Co dobre dla mamy-dobre dla dziecka :)

Dawno nic nie pisałam, dlatego obawiam się, że zdążyłam już zapomnieć, jak to się robi.. No nic, spróbuję..

Siadam, wypijam pięć kaw i w pierwszej kolejności dociera do mnie to, że od dwóch miesięcy nie miałam w głowie żadnej klarownej myśli…

Nasz synek budził się regularnie o 2:30 i 5:30 w nocy. Za każdym razem potrafił pić mleko przez godzinę. W tym czasie niejeden dorosły zjada posiłek z trzech dań i popija winem! Najgorsze było jednak to, że Stacho wstawał później radosny, wypoczęty i z nadzieją na pełen przygód dzień…

Zdumiewające jak szybko rodzic dostosowuje się do 20-godzinnego dnia i 4-godzinnej nocy;) Pomimo wszystko, po 4 tygodniach wyszłam z domu trenować. Początkowo był to basen, ćwiczenia na sali, siłownia. Dopiero później jazda na rowerze, a na samym końcu bieganie. Oczywiście nie były to treningi na wysokim poziomie. Bardziej chodziło o to, żeby się poruszać, odprężyć, ponieważ spokojna i zrelaksowana mama to przecież czysty zysk i dla taty i dla Stacha ;D. Tak więc spokojnie, z rozwagą wracam do gry. Tata Stacha zapewnia, że stanie na głowie by mi to umożliwić, a on zawsze dotrzymuje słowa. No chyba, że się na tą Konę dostanie…;)

Wróćmy jednak do czasów, kiedy spałam ile chciałam , gdzie chciałam i kiedy chciałam i co najważniejsze nie musiałam na każdym kroku wciągać BRZUCHA. Ponieważ ciąża była dla mnie jak dotąd jedyną okazją do życia z brzuchem, zaczęłam identyfikować się z osobami tęgimi.. Znalazłam się w ciele, którego absolutnie żaden magazyn kobiecy nie uznałby za idealne. Inni mężczyźni gapili się tylko na mój brzuch i żaden z nich nie tracił bodaj sekundy na kontemplacje mojej twarzy. Posiadałam 2 koszulki, w których nie wyglądałam jak parówka w osłonce. W III trymestrze mój brzuch spoczywał sobie wygodnie na moich udach. Zmienił mi się środek ciężkości i dziwnie podnosiłam nogi do góry. Dzięki Bogu za ćwiczenia mięśni pleców. Gdyby nie one mój lędźwiowy zwinąłby się na kształt śledzia. Kości miednicy  doświadczają magii hormonu relaxin – rozluźniają się powięzie spajające kości miednicy i coś pobolewa. To wszystko trzeba samemu na sobie wyczuć, na spokojnie i bez żadnej paniki.

Ciężko wtarabanić się na rower, bo brzuch ociera o uda. Nabrzmiałe piersi przy bieganiu bolą. Nie dopinam się w stanikach sprzed ciąży i na każdy dotyk reaguję czymś na podobieństwo “odruchu moro”. Zahaczam brzuchem o kuriera w windzie.  W autobusie czuję, że zajmuję już tyle miejsca stojąc, że napieram na plecak jakiegoś studenta i że może powinnam kupować dwa bilety. W końcu przecież podróżuję z człowiekiem przemycanym w brzuchu. W dodatku Stacho coraz częściej traktuje moją miednicę jak hamak, a pęcherz jak worek treningowy, nie wspominając o napadach głodu na miarę drapieżnej bestii!:)

Pomijając fakt, że przez kilka pierwszych tygodni byłam zajęta walką z mdłościami i wahaniem poziomu hormonów, było to dla mnie kilkanaście bardzo długich i dezorientujących dni. Bo gdy jest się aktywną sportowo kobietą, to słowa lekarza, że: „może Pani śmiało codziennie wychodzić na spacery” wywołują raczej frustrację zamiast radości…

Szczęśliwym trafem, dzięki przyjaciółce (crossfiterce, biegaczce i mamie dwóch dziewczyn), trafiłam do dr Krzysztofa Bielickiego. Doktor oprócz tego, że jest świetnym fachowcem, jest też biegaczem amatorem. Po badaniu i orzeczeniu, że wszystko z maleństwem jest w porządku powiedział: “Olimpia rób to co robiłaś! Pływaj, jeździ, biegaj i ruszaj się, dopóki będziesz mogła. Kontroluj przybieranie na wadze, zwiększ kaloryczność posiłków o 30% w stosunku do diety sprzed ciąży oraz zwróć uwagę na podaż NNKT. Położenie się teraz i nicnierobienie będzie krzywdzące dla Ciebie i dziecka.” Lekarz wyjaśnił, że w moim przypadku tak intensywne treningi nie szkodzą, ponieważ moje ciało jest do nich przyzwyczajone. Jednak nie można zapomnieć, że treningi w ciąży mają pomóc w utrzymaniu kondycji, a nie być sposobem na jej budowanie.

Rzeczywiście ćwiczenia sprawiały, że moje samopoczucie było coraz lepsze. Organizm sam podpowiadał na co mogę sobie pozwolić, więc dostosowywałam aktywność do swoich aktualnych możliwości. Bo jeśli myślisz ze ciąża to środek dopingujący jesteś w błędzie. Nie ważne jak bardzo się starasz, nie będziesz w stanie trenować z tą samą intensywnością. I żadna ambicja sportowa nic tutaj nie da, bo fizjologia broni malucha w brzuchu. To jednak nie miało dla mnie znaczenia, ale mimo wszystko nie spodziewałam się, że będzie mi to wychodziło tak dobrze. To był okres, w którym szczególnie wsłuchiwałam się w swoje zdrowie.

Mój tydzień wyglądał bardzo podobnie jak przed ciążą. 2x w tygodniu pływanie, 1x ćwiczenia siłowe, 3-4x jazda na rowerze, 2-4x bieganie, 1x joga. Jeden dzień w tygodniu bez względu na wszystko wolny.

Najgorzej szło mi bieganie. Choć czasami zdarzało mi się przebiec 21 km, to bezpieczną dla mnie granicą było 10-14 km. Jeżeli zdarzyło mi się przebiec więcej, następnego dnia czułam się bardzo zmęczona i nie byłam w stanie szybko się zregenerować. Musiałam też uważnie obserwować tętno, gdyż rosło ono o wiele szybciej niż przed ciążą. W 8 miesiącu biegałam już tylko dwa razy w tygodniu, aż do 37 tygodnia pokonując ok 8 km w spokojnym dla mnie tempie ok 6:00 min na km, ale raz w tygodniu obowiązkowo nordic walking po Ślęży.

image

Najlepiej czułam się w wodzie. Pewnie dlatego, że z każdym miesiącem poprawiała mi się wyporność ;). Do 9 miesiąca pływałam z grupą, czyli od 2800 do 3500 m. Ćwiczyłam też na siłowni wzmacniając mięśnie grzbietu i rąk, choć moja stabilizacja była bez wątpienia gorsza niż wsteczne parkowanie ciężarówką pod przekraczającym wszelkie normy wpływem alkoholu ;).

W 6 miesiącu uczestniczyłam w obozie w Szklarskiej Porębie. Tam trenowałam razem z innymi zawodnikami, co prawda nie wysilałam się tak, jak kiedyś, ale nie było też mowy o obijaniu. Jednego dnia urządziłam sobie marszobieg z Lądka Zdroju do Szklarskiej Poręby 😉

Jeśli chodzi o rower to do końca drugiego trymestru jeździłam na szosie. Zrezygnowałam jedynie z jazd w grupie. Obowiązkowo raz w tygodniu podjazdy w Wilkszynie, raz Wzgórza Trzebnickie i  trasa na Mietków. W czasie treningów rowerowych zamiast zwykłej porcji izotoników i batonów, zjadałam ogromną kanapkę i popijałam ją wodą z dodatkiem soku z cytryny. Od listopada przeniosłam się na spinning. Pilnowałam tylko, aby się nie przegrzać i dużo pić.

Ostatnie zajęcia odbyłam tydzień przed porodem. Jasne, w ostatnich dwóch tygodniach tej energii było już nieco mniej ;). Stałam się oficjalnie slooooooow, jednak ćwiczyłam do samego końca. Poza tym normalnie funkcjonowałam – robiłam zakupy, remontowałam mieszkanie…

Na szczęście poród za mną. Ostatecznie było trochę dymu – wszelkiego typu (Ironman w porównaniu z 4,1 kg Stacha to pryszcz, wiem co mówię :]), ale teraz cieszę się, że nasz synek jest zdrowy i jestem ciekawa jak sobie dam radę z nową fazą macierzyństwa. Wszystkie mądre książki mówią, że w ciągu 6-18 miesięcy powinnam wrócić do szczytowej formy :). Z moich obliczeń wynika, że to może być listopad – grudzień ;P . Nie jest to proste, ale wykonalne. W wolnej chwili już robię ranking najlepszych zawodów na 2016 r., zaczynam myśleć o planie treningowym „po” i kwestiach organizacyjnych, z jakimi przyjdzie mi się mierzyć. Ale o tym później.

Póki co gdzieś tam za ścianą śpi jakiś mały facet, który już ma z nami zostać, i bardzo trudno się przyzwyczaić do tej myśli 😉

Biegiem na narty!

W telewizji bieganie na nartach wydaje się proste, płynne, trywialne. Tytuły książek sugerują, że mogę się tego nauczyć w godzinę, w weekend ewentualnie.

Podobno naukę narciarstwa należy zacząć jak najwcześniej, nawet w wieku pięciu lat czy, powiedzmy, w szkole. Nie ma ani słowa o tym, co z wiekiem późniejszym. Powiedzmy po trzydziestce. Na szczęście jest napisane, że nigdy nie jest za późno.

W ogóle to lepiej nauczyć się biegania na nartach, a nie zjeżdżania. Jest tańsze  i mniej kontuzyjne. Narciarze rozwalają sobie kolana, snowboardziści łamią sobie nadgarstki. A biegówki wspomagają nasz układ krążeniowo-oddechowy jednocześnie oszczędzając układu kostno-stawowy. Ponadto angażują do pracy wszystkie mięśnie (97%!), łącznie z tymi od napinania twarzy, gdy jesteśmy już bardzo zmęczeni. Wygląda na to, że mogą stanowić doskonałe urozmaicenie zimowych treningów.

*** 

Dzięki pomocy Marcina i jego przyjaciół postanawiamy to sprawdzić odwiedzając mekkę nart biegowych – Jakuszyce. Do Orla docieramy wieczorem. Każdy ze sporym bagażem na plecach.

Akurat na… nocną jazdę 🙂 !

O zmroku niebo nad Izerami robi się bladoróżowe, potem szarzeje, a wraz z nim ciemność otula zimowy pejzaż. Termometr wskazuje –10°C. Kto ośmiela się o tej porze przypiąć biegówki, założyć czołówkę  i ruszyć w siną dal, musi lubić zimo.

Bo mróz szczypie w nos i uszy, a pęd powietrza wyciska z oczu łzy zamarzające na policzkach. Wilgoć oddechu osadza się na rzęsach, włosach, okalającym twarz kapturze i od razu zamienia się w szron, powodując, że przypominamy Eskimosów albo zdobywców bieguna północnego.

Wokoło panuje absolutna cisza, w której słuchać tylko świdrujący, metaliczny dźwięk kijka zabijanego w śnieg. Od czasu do czasu  zaskrzypią uginające się pod naporem śniegu konary drzew i zabulgocze woda w potoku.

Lepiej się nie zatrzymywać, bo wtedy zimno atakuje jeszcze dotkliwiej. Ale jak tu nie przystanąć, kiedy wokoło tak pięknie. Oblepione grubą warstwą śniegu świerki wyglądają jak dekoracja teatralna.

W tej scenerii, niczym w teatrze dla dzieci, pojawiają się co jakiś czas niemi aktorzy: pojedyncze skałki i skalne formacje, których nazwy sugerują czyją rolę grają: Krogulec, Kozi Grzbiet, Pelikan, Krowia Kopa, Kobyła….Trener…

Niektóre trasy mają bardzo intrygujące nazwy: Dzielne Klapki, Niematematyczna, Bez Łaski… Jest też trasa Justynki, nazwana na cześć Justyny Kowalczyk, której sukcesy przyczyniły się do wybuchu zdrowej mody na bieganie na nartach.

„Życie jest największą baśnią” – mawiał Andersen. Być może miał na myśli między innymi Izery pod koniec stycznia ;). Schronisko Orle wita wędrowców tysiącami lampek i świec płonących w każdym oknie.

Wieczorem czeka tu na nas jeszcze jedna atrakcja-sauna opalana drzewem i kąpiel w górskim strumyku oraz kubek gorącego wina !!! 🙂

***

W pogodny dzień z kursującej miedzy Szklarską a Harrachovem  kolejki wysypują się na Polanę Jakuszycką tłumy ludzi. Niektórzy biorą najpierw lekcje u instruktora, inni od razu ruszają na trasy narciarskie. Bo biegać każdy może. To sport łatwy, bezpieczny i integrujący.

W szkółce narciarskiej niestety wszyscy mają po siedem lat, choć jest jeden, zdaje się, z czwartej klasy. Cała grupa na początek ma iść na polanę, trzymając się za kijki, żeby się nie zgubić. Są jednak granice upokorzenia. Nie będę trzymała się kijka. Sama dam radę.

***

Do tego wszystkiego dochodzi nauka o smarach. Skąd mam wiedzieć, na litość boską, jakiego smaru potrzebuje i którą część nart posmarować. Smarowanie na poślizg, na odbicie, na zimno na gorąco. O właściwym doborze smaru decyduje tysiące rzeczy.

  •  temperatura powietrza
  • temperatura śniegu
  • rodzaj śniegu
  • transformacja śniegu
  • skład śniegu (czysty czy brudny np. zmieszany z igliwiem itp.)
  • wilgotność
  • nasłonecznienie trasy biegowej….

Nie sądziłam, że będę potrzebowała tyle matematyki. Usiłuję zastosować  wszystkie te skomplikowane manewry na sobie, ale wydaje mi się, że każde narty, które przypinam, z górki nabierają coraz większej prędkości i jazda nieuchronnie kończy się w zaspie. Natomiast jadąc pod górkę brakuje mi przyczepności i też się zsuwam.  Inni robią większe postępy lub ja mam pecha.. Cóż wole myśleć,  że mam gorzej od innych nasmarowane narty…

***

Izery nie są wysokie, ale ponieważ stoki są dość strome, opadające do głębokich dolin rzecznych, niektóre podejścia są męczące. A zjazdy przyprawiają wtedy o delikatny dreszcz emocji.

Drugiego dnia Marcin wybiera dla nas piękną trasę biegnąca przez most nad rzeką Izerą do leżącej już po czeskiej stronie wsi Jizerka. Leżące w korycie rzeki duże głazy przykryte czapami śniegu wyglądają jak białe balony unoszące się na wodzie.

Wartki nurt rzeki tylko częściowo zamarza, szumiąc nawet w najtęższy mróz. Za drewnianym mostkiem ścieżka robi się wąska i stroma. Pół godziny mozolnego wdrapywania się na górę i naszym oczom ukazują się drewniane chaty Jizerki zasypane po dach śniegiem.

Czesi po swojej stronie mają bogatą sieć świetnie utrzymanych tras biegowych. Spotykać tu można  sędziwych staruszków i czteroletnie dzieci. Singli i wielopokoleniowe rodziny. Ci, którzy mają lepszą kondycję, naprawdę biegają, reszta niespiesznie spaceruje na nartach po zasypanych śniegiem górach.

***

No dobrze – udało mi się zjechać, ale tylko kilkanaście metrów. Po tych kilkunastu metrach nabieram niezwykłej szybkości, z którą nie wiem, co począć. Podobno wystarczy obciążyć pięty oraz patrzeć przed siebie, a nie pod siebie i już – będę zjeżdżała. Niestety, nie zapewnia to zatrzymania się tam, gdzie się chce. Właściwie nie zapewnia zatrzymania się w ogóle. Poza tym plączą mi się narty i za każdym razem, kiedy chcę przyśpieszyć lub zmienić pozycję i kogoś wyprzedzić – wywalam się. Właściwie to jestem trochę sfrustrowana, wszyscy z mojej grupy już jeżdżą i zatrzymują się tam, gdzie chcą. Czemu akurat ja nie?

Wszystko to jednak sprawia, że z szacunkiem patrzę na tych, którzy jeżdżą.

*** 

Klimat srogi i trzeba mieć krzepę, by stawić mu czoła! Odkrywam jasne strony biegówek! To schroniska i chatki na trasie, które cenię, bo sama do nich dojechałam powolnymi krokami. Można się tam zatrzymać i siedzieć z widokiem na góry oraz jeść bogate żurki, gęste, że łyżka staje, grochówki, polane konfiturą i gęstą śmietaną knedle czy wielkie jak talerz kotlety schabowe. Ciasto czekoladowe też oczywiście – na moją zgubę – mają :). Są tam już wszyscy i rozumiem, czemu tak kochają bieganie na nartach. Później, niestety, trzeba stamtąd dobiec do auta. Ale pomyślę o tym później. Znacznie później :).

Z życia triathlonistów-jak zacząć trenować zimą cz. 3

Niedziela

5 godzin treningu zakończone kilkukrotnym zdobyciem Ślęży. Za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć jak mam na imię…

image

Wtorek

Dziwne, ale przestały mnie boleć mięśnie(!). Podczas Fartleku zaczęłam się nawet  rozglądać dookoła i potrafię wyliczyć szacunkową wartość ekwipunku mijanego biegacza, tylko nie zawsze mogę obejrzeć zegarek.
A na siłowni spróbowałam podwyższyć obciążenie do 30 kilo i dałam radę. Nie mam z kim podzielić się radością. Wszyscy dookoła podrzucają powyżej 50. Mają takie fajne rękawiczki, trochę podobne do rękawiczek do prowadzenia samochodu. Nieco jednak głupio pytać, do czego służą, choć na pewno by odpowiedzieli. Wszyscy są strasznie mili, dziś znowu podszedł jeden z tych podrzucających ponad sto, aby się przywitać. Potem poszedł podciągać się i żeby było ciężej, zawisł do góry nogami. Nie mogłam na to patrzeć.

image

Czwartek

Kupiłam sobie ciepłe spodnie kolarskie oraz zimowe ochraniacze na buty a także wełniane wkładki, które mają wspomóc zimowy trening triathlonisty. Zimowy trening rowerowy jest wspaniały! Wszystkie drzewa i krzaki iskrzą się diamentowymi soplami lodu. Świat wygląda bajecznie! Za nic nie chciałabym mieszkać na południu gdzie nigdy nie ma śniegu!

image

Znam się też nieźle na miksowaniu zapachów perfum oraz kuchni regionalnej. Konkretnie na gotowaniu zupy rybnej. Wyrecytowałbym przepis z zamkniętymi oczami. Codziennie rano leci ten sam program, kiedy jeżdżę na trenażerze. Lecą też programy informacyjne, ale jest na tyle głośno, więc wiem tyle, że coś gdzieś wybuchło.

🙂

***

 

DREAM IT, WISH IT, DO IT

Nieraz już sprawdziłam na sobie, że warto robić noworoczną listę życzeń, nawet z opóźnieniem i nawet tych, które wydają się nam absurdalne.

image

Moja historia jest opowieścią o sportowcu z przypadku. Triathlon  to był wybryk. Kiedyś zupełnie spontanicznie umieściłam na swojej liście Ironmana … Uśmiechnęłam się wtedy, bo wydało mi się to zwariowane i niemożliwe.

Rzeczywiście, łatwo nie było. Bywały dni konia i takie, gdy nogi od pierwszego kroku odmawiały posłuszeństwa. Często lądowałam w malinach 😉  Jedno się tylko nie zmieniało, zawsze trzeba było walczyć. Po półtorej roku ze zdumieniem odkryłam, że to kompletnie irracjonalne pragnienie jednak spełniłam.

Od tego czasu wiem, że nie warto się ograniczać ani bać szalonych z pozoru pomysłów. Podobno jeśli nazwie się swoje pragnienia, już w tym momencie rozpoczyna się proces ich urzeczywistniania :).

Ten rok będzie dla mnie inny niż poprzednie.  Bez wielkiej presji, z uśmiechem na ustach. Mamy bardzo mądrego Trenera i przez to dużo sportowego szczęścia. Aha…

I wcale nie uważam, że będzie to czas bezmedalowy… 😉 Wręcz przeciwnie. Walczymy! 🙂

Zostawiam miejsce na Wasze pragnienia, życząc abyście w nie uwierzyli, a wtedy na pewno się spełnią. Bo, jesteśmy zdolni do rzeczy , o których nam się nie śniło :).

1.

2.

3.

4.

5,

Z życia triathlonistów – jak zacząć trenować zimą cz. 2

Czwartek

Mam jeszcze więcej mięśni, niż uczyli mnie na studiach.

Poza tym jest coś gorszego niż Fartlek. Tym czymś są wieczorne spotykania GT RAT, przy Wzgórzu Andersa, w celu ćwiczenia podbiegów. Znacznie lepiej idą mi zbiegi. Rozglądam się dookoła i stwierdzam, że co prawda obok ćwiczy mnóstwo umięśnionych mężczyzn wyglądających jak nie ja, ale jest też mnóstwo kobiet wyglądających jak ja, ale one tak strasznie nie dyszą i nie wyglądają, jakby umierały.

Na koniec 4 przebieżki. Trener chyba dostrzegł cień powątpiewania w moich oczach. Może rzeczywiście podciągnęłam formę, bo zrobiłam wszystkie, kiedy Trener stał obok. Potem na szczęście poszłam do auta i nie widział, jak przywaliłam nosem w ziemię dysząc okropnie. W końcu jednak wstałam.

Piątek

Każde słowo ma swoje znaczenie, ale nie takie jak ci się zdaje. Przebieżka to nie  sprint. Nie przekraczać 3 min/km. Zapisałam to również w smartfonie. Tymczasem w planie znowu bieganie. Na szczęście okazuje się, że na początku wystarczy, bym biegała kilometr szybko, kilometr wolno – i tak 5 razy. Czyli około godziny.

Poza tym stwierdzam, że mogło być gorzej… bo kiedy wieczorem liczę kafle w basenie, co jest trochę nudne, myślę sobie o Michaelu Phelpsie, że jak on się musi nudzić w basenie pływając tylko od ściany do ściany. Tylko trochę mnie to pociesza, bo dlatego nie zostałam pływaczką, a triathlonistką. Ale cieszę się , że ten basen nie jest codziennie. Albo co gorsza 2 razy dziennie.

Sobota

W planie treningowym zapisano długie wyjeżdżenie. Nic nie jest jednak tak proste jakby się mogło wydawać. Michał jest fanem liczb. Najbardziej w tym całym trenowaniu podoba mu się to, że na Stravie będzie mógł zdobywać kolejne KOM-y, automatycznie informujące niektórych znajomych, w ile przebiegł czy przejechał. Nie muszą wiedzieć, ile z tego przeszedł… Wie, gdzie, ile i o której przebiegają wszyscy jego znajomi – to znaczy ci, którzy kochają sport i uważają innych- niesportowych za dziwny gatunek. Zdarza mu się spędzać naprawdę mnóstwo czasu na wymyślaniu nowych tras.

Tylko gdzie moglibyśmy pojechać?- zastanawia się z poważną miną analizując od dwóch kwadransów google maps.

To ważne, bo skoro wszyscy się dowiedzą, którędy jeździliśmy, nie powinno to być coś przypadkowego. Dlatego zrezygnował z jazdy oklepaną drogą. Ona prowadzi do wioski Samotwór w której to znajduje się pałac Alexandrów założony w 1776. Poza tym nie wyszłaby z tego ładna pętla. Lepsza jest Sobótka, ale i dalsza. Chyba, że dojechałbym do niej samochodem. Jeszcze to przemyślę…

Z życia triathlonistów- jak zacząć trenować zimą cz. 1

Po nocy przychodzi dzień, po próbach odchudzenia się i zaoszczędzenia przychodzi refleksja, że to się po prostu uda, że skoro nie zrobiłam TRX przedwczoraj, obiecując sobie, że zrobię go wczoraj, a wczoraj też mi coś wypadło, tak jak i wypadnie dzisiaj, jutro zaś nie będzie lepiej – zima to czas nauki. Koncertowo więc obrywam po tyłku…

Poniedziałek

Wolny!  …ale głównie chce  mi się spać, jeść albo pić. Nic poza tym.

Wtorek

Trener zarządził Fartlek,  w wolnym tłumaczeniu “zabawę prędkością”. Znam bardzo dobrze definicję zabawy, ale nijak nie pasuje mi to do tego o czym czytam w swoim planie treningowym,  tutaj okazuje się, że w fartlek-u trzeba wykonać kilka mocnych akcentów biegowych, najlepiej w terenie, najlepiej pofałdowanym, a “odpoczynek” powinien być tylko zwolnieniem. Oczywiście im bardziej zwolnię tym lepiej wypocznę. Ale tu nie chodzi o zupełne zwolnienie… Biegnę sobie więc do Lasku Osobowickiego. Liście są piękne. Czerwone, żółte, brązowe… czy mogę wziąć kilka do wazonu(?) Po kwadransie widzę, że robią się jakieś – sine.  Do domu czołgam się resztkami sił. Ale przynajmniej wiem, w co gramy. Trener pyta, czy obciążenie nie było zbyt duże. Zapewniam go, że to wszystko wcale nie jest męczące. Pewnych spraw lepiej nie tłumaczyć.

Wieczorem siłownia. Nie boję się nieznanych maszyn. Mam swojego Trenera, który sprawdzi, jak sobie radzę i zaproponuje program ćwiczeń. Bardzo się cieszy, kiedy uda mi się wykonać jakieś ćwiczenie, więc ja też się cieszę. Na jednej z maszyn ustawił mi 10 kilo obciążenia. Obruszyłam się, tyle to ważą zakupy w supermarkecie. Po 30 podniesieniach właściwie uważam, że 10 kilo to jest coś, choć nadal nie lubię myśleć o sobie jako o kimś, kto podnosi kilka razy zakupy. Wolę widzieć się jako kogoś, kto podniósł 300 kilo.

Na szczęście na innych maszynach daję radę podnieść 20 kilo i to brzmi lepiej.

Środa

Wszystko mnie boli. Mam miliony mięśni, o których nie wiedziałam. Tymczasem dostaję od Trenera nowe zadania do wykonania na rowerze MTB – całe sześć linijek drobnym maczkiem. Po kilku minutach udaje mi się je jakoś zapamiętać. Na dworze mróz. Jadę zgodnie z planem. Powietrze ma kolce, wiatr wymierza policzki.  Po dwóch godzinach tracę czucie w stopach. W drodze powrotnej zapominam o rozpisce tylko rozważam kupno specjalnych butów rowerowych na zimę. Potem w domu usiłuję wytłumaczyć Michałowi, czemu ich cena jest specjalna, ale nie przekonuję nawet siebie.
Chyba jakoś się przemęczę.

Wieczorem pływanie. Daję się wyprzedzać…

Cdn. 😉

Z życia triathlonistów – dieta

Mój mąż doszedł do wniosku, że skoro udało mu się tyle rzeczy: skonstruował stojaki na rowery, nauczył się regulować przerzutki, wymieniać linki, dostał się na Swissmana  a nawet pomalował pokój – to dałoby się też przejść na dietę i stracić kilogram lub dwa, choć właściwie to tak naprawdę tego nie potrzebuję.

– Bądź trzy, cztery – zaproponowałam.

– Czyżbym miał z czego – zainteresował się?

– Nie, ale jednak trzy, cztery. Cztery – odparłam, myśląc, że to żart.

Przecież on jest facetem(!) Właściwie to przed założeniem RAT-u  nie znałam żadnego odchudzającego się mężczyzny, zaś jeśli chodzi o kobiety, to wiadomo – że wszystkie. Teraz jest na odwrót. Rozmowy w damskiej szatni nigdy nie dotyczą odchudzania, a raczej nagród po ciężkim treningu w postaci paczków czy rurek z kremem.Kiedy spotykam się z  kolegami z grupy, jeden opowiada, że zjada kalafiora, a inny mu na to, że on jednak stawia na błonnik, po czym rozmawiają o tym pół godziny. Wśród kobiet triathlonistek to jednak niemożliwe.

To dietowanie Michała ma nieoczekiwane konsekwencje… Faceci w pracy głównie się z niego śmieją lub opowiadają, że oni pakują. Natomiast kobiety, mam wrażenie, go adorują… Okazuje się, że każda marzy, by jej facet schudł na diecie, ale żadnemu się nie chce. Nie rozumiem kobiet – on staje na wadze 50 razy dziennie, je mniej ode mnie i jest nie do zniesienia(!)


Najpierw spokojnie tłumaczę Michałowi, że musi  spać osiem godzin. Jeśli będzie bezsenny, będzie w nim rósł hormon głodu. Właściwie gdyby spał jeszcze dłużej, mógłby w ogóle schudnąć w łóżku. Próbuję też wyjaśniać, że być może, jeśli się ćwiczy, udałoby mu się schudnąć nawet bez diety, ale tego, zdaje się, mój mąż nie dostrzega. Zdaje się, że przez tą głodówkę nie myśli racjonalnie. W akcie desperacji odkrywam pewne urządzenie, które pozwoli mu zlikwidować nawet pięć kilogramów, i to właściwie bezwysiłkowo. To pas, który zakłada się na brzuch, zaciska mocno i włącza. Zaledwie 59 złotych z bateryjką i będzie sobie wibrował, a ja będę mogła zgodnie z instrukcją cieszyć się życiem i wykonywać normalne czynności domowe. Kiedy o tym opowiadam Michał patrzy na mnie w dość osobliwy sposób…

Po diecie schudł, ale oczywiście niewystarczająco(!) Wiem, bo założył dzienniczek. Chodzi zły…

Może powinienem zmienić dietę? – odparł.  Potem przez godzinę rozmawiał z przyjacielem o tym, czy zamiana jagód na maliny przy tych naleśnikach mogła wpłynąć na wyniki  😉

Uroki sal gimnastycznych

Przygotowując się do IM nie mogliśmy sobie na to pozwolić, ale gdy tylko nadarzyła się okazja nie zastanawialiśmy się ani przez chwilę…

Do tej pory sale gimnastyczne, ze skrzypiącą klepką, przywodziły mi na myśl lata dziewięćdziesiąte. W mojej podstawówce, kilka razy w roku, stanowiły taneczny parkiet szkolnych dyskotek. Ubrania i torebki wieszało się na drabinkach do ćwiczeń. Pod ścianami stały ławeczki, na których siadywaliśmy po odtańczeniu morderczych twistów czy innych pląsów. Szczęśliwcy gasili pragnienie oranżadą, a nie jakimś izotonikiem. Aż tu nagle bęc, trzęsienie ziemi…

 

W XXI wieku zamiast podskakiwać z rękoma wyprostowanymi wzdłuż tułowia w rytm wspaniałych przebojów Lady Pank czy Perfekt, przeskakujemy przez rząd ławeczek w rytm regularnych krzyków trenera. „Nie ociągać się, dać z siebie wszystko! Dla odpoczynku 5 pompek!!!” – twardziel typu „żadnych jeńców” szczerzy kły i udaje, że rzucanie się na ziemię, robienie pompek, ćwiczenia przy drabinkach, przeskoki przez skrzynie, pilates i rozciąganie to nie żaden trening, tylko zabawa po pachy… Swojski chłopak, typ wojskowy. Po godzinie i 155(!) odpoczynkowych pompkach, serce wali mi jak młotem, ręce zdrętwiały, a kolana odmówiły posłuszeństwa. Ledwo dotarłam do domu i nawet gdyby sama Królowa Elżbieta podała mi pieczeń jagnięcą, zobaczyłaby wyraz tetmajerowskiego znużenia na mojej twarzy.

Ludzie mówią, że triathlon to sport zdrowy, rozwijający wszystkie partie mięśni, zapewniający spokój i relaks! Jęknę tylko – jedno jest pewne, po tylu gimnastycznych piruetach mogę spać spokojnie, nie martwiąc się o kontuzje mimo, iż listopad obfitował w całą masą jednostek treningowych

P.S. Czy wymyślono jakieś motywujące urządzenie? Prócz pejcza?… Grupa! :).