Wysoki poziom radości.

Na obozie byłam raz. W wieku 8 lat- nie wiem czy to dobrze świadczy o moich rodzicach. W roli deptaka ścieżka nad jezioro, w roli stadionu klepisko z słupkami markującymi bramki, w roli zrównoważonej diety chleb z dżemem i krówki ciągutki. W baraku spało 40 dziewcząt, niczym w szpitalu polowym. Obok, w murowańcu mieszkali chłopaki. W nocy atakowali nas szyszkami niczym partyzanci uzbrojeni w granaty. Z „kłodami” rzucanymi pod nogi uczyłam się samodzielności. Odpowiedzialność była zbiorowa. Z tego powodu wszyscy ponosiliśmy kary – w środku nocy w piżamach kazano nam biegać 50 razy wokół boiska  albo na kilkanaście minut zastygać bez ruchu w pozycji krzesełka pod ścianą. Aby uniknąć śmierci  szybko nauczyłam się do czego służy prezerwatywa.  Jak napełnić gumkę wodą , zrobić z niej balonik , a następnie z hukiem rozbić go nad głową kolegi. Choć  wtedy w Polsce  nie stosowano wychowania seksualnego, to wystarczył jeden pobyt na obozie i wszystko wiedziałam – przynajmniej teoretycznie ;). Codziennie srogi trener pływania, z owłosionymi plecami i w obcisłych kąpielówkach w kratę płynął łódką, a my za nim ledwo przebieraliśmy nogami. O zabawie  w wodzie  albo obijaniu się po kątach nie było mowy. Chwila nieuwagi i skończyłabym jak Ofelia. O okularkach  nawet nie marzyliśmy…

Po tej obozowej treserce  mój klub pływacki upadł a czar pływania nieco osłabł. W liceum nie było żadnych rozgrywek. Wprost przeciwnie, dziewczęta walczyły głównie o zwolnienie z W_F-u.

I o zgrozo(!) po tych wszystkich latach znów jadę na obóz, gdzie za własne pieniądze poczuję się jak stara babcia  na rehabilitacji  korzonków w Konstancinie! Co jednak począć, gdy w czasach kultu ciała, pracę fizyczną ceni się wyżej niż umysłową…

Szklarska Poręba
Dzień 1

Trening pływacki zaczynaliśmy, kiedy cały hotel pogrążony był jeszcze we śnie, a księżyc rozświetlał gwieździste niebo nad górami. Wschód słońca wita nas w wodzie, a widok z okien oszałamia urodą. Nic dziwnego. Bornit to najwyżej położony hotel w Szklarskiej Porębie, a z pływalni i niemal każdego apartamentu, rozciąga się rozległa panorama na otaczające go Karkonosze. Nad krajobrazem dominuje Szrenica. Otulona drzewami zmienia swe kolory w zależności od pory roku.  Jesienią staje się rudo-brązowa za sprawą lasów, pełnych buków i starych  świerków. Tuż pod jej zboczem rozłożyły się dziesiątki czerwonych dachów Szklarskiej Poręby.

Miedzy zajęciami śniadanie i chwila relaksu na tarasie…

image

Następnie trening crossowy po lesie z elementami techniki, rozciąganiem i o dziwo biegu na orientację ;). Słońce przygrzewa coraz mocniej promienie przenikają między pnie drzew. Świerki, sosny roztaczają intensywny zapach żywicy. Dochodzę do wniosku, że najpiękniejsza jesień jest w górach! Wtedy gdy rosnące na zboczach drzewa zaczynają mienić się niezliczonymi odcieniami żółci, brązów, pomarańczy. Takie widoki w ciepłych promieniach słońca zapamiętuje się na długo.

image

Po lunchu czas na rower. Z miejsca w którym mieszkamy niedaleko do granicy z Czechami gdzie Izery spotykają się z Karkonoszami. Powoli wdrapujemy się coraz wyżej i wyżej w kierunku Jakuszyc, szybko mijamy polanę i zjeżdżamy do Harrachova,  aby znów rozpocząć mozolną wspinaczkę w górę. Nagle naszym oczom  ukazuje się jedno z najpiękniejszych miejsc, leżące w samym sercu  Gór Izerskich. Drewniane chaty Jizerki to najwyżej (862 m n.p.m) położona osada na terenie Czech. W drodze powrotnej czeka nas kilka wymagających, szybkich zjazdów. Zimno atakuje bardzo dotkliwie, ale wokół tak pięknie. Rudo-brązowe lasy wyglądają jak dekoracja teatralna. Nikt z nas nie ma wątpliwości – to rowerowe eldorado!

Wieczorem po obfitej kolacji jedni leczą obolałe mięśnie w saunie, inni popijają złocisty trunek odpoczywając w hotelowym barze. Nikomu nie przychodzą do głowy imprezki. Sami przykładni rodzice, synowie i córki ;).

Dzień 2

To już 3 zajęcia basenowe w ciągu ostatnich 3 dni. Uff nie ma lekko… Po obfitym śniadaniu i chwili odpoczynku, pokaźnym peletonem przemierzamy drogę do Świeradowa Zdroju. Szybkość, tęczowy blask przemykających koszulek, szelest kół przypominający buczenie w pszczelim ulu oczarowuje mnie po raz kolejny. Jesienią jest tu najspokojniej. Zakręt śmierci z widokiem zapierającym dech w piersi . Doskonale gładki asfalt, a potem gorąca kawa na hotelowym tarasie. Październik to czas wprowadzenia do treningu. Dla kogoś takiego jak ja oznacza to konsekwentne spowolnienie kroku. Koniec biegu na maksa przy którym pieką płuca . Koniec ze ściganiem się na podjazdach gór wokół Szklarskiej Poręby. Przy biegu i na rowerze tętno nigdy nie powinno przekroczyć dolnych stref. I tak każdego dnia. Trener kilka razy powtarzał, że do odnowy potrzeba wielkiej dyscypliny. Tutaj zrozumiałam co miał na myśli 🙂

image

Ostatnim elementem zgrupowania miał być marszobieg. Hotel Bornit leży tylko kilka kilometrów od schroniska na Szrenicy i chyba właśnie dlatego to miejsce stało się naszym treningowym celem. Szrenica zazwyczaj chowa się za woalką chmur tym razem jednak nic nie ograniczało widoczności.  W schronisku czekały na nas drewniane stoły, domowe jedzenie i rozgrzewające „herbaty”. Wniosek nasuwa się jeden po mozolnej wspinaczce i osiągnięciu szczytu poziom radości okazuje się wprost proporcjonalny do pokonanej wysokości. Pokochałam to!

image

Z tego obozu nie przywiozłam wszy ani traumatycznych wspomnień a radość z uprawiania triathlonu w barwach GT RAT wcale nie prysła. Każdy mężczyzna mógł poczuć się tu co najmniej jak Raelert albo Macca. Kobiety weszły w skórę Chrissie Wellington. Pojęłam, że cierpiąc katusze można marzyć o zimnym żywcu w zmrożonym kuflu. Zrozumiałam,  że łóżko jest najważniejsze. Los rzucił mnie wewnątrz szczęśliwej konstelacji wybitnych ludzi, do których o każdej porze dnia mogę zwrócić się z pytaniem czym się różni netto od brutto, na co warto iść do kina, co warto przeczytać albo podadzą przepis na ciasto z fasoli … Wszyscy oni są genialni, a ja niczym wampirka żywię się ich energią :).

Do zobaczenia na kolejnym obozie 😉

Foto:
Michał Kuczyński

Blog sentymentalny

Ostatnie dni wakacji spędziłam w domu na wsi. Jeszcze mam w ciele wspomnienie harmonii, stawu, pól i lasów, które widać z okna. Niski poziom lęku przed glutenem i brak większego zainteresowania kaszą jaglaną. Jedzenie ziemniaków. Jajka z solą. Szukanie grzybów w lesie. Grzebanie rękami w ziemi. Wracanie do pierwotnych sensów rzeczy. Nabrałam ostatecznego przekonania, ze kilka koszulek, spodnie od dresu, bluza z kapturem i adidasy – to wszystko, czego trzeba kobiecie, żeby czuła się zadbana, i ze wcale nie musi się malować. Regeneracja!

Codziennie rano siadałam sobie przed domem z kubkiem kawy i słuchając koguta patrzyłam na świat, który się budzi do życia. Rozmyślałam sobie o tym jak wiele w tym roku udało się zrobić. Oczywiście wiele zrąbałam tak, że aż przykro myśleć. Miałam wielkie szczęście do Dobrych Ludzi. Na jednych polach jestem spełniona, inne wciąż pozostają do zdobycia. Jaki to był sezon? Szalony i pełen niespodzianek.

Było szczęście.

Były łzy.

Ból.

Euforia.

Podskoki.

Czołganie się. 

Morze endorfin.

Ale bywało też bardzo, bardzo gorzko. Kompletnego strajku głowy w ogóle nie przewidziałam. Na szczęście po drodze okazało się, że marzenia się spełniają i … że jest to aż przerażające 😉 (…za dwa lata olimpiada…:D)

Zaczęło się zimą w garażu, który nazwaliśmy podziemnym “bunkrem”.  Stoi w nim tylko trenażer i rolka. Nie ma tam okien, a my codziennie motywowaliśmy się do walki za pomocą filmów o tematyce wojennej. “Szeregowiec Ryan”,  “O jeden most za daleko”, “Leningrad”, “Okręt” , “Braterstwo broni" czy seriali "Kompania braci”,  “Pacyfik”…  po czym godzinami pedałowaliśmy w miejscu dysząc i harcząc. Nie powiem, żebym nie brała sobie tego do serca. Za każdym razem, gdy wybuchał granat  i akcja nabierała rozpędu z impetem lądowałam na betonowej podłodze naszego bunkra. Cóż moja wyobraźnia była, delikatnie mówiąc, przeinwestowana ;).

Byłam też bardzo nikczemna i któregoś dnia przejechałam 20 km na zaciśniętym hamulcu. Kiedy w końcu zorientowałam się, że niska średnia to nie wina silnego wiatru tylko szczyt głupoty – omal nie pękłam ze śmiechu. Dawno nie byłam tak zdruzgotana sobą 😉 .

W międzyczasie uczestniczyłam w upadlających ćwiczeniach sprawnościowych. “Padnij, powstań, padnij, powstań!” Albo zastygałam w bezruchu , w pozycji miedzy siedzeniem a staniem, co dla mnie było wyczynem rzędu napisania symfonii czy sterowania statkiem kosmicznym. Drabinki śmierdzące znojem i potem w szopie rodem z kombatanckich wspomnień Jerzego Janowicza. Dzielnica pubów , lombardów i monopolowych. I tam nasza ceglana hala. Na podłodze stary parkiet, WC bez zamka, o saunie czy masażu nikt tu nie słyszał. Ani o różowiutkich karimatach. “Tylek trzymaj, a nie szuraj nim po ziemi i nosem ziemie wąchaj!”- krzyczał Kuba – nasz Trener.

Mimo wszystko rok skończył się obiecująco – W Biegu Sylwestrowym w Trzebnicy stanęliśmy z Michałem na drugim miejscy podiom w klasyfikacji małżeństw … lekcja na przyszłość… albo Michał zacznie szybciej biegać , albo wymienię go na szybszy model .

Pamiętam jak Trener z  kamerą przyklejoną do miotły nakręcił mój pokraczny kraul, a następnie kazał ten film (horror) obejrzeć. Wydawało mi się, ze po 4 godzinach ćwiczeń zrobiłam postęp, ale okazało się, że nadal pływam jak czołg. Mało to kobieca pozycja.

Pamiętam jak ostatniego dnia obozu w Szklarskiej Porębie z powodu bólu biodra musiałam zostać w pokoju, podczas gdy wszyscy inni poszli na trening. Wracając do domu byłam tak wściekła, że kazałam Michałowi wysadzić się pod Sobotką. Było wtedy okropnie zimno i wietrznie. Zabrałam rower i kilkukrotnie pokonywałam podjazd na Tąpadła. Zmordowałam się do upadłego za każdym razem starając się pobić swoja życiówkę na tym odcinku. Niestety… im bardziej się starałam, tym stawałam się wolniejsza …jakie to ironiczne.

Potem były  kilogramy zjedzonych czekolad… Setki obgryzionych paznokci… Aż pewnego ranka wszystko się zmieniło, dzięki koledze, który podczas jednej z wypraw rowerowych postanowił połknąć pszczołę.  Nic mu się nie stało, a dla nas było jasne – “prawdziwi triathloniści nie jedzą miodu. Oni żują pszczoły!”  No i trzeba było wziąć się w garść czyli “nowy ogień z dupy” po prostu! 😉

Doskonale pamiętam pierwszy start sezonu. Imprezę z cyklu Volvo Triathlon Series w Brodnicy (½ IM). Początkowo chciałam powalczyć tam w klasyfikacji generalnej (trzy wyścigi rozgrywane na dystansie 1/2IM w Brodnicy, Chodzieży i Mrągowie),  tymczasem mimo woli znalazłam się w oku cyklonu. Jakaś walka o honor była. Prowokacje. Taktyki. Zamieszanie. A mi najprościej na świecie nie chciało się w tym wszystkim uczestniczyć. Sport to sport. Stajesz na starcie, dajesz z siebie wszystko, zdychasz na mecie targany przez torsje, ale za chwilę marzysz już o kolejnym :).  Po co te wszystkie gierki? Byłam kulawa. Po schodach chodzić nie potrafiłam. Truchtanie było szczytem marzeń, ale dałam radę. Byłam druga, mimo iż w strefie zmian wybuchła mi opona. Chłopaki z AIRBIKE świadczący techniczne wsparcie na tych zawodach  spisali się znakomicie!!! Za co mam u nich niespłacalny dług wdzięczności ;).

Tymczasem dostałam się do Triathlonu Karkonoskiego i to było najpiękniejsze przeżycie, jakiego doznałam w całej mojej triathlonowej biografii.Znacie te charakterystyczne momenty, kiedy trzymacie się histerycznie jakiejś chwili, nie chcąc wypuścić jej w przeszłość? Chcecie sobie ją nagrać, zabrać, puszczać w kółko, nieważne, że wasz magnetofon lada chwila zamieni się w dynię, kaseta w kalarepę, a wasza szpanerska koszulka z Sex Pistols w poplamioną ścierkę do naczyń. Triathlon Karkonoski z metą na Śnieżce jest w mojej głowie takim właśnie majaczącym się obrazem. Nigdy nie zapomnę widoku spowitych poranną mgłą gór, srebrzyście połyskujących bladych promieni słońca,  zimnego wiatru, który czochra nam włosy, wzruszenia spowodowanego zachowaniem dziesiątek turystów. To niesamowite, ze usta mogą mieć tak słony smak (a może to smak łez szczęścia ;)(?)) I co najważniejsze przekonałam się (po raz kolejny!) jak wspaniałych mam przyjaciół i jak wiele to znaczy.  Takich momentów się nie zapomina…

Zważywszy na moją kontuzję wspólnie z trenerem ustaliliśmy, że koncentrujemy się na technice biegu i rozciąganiu. Przyznaję na początku trochę nieufnie podchodziłam do pracy z Kubą. Tymczasem on podszedł do zadania z ogromnym wyczuciem. Nie narzucał mi niczego w kwestii harmonogramu wyścigów. Zmiany w programie też wprowadzał bardzo stopniowo.  I co najważniejsze zawsze chętnie przedstawiał konkretne argumenty, przemawiające za swoimi decyzjami. Kuba przekonał mnie do nowych ćwiczeń i od tej pory to od nich zaczynałam każdy trening. Ból stawów, który ograniczał mnie od ponad roku stopniowo zanikał, a moje wyniki w bieganiu zaczęły się powoli poprawiać. Kuba nauczył mnie  jeszcze czegoś ważnego –  trening nie musi być boleśnie nudny, żeby był skuteczny. Bez niego z pewnością trenowałabym  za dużo  i wpadła w obsesje na punkcie odżywiania. Pilnował także, abym nie zapomniała o nagrodach. Każdy z jego zawodników może liczyć na  najpyszniejszą pizzę i tiramisu na całym osiedlu które Kuba przygotuje własnoręcznie ! Taki trener to skarb 🙂

 

Sprawy wydawały się powoli układać. Pamiętam jak z bezpiecznego miejsca,   zza barierek, po raz pierwszy obserwowałam zmagania przyjaciół na ½ IM w Poznaniu. Dzień wcześniej mierzyłam się tam z dystansem ¼ IM i to oni dodawali mi wtedy skrzydeł. To był świetny weekend . Podekscytowała mnie atmosfera zawodów – festiwal bezprecedensowych wyczynów i koleżeństwa; zmagań i radość z uprawiania sportu.  Zza ogrodzenia, śmiałam się i cieszyłam jak niezdrowo zaaferowany dzieciak! 🙂

Pamiętam zawody w Chodzieży (½ IM)- moim rodzinnym mieście. Warunki pogodowe były wyśmienite, a ja niesiona dopingiem połowy mieszkańców –  po prostu gnałam ile sił. Nigdy wcześniej nie czułam się tak wspaniale. Jakbym uprawiała jogging. Łatwizna 😉 Finiszowałam przy ogłuszającym aplauzie rodziny i przyjaciół. Dopiero spojrzenie na zegar uświadomiło mi skąd te owacje. Z dala majaczyły mi cyfry 4 godziny 56 minut. Tego sama po sobie absolutnie się nie spodziewałam. Na dodatek Michał zajął 3 miejsce w kategorii i 4 miejsce open! Z wrażenia nie spaliśmy trzy dni.

Ostatni wyścig z cyklu Volvo Triathlon Series, w Mrągowie, miał się odbyć zaledwie dwa tygodnie po zawodach w Chodzieży, więc w zasadzie nie zdążyłam w tym czasie odpocząć. Patrząc na trasę kolarską myślałam – żebym tylko nie złapała gumy i nie miała kraksy. I chyba krew odpłynęła mi z mózgu do nóg, bo pamiętam  tylko, jak  podczas biegu mijaliśmy się, dysząc rozpaczliwie (21 km biegaliśmy po odcinku 2,6km(!)). Trener krzyczał coś o dniu konia. Wyniki znowu przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Michał w klasyfikacji generalnej zajął 2 miejsce! Ja byłam pierwsza (5:01), ale gwoździem programu  był fakt, że drużynowo okazaliśmy się najlepsi!!! Radości nie było końca! Wygraną uczciliśmy solidną dawką domowego bimbru i pochłonęliśmy obowiązkowe 3 talerze ziemniaków.

Wszystko kończy się tydzień później w Krakowie -Irondragon. Dystans Olimpijski przypomina taki rollercoaster, jakiego nie ma w żadnym Disneylandzie – tętno na poziomie zawałowym towarzyszy Ci od startu aż do mety. A mimo to GT RAT zdominował podium.

            Zwykle kiedy po wyścigu docieram do pokoju, siadam na łóżku-nogi odpadają, ręce się urywają, skaleczenia bolą w miejscach w których obtarła pianka, pęcherze na stopach uwierają a kiszki marsza grają. To żaden powód do świętowania ;). Ale satysfakcja z wysiłku to uczucie, którego nie sposób porównać z żadnym innym. To jak fenomen nazywany “euforią biegacza” tylko do potęgi trzeciej :)! Znowu się udało!

Żaden puchar nie dodaje takich skrzydeł – postawię go sobie na szafie razem z resztą. 😉 . Medale rozdaje zaprzyjaźnionym dzieciom za dobre zachowanie. Naprawdę mają duża moc wychowawczą !  Na mnie ich urok tak już nie działa jak kiedyś – poza tym w domu zawsze mamy dwa takie same  😉 Kiedyś myślałam, że jeśli wygram Karkonoszmana czy zrobię Ironmana, wszystko w moim życiu się zmieni na lepsze – czy tak się stało ? Nie do końca – znowu spadł mi dzisiaj trzy razy łańcuch z roweru. A byłam pewna że z takimi tytułami to mi się już nie przytrafi : ) lub w wszystko się samo naprawi : ) Bo to jest trochę jak wracanie z cudownego sylwestra. Przez kilka godzin śni Ci się jeszcze, że na nim ciągle tańczysz, tylko już jakby w piżamie. A potem budzisz się, machając rękami w powietrzu, z poczuciem atakującej Cię szafy. 

Ten dziwny rok kończy się dla mnie w dziwny sposób. Zmienił nam się trener. Zaczęłam od poważnej kontuzji, rozpaczliwie walczyłam o powrót do formy, wygrałam zawody z prawdziwego zdarzenia jeszcze z kontuzja, triumfowałam w najtrudniejszym wyścigu w Polsce. Poczułam siłę prawdziwego wsparcia.  Nie raz spadałam w klasyfikacji o dziesiątki miejsc. Ale na mecie byłam dla siebie zwycięzcą. Dumna jestem z tego, że przy tylu przeciwnościach losu, nie złożyłam broni. Zyskałam cechę, która zawsze mi imponowała – niezłomność ;). I na koniec odzyskałam dawną, dziewiczą radość z triathlonu. 

Nadszedł czas by postawić kolejny krok., bo jeśli nie walczymy o cud, to po co się starać :). 

 

Nie stójmy w cieniu.

Dawno nie pisałam, ale zrozumcie obowiązki żony w domu triathlonistów są niezwykle absorbujące 😉 I gdyby nie, inspiracja  otrzymanym niedawno listem pewnie czekałabym do zakończenia sezonu… Ogromnie się cieszę, że czasem tu zaglądacie, uśmiechacie się pod nosem, komentujecie i o dziwo(!) nawet inspirujecie się tą moją przedziwną przygodą ze sportem. Naprawdę się cieszę! I dziękuję za zaufanie! 

„Witam Pani Olimpio , obserwuję Pani karierę triathlonową od 2 lat i jestem pod wielkim wrażeniem. Od tego czasu mam ochotę wystartować w zawodach triathlonowych, ale ciągle wydaje mi się, że to nie dla mnie. Co roku jeżdżę na zawody z mężem, który osiąga sukcesy, a ja stoję z boku, kibicuję, wspieram i … też bym tak chciała, ale oczywiście z tyłu głowy mam “to nie dla mnie”. Po wczorajszym obserwowaniu Pani walki na ½ w Chodzieży “zatkało” mnie i  mój apetyt  na triathlon znowu rośnie. Tak sobie pomyślałam, że napisze do Pani, żeby zapytać od jakiego poziomu Pani zaczynała? I czy ten triathlon tak jak mówią naprawdę jest dla każdego – a jak to było na początku i czy normalny człowiek taki jak ja jest w stanie ciężką pracą coś osiągnąć? Jestem po prostu ciekawa. Pozdrawiam serdecznie”.

Obserwując siebie i nasze społeczeństwo, mam wrażenie, że od kobiet oczekuje się 120% wydajności, a od mężczyzn, no wystarczy 60% i już uznamy go za wyjątkowy okaz. Kobieta ma być zorganizowaną, piękną, szczupłą, niezależną finansowo dobrą matką, dobrą córką, dobrą kumpelką, dobrą partnerką…Nic dziwnego, że Polka nie szuka dodatkowych wyzwań.

W praktyce wygląda to tak: kobieta rano zawsze wstaje, by zrobić śniadanie, kanapki do szkoły, dziecko odprowadza. Tata odprowadza, jak akurat nie ma pracy, albo treningu, albo regeneracji po treningu. Wiedząc, że z ojcem nigdy nie wiadomo, matka zawsze musi mieć czas i siły.

Kolacja? Pan nie gotuje, gotował tylko w młodości, gdy trzeba było zaimponować dziewczynie. Zakupy zrobi, ale tylko jak mu zostanie przypomniane i napisane, co ma być kupione. Szczepienia, wizyty u stomatologa, poranne treningi sportowe syna albo balet córeczki? Tata wozi do lekarza, ale tylko gdy dziecko ma już 39 z kreskami, kto by miał głowę pamiętać o szczepieniach, kiedy walczy się o nową życiówkę. 

Córka ma za krótkie dżinsy i dziurawy but? Tata ma nową lemondkę. Stresy w pracy go wykańczają w dodatku po treningu interwałów ma tak spuchnięte nogi. Kobiet nie wykańcza nic, ależ skąd.

Zawody. Dla NIEGO – to najcięższy i najważniejszy dzień życia… A dla NIEJ? W jego oczach ona wspaniale wypoczywa, czekając, aż jej ukochany triathlonista wypływa się, wyjeździ i wybiega.  Ona nie stoi na brzegu jak kłębek nerwów, nie przejmuje się czy ON bezpiecznie wypłynie, jednocześnie nie zajmuje się dziećmi, nie biega z aparatem niczym profesjonalny fotoreporter, a jeśli już zdarzy się jakiś wypadek…na pewno nie panikuje, tylko spokojnie czeka, aż ON wróci ze szpitala…

I tak kończy się dzień zawodów… ON zrobił olimpijkę, a ona biegając między strefą zmian, bufetem, punktem widokowym i metą zrobiła właśnie półmaraton, po którym nie może nawet ponarzekać na zmęczone nogi. W końcu nie ma jej na liście finisherów.

Uwierzcie w siebie….

Drogie Panie ostatnie 2,5 roku nauczyło mnie, że granice naszych możliwości nie leżą tam gdzie nam się wydaje. W rzeczywistości znajdują się gdzieś znacznie dalej :).Nigdy nie byłam wyczynowym sportowcem. Co prawda jako dziecko uwielbiałam sport, ale nigdy nie przejawiałam jakiś szczególnych talentów i  jeśli ktoś, założyłby się ze mną 2 lata temu, że ukończę dystans Ironmana, zmieszczę się w limicie czasu,  a przy tym pokonam  kilku mężczyzn – spojrzałabym na niego z niedowierzaniem. Wyobraźcie sobie co by było gdybym zachowała takie nastawienie do dziś 😉 To od nas zależy czy wyczarujemy „możliwe” z „niemożliwego”:).

Te 2,5 roku są moją największą przygodą. Triathlon zaprowadził mnie do wielu niezwykłych miejsc, poznałam wielu fantastycznych ludzi, dzięki którym czuje się pełniejsza i bogatsza. Nigdy nie udałoby mi się do nich dotrzeć, gdyby strach okazał się silniejszy od potrzeby poznania czegoś nowego. Za mną wiele miesięcy treningu – czystej, bezkompromisowej, bolesnej harówki. Dumna z nich jestem, bo dałam radę. Co więcej wiele strasznych scenariuszy, które nękały mnie zanim zdecydowałam się na udział w triathlonie, nie ziściło się – nie straciłam pracy, nie mam w niej też gorszych wyników, pod względem organizacyjnym też nie jest już najgorzej, ponadto sport nie sprawił, że jestem głupsza niż byłam. Mało tego w innym wypadku nie mogłabym pozwolić sobie na opróżnieniu w całości słoika nutelli :)! Jednak przede wszystkim we dwoje jest  100 razy łatwiej! Nikt mnie tak nie rozumie jak Michał. Oboje mamy takie same aspiracje. Spać chodzimy o tej samej porze, jemy to samo, trenujemy razem…a później boli nas tak samo :). Ostatecznie jednak najcenniejsza wydaje się wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety… i nie dość, że przytulasz bliską osobę to jeszcze uczestnika wyścigu. Dzielenie z kimś szczęścia jest wyjątkowym zwycięstwem. Takich momentów się po prostu nie zapomina:).

Prędzej czy później musisz skończyć słuchać wszystkich naokoło i zapytać samej siebie: co jest dobre dla mnie. To naprawdę może być super, wszystko da się pogodzić, wystarczy dobry plan, podział obowiązków oraz akceptacja swoich marzeń… a czemu marzenia nie mogą być takie same 🙂

Dziewczyny ile razy po zawodach otrzymałyście od NIEGO kwiaty, zaproszenie na kolację lub usłyszałyście proste „Dziękuje Kochanie, to dzięki Tobie tu jestem”. On ma swój wymarzony medal … a WY ? Znów musiałyście się ostro napracować, i to nie tylko w tym jednym dniu … lecz przez cały okres przygotowań do startu, kiedy to dzielnie znosiłyście jego każdy kaprys.

Dziś moją idolką jest koleżanka z RAT-u. Sama wychowuje dwójkę dzieci pracuje i trenuje! Nigdy nie wypoczywa i nigdy nie jest zmęczona. Wszystkie dzieci dobrze się uczą a ona po nocach robi przetwory na zimę. Koleżance zrobię zdjęcie i wrzucę na wyświetlacz telefonu.

Triathlon naprawdę jest dla każdego, a już na pewno nie tylko dla mężczyzn!

Do zobaczenia na trasach 😉

Prawdziwa historia KarkonoszMan-a

Tylko 85 śmiałków, odbieranie pakietów startowych w glorietcie, odprawa w Sali Rycerskiej, strefa zmian usytuowana na dziedzińcu w otoczeniu starych zamkowych murów tuż obok Sali Tortur…Wszystko to sprawia, iż czujesz, że wyścig ten będzie wyjątkowy a zarazem piekielnie trudny, a Ty zamieniasz  się w średniowiecznego rycerza, który za chwilę rozpocznie ucieczkę przed goniącym go wojskiem wroga 🙂

Dzień przed startem rozmawiam z  Robertem – organizatorem. Słyszał o moich zmaganiach z kontuzją i dzieli się ze mną wątpliwościami. Radzi bym wycofała się z wyścigu  i proponuje przeniesienie możliwości startu na przyszły rok. „Zastanów się– mówi- za uczestnictwo w tych zawodach nawet organizm stuprocentowo zdrowego człowieka musi zapłacić wysoką cenę, aż strach pomyśleć o  konsekwencjach startu w słabszej kondycji…”  Zaczęło się od przygotowań do startu w IM – obciążenia treningowe spowodowały u mnie poważny kłopot z kręgosłupem. Okropny ból ograniczył mi realizowanie w pełni programu treningowego. Było ciężko choć powoli wraca mi nadzieja. Miałam taki moment na wiosnę, gdy byłam gotowa w sekundę rzucić sport. Parę osób postawiło wtedy na mnie krzyżyk… Nastąpiły zmiany i zupełnie nieoczekiwanie z pomocą przyszli koledzy i koleżanki z GT RAT i nie pozwolili mi się poddać. 

image

O piątej nad ranem, z głową pełną niewesołych myśli i ciężkim sercem usiłuje wepchnąć w siebie kawałek szarlotki. Myślę o wszystkich, którzy we mnie zwątpili… o tym, by  pomimo wzlotów i upadków zachować godność, rozwagę, wolę działania i odwagę. Trzeba być odważnym. Można być też bardzo bezsilnym, zdesperowanym i czuć  wielki lęk…
image

Triathlon to trzy dyscypliny i tylko jeden końcowy wynik. Tego dnia nie czułam się pewna w żadnej z nich.
Zaczynamy w Suchej, u podnóża tajemniczych zabudowań Zamku Czocha… Etap pływacki, jako jedyny zapowiada się płasko. Jednak jak się okazuje silny nurt, ruchoma „bojka” oraz prądy sprawiają, że zamiast obiecanych 1900 metrów ostatecznie pokonujemy ich ok 2700. Musicie wiedzieć, że brzeg jeziora Leśniańskiego to nie piaszczysta plaża ale usłane głazami i korzeniami strome urwisko. Tak więc wyjście z wody do łatwych nie należy. Długie  schody prowadzą nas na dziedziniec. Po wyjściu z wody ze względu na pogodę decyduje się na włożenie ciepłej i suchej bluzy. Natomiast na bieg zamieniam ją na koszulkę z krótkim rękawem.

image

Rowerami musimy dostać się do Karpacza. Targani wiatrem , który uderza w twarz mamy do pokonania kilka długich i stromych podjazdów, a poruszanie się w ruchu ulicznym  wymaga od nas dodatkowej koncentracji. Jeśli myślisz, że odpoczniesz na zjazdach, jesteś w błędzie. Kręta droga na łeb na szyję wymaga doskonałego panowania nad rowerem i stalowych nerwów – a ja z jednym i drugim mam na bakier ;). Ze względu na kontuzję rower postanawiam przejechać spokojnie. Nie jestem pewna jak noga zareaguje na ciężki bieg.

Po 85 km i 1800 metrach przewyższeń docieramy do Karpacza – ostatniej strefy zmian. Tutaj droga już nie biegnie w dół, tylko pnie się coraz wyżej i wyżej. Zaczynamy podbieg na Śnieżkę (1602 m n.p.m.). Pejzaż wyglądał obłędnie. Widok na otaczające góry i doliny zapiera dech w piersiach, co wprawdzie niezbyt pomaga w biegu, ale daje niesamowity zastrzyk euforii.

Tutaj  na trasie biegowej organizator dopuszcza możliwość suportu.   Moim suportem jest Magda. Daje mi pewność oraz siłę. Nie jestem sama na wypadek gdybym czegoś potrzebowała, dodaje mi otuchy gdy opadam z sił i czuję się zmęczona, odciągając tym samym moje myśli od bólu i monotonii.

Razem docieramy do Schroniska Odrodzenie i powoli wspinamy się jeszcze wyżej. Stopy ślizgają się na kamieniach. Przedzieramy się przez pełne kamieni i kosodrzewiny zbocze. Turyści klaszczą, dopingują. Aż czasem chciałoby się przyspieszyć :).  Biegniemy zboczem. Jednak kolejne punkty orientacyjne na trasie wydają się zbliżać piekielnie wolno. W tym momencie cała moja energia skupia się na prawidłowym wyborze toru ruchu, stawianiu stóp na stabilnym gruncie i omijaniu przeszkód.

W końcu docieramy do Domu Śląskiego. Zostało nam jeszcze jakieś 1,5 km stromego podejścia, a nasi przeciwnicy mają 20 sekund straty(!)  Jeśli zdołałyśmy dotrzeć aż tutaj, pokonując wszystkie przeciwności,  nie możemy teraz przegrać.  

Wraz z Magdą zwiększamy częstotliwość kroków, wzniesienie daje się nam we znaki. Oddech staje się coraz cięższy, a  moje serce zachowuje się jakby miało  za chwilę eksplodować. Nogi zaczynają się blokować, utrudniając mi kontrolę skurczy, które zawładnęły mięśniami. Myślę tylko o przyśpieszeniu, odwracanie głowy niczemu nie służy. Wydaję mi się, że to najdłuższe metry w moim  życiu. I wreszcie docieramy na górę. Moje nogi odmawiają posłuszeństwa. Padam prosto w objęcia Michała…. po chwili otaczają nas pozostali  członkowie ekipy . Wszyscy płaczemy nie mogąc złapać tchu z wrażenia.

image

Cieszyłam się z tego zwycięstwa jak z żadnego innego. Na Śnieżce, gdy płynęły łzy, myślałam: “Jezu, dałam radę po tym wszystkim. To niemożliwe”. Góry  pozwoliły mi  poznać samą siebie, sprawdzić, w jaki sposób zachowuje się moje ciało i umysł, zobaczyć jak lepiej walczyć , lepiej się odżywiać i nawadniać.  Może pod względem dystansu jest to tylko połowa IM ,jednak  ze względu na bardzo trudny teren zmęczenie jest porównywalne. Tym bardziej jestem dumna i z rezultatu, i z tego, że wytrzymaliśmy. Choć na Śnieżce kilka minut zajęło mi przypomnienie sobie jak mam na imię 🙂 

image

Jak mawia moja dobra przyjaciółka, zwycięstwa uczą nas niewiele; natomiast jeśli nic się nie układa, kiedy pojawiają się trudne sytuacje, z których trudno jest wybrnąć, kiedy próbujesz na nowo podnieść się sto razy i sto razy na nowo upadłeś, a za sto pierwszym udało ci się znaleźć rozwiązanie, wtedy właśnie znajdujesz coś pozytywnego, wtedy dojrzewasz i poznajesz samego siebie. Kontuzje to też ważny moment- tworzą coś na kształt historii walki z własnymi słabościami. I jak mi wtedy na Śnieżce przeszły przed oczami wszystkie te bóle, kontuzje, urazy to, jak daleko moje ciało było czasami od sportu i z jakimi rywalkami się ścigałam, to miałam moment czystego szczęścia, że dałam radę. Mocna jestem mimo wszystko ;).


Przebrani schodzimy do Strzechy Akademickiej gdzie czeka na nas talerz ciepłej zupy przed zejściem w dół.

Może nie wszystko stracone… 

P.S. Dziękuję Trenerowi Kubie za wsparcie dla kuśtykającej i wiarę we mnie, moim rodzicom  oraz kolegom z Grupy Triathlonowej RAT, za przyjaźń, serdeczne porady, inspiracje i pomoc, kiedy jej najbardziej potrzebowałam.
Cudownie było dzielić z Wami te chwile…

Pierwsza karta historii Triathlonu Karkonoskiego została zapisana… kolejne czekają na Was 🙂

http://www.youtube.com/watch?v=ak5zDr74zdA

Foto i film

Michał Kuczyński

Ustawowo WOLNY PONIEDZIAŁEK !!!

image

Każdy triathloholik, powinien mieć WOLNY PONIEDZIAŁEK. Gdyż po weekendzie jest skonany…
Ależ to była zima! Najcięższa. Najdziwniejsza. Nieludzka. I to nie tylko z mojej perspektywy. Poranne „rozruchy”, codzienne treningi wytrzymałościowca a na deser weekendowa masakra – zazwyczaj podobnie obciążającą jak start w półmaratonie. Niejednokrotnie gdyby nie SERCE ciężko byłoby wstać o świcie i wrócić do triathlonowego kieratu tak jak gdyby… nigdy nic ;).
Poza tym dwa lata musi mieć swoją klamrę. Tak byśmy sobie przypomnieli, że sportowy żywot prowadził przede wszystkim pod górkę. Przeciwności losu trudno zliczyć. Kontuzje, choroby, ciągła walka – było tego trochę. Dlatego, żeby nie wyjść z wprawy-bieganie po górkach się zaczęło. Na szczęście kilkanaście kilometrów od Wrocławia mamy wszystko, czego nam trzeba: stadion, bieżnię lekkoatletyczną, no i przede wszystkim Ślężę. Biegaczy tu co nie miara, rowerzystów wielu, a także amatorzy nordic walking się znajdą.

image

Turyści klaszczą, dopingują. Aż czasem chciałoby się przyspieszyć :). Nawet życie małżeńskie na szlaku – po pierwszych rutynowych kłótniach, kto zapomniał zabrać wodę, kto nie włożył kurtek do plecaka – zaczyna nabierać wzajemnej czułości. Gdy tak stoję na czubku ledwo żywa, patrzę na niebo na horyzoncie, mój patriotyzm sięga zenitu.
Na Ślęży mam również swoją “psycholożkę”:). To ona przygotowuje mnie do startu w „Karkonoszmanie”. Co niedzielę wbija mi do głowy, że zdobycie Śnieżki będzie kosztowało znacznie więcej niż wszystko inne do tej pory. Że jedyne czego mogę się spodziewać, to wielki ból wysiłkowy wcześniej niespotykany. Odchorowuje te treningi baaardzo. I tak wyprana, zaczynam kolejny tydzień służbowy.
Bardziej wycieńczone bywają tylko studentki, które w klubach piły w czwartek, piątek i sobotę do oporu, a w niedzielę przejadły się u mamusi bigosem. Żują miętowe gumy i chowają się pod modnymi grzywkami, ale i tak widać, że robota im się nie klei…
Podobno powinnam się zaadoptować. Mam nadzieję, bo w biegach po górach wiatr nam nie pomoże.
P.S. Kumpel mi wyjaśnił, że jak odstawię pszenicę, która jest złem niszczącym świat, to znikną moje problemy i odnajdę szczęście. Novak Djokovič też nie je glutenu.Podobno krowie mleko też na zdrowie mi nie wyjdzie … ale to mleko ryżowe jest niepijalne! Co Wy na to?

3 w 1 ?

Tym razem mój post pojawił się na łamach Bike Magazyn

Zapraszam do lektury 🙂

Zdjęcia: Michał „Wąski” Kuczyński

Nauka żonglowania

Kilka ostatnich tygodni było dla mnie jak chrzest bojowy… 

Zupełnie jakby moje życie składało się z żonglowania kilkoma piłeczkami naraz- począwszy od tych sportowych (14 treningów tygodniowo), poprzez pełen czas pracy, działalność klubową na „obowiązkach” małżeńskich kończąc.

image

Po trzech miesiącach intensywnej pracy czuję, że mam coraz większe trudności z utrzymaniem ich wszystkich w powietrzu. Wyniki powoli przestały skakać jak kursy akcji w czasie hossy, a moja krzywa wzrostu przestała być tak imponująca jak kiedyś. Dziś mozolnie wspinam się stromą krzywą uczenia . I wierzcie mi , że to długa, powolna wspinaczka . I coraz częściej sobie myślę co mnie podkusiło do poddania się tym torturom?

Mój typowy dzień zaczyna się od jazdy na basen i przepłynięcia średnio trzech kilometrów. Stamtąd pędem do pracy. Po powrocie do domu zakładam adidasy, biegam 15 km wokół parku, kiedy kończę jest dziewiąta wieczorem. I tak siedem dni w tygodniu. Odmianę stanowią różne sesje treningowe i sposób, w jaki łączą się one ze sobą. Czasami, aby przełamać rutynę, Trener organizuje nam tzw. „zestaw niespodziankę”. I tak w prezencie gwiazdkowym mieliśmy do przepłynięcia 50x100m w tempie 1:45-1:50. Innym razem musieliśmy zrobić 440 pompek… Po kwadransie tej szamotaniny byliśmy zalani potem. Cóż kiedyś myślałam, że umrę we własnym łóżku, ale nie można mieć wszystkiego jak sądzę 🙂

image

Tak więc, mimo monotonii nasze życie jest bardzo przyjemne – choć w bardzo unikalny sposób… Radość pochodzi głównie z poznawania się psychicznie i fizycznie. Satysfakcji, kiedy udaje się przeskoczyć własne ograniczenia. I przyjemności , że mogę dzielić się tym z innymi zawodnikami GT RAT, którzy są równie ambitni , którzy są zawsze gotowi zmordować się do upadłego. Traktuje to jak ogromny przywilej 🙂

Zima to trudny okres. Jestem zmęczona psychicznie i fizycznie . Codziennie rano toczę walkę, aby podnieść głowę z poduszki . Ale pracuję nad sobą, pooowoooli staję się coraz szybsza, coraz silniejsza. Choć wiem, że nie tylko sprawność fizyczna , umiejętności, czas czy odległość się liczy, ale to co jest w środku – cierpliwość, ambicja , determinacja , umiejętność radzenia sobie w obliczu przeciwności – czasem “wola musi być mocniejsza niż umiejętności” jak mówi Muhammed Ali. Fizycznie, tak, jestem coraz lepsza. Psychicznie też się uczę . Wiem, jeszcze wiele do zrobienia… ale mogę tylko słuchać rozkazów, zaufać trenerom i uwierzyć w siebie . Mam nadzieję, że wtedy będę w stanie zrealizować swoje marzenia …:)

P.S.

A jeśli sił brakuje trzeba czerpać od najlepszych 🙂image

W pogoni za dietą

Zachęcona męską konsekwencją w odchudzaniu postanowiłam naprawdę wziąć się za siebie.

Żegnajcie kluski śląskie z mięskiem, fenomenalne zrazy, mizerie z dużą ilością śmietany, knedle ze śliwkami, szarlotki, które rozpływają się w ustach. Żurek(!) …najwyżej raz w roku u mamy na Wielkanoc.

Przecież ja doprawdy wiem, co należy , a czego nie wolno. Warzywka są pożyteczniejsze niż żelki. Woda niegazowana lepsza od gazowanej. Delikatna ryba pożywniejsza niż tłusta golonka itd. itp.

Bardzo proszę, mogę sobie chodzić głodna skoro Trener tak chce. Czemu nie?

Nowe życie zaczynam w piątek od śniadania: gorzka kawa bez mleka i trochę płatków owsianych zalanych wodą na dnie miski. Dobrze, że niedługo obiad: dwie gotowane marchewki, surówka z tartego selera, kawałek ryby oraz odrobina kaszy jaglanej. Fantastycznie. Za to mogę pić dużo wody niegazowanej. W głodowym letargu wlokę się na lotnisko. Odbieram siostrę, która wpada z Anglii na Święta. Kolacja: listek sałaty. Z czymś co na pewno jest zdrowe, bo nie nadaje się do zjedzenia. Ale jaka będę śliczna za cztery tygodnie! Zleci przynajmniej 8 kilo.

Gosia w obawie o nasz autorozwój czyli, o to, abyśmy czasem zdjęli dres, wyciąga nas na miasto. Myślę, że ja i Michał cierpimy na stres nadmiaru. Jest tyle ciekawych rzeczy, które w tym samym czasie dzieją się we Wrocławiu, że to jest nie do ogarnięcia. Obawiam się nawet ,że gdybyśmy mieli kondycję Chrissie Wellington i Craiga Alexandra, rozwiedli się i z wszystkich prac by nas zwolniono, to i tak nie dalibyśmy rady. Dlatego nieraz, jak patrzę na tyle tych imprez, to nigdzie nie wychodzę 🙂 .

No, ale nie samym triathlonem człowiek żyje! Nowe życie to nie powód, aby nie wyskoczyć razem na miasto…Wsiadamy w auto i po kilkunastu minutach spacerujemy wśród pachnących lasem choinek, aromatu grzanego wina i czekoladowych pierników. Coraz głośniej burczy mi w brzuchu…

image
Ruszył właśnie Jarmark Bożonarodzeniowy, w którym kupić można pięć razy za drogie rzeczy. Otaczają nas drewniane budki, a w nich francuskie creme brulee, owoce w czekoladzie, oscypki z żurawiną. Przepyszne wafelki z karmelem oraz naleśnikowe ciasteczka z konfiturami. Wyobrażam sobie, że byłyby idealne do gorącej herbaty z miodem i malinami. Tłum przechodniów rozsmakowuje się w puszystym aromatycznym kołaczu, oraz z ciekawością kosztuje oryginalnego, węgierskiego langosza. Czy oni nie wiedzą, że ten tłuszcz zapcha im tętnice? „Kominkowy Domek” z wieżyczką z daleka przyciąga aromatem grzańca a plenerowe kominki, ogrzewają nas ciepłem palącego się drewna …
image
-Jesteś na diecie?! Przed świętami? Chyba zwariowałaś! Nie mogłaś wymyślić sobie innego terminu? Poza tym miałyśmy to zrobić razem.
image
No rzeczywiście miałyśmy razem. Moje mocne postanowienie troszkę zostało nadwerężone.
image
Na szczęście brzoskwiniowy grzaniec dodał mi odwagi, a po zjedzeniu miliona złego cholesterolu pod postacią pysznego kołacza zdecydowanie mi się polepszył charakter. Poza tym ustaliłyśmy z Gosią zupełnie nowy program odnowy. Od nowego roku. Bo przed świętami i tak się nie opłaca! Wróciłam do domu późno w świetnym humorze. Ostatecznie najważniejsze, że pogadałam z siostrą. Grzaniec wzmacnia odporność. Poza tym nie tuczy. Czy ktoś widział grubego alkoholika? Nigdy. Wysuszone toto na wiór. A poza tym ten cały pomysł z odchudzaniem przed świętami doprawdy nie był najlepszy. Bo najpierw trzeba oczyścić organizm. I my będziemy go oczyszczać. Oczywiście po Świętach.

Ewolucja męskości, czyli finiszuje kaszomaniak przed pączkolubem!

Wróciłam ostatnio z morderczych zajęć na sali, być może nieco jędrniejsza, ale za to piekielnie głodna.

Pamiętam gdy w pewien zimowy poranek, tuż po treningu pływackim, wpatrywaliśmy się z Michałem w lśniącą gablotę cukierni, zastanawiając się, czy lepiej wziąć pączki z polewą czekoladową, czy też te nadziewane konfiturą z róży…Właściwie to po co męczyć się z decyzją?! „Sześć z polewą, sześć z różą i bajaderkę”- zamówiłam, a Michał wygrzebał z kieszeni banknot. Z pełnymi ustami szliśmy weseli przez oblodzony parking do samochodu. Michał odpalił silnik , a kiedy wóz się nagrzewał, my – niczym lwy na zdobycz- rzuciliśmy się na nasze wysokokaloryczne smakołyki. W niecały kwadrans nie było nawet okruszka, a po powrocie do domu połknęliśmy jeszcze po pizzy. Reguła „im więcej kalorii, tym gorzej” nie szkodziła nam…

Dziś, wydaje mi się, że Trener zrobił nam drenaż. Mózgów. Bo nie dość, że każe przychodzić na treningi punktualnie, wyciskać z siebie siódme poty to jeszcze trzymać DIETĘ! „Czy chcecie być grubi i wolno biegać?!” Sam cieniutki jak szuwary nad jeziorem, próbuje straszyć nas czarną wizją przyszłości niczym agent ubezpieczeniowy.
image
Jakby tego było mało po zajęciach na sali dopada nas Michał i Marcin, nowi członkowie GT RAT. Przekonują, że tylko system zero – jedynkowy jest skuteczną metodą pozbycia się paru kilo. Żadnego(!) cukru, nawet w owocach, za to mączne gluty i kasze mile widziane. Kiedy opowiadają o swoich wstrzemięźliwych racjach żywieniowych, bierze mnie podziw. Do tej pory sądziłam, iż przeciętny mężczyzna trafia do kuchni tylko po piwo w lodówce!

Świat zwariował! Słuchając całej trójki odnoszę wrażenie, że mężczyźni zabrali nam już wszystkie urodowe, kobiece tematy. Diety cud, gotowanie, wagę, depilację (choć to ostatnie dla niektórych nie jest jeszcze tak oczywiste;))… Ale chłopaki się starają. Wyglądają rewelacyjnie!

Męskość ewoluowała. Jak to jest…kiedyś typ “misio”, niczym Wojciech Mann, uosabiał ciepło, bezpieczeństwo, swojską rubaszność. Dziś gruby prezydent? Niewyobrażalne! Opasły prezenter wiadomości telewizyjnych? Wolne żarty. Grubi nie mogą być już nawet profesorowie, bo studenci nisko ich oceniają.

image

Gruby lider to lider rozlazły, niekonsekwentny, niezmotywowany, a nawet być może uzależniony od Mc Donalda. Właściwie gruby to może dziś być tylko zawodnik sumo, cukiernik i właściciel rosyjskiego przedsiębiorstwa naftowego.

W ostatnich latach zmiany są rewolucyjne, a ich przyspieszenie imponujące – wystarczy porównać : w ubraniu jesteśmy nie do poznania. Ja w rurkach, on w rurkach. Ja ogolona, on ogolony. On waży 50 kg i ja ważę 50 kg. On je sałatkę z octem jabłkowym i ja też. On nie żłopie piwa, ja nie żłopię. On ma bieliznę od Calvina Kleina i ja też. Tylko pod bielizną różnica. 😉

 image

Tak więc męska część populacji przejęła nasze tradycje bez szemrania co na dłuuuuuugie pożycie rodzinne rokuje. I dobrze wróży na przyszłość zważywszy, że mężczyźni wymierają podobno 😉

Kiepski ze mnie Indianin

 Jako dziecko uwielbiałam zabawy w Indian. Nie było w ogóle mowy o lalkach czy rysowaniu księżniczek. Byłam takim chłopczykiem w damskim ciele. To się jeszcze nasiliło, gdy zaczęłam się poważnie interesować sportem, piłką nożną, chodzeniem po drzewach, szalałam na łyżwach i rowerze. W pewnym momencie żonglowanie piłką super mi szło, ale okazało się, że do drużyny przyjmują tylko chłopców. W tamtych czasach nie było jeszcze damskich. Dramat straszny…

Zresztą… gdybym teraz miała wybór, pewnie nadal bym wolała…

A tak, nie mam WIELKICH, SILNYCH RAMION ani łydek niczym pnie drzew…

Ale zacznijmy od początku…

Uffff…. Co to był za miesiąc…! 

12(!) jednostek treningowych w tygodniu z jednym małym wyjątkiem w postaci Święta Niepodległości, praca, brak snu… I dalej tylko ciężej… Ale cóż, nie mogę narzekać. W końcu robię to co lubię, więc sama jestem sobie winna. Może to potrzebne, żeby rywal nie rozklepał mnie na kotlet schabowy w ciągu paru minut.

Jednak duma nie rozpiera… bo mimo iż dałam radę przez to wszystko przebrnąć, odkryłam nowe limity jakie wyznaczył mi mój organizm. Zaczęło się w październiku od próby na czas w pływaniu i bieganiu, by mieć jakiś punkt odniesienia na przyszłość. Cóż… prawda nie zawsze potrzebna mi do życia… Tylko o ile bieganie to nic nowego, również z moim pływaniem nie działo się dobrze. Miałam poważne zastrzeżenia co do siły ramion i od czasu zakończenia sezonu moje wyniki w basenie jeszcze się pogorszyły. 

A ponieważ silny tułów i ramiona dają pęd zmęczonym nogom, dlatego jesteśmy z Trenerem zagorzałymi zwolennikami stosowania ukierunkowanych ćwiczeń siłowo-wytrzymałościowych. Taki trening ma zupełnie inny charakter niż dźwiganie ciężarów z myślą posiadania budowy Pudziana.

image

Mi na samą myśl o siłowni przychodzi do głowy wielki pojemnik z serwatką w sklepie z odżywkami, mający na pudełku napakowanego kulturystę z głową, która jakby miała mu eksplodować. O dreszcz przyprawia mnie widok osiłków z wielkimi bicepsami rozrywającymi koszulki, posturą w trójkąt, czyli na górze duże silne ramiona i karczek, a w dole cienkie łydki. Jak mawia mój kolega architekt „Wielki i silny kark podtrzymywać będzie pustą główkę.”

image

Nasza siłownia mieści się na poddaszu, stare drewniane krokwie nadają jej swojski charakter. W środku została wydzielona strefa wolnych ciężarów, strefa urządzeń stacjonarnych oraz strefa cardio. Jest też pokój zabaw dla dzieci. Nie ma tu osiłków. Pewien szczupły młodzieniec na drążku podciąga się chyba z 50 razy. Kiedyś miałam zamontowany drążek w mieszkaniu, ale głównie suszyłam na nim ręczniki. Oczywiście jak w każdej siłowni sztanga jest najbardziej obleganym przyrządem, ale my wykorzystujemy pustą salę boksu i kattlebelle na ujędrnianie udek, i powiększanie karku.

image

Od razu po wejściu na siłownię dopadł mnie Trener i stwierdził: „Dołożę Ci jeszcze 2 kg na ręce “. Zaprezentował te nowe ćwiczenia, po czym stał nade mną i liczył. Już po drugiej serii myślałam, że ramiona mi wypadną z obojczyków. A w ramach odpoczynku kazał nam dźwigać wielką oponę od tira. Trzęsąc się jak galareta, wyglądałam jak stara baba z kanką mleka. Trener stał i patrzył na mnie z uśmiechem. Z jakiś względów pozwolił mi się zmordować do upadłego. Ze wstydu miałam ochotę włożyć sobie torbę na głowę bo nie muszę pisać, że szło mi najgorzej …

Wracając do domu zastanawiam się, tyle mówi się o zaletach bezstresowego wychowania, czy nie moglibyśmy od czasu do czasu, paść ofiarą łagodności Trenera? Choć z drugiej strony, patrząc na naszych piłkarzy mam wrażenie, że od wielu lat główną metodą treningową w polskich klubach jest głaskanie… Może na litość w sporcie nie ma co liczyć? Czy my sami na co dzień nie pobłażamy sobie za wiele- rozpuszczeni przez babcie, ciocie, nauczycieli? Trudno uzyskać wielki wynik w sporcie, jeśli jego uprawianie traktuje się jako hobby. Porażka musi być klęską, a wygrana —triumfem! 😉

Ostatecznie wyciągnęliśmy z Trenerem wnioski z tej bolącej lekcji – dodatkowe jednostki treningowe z myślą o zwiększeniu siły moich wątłych kobiecych ramion.

Nie dość, że rzeź niewiniątek jest w ogóle możliwa…to jeszcze może być pożyteczna…

Pójdę odpocząć. 

Foto.
Michał Kuczyński