportu i fizjologii mówią, że nawet w pewnym wieku poprawę wyników mogę zanotować…Oby się ten jeden raz nie myliły 😉

P.S. Wracając do wesela kolega w ramach życzeń ślubnych zasugerował , iż ma nadzieję, że teraz z większą swobodą będę pisać o seksie…:)

 Fot:
Michał Kuczyński

YOU ARE AN IRONMAN!

10 lipca 2013

Nad jeziorem wzeszło słońce. Woda jest spokojna i krystalicznie czysta. Jest 6:55. Trochę obita, trochę niepewna stoję na linii startu… Półtora roku przygotowań dla tego momentu, dla ciszy przed wystrzałem… Gdzie buty do biegania i sportowy strój były zawsze pod ręką, zawsze! Gdzie treningi nie raz były tak piekielnie ciężkie, że sama się czasem zastanawiałam, po co mi to Gdzie kołdra coraz cięższa się robiła z rana, bywało też, że o drugiej w nocy dopiero potrafiłam zasnąć… Wiesz, że normalni ludzie o tej porze przewracają się z boku na bok? Albo przytulają. Albo robią znacznie przyjemniejsze rzeczy, niż próbują zostać Ironmanem

Kilka tygodni wcześniej wymieniam maile z Trenerem. Analizujemy zakresy tętna rowerowego. Okazują się bardzo dobre na połówkę, lecz średnio przydatne na długi dystans. Pytam: „ Czy w związku z tym , jestem gotowa na IM?” Trener odpisał: „To znaczy, że IM robisz za wcześnie do maksymalnych możliwości swojego organizmu.”

Ale zostawmy mnie na chwilę . Lepiej przyjrzyjmy się Klagenfurtowi. To malownicze miasteczko położone jest w południowej Austrii na wysokości około 446 m n. p. m, u stóp Alp i otoczone innymi, równie urokliwymi jak ono mieścinami, przez które biegnie trasa wyścigu. Jest tutaj wszystko co triathloniście potrzeba do szczęścia. Są łagodnie pofałdowane tereny rolnicze i wzgórza przez które drogi wiodą prosto w góry – idealne na rower. Jest wiele pięknych tras dla biegaczy, no i jest też Wörthersee- najcieplejsze jezioro alpejskie, będące tutejszym centrum sportów wodnych i wypoczynku.

 

Do zawodów (już rok temu) zgłosiło się 3 000 zawodników, których miało zagrzewać do walki ponad trzy razy więcej widzów! Austriacy są ogromnymi fanami tej dyscypliny sportu. Już około środy zaczynają zjeżdżać do stolicy Karyntii pierwsi zawodnicy. Wszędzie roi się od dziennikarzy przeprowadzających wywiady z zawodowcami. Strefa ekspo (targi organizowane przez sponsorów) jest największą oraz najlepiej wyposażoną spośród tych jakie do tej pory widziałam. Ludzie tłoczą się w kolejkach, w ostatniej chwili kupując brakujący sprzęt albo polują na autografy. To niewiarygodne ile tam chcą za najprostszy top! Wszędzie, gdzie nie spojrzysz, ktoś ćwiczy, a włoskie knajpy z makaronem pękają w szwach. Każdy patrzy na każdego, czujesz się jak na pokazie mody.

 

 

Skłamałabym, mówiąc że tryskałam optymizmem – przy kontuzjach nie sposób uniknąć zwątpienia- ale nie miałam zamiaru kapitulować. Trener pocieszał „dobra forma nie poszła sobie w diabły. Ani siła. Powinnaś się cieszyć z tego odpoczynku- przymusowego, ale jednak.” Zamaskowałam więc bolącą łydkę tapami i ukryłam pod skarpetą kompresyjną.

W dniu wyścigu w głosach reporterów rozbrzmiewały nieprawdopodobne emocje. Na twarzach zawodników malowało się skupienie. Choć uprawiają sport amatorsko traktują sport śmiertelnie poważnie, co nie powinno dziwić . 7:00 – strzał – ruszamy. Etap pływacki jest wyjątkowo burzliwy. Panuje wolna amerykanka. Słońce oślepia. 2 500 tyś zawodników skupionych wokół Ciebie, cały dystans płyniesz pośród mrowia młocących wodę kończyn, aby na koniec wpłynąć do ciasnego gardła kanału. Masz do pokonania jeszcze kilometr, ale cały czas musisz walczyć o pozycję, albo o to aby nie zahaczyć ręką o jeden z drewnianych pomostów. Widowiskowe! Mimo wszystko pływanie poszło nieźle – 1:05, choć dałoby się poprawić to i owo .

 

 Po wyjściu z wody szpaler kibiców okupuje całą drogę do strefy zmian, która swoimi rozmiarami przypomina boisko piłkarskie. Wydostanie się z niej z rowerem zajmuje ok 5-6 minut.

 

90 km drogi jest zamknięte dla ruchu i oznakowane tak znakomicie, iż całe wydarzenie wydaje się trwałym elementem tutejszego krajobrazu. Trasa rowerowa w Klagenfurcie nie przestaje zachwycać – po jednej stronie widzisz ośnieżone alpejskie szczyty, po drugiej urokliwe miasteczka i wsie regionu Karyntii.

 

 

Mimo widoków etap rowerowy nie należy do łatwych. Droga jest pofałdowana, a łącznie na 180 km jest do pokonania 1600 metrów przewyższeń. Nie mniej karkołomne wydają się zjazdy, a niektóre zakręty w całości wyłożone są materacami. Na trasie rowerowej masz do pokonania dwie rundy z dwoma ostrymi podjazdami. Podjazd na najstromsze 11,7% wzniesienie nie może się równać z żadnym innym odcinkiem trasy. Doping dorównuje tam temu z Tour de France! Jedziesz wśród szpalerów ludzi, szerokich na 5 osób z każdej strony. Czasami tłum gęstnieje tak bardzo, że dla zawodników zostaje przejazd o dwumetrowej szerokości. Widzowie wychylają się i do ostatniej chwili machają i krzyczą do przejeżdżający zawodników. Ogłuszający grzechot kołatek, dźwięki gwizdków i okrzyki towarzyszą Ci przez cały czas. Niesamowicie motywująco działa na mnie widok rodziców i siostry, którzy przyjechali do Austrii prosto na start. Na końcu podjazdu skakali jak szaleni, drąc się: „Oli dajesz, dajesz!” Nigdy nie widziałam ich tak rozemocjonowanych . Po blisko 5 godzinach i 46 minutach na rowerze, z ulgą odklejam się od siodełka. Po wbiegnięciu do drugiej strefy zmian bardziej niż o mecie myślę o ubikacji . Jeszcze tylko maraton. Tylko czy nogi po zejściu z roweru przypomną sobie jak się biega?

Bieg odbywa się w warunkach przypominających raczej piekarnik. Wystrzał startera rozległ się o siódmej rano; maraton zaczęłam więc popołudniu. Na dystans składają się 2 pętle, z czego większa część prowadzi wzdłuż jeziora. Zero drzew. Mało cienia. Ludzie padają w tym ukropie niczym muchy. Kolejne kilometry mijają w akompaniamencie pozdrowień. Dalej trzeba pokonać piwną uliczkę, gdzie wzdłuż trasy ustawione są stoły i ławy, przy których kibice już od rana siedzą i sączą pienisty płyn. Wierz mi , naprawdę ciężko się oprzeć, by nie zatrzymać się w pół drogi i do nich dołączyć . Pierwszych 25 km pokonuję w niezłym tempie. Pech chce, że od 30 km kilometra noga robi mi się jak z drewna. Muszę zwolnić, ale ani przez chwilę nie wątpię, iż dotrę do końca. Pobocza huczą. Na żadnych innych zawodach nie proponowano mi na trasie tyle piwa. Na żadnych innych zawodach nie widziałam takiej ilości kibiców. Jakieś 2 km przed metą wita Cię las dłoni, które chcą „przybić piątkę”.

 

Nie jestem dobra w szacowaniu, a mentalność triathlonisty w dziwny sposób zaburza percepcje liczb i nie pozwala w pełni uświadomić sobie obliczonego wyniku. Tak naprawdę zrozumiałam go dopiero, gdy zobaczyłam przed sobą linię mety i zegar pokazujący 11 godzin 09 minut. Byłam oszołomiona. Wprawdzie nadal miałam kilka metrów do przebiegnięcia, ale ten wynik był lepszy od tego, który na początku zakładałam. Wrzawa wprost ogłuszała. Machałam, śmiałam się i płakałam.

 

Do linii mety dotarłam w czasie 11 godzin 10 minut i 05 sekund, co dało mi 17 miejsce w kategorii wiekowej. Rzuciłam się w objęcia rodziców i siostry, którzy oczekiwali na mnie na mecie. Mama wcisnęła mi w rękę polską flagę. A potem pojawili się rodzice Michała, Iza z Rafałem, którzy także dopingowali mnie oraz informowali na bieżąco o stracie do…Narzeczonego . To był wspaniały dzień! Wszystko wydawało się możliwe… Nie posiadałam się ze szczęścia. Moja radość nie trwała jednak długo. Na masażu spotkałam 50 – latkę, która sprała mi tyłek o jakieś 40 minut. Może to są owe maksymalne możliwości, o których pisał Trener. Mam jeszcze czas . A potem pojawił się Michał i była wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety… Jeszcze 3 tygodnie temu nie potrafiłam zrobić kroku, a co dopiero pokonać ponad 226 km. Dzielenie z kimś szczęścia jest wyjątkowym zwycięstwem. Takich momentów się po prostu nie zapomina:).

Impreza trwa do późna w nocy. Z pomostu wraz z rodziną i przyjaciółmi obserwujemy sztuczne ognie, delektując się upragnionym pienistym płynem. Trudno mi wyrazić, ile znaczyła dla mnie wtedy obecność najbliższych. To był bezsprzecznie wyjątkowy wyścig, także ze względu, że po raz pierwszy kibicowała mi moja siostra oraz stał się dobrą okazją do poznania naszych rodzin .

Po wyścigu wszyscy wybraliśmy się na wspólne wakacje, na których myślałam wyłącznie o… jedzeniu. Choć paradoksalnie łyżki udźwignąć nie potrafiłam, zupy pogryźć…

 

Jeśli ktoś założyłby się ze mną 2 lata temu, że ukończę dystans IM, zmieszczę się w limicie czasu, a przy tym pokonam kilku mężczyzn – spojrzałabym na niego z niedowierzaniem. Tak naprawdę nadal nie mieści mi się to w głowie . Te 1,5 roku było, jest i będzie moją największą przygodą. Za nami 18 miesięcy treningu. Czystej, bezkompromisowej, bolesnej harówki i presji na plecach ze strony Radia i Trenera rzecz jasna:). Dumna z nich jestem. Z nich i z siebie rzecz jasna, bo daliśmy radę )) Ten rok kończy się dla mnie jak w bajce. Było ciężko, naprawdę… ale na moim oknie wszystkimi kolorami tęczy żarzy się medal.

Nie udało by się to wszystko bez Was. Dlatego…

Szczególnie chciałabym podziękować rodzicom i siostrze za dzielenie ze mną wzlotów i upadków. Tylko Wy zdajecie sobie sprawę przez co przeszłam. A mama, która bała się, że się połamię w radiu, teraz już wie, że jestem jeszcze młoda!

Dziękuję Michałowi za każdy dzień, każdą różnicę i wszystkie podobieństwa, a najbardziej za wolność, cierpliwość i za przypomnienie, jak można spłakać się jak bóbr… Nie wiem jak tego dokonał, ale na mecie czekała na mnie największa niespodzianka…

 

There are no limits…
You need to dream… and then, do everything what you can, to make the dreams come truth.

To największe odkrycie jakiego kiedykolwiek dokonałam.
Chrissie – Thank You for that special present

Dziękuję Trenerowi za wiarę jaką pokładał we mnie. Za to, że pokazał mi, że granice naszych możliwości nie leżą tam gdzie nam się wydaje, poddając nas ciężkiej próbie w myśl zasady „im trudniej na poligonie tym łatwiej na wojnie.” Generał! Ukształtował nas i doszlifował. Pozwolił mi uwierzyć we własne siły i marzenia… Trenerze wiem, że bez Twojej pomocy, nigdy nie udało by nam się przetrwać.

Dziękuję kolegom z drużyny, za przyjaźń, serdeczne porady, inspiracje i pomoc, kiedy jej najbardziej potrzebowałam. Ten wspólny czas był dla mnie wyjątkowy.

Jestem ogromnie wdzięczna za podbudowujące i motywujące e-maile, smsy, wpisy na facebooku, za komentarze na blogu oraz kartkę z Olsztyna…Wasze wiadomości ze słowami otuchy, zagrzewały do walki każdego dnia.

Dziękuję Radiu Wrocław za pomysł, wsparcie i pomoc a najbardziej za to, że wskazało mi piękno tego sportu.

Dziękuję rehabilitantom- Arkowi, Alkowi i Maćkowi, wobec których mam niespłacalny dług wdzięczności .

Dziękuję Dolnośląskiemu Centrum Rowerowemu za wsparcie i pomoc techniczną.

Z drugiej strony, jak mogę spekulować o tym co przyniesie przyszłość, skoro teraźniejszość jest tak odmienna, od tego czego oczekiwałam w przeszłości. Włożyłam w ten projekt serce i duszę… mam przeczucie, że to nie koniec…

… a dzięki blogowi to wszystko nie umknie mi jak nie zapisany level w kolejnej grze.

fot. z trasy Małgorzata Łabuz, Rafał Sobolewski

Wypusc bol uszami

24 czerwca 2013

Jakiś czas nie pisałam, bo nie umiałam… Kontuzja nogi uniemożliwiająca bieganie skumulowała we mnie swoistą katatoniczność mózgu.

Tydzień po Czechmanie dopadł mnie pech. Po kilku dniach odpoczynku mieliśmy do zrealizowania trening łączony składający się z 3 km pływania, 60 km jazdy na rowerze i 30-45 minut biegu. Pływanie poszło mi nie najgorzej, ale podczas jazdy rowerem pojawił się ból w kolanie, który niepokojąco się nasilał. Bieg okazał się niemożliwy, tępy ból w łydce uaktywnił się niemal natychmiast. Noga spuchła i z każdym krokiem dawała o sobie znać. Diagnoza – uszkodzony aparat mięśniowo-ścięgnistyimage.

A skoro tak… to co mnie czeka podczas maratonu w Klagenfurcie? Gdy żąda się od ciała skrajnego wysiłku, każdy nawet najmniejszy uszczerbek na zdrowiu odzywa się ze zwielokrotnioną siłą. Na miesiąc przed startem musiałam zrezygnować z biegania w ogóle…

Chodząc po pokoju powtarzam w myślach listę pozytywnych stwierdzeń : „nie ma co się martwić. Wszystko będzie dobrze. Później będziesz się z tego śmiała. Nie ma się czego obawiać. Nie masz ataku serca. To tylko atak lęku, nie wyrządzi Ci krzywdy.” Przychodzą mi na myśl ludzie, którzy pokonują Niagarę w beczce. Podskakują spokojnie niczym gumowa kaczka, aż tu nagle woda robi się spieniona, beczką miota na wszystkie strony, a z oddali dobiega coraz głośniejszy huk. Wiem, co wtedy sobie myślą „jasny szlag, co ja sobie wyobrażałem!” Mam wrażenie, że i ja zaraz skoczę z wodospadu i zanurzę się w nieznanych wodach. Nawet jeśli udałoby mi się pokonać etap pływacki i wyjść z wody o własnych siłach, to czy mam jakieś szanse… Jak bardzo w takim stanie odczuję trudy wyścigu? Zwariowana karuzela uczuć.. W ślad za huśtawką fizycznego samopoczucia, nastrój zmienia mi się jak w kalejdoskopie. Michał, Trener i mój fizjoterapeuta wiedzą o czym mówię .

image 

Jeśli chodzi o pozostałe treningi, pływanie i jeżdżenie na rowerze, szło mi jako tako. Bieganie odpuściłam niemal zupełnie. Trener w trosce o mój dobry nastrój zaplanował 3 x w tygodniu 4 kilometrowe sesje w WO (wodach otwartych). A jeśli już o rozrywkach mowa, to do tej kategorii zaliczam wstrzymywanie oddechu dopóki nie straci się przytomności (oddech co 7 lub 9 cykli ruchu ramion) oraz 1-1,5 km pływania na czas .

Przyjemna wiadomość dotarła do nas z Dolnośląskiego Centrum Rowerowego. Po występie w Czechach, dzięki uprzejmości Pana Henryka Charuckiego, wypożyczyliśmy z Michałem rowery wyścigowe z prawdziwego zdarzenia- tzw. „czasówki”, na wyczynowych kołach! Co prawda nauczyłam się od Trenera, by nie przykładać dużej wagi do nowoczesnych technologii. Wyznaje on zasadę, że zbyt wielu ludzi zabiega o najdroższy, najbardziej aerodynamiczny sprzęt, zamiast o jego napęd. „Chcesz jechać szybciej? Pedałuj mocniej!” Mimo wszystko cieszyłam się, gdyż uroda nowej maszyny przesłoniła kontuzję. Przypuszczam, że gdyby wokół mnie zaczęło kręcić się bożyszcze na miarę George’a Clooneya, nie odwróciło by mojej uwagi od pięknej rzeźby. Jednym słowem popadłam w celibat . Umorusana od kurzu i potu, sapię przez miasto niczym stara ciężarówka, a rower typ idealny, ekologiczny! Oglądają się za takim na ulicy. Za mną nikt się nie ogląda, tylko czasem policja macha lizakiem .

image

image

image 

Prawie całe 2 tygodnie przygotowań spożytkowałam na naukę jazdy na nowym sprzęcie. Rower do jazdy indywidualnej na czas wymaga zupełnie innego ułożenia ciała. Treningi odbywały się niemal codziennie i obejmowały od 80 do 150 km, co znacznie ułatwiło szukanie nici porozumienia. To najszybszy rower, na jakim kiedykolwiek jeździłam! W dodatku zżarł mi całe zapasy czułości.

Niestety człowiek nie jest maszyną i nie zawsze jest tak, jakby się chciało… Nie zawsze idzie jak po sznurku, a narzekaniem nic nie zmienimy. Japoński pisarz Haruki Murakami,( autor książki pt: „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu“) ma poczucie humoru i jak sam pisze, „cierpienie jest wyborem“. Maciek przebiegł olimpijkę z rozwalonym obojczykiem i awansował tym do poziomu legendy .

Rzeczywiście jak się dobrze zastanowić, każda pasja męką jest podszyta. Ironman jest w równym stopniu walką mięśni i siły woli.

Po prostu… będzie bolało…:)

Moc atrakcji! (sprawdzian nr 3 i 4)

7 czerwca 2013

Powróciłam z Leszna i rozpakowując torbę stwierdziłam, że powiedzonko „Ratuj się kto może!“ doskonale oddaje charakter minionego dnia.

Bowiem wspólny start Leszczyńskiego Maratonu Rowerowego jest wyczynem na miarę etapu Tour de France czy Giro d’Italia!!! Dumnie, niczym arystokraci prowadziliśmy nasze maszyny z węgla i aluminium na linię startu. W powietrzu unosił się … testosteron…

Oj, coś mi się wydaje, że niedługo nastąpi w kraju wysyp samozwańczych ekspertów od dwóch kółek. Tych co to na przykład taktyki układają lepiej niż szefowie grup . W pierwszej kraksie uczestniczyło co najmniej kilkudziesięciu kolarzy, a plątanina zawodników i rowerów zajęła całą jezdnię. Musieliśmy omijać ich skacząc z rowerami przez przydrożny rów.

Jednak prawdziwym westernem okazały się pogonie za peletonem, a raczej tym co z niego zostawało. Na pewno wygrałam w kategorii najbardziej sapiąca w stawce! Po sprawdzeniu pulsometru wyszło, że w finałowej fazie sprintu miałam tętno zawałowe na poziomie 198! Wypatrywałam tylko biało – czerwonych koszulek „naszych”. „Kurcze..” – pomyślałem sobie w pewnej chwili gdy asfalt zaczął zlewać się z trawą – „umrę wpatrując się w polską flagę, jak prawdziwy bohater” .

Również finisz okazał się mocno brutalny… Ostrzegam – mężczyźni walczący o zwycięstwo z pianą na ustach, będą tratować się w wyścigu – to musi być walka o śmierć i życie. A może taki stosunek powinniśmy mieć do każdego wyzwania, którego się podejmujemy? W każdym razie nasza ekipa piłkarska powinna brać przykład.

Po zawodach krótki sms od Trenera „Gratuluję wygrania wyścigu!” To wystarczyło… aby zapomnieć o paru drobnych niedogodnościach .

Apogeum nastąpiło tydzień później w Czechach. Mieliśmy zmierzyć się tam na dystansie HalfIronman. Nawet teraz, gdy o tym piszę, oblewa mnie zimny pot…

Tuż przed startem, trzęsąc się z zimna, patrzyłam w niebo na stalowe, szare chmury i siąpiący z nich deszcz (12st. C). Jezioro było zimne i niespokojne (15,8 st. C). Wizja kąpieli w lodowatej wodzie była ponad moje siły. Organizatorzy zupełnie nieświadomi swych czynów, chyba upalili się marihuaną, wysyłając nas na ten mróz (z wyścigu, tuż przed startem, wycofało się 150 zawodników). Spojrzałam na Trenera… Nie zanosiło się na ułaskawienie… Deszcz padał i padał…

 

Kilka godzin wcześniej odstawiłam rzeczy do strefy zmian. Ustawiłam rower obok niewielkich czasowych jednośladów innych zawodniczek. Popatrzyłam na swojego Felcika i pomyślałam „mam nadzieję, że za kilka godzin nie będziesz tkwił tutaj samotnie”. Odkąd pamiętam zawsze panował tutaj rozgardiasz; ktoś robił zdjęcia, ktoś w ostatniej chwili sprawdzał stan techniczny jednośladu. Tym razem rozmokła łąka przypominała raczej pole ryżowe sprawiając wrażenie opustoszałej.

 

Cisza przed burzą…Start! Kompletny chaos.

 

Pierwsze 200 metrów powinno się płynąć bardzo szybko, na granicy możliwości, aby zająć sobie dogodną pozycję w jednej z grup. Ale tym razem musiałam pozwolić im odpłynąć. Nie mogę oddychać. „Ja się chyba tutaj utopię, gdzie są łodzie? Pewnie gdzieś tu są…” Człowiek ma prawo panikować. Płynę kraulem ratowniczym. „Czy ja mam wracać do brzegu? Nie, to byłby kompletny blamaż. Jestem w piance, to się przecież nie utopię. Tylko spokojnie. Oddychaj.” Obrót na plecy uratował mnie z opresji, ale skutkował problemem z nawigacją. Nadrobiłam dystansu. Na szczęście wszyscy płynęli trochę wolniej. Jakoś dowlekłam się do strefy zmian i zaliczyłam najdłuższe T1 w mojej krótkiej karierze.

 

Na rowerze było już zupełnie znośnie. Deszcz lał się strumieniami , wiatr rzucał nami na wszystkie strony, a moja kurtka przeciwdeszczowa przejęła funkcję żagla, co było niezbyt przydatne w jeździe pod wiatr, ale dawało nieoceniony komfort cieplny. Ponadto trasa ze względu na małe, ale ambitne podjazdy wcale nie była taka łatwa. Na pierwszej agrafce śmignął obok mnie znajomo wyglądający ludzki pocisk. Wprawdzie pływanie poszło mi lepiej od chłopaków, ale nadrobienie straty na rowerze nie zajęło im wiele czasu. Gdzieś na 35 km wyprzedził mnie Wojtek, a na 40 Mariusz. Później na drugiej pętli dogonił mnie Krystian. Najwyraźniej chłopaki mieli dobry dzień

Przebrnęłam przez strefę zmian i ruszyłam na trasę maratonu. Deszcz padał bezustannie, ale chyba wszyscy przestali się nim przejmować. Najbardziej Trener, który przez cały wyścig stał w strugach deszczu, obserwując i dopingując nasze zmagania. Mamy szczęście. Trener może wychować skuteczniej niż profesor zwyczajny błyszczący cytatami. Dlatego cudownie, gdy potrafi z nami po minach chodzić i sam nie robi obrażonej miny.

Ostatni etap z przełajową częścią trasy przypominał grzęzawisko .Podczas biegu wyglądaliśmy jak zombie w borowinie. Biedny chłopak przede mną, ugrzązł i zgubił w niej buta. Sama przyjemność!

 

A po wszystkim… sznurówki nie potrafiłam zawiązać

Jak tak dalej pójdzie, przy tej mocy atrakcji czy dożyję wieku emerytalnego? Bypassy nie są twarzowe. Czy szok może spowodować wypadnie włosów?

 

Oczywiście nie opuszcza mnie nadzieja na święty spokój, ale czy wszystko muszę mieć od razu? Tyle miesięcy na to czekam, to jeszcze trochę mogę poczekać. Przecież jestem jeszcze młoda!

Pierwotny charakter

25 maja 2013

Od narodzin Rat-u wprowadzony został kult prowadzenia dzienniczków treningowych i skrupulatne gromadzenie w nich danych. Analizujemy dystans, tempo, tętno ostatniego treningu. Zupełnie tak jakbyśmy wychodzili z założenia, że jeśli nasz dzienniczek będzie wypełniony wzorowo, występ na zawodach też będzie na medal …

Kiedyś „w poprzednim wcieleniu” uwielbiałam długie wycieczki rowerowe. Braliśmy bułki do plecaka, skrzykiwaliśmy znajomych i na rowerach przemierzaliśmy nieznane nam szlaki. Po wielu godzinach jazdy docieraliśmy do celu naszej podróży kompletnie wyczerpani, spoceni i głodni, ale szczęśliwi. Nie mieliśmy pojęcia jaki dystans pokonaliśmy, ile spaliliśmy kalorii, jakie mieliśmy maksymalne tętno. Nie mieliśmy pulsometrów, nie było żadnych pozycji w dzienniczku treningowym do odhaczenia. Bazowaliśmy na naszych odczuciach. Wszystko miało spontaniczny charakter, dokładnie taki jaki sport i przygoda mieć powinny. Stopniowo odkrywałam tam prawdziwą siebie.

Poznawałam ludzi szalonych, pełnych pasji. Razem przemierzaliśmy jabłkowe sady gór Kocich niejednokrotnie wracając do domu obładowani owocami poupychanymi w kieszeniach koszulek. Opychaliśmy się czereśniami tak soczystymi, iż powinno się je jeść tylko w wannie, jest się w soku po łokcie . Kiedy indziej z rowerami pod pachą przedzieraliśmy się przez gęsty las, usiłując ominąć strażników w drodze na Śnieżkę (wjazd rowerem na teren Karkonoskiego Parku Narodowego jest zabroniony)

.

Przemierzaliśmy różne pasma górskie. Z Borówkowej (http://www.borowa.gamasoft.pl/index.php?dx=102 ) zamiast na stronę Polską zjechaliśmy do Czech, co oczywiście wiązało się z ponowną mozolną wspinaczką prawie na sam szczyt. Innym razem zjeżdżając z Wielkiej Sowy zabłądziliśmy myląc szlaki. Przed spędzeniem nocy w lesie uratował nas sympatyczny tubylec w pikapie.

 

W Bieszczadach mieliśmy spotkanie oko w oko z Żubrem.

 

Przeprawialiśmy się przez rzekę. Brodziliśmy w błocie po kolana.

W strugach deszczu braliśmy udział w pielgrzymce rowerowej do Częstochowy

a czasem zabieraliśmy rowery trochę dalej…

 

Uwielbiałam wszystkie te wyprawy, które nieraz trochę nam się przedłużały. Chwilami nie było łatwo…

Sport stawał się dla mnie prawdziwym źródłem radości, siły, wytrwałości, zaradności i niezależności.

Właśnie w niedzielę, trener skazał co po niektórych na 480 minut tortur na siodełku rowerowym Wniebowzięci (?!)pomknęliśmy z Michałem na przełęcz Walimską przez Tąpadła, Świdnicę, Zagórze. Od rana klekotały bociany, ptaki przekrzykiwały się bezustannie, jakby nerwowo, przypominały wściekłych posłów w polskim sejmie. Rzepakowych pól zatrzęsienie. Obejrzeliśmy z Michałem fasady i ogródki wszystkich domków w mijanych wsiach, wdrapaliśmy się na kilkanaście górek (rowery powinny mieć możliwość napędu na 2 koła) i dojechaliśmy do centralnego punktu w Walimiu, czyli spożywczaka, sycąc głód Big Milkami. I wspięliśmy się na tą wielka góra, której końca nie było widać, choć tyłek bolał od sadystycznego siodełka . I znów śmialiśmy się, gdy któreś z nas padło trupem . Istne wariactwo. Ale najlepszy i tak był finisz na przełęcz. Michał jest już na tyle dobry, że ściganie z nim graniczy z cudem. Więc dłubie sobie w większości przypadków sama, podziwiając oddalającą się sylwetkę. A podziwiam tylko wtedy, gdy mam siłę podnieść głowę Taka praca tlenowa w górach.

 

Oczywiście, musimy traktować triathlon poważnie, a znajomość własnego organizmu jest bardzo ważna, ale czasem ważniejsza jest zdolność do czerpania radości z wiatru we włosach, do cieszenia się samą istotą uprawiania sportu . Chciałabym bardzo, by za lat kilka ruch sprawiał nam taką właśnie frajdę…

Diamenty i kamienie

10 maja 2013

W poniedziałkowy wieczór, po dość wyczerpującym weekendzie ( 4 km pływania, 280 km jazdy rowerem i ok 6 km biegu) i prawie 8 km biegu wczesnym rankiem trener zaordynował nam standardowy trening pływacki: 10x 200m, start co 3min 45sek z pullboyem – piankowym pływakiem między nogami. Tempo średnie, ale dla kogoś kto ma dość słabe ramiona i stara się to nadrobić pracą nóg, taki trening jest karą… Można by powiedzieć, że górna część ciała sprowadza się u mnie niemal wyłącznie do nadawania kierunku. W dodatku pullboy utrudnia mi rotacje tułowia, w związku z czym moje desperackie machanie rękoma pozbawione jest ekonomii.

Zazwyczaj było tak, że z trudem dawałam radę dotrwać do serii w wyznaczonym tempie, ale tego dnia byłam tak zmęczona, że już od początku nie mogłam utrzymać tempa draftu. Z biegiem czasu zaczęłam coraz bardziej odstawać od reszty. Jechałam na resztkach paliwa i z trudem łapałam oddech. Trener nie zostawił na mnie suchej nitki i kazał mi wyjść z basenu. Jego zdaniem dałam za wygraną.

Sprzeciw nie miał sensu… Kiedy jest się Trenerem, można mówić co się chce i nikt nawet nie zaprotestuje. Od wewnątrz trawiła mnie wściekłość. „Nie odpuszczam”- myślałam. „Po prostu dzisiaj nie potrafię płynąć tak szybko.”

Byłam skrajnie wyczerpana.

Wieloletni trener Chrissie Wellington (czterokrotnej mistrzyni świata w zawodach Ironman) powiedział jej kiedyś, gdy traciła wiarę w swoje możliwości, że niektóre treningi są jak diamenty, a inne jak kamienie, ale każdy z nich jest skałą budującą fundament formy. Przywołanie w myślach tego zdania pozwala mi od kilku dni cieszyć się treningiem nawet wtedy, gdy wszystko idzie jak po grudzie. „Dajesz, dziewczyno!”

„Jeśli nie umiesz latać, biegnij,

jeśli nie umiesz biec, idź,

jeśli nie umiesz iść, pełznij”

Martin Luther King

P.S. Swoją drogą gdyby Trener obiecał, że jeśli uda mi się poprawić dotychczasowy rekord ogoli sobie głowę na łyso… to dopiero byłaby nagroda!

Żądło Szerszenia-sprawdzian nr 2

7 maja 2013

Za wszystkie miłe słowa i energię kciukową DZIĘKUJĘ PO STOKROĆ !

Telepka i drżenie rąk przed zaśnięciem towarzyszyły mi na kilka dni przed startem. Nie pamiętam, abym przed jakimkolwiek innym wyścigiem tak się martwiła… Przecież 75 km to betka w porównaniu z IM. W dodatku okolice Trzebnicy są mi doskonale znane i przywołują wiele radosnych wspomnień… Śmiem twierdzić, że jeśli kochasz rower, trudno o lepsze miejsce do treningów niż góry Kocie. Tak naprawdę wszystko robiliśmy z myślą o wyścigach, powinnam zatem je kochać…

Na domiar złego zakwalifikowano mnie do 13 grupy, co jak niektórzy uważają przynosi pecha. Musicie wiedzieć, że w Żądle Szerszenia to, z kim trafisz do grupy, jest najważniejsze. Jeśli uda Ci się zakwalifikować do grupy z mocnymi kolarzami istnieje szansa, że przy dobrej współpracy osiągniesz znakomity wynik, lecz jeśli będziesz miał pecha skazany jesteś na samotną jazdę na czas. Niestety nie masz na to wpływu, gdyż wszystko podlega losowaniu. Bardzo chciałam, żeby los mnie jednak oszczędził i ów przesąd w moim wypadku się nie sprawdził

Już po wyjeździe z Trzebnicy mój mały peleton podzielił się na dwie grupki, a ja przyłączyłam się do tej szybszej ( ja po prostu tak mam, na treningach zawsze idę pełnym gazem goniąc Trenera i Michała, choć po kilkudziesięciu metrach nie będąc dość dobra, zwykle odpadam i większość drogi przejeżdżam sama, ale nie chcę się poddać ). Z całych sił chciałam utrzymać ich tempo. A jak fantazja Oli, to wiadomo – z grubej rury. Jak mam paść to padnę. Pierwsze kilometry jechało się wyśmienicie, dawałam krótkie zmiany, a potem zaczęły się kredki przed oczyma. Chwilami nogi piekły okropnie. Obrażone! Tymczasem chłopaki pędzili jak rakiety. Ze strachem sięgałam po bidon, nie mówiąc już o bardziej skomplikowanej czynności – odpakowaniu żelu. Za to z łatwością przychodziło mi połykanie różnych robaków. Mniej więcej w połowie wyścigu zawiesił mi się zegarek. Nie miałam pojęcia ile kilometrów zostało do końca, ani jaki mamy czas. Co prawda podczas zawodów nie zwracam na to większej uwagi, a wtedy trochę mnie to ucieszyło. Od tej pory głównym wyznacznikiem stały się dla mnie mijane krajobrazy i grupki kolarzy. Więc jechałam jak to ja – z fantazją

Tu baaaardzo dziękuję chłopakom (nieznanym kolarzom), którzy postanowili, iż cały dystans pokonają wraz ze mną. Chronili od wiatru, dopingowali i, co najważniejsze, nie użyli moczu w charakterze broni za co jestem im ogromnie wdzięczna (kto czytał książkę Chrissie Wellington „Bez ograniczeń”, ten wie co mam na myśli).

Po przekroczeniu linii mety nie mogłam uwierzyć własnym uszom. 1:51: 37??? To nie mogła być prawda. Co prawda chciałam pokonać kilku mężczyzn, ale rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Byłam wykończona, ale i zdumiona własnym osiągnięciem – tego nie było w planach…

Nawet Trener w trakcie rozmowy telefonicznej wydawał się zadowolony, choć założę się, że w równym stopniu z siebie, co ze mnie . W końcu sukces zawodnika jest też sukcesem trenera …ależ jestem mu wdzięczna, że nie kazał mi potem biegać .

Następnego dnia gdzieś w okolicach południa, rozłożona na kanapie, pochłaniałam michę domowych lodów owocowych i zastanawiałam się, czy jakikolwiek kolejny dzień przebije ten wczorajszy. Gdyby nie moja chęć nauczenia się jako staruszka po trzydziestce jakiegoś nowego sportu, nigdy by do tego nie doszło. I przypomniały mi się słowa Chrissie Wellington

„Widziane z oddali granice i przeszkody znikają, jeśli spróbuje się je pokonać.”

To niby takie odmładzające!

P. S. …swoją drogą nadal uważam, że Ewa mogła pojawić się pierwsza, a mężczyźni, którzy pisali Biblię, zmienili ten fakt w ostatniej chwili, żeby to oni mogli być pierwsi