Kolejny rozdział zamknięty

Prawdziwą radość przynosi tylko to, czego zdobycie wymaga ciężkiej pracy i poświęceń. Im ciężej na coś pracujesz tym bardziej to doceniasz. Jeśli coś przychodzi Ci łatwo to jaką to daje radość?

Kartki z kalendarza:

marzec 2016

Wykładam moje życie na taśmę. Jak w grze w wojnę karcianą. Kto kogo, kto mocniejsze zakupy wyłoży. Mój ruch: wielka paczka pampersów, herbatka Bocianek dla matek karmiących (już mnie mdli jak czuję zapaszek kopru, a to dopiero drugi miesiąc karmienia), jabłka dla Michała do pracy, twarde i kwaśne, jak ten mój styczeń i luty. Kiedy się ze mnie taka mało rozrywkowa dziewczyna zrobiła? Jeszcze wrócę do gry, zobaczycie, myślę sobie. Jak polscy skoczkowie, którzy mają chwilową zapaść formy i nie latają daleko. Obiecuję sobie, że tu wrócę i wam ludzie przy kasie pokażę. Dokładnie do tego sklepu wrócę, a między półki z pampersami w ogóle nie wjadę.

maj 2017

Sport bardzo lubię, ale z tym Ironmanem to Michał przesadził. Po prostu wniósł opłatę startową nie pozostawiając mi wyboru. Następnie zapowiedział, że dam radę „to” zrobić, muszę tylko trenować zamiast spać i pół roku później będzie po sprawie. I po kryzysie!

1/2 Ironman  Sieraków 2017

Zaczęło się ogromnie sympatycznie, godzina 15:00 piątek. Jedziemy do Sierakowa. Na mój pierwszy od urodzenia Stacha IM. Właściwie na ½ IM ;). Stach zostaje we Wrocławiu pod opieką cioci Izy. Wraz z Michałem czujemy się jak na wycieczce szkolnej. Zatrzymujemy się na stacji i jemy kanapki z dżemem, popijając herbatką. W wynajętym domku śpi nas około szesnastu. Zapach maści końskiej, dyskusje o żelach, częstowanie stoperanem i kremem na otarcia. Jezu, to się nie dzieje naprawdę! W sobotę większość RATowców jest już po ¼. Wśród triathlonistów przeżywających kryzys wieku średniego króluje syrop na kaszel – Jagermeister, spożywany na pomoście. Ludzie w wieku słusznym, więc profilaktyka jest bardzo ważna  ;).

W niedzielę w dniu wyścigu panuje straszny ukrop. Najpierw załamuje mnie psychicznie Magda, która wyprzedza mnie na biegu z lekkością motylka i znika z pola widzenia, podczas gdy ja już ledwo żyję z upału, a potem  na pół okrążenia przed metą Ola. Od tego momentu marzę tylko, żeby to się wreszcie skończyło. Wbiegam na metę półżywa i zamiast wykrzyknąć: „Udało się!”, padam na pysk.

„Piekło na Ziemi” – napiszą potem uczestnicy. Piekło, które funduję sobie na debiut sezonu.  

Wyszedł z tego marszobieg. Adam Kszczot by mnie zdublował 3 razy. Mimo wszystko nieoczekiwanie kończę na 3 miejscu open ze strata tylko kilku sekund do dziewczyn. I choć na biegu opadłam z sił to szczególnie usatysfakcjonował mnie wynik roweru -90 km przejechałam w 2 godziny i 30 minut.

To był wspaniały dzień dla dziewczyn z naszej ekipy. W pierwszej dziesiątce znalazło się nas aż 6!

½ Ironman Karkonoszman 2017

Po obozie  realizacja planów związanych ze zdobywaniem szczytów górskich nabiera realnych kształtów. Może rekordu świata nie zrobiłam. Ale postanawiam wziąć udział w Triathlonie Karkonoskim. I muszę przyznać, że bułka z dżemem o 6 rano w sali rycerskiej Zamku Czocha, a potem długa i stroma wspinaczka na szczyt Śnieżki to jedno z piękniejszych przeżyć, jakie mi się do tej pory przytrafiło. O tym, że jest to impreza niezwykła, decyduje wiele rzeczy, ale jedną z najważniejszych w moim mniemaniu jest lokalizacja biura zawodów, etapu pływackiego i pierwszej strefy zmian – Zamek Czocha! Bardzo łatwo ponieść się emocjom i wyobraźni w tym miejscu. Czocha jest jednym z najbardziej tajemniczych zamków w kraju. No i jest miejscem niesamowicie urokliwym. Nie trzeba chyba dodawać, że nocowanie w jednej z komnat, znacznie upraszcza przedstartową logistykę i dodaje smaczku.

Długość etapu kolarskiego wynosi 84 kilometry, a różnica wzniesień blisko 1860 metrów. Na początek trochę „pomarszczona” droga na Świeradów i zakręt Śmierci, a na przystawkę podjazd do Michałowic i zjazd do Sobieszowa. Jako danie główne podjazd od Podgórzyna od Przesieki i Zachełmia, a na deser podjazd do Karpacza Górnego. Są to jedne z najbardziej znanych karkonoskich podjazdów kolarskich.

Długość etapu biegowego to 21 kilometrów, a różnica wzniesień wynosi blisko 1150 metrów. Zaczyna się ponad dwukilometrowym podbiegiem Drogą Chomontową do zbiornika retencyjnego, po czym czeka trzykilometrowy zbieg do Drogi Sudeckiej. Nawierzchnia tej pierwszej części to szuter. Pierwsze dwa kilometry wzdłuż Drogi Sudeckiej to asfaltowy podbieg , po czym od rozwidlenia nad Przesieką czeka czterokilometrowa „ściana” prowadząca do Przełęczy Karkonoskiej i schroniska Odrodzenie, gdzie czeka bufet z wodą, izotonikiem, żelami i ciastkami! Do tej pory było w większości pod górę, ale dopiero od Odrodzenia zaczyna się najtrudniejszy technicznie odcinek etapu biegowego. Czerwony szlak poprowadzony Śląskim Grzbietem od Odrodzenia do Słonecznika wyłożony jest kamieniami i głazami. Utrzymanie biegu bez upadku, potknięcia, czy skręcenia kostki jest nie lada wyzwaniem. Od Słonecznika nawierzchnia wyrównuje się i aż do Domu Śląskiego jest w miarę „wygodna”. Minąwszy Dom Śląski zostaje kilometr wspinaczki wzdłuż łańcuchów na szczyt Śnieżki, gdzie czeka Gudos z medalem. Wzruszenie na widok mety jest ogromne! 

Nie udałoby się to bez Ani, Asi, Gosi oraz Arka najlepszego supportu :)! Musicie wiedzieć, że udział w Triathlonie Karkonoskim wymaga posiadania osoby wspomagającej, tj. supportu. Trzeba znaleźć kogoś, kto podczas wyścigu dostarczy do T2 wszystko, co potrzebne będzie podczas etapu biegowego. Kto w razie potrzeby będzie towarzyszem biegu, butelką z wodą, kanapką, dobrym słowem,  kijkiem, o który można się oprzeć, mapą, samochodem, ciepłą kurtką. To ktoś kto was przytuli – spoconych i w sumie dość obrzydliwych – na mecie, wbijając swoim ciałem ciężki medal w waszą klatkę piersiową. Poda na mecie herbatę i przypomni, gdzie stoi samochód. Może się umęczyć, może nie spać, nie jeść, może nabawić się odcisków, może zmarznąć okrutnie i nie oczekuje niczego w zamian.Takich momentów się nie zapomina…

Ja wiem, że na pewno tam wrócę, a Was zachęcam do czujności, gdyż u Gudosa może wystartować tylko setka zawodniczek i zawodników.

Karkonoszman to było moje pierwsze zwycięstwo, no i pierwszy namacalny dowód na słuszność obranej drogi.

Kilka dni po Karkonoszmanie 2017

Trochę potrenowałam, przebiegłam triathlon górski i kilka dni później poszłam do lekarza skarżąc się na bóle pleców. Ortopeda zrobił mi rezonans, obejrzał zdjęcie i od razu zawołał kolegów, żeby im pokazać, jaki ze mnie dzielny człowiek – sama przyszłam, a przecież powinni mnie przynieść. A który jest pani rocznik? No i to właśnie jest przyczyna! Nie, nie da się wyleczyć. Czasu nie cofniemy”. To najbardziej pokrzyżowało plany. Niestety z wielu treningów musiałam zrezygnować. Wielkie dzięki dla Arka i Krzyśka za próby podniesienia na nogi.

½ IM Chodzież 2017

Tu prawie dochodzę do sedna. Podobnie jak dla moich kolegów blogerów także i dla mnie pisanie o triathlonie jest świetnym pretekstem, żeby się pochwalić własnymi osiągnięciami, niniejszym donoszę więc że dzięki chwilowej niedyspozycji Oli i Magdy, normalnie lepszych ode mnie w kategorii wygrałam wyścig. Startowało nas, wszystkich na długim dystansie około 50, a ja byłam pierwsza, z nowa życiówką 4:48:35,  ale to wina mojej rodziny, bo zaczęła mnie dopingować na finiszu i wybiło mnie to z rytmu ;).  Mam nadzieję, że to zachęci wszystkich czytelników do triathlonu. Warto! I wychodzi taniej niż zakup Harleya ;). `

Ironman Wisconsin 2017

Na miejscu organizatorzy zaopatrują mnie w czepek, numer startowy i zapowiadają – don’t stop, don’t give up and anything is possible! Po 4 latach  i nieprzespanej nocy znów staję na starcie Ironmana. Kryzys i wątpliwości zostawiam w depozycie. Postanawiam, że jak dotrwam do końca, nie będę już obchodziła urodzin wieku brutto, tego z kalendarza, tylko netto, czyli na ile się czuję 😉

Pływanie:

Start odbywa się z wody. Razem z Michałem zakwalifikowano nas do 3 fali, odpowiadającej naszej grupie wiekowej. Taki start ma swoje dobre i złe strony. Dobra jest taka, że pozwala to uniknąć pralki a zła, że już po 300 metrach trzeba wymijać słabszych zawodników z poprzednich fal. Mimo wszystko pływanie w Madison jest niepowtarzalne -przede wszystkim z powodu Monona Terrace-nowoczesnego centrum kongresowego, pełnego widzów na każdym poziomie i na pokładzie parkingowym. Za każdym razem gdy bierzesz oddech jesteś pod wyjątkowym wrażeniem!

Strefa zmian

Po wyjściu z wody i pozbyciu się pianki odpalasz „spiralę”, czyli  masz do pokonania długą serpentynę prowadzącą na górny parking Monona Terrace i strefy zmian. To w rzeczywistości nic strasznego, a widzowie rozmieszczeni wzdłuż całej spirali sprawią, że będzie to doświadczenie, którego nigdy nie zapomnisz!

Pierwsza strefa zmian  mieści się w ogromnym centrum kongresowym z krzesełkami z “kongresu” w przebieralni ;). Dalej biegniesz do wyjścia na długi kilometrowy parking położony na szczycie budynku, gdzie czeka twój rower  i przeciwległą spiralą zjeżdżasz w dół. Nie martw się, wszyscy biegają takie same odległości i nikt nie poci się na spirali. Nie śpiesz się. Bezpieczeństwo jest dla Ciebie najważniejszym priorytetem.

Trasa rowerowa

Z Madison kierujesz się w stronę Verony tj. jakieś 16 mil, na ogół pod górę ;). Tu zaczyna się  40-milową pętla w wiejskim hrabstwie Dane, którą pokonujesz dwa razy, a następnie wracasz do Madison. Te pętle są niezwykle pagórkowate, z wieloma trudnymi podjazdami i zakrętami na każdym okrążeniu.

Kumpel mawia, że do Ironmana potrzeba 3 rzeczy: głowy, żeby myśleć, żołądka żeby trawić i zębów by je zaciskać…

Wraz z Michałem ukończyliśmy  wiele wyścigów, ale naszym zdaniem, Wisconsin oferuje najtrudniejszą trasę rowerową z jaką przyszło nam się zmierzyć do tej pory. Wiem, być może, nie ma czegoś takiego jak „łatwa” trasa roweru Ironmana. 112 mil to kawał drogi, zwłaszcza, gdy wcześniej pływasz i biegasz na końcu.

Moim zdaniem to, co naprawdę różni jedną trasę od drugiej, to nie ilość przewyższeń czy silny wiatr itp.,ale to jak często zmuszony jesteś do podjęcia decyzji. Mnóstwo małych, dobrych decyzji tworzy dobry dzień, tak jak i wiele drobnych decyzji sumuje się, aby stworzyć bardzo zły dzień…

W Wisconsin podejmujesz decyzje na całych 180 km. Płasko, fałszywie płasko, w górę, w dół, w lewo, w prawo, mała tarcza / duża tarcza? Nigdy nie robisz jednej rzeczy dłużej niż około pięć minut. Stwarza to możliwość popełnienia wielu małych (i dużych) błędów, które zrewanżują się gdzieś na biegu. Wisconsin, bardziej niż jakakolwiek inna trasa  nagradza inteligentnego, cierpiącego i zdyscyplinowanego kolarza. Siła może na nic się tu zdać.

Naprawdę musisz myśleć 100 % czasu!

Trasa biegowa

Kuzyn krzyczy, że jestem druga! Pytam, czy to nie żart?!? Plecy po zejściu z roweru bolą okrutnie. Dobiegam do napojów, wlewam w siebie pod korek, aż jest mi nieprzyjemnie. Moczę włosy i koszulkę. Kostki lodu na kręgosłup.  Słońce powoli zaczyna być odczuwalne, jest koło południa. „Yes, you can” – powtarzam sobie za Obamą ;). Przede mna jeszcze straszny kawał drogi do pokonania, ale jeśli by mi się udało…

Trasa biegowa składa się z dwóch krętych, miejskich, przeważnie płaskich okrążeń i nie jest tak trudna jak trasa rowerowa. Na trasie są dwa łagodne wzgórza: obserwatorium, około 8 i 18 km. Kilka zmarszczek, a następnie krótki, stromy podbieg, który dochodzi do State Street. W zależności od tego, jak się czujesz, wspinaczkę możesz poczuć zaraz na początku State Street … lub znacznie wcześniej! Tak czy inaczej, State Street jest wypełniona  setką widzów, aby Cię pocieszyć.

Reszta trasy to trochę zakrętów, droga przez kampus uniwersytecki,  zacieniony fragment szutrowej ścieżki w parku wzdłuż jeziora a nawet okrążenie boiska piłkarskiego Camp Randall! W rzeczywistości na każdym okrążeniu będzie tylko około 400 jardów, na których nie będziesz się cieszyć;).

Mi od zejścia z roweru po głowie tłucze się jeszcze jedna myśl „dogonią mnie, dogonią…” Na drugiej pętli kuzyni pokrzykują, że moja przewaga rośnie. Najwyraźniej ciężki rower wszystkim dał mocno w kość. Wiem już, że nie muszę się śpieszyć. Przystojny, blondyn podaje mi lód i mówi, żebym go sobie włożyła w koszulkę. Ucinam sobie pogawędkę z sześćdziesięciolatką, biegnie ze mną i oznajmia, że to jest jej 15-ty Ironman i nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa!

Kibice

Nie musisz się martwić, Twoja rodzina też nie będzie się nudzić. Jeśli zechce oglądać  Cię na rowerze organizator oferuje transport do Verony, gdzie czekając abyś śmignął im przed oczami 2 razy, mogą uczestniczyć w słynnym rodzinnym festiwalu. Inną możliwością jest skorzystanie z jednej z wielu dróg lokalnych prowadzących na najbardziej strome wzgórza na trasie (Old Sauk, Timberlane, Midtown) aby poczuć klimat podobny do tego jaki panuje na  Tour de France. Podjazd pod te wzniesienia nie może równać się z żadnym innym odcinkiem trasy. Jedziesz wśród szpalerów ludzi, szerokich na 5 osób z każdej strony. Czasami tłum gęstnieje tak bardzo, że dla zawodników zostaje przejazd o dwumetrowej szerokości. Widzowie wychylają się i do ostatniej chwili machają i krzyczą do przejeżdżający zawodników. Ogłuszający grzechot kołatek, dźwięki gwizdków i okrzyki towarzyszą Ci przez cały czas. Super sprawa, mobilizuje na trasie. Gdy brakuje przełożeń myślisz wtedy: : „kurcze, jak nie wjadę, to dopiero będzie wstyd” ;).

Jeśli Twoi bliscy zdecydują się pozostać w Madison, centrum – a zwłaszcza State Street – oferuje szereg atrakcji. W zasadzie, jeśli przyjrzysz się mapie biegu, zobaczysz, że Twoi kibice mogą stanąć w pobliżu końca State Street aby przemieszczając się nieznacznie , dopingować Ci wiele razy!

Finisz

Jeszcze tylko kilkaset metrów, piękny biały budynek Capitolu, czerwony dywan. Kuzyni z flagą i Michał czekający na mecie. Po prawie 11 godzinach ostatnie 100 metrów przebiegam sprintem i wpadam w objęcia męża. „You did it” – ktoś szepce do ucha.  Wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety nie mają końca. Takich momentów się nie zapomina :).

Ten rok kończy się dla mnie jak w bajce. Było ciężko, naprawdę…

Mam półtorarocznego synka, przestaje wierzyć w granice… 🙂

Obozowo

W domu:

Kiedyś proces pakowania trwał u mnie chwile – kostium kąpielowy, klapki, jakaś książka i kilka sukienek. Teraz – zmierzyłam czas niczym na treningu – pakowałam siebie i Stacha prawie dwie godziny. Młody człowiek, który jeszcze nie ma metra długości, ma więcej rzeczy niż Święty Mikołaj w swym worku. Myślałam, że jako stara doświadczona matka wzięłam wszystko. Gdzie tam. Już drugiego dnia  wieczorem zorientowałam się, że nie mamy off’u  przeciw komarom.

W podróży:

Podróż samolotem z Wrocławia do Palmy, sprawia, że czuję się jak przybysz ze wschodniej tundry na salonach u arystokracji. W samolocie tanich linii jest toaleta przewidziana dla rodziców z maluchami, a posiadanie małego dziecka jest przepustką do pierwszeństwa przy odprawie i wejściu na pokład poza kolejnością. Ponadto dziecko może mieć osobny bagaż podręczny. Nie musicie się więc głowić nad tym, jak wy to wszystko pomieścicie do jednej torby, możecie mieć dwie. Poza tym cały czas mogliśmy mieć ze sobą spacerówkę, z którą rozstaliśmy się dopiero przed wejściem do samolotu.

I co najważniejsze obeszło się bez ipada 😉

Port de Pollença:

Po niecałych trzech godzinach lotu jesteśmy oderwani od codzienności. Tu nikt nie straszy PISem, a powietrze przesiąknięte jest sosnowo-cytrusową nutą. W dwa tygodnie, zapomnimy o Polsce. Majorka to dzikie plaże, skaliste zatoki, lasy, łąki, pastwiska, przejrzyste wody o turkusowym odcieniu i wąskie uliczki wśród starych kamiennych domów. Ale co najważniejsze – Majorka to raj dla kolarzy! Wypożyczenie auta dla 3 osobowej rodziny jest tu tańsze niż pożyczenie 3 rowerów! Drogi ciągną się tu niczym wstążki. Serpentyny, górskie przełęcze, urwiska, klify. Albo asfalt tonący gdzieś w wodzie. Ruch jest tu niewielki, a kierowcy nie jeżdżą szybko i są przyzwyczajeni do rowerzystów, którzy o tej porze roku stanowią nieodłączny element rzeczywistości.

fot. Michał Kuczyński

Zamieszkamy w niewielkim miasteczku Port de Pollença – na północnym koniuszku wyspy w sąsiedztwie gór Sierra de Tramuntana.

Na miejscu jest wszystko czego nam trzeba – otwarty basen 25m z podgrzewaną wodą, serwis i sklep rowerowy, pomieszczenie na rowery i pyszne jedzenie.

7:30-8:00

Jesteśmy już po rodzinnym śniadaniu. Podczas gdy inni delektują się cappuccino i chrupiącym, pachnącym croissantem, my w biegu łapiemy coś do jedzenia, lecąc do kąta i wpychając sobie jak najszybciej do ust, prawie sie dławiac. W ostatnim czasie nasz Stach uwielbia eksperymentować z jedzeniem. Mimo, iż ma przed sobą pełny talerz, lubi i ma ochotę na to co leży akurat na naszych. Rzuca się na mój kotlecik, jakby spodziewał się znaleźć w nim złoty pierścionek.

Pozostaje nam obserwować bezradnie jak szczęście naszego dziecka rośnie, a porządek wokół maleje.

8:00-9:30

Ze stołówki biegniemy  na plac plac zabaw, a tam obowiązkowe kilkaset skłonów. Schylanie, podnoszenie, schylanie, podnoszenie… Układanie, zbieranie…  Po kwadransie jestem mokra od potu niczym maratończyk na mecie. Gdzieś w tym bałaganie jest moja koszulka rowerowa. O jest. Na ramieniu plama po kaszce. Na suwaku zasuszony banan. Gdzie komórka?! Ładowała się. Gdzie Garmin? Pokój hotelowy wygląda jak ruiny Berlina w ’45 a ja codziennie próbuję wyciągać z tego bałaganu jakieś wartościowe cegły i układać je od nowa.

Dzieci, szczególnie małe, rozprzestrzeniają się po domach szybciej niż kosmos się rozszerza, niż rosną nam biodra od bagietek i długi frankowiczów.

9:30-14:30

Trening rowerowy. Nareszcie mogę odpocząć. To nic, że na horyzoncie najbardziej stromy podjazd (największe maksymalne nachylenie Port de Sa Calobra 12.6%). To nic ;). 13-kilometrowa górska serpentyna wije się wśród skał lekko pod górę, by następnie opaść kilkaset metrów nad sam brzeg Morza Śródziemnego. Najsłynniejszym odcinkiem tej drogi jest Nudo de la Corbata („Węzeł Krawata”), na którym trasa zakręca pod kątem 270 stopni i biegnie pętlą pod wiaduktem. Poplątana niczym spaghetti szosa jest bardzo popularna wśród kolarzy. Wysiłek w takim krajobrazie jest… niemal bezcenny.

Na wakacje wzięliśmy rodziców i czuliśmy się za nich odpowiedzialni ;). Po powrocie do hotelu następowała więc zmiana warty. Rodzice na rower, my na bieg z malcem lub na basen.

fot. Michał Kuczyński

18:30

Pod koniec dnia koronny posiłek, kolacja! Nie mam siły na jedzenie. Dzieci milkną tylko gdy śpią. Najpierw uśpię synka, jak go uśpię, to coś zjem. Jednak wolę jego sen wykorzystać na to, że na chwilę i ja się położę. Przecież zjeść mogę jutro. Z głodu nie umrę. Nigdy nie jest się za szczupłą ani za bogatą ;).

I tak, męczymy naszego małego Stasia. W 20 stopniowym upale wybieramy się z nim na objazd wyspy.

Popatrz Stasiu—te kaktusy są większe niż ty cały. Popatrz Stasiu—oliwki są jeszcze malutkie i zielone, dojrzeją późna jesienią. W tym smaku zakochasz się od pierwszego tłoczenia. Popatrz Stasiu,to tu, w dolinie u stóp porośniętych sosną gór Tramuntana, leży przepiękna Valldemossa, miasteczko, które w 1838 roku gościło może najsłynniejszych zagranicznych turystów na wyspie – George Sand i Fryderyka Chopina. Popatrz Stasiu, widzisz te żółtozielone piłki na straganie? To melony. Zobacz jak słodko i mocno pachną. Popatrz Stasiu, kto tak zwinnie przeskakuje między skałami. To kozice. Bardzo lubią chrupki kukurydziane 😉

Spróbuj Stasiu, co to za kwaskowaty smak? To świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Można go tu pić na każdym rogu. Stasiu widzisz tą ciuchcię, która wygląda jak wypożyczona ze sklepu z zabawkami?  Liczy sobie dokładnie 100 lat. Wyrusza ze stolicy Majorki, sapiąc i klekocząc, pokonuje 27 km w ciągu godziny.

Mimo, że podróże z małym dzieckiem to upiorna logistyka (pieluchy, wózek, mleko, odparzona pupa) to może w dorosłym życiu człowiek ten odróżni jednak Majorkę od Minorki. O ile te podziały będą jeszcze wtedy istniały… Oczywiście, być może nasze dzieci z tych wczesnych podróży nie mają żadnych wspomnień. Za to my je mamy! Więc nie jest tak źle. Ponadto zawsze można obronić się słowami—każde wspomnienia odkładają się ponoć w piwniczkach i suterenach naszych umysłów.

Kobiety Wyspiańskiego

Mówią, że posiadanie dziecka przypomina chodzenie z kula armatnia u nogi. Otóż wyobraź sobie, że masz do dyspozycji 10 minut ciszy, bo tyle mniej więcej dziecko do 6 miesiąca życia jest w stanie zabawiać się samo. Z kolei aby skutecznie zgłodnieć do obiadu uprawiasz wyczynowy bieg z przeszkodami po tym niesamowitym mieście z wózkiem, torbą, peleryną i całym tym rodzicielskim majdanem w plecaku, jakieś dziesięć kilo oprzyrządowania. Twoje „spontaniczne” wypady w góry czy do miasta wymagają  planowania, a i tak nigdy nie wiadomo czy dojdą do skutku. Jesteś wiecznie spóźniona i jeśli kiedykolwiek wydawało Ci się, że nie masz na nic czasu-myliłaś się. Macierzyństwo to szaleństwo!!!  I choć wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że jesteś uziemiona na lata, to fakt, że nie ma Cię na liście startowej ani na tabeli wyników popularnych zawodów , nic nie znaczy, w porównaniu z tym, że Twój syn zrobił zawodową kupę albo uśmiechnął się do Ciebie jednym zębem. Nie powiem – zdążyłam tego nicponia polubić 😉

Wiele przerażających scenariuszy, które nękały mnie zanim zdecydowałam się mieć dziecko, nie ziściło się-nie straciłam pracy, nie mam w sporcie gorszych wyników, dziecko nie sprawiło, że jestem jeszcze głupsza niż byłam zawsze ani że jestem mniej efektywna. Dziecko pożera czas, ale daje się mu ten czas z przyjemnością i po prostu jest się bardziej zorganizowanym. Opieka nad niemowlęciem jest co prawda męcząca fizycznie, ale nie aż tak, jak mi się dwa lata temu wydawało, że nie będzie siły na porządny trening. W zasadzie po kilku dniach od porodu można zacząć się ruszać, nie potrzebne żadne poradniki, wszystko da się zrobić instynktownie. Po prostu aby zdążyć między karmieniami decydujesz się na krótszy dystans – olimpijski (1,5 km pływania – 40 km jazdy na rowerze -10 km biegu). Co prawda na początku doświadczasz dużej pokory próbując wcisnąć się w swój stary trisuit. Cóż … młoda mama ubrana w tak obcisły, wykrojony kostium to widok nie pozostawiający wiele miejsca wyobraźni ;)…

Sięgnijmy pamięcią wstecz – dawniej wszystkie matki siedziały w domach z dzieckiem u piersi. Wystarczy wybrać się do muzeum, aby przyjrzeć się sportretowanym przez mistrzów kobietom. Żadna matka nie gra tu np. z nastoletnim synalkiem w szachy, nie jedzie z córeczką konno. Mężczyźni byli na polowaniu, na roli – często w akcji. Matki przeważnie karmiły lub też patrzyły w dal. Dziś naprawdę trudno ucapić siedzącą nieruchomo matkę z dzieckiem. Karmienie jest najmniej istotne, kobiety dziś są otwarte na to co przynosi los. Sama przesuwam się ze Stachem u boku na trening. Do banku, do biblioteki, na zawody sportowe. Nawet do kina można zabrać dziecko . Raz w tygodniu, na tych specjalnych seansach, obserwuję pełną salę kobiet. Aby spotkać się ze znajomymi w parkowej kawiarni ciągnę za sobą Stacha w rowerowej przyczepce.

Moja odważna koleżanka będąc na urlopie macierzyńskim postanowiła zabrać swoją maleńką córeczkę w podróż dookoła świata! Dziś prawie każdy fitness klub oferuje zajęcia dla mam z dziećmi . Kobiety w pocie czoła ćwiczą brzuszki, a poza matą raczkują ich dzieci. Podobnie jak podczas czwartkowych zajęć ogólnorozwojowych GT RAT, gdzie trenerka szkoli naszą pociechę, gdy rodzic pracuje nad core stability.  

Moja znajoma, który prowadzi  własną firmę, opowiada, że często do biura przychodzi z dzieckiem, które większość czasu przesypia w swoim bujaczku. Natomiast podczas ostatniego Sylwestrowego biegu w Trzebnicy nie tylko my biegliśmy, pchając przed sobą niemowlę w wózku sportowym.

Prawda jest taka, dzieci dziś uczestniczą w aktywnym życiu matki i Wyspiański musiałby się nagonić, by takie macierzyństwo uchwycić :).

Dzień Mamy

Po raz pierwszy obchodzę Dzień Matki jako matka, a nie córka. W tym dniu życzę sobie, aby mój synek nie czuł się nigdy przytłoczony moimi marzeniami, ale jednocześnie, aby nikt nie odebrał mi prawa do marzeń :).

image

Wejście w dorosłość ;)

Jak rodzi ci się dziecko, to przyczepność do podłoża zwiększa się o sto procent. Wcześniej czułam jakbym przyleciała tu na gumce z kosmosu. Co za wstrętny świat. Myślałam tylko o sobie, co by tu jeszcze zrobić ze swym życiem by miało sens. Wymyślałam nowe triathlony, maratony, coraz droższe zabawki i tak bez końca.Teraz jest inaczej: odpowiedzialność za dziecko to coś zupełnie nowego. Jestem dla niego główną dystrybutorką tego świata. Nareszcie nie myślę tylko o sobie.

Dostrzegłam w życiu nowe wartości, które się liczą…

Na przykład przestałam przejmować się głupstwami. Tym, że Michał ma zły humor ;), tym, że sąsiad krzywo się spojrzał, tym, że forma spadła i wszystkie moje rywalki są trzy przystanki tramwajowe dalej. Prawdziwe życie czeka w domu i uśmiecha się gdy tylko przekroczę próg domu.

Prawdziwy problem to na przykład choroba dziecka, ale już nigdy kłopotem nie będzie to, że ktoś mnie nie lubi, że może się starzeje, że nie mogę zrealizować treningu, że przed zawodami zżera mnie stres, że zaczynają mi wypadać włosy albo na głowie pojawiają się białe nitki i że nie mam pianki do pływania.

Kumpel z grupy martwi się, że nie zdobył koma. Inny cieszy się bo kupił czasówkę z elektronicznymi przerzutkami i szalenie go to bawi.

Przyglądam im się pobłażliwie.

Kto by się przejmował takimi głupotami.

To chyba znak czegoś ważnego.

Wreszcie dorosłam, choć w codziennym rozgardiaszu nawet tego nie zauważyłam 😉

Mój nowy partner treningowy

Nadszedł czas by postawić kolejny krok. Mam nowego partnera treningowego

Rozpoczęliśmy współpracę w kwietniu
i na początku nie znaliśmy się zbyt dobrze, ale już wtedy miałam przeczucie, że ten
związek będzie miał bardzo silną więź…

Mój nowy sparingpartner  wyzywa mnie na pojedynek w sposób, którego nigdy
wcześniej nie doświadczyłam. W początkowych miesiącach szybko znalazł nieznany dotąd poziom
wyczerpania, szczególnie po naszych porannych sesjach.  Ten nowy dodatek do zespołu ciągle krzyżuje mi
szyki i to na wszystkich  poziomach
energetycznych mojego organizmu.

Nudzi się dużo szybciej i często już po 40 minutach truchtu chce wracać do domu, ale ja się z tego powodu nie oburzam. Za to uwielbia rower i pływanie, co cieszy mnie szczególnie. To jedyna taka istota dla której jestem gotowa odpuścić… byle tylko jemu było znośnie 😉.

I tak
już się zaprzyjaźniamy od 5-ciu miesięcy. Możemy na siebie
liczyć. Zdobyliśmy srebro w Sierakowie, choć jeszcze o sobie nie wiedzieliśmy. Wszystko układa się wspaniale, jestem zmotywowana, czuje przypływ pozytywnej energii, chęć do
pracy i nowych wyzwań!  Po prostu CZUJĘ ŻE ŻYJE (!) z moim nowym kolegą szkolenia i wiem, że nie mogłam dostać
lepszego kumpla! 😉 

Poznajcie Stacha:

image

3 w 1 obóz triathlonowy

Triathlon jest modny i nawet jeśli sami nie zaczęliście go trenować, zapewne wielokrotnie zastanawialiście się, jak to jest możliwe, że amatorzy są w stanie uprawiać trzy dyscypliny „na raz”. Bike Magazyn poprosił, o podzielenie się swoimi doświadczeniami…

Na początku przygody z triathlonem wielu z Was może zniechęcić brak konkretnej wiedzy jak rozpocząć treningi do tej wytrzymałościowej dyscypliny sportu, w skład której wchodzi pływanie, kolarstwo oraz bieg. Gdybyś próbował połączyć trzy odrębne plany  treningowe, po jednym dla każdej z  tych konkurencji, najpewniej pojawiłby się problem przetrenowania. Dlatego tak istotne jest umiejętne połączenie trzech dyscyplin w jedną – a co za tym idzie w jeden plan treningowy, którego konsekwencją będzie poprawa wyników, jednak nie kosztem pojawienia się kontuzji wywołanej przemęczeniem.

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z triathlonem trenowałam zbyt mocno w dni treningu tlenowego, natomiast niedostatecznie w dni gdy powinnam
dać z siebie wszystko, naturalnie byłam na to zbyt zmęczona. Cała moja wiedza streszczała się w haśle: „ Bez wycisku nie ma zysku. Idź na całość a potem walnij się odpocząć”. Aż tu nagle dowiedziałam się od Trenera, że jest inaczej. Musiałam nauczyć się trudnej sztuki odpoczywania…

Dlatego każdy sezon przygotowawczy powinniśmy rozpocząć od wyznaczenia  stref tętna, które pozwolą nam osiągnąć zamierzony cel.  Następnie każdy trening realizujemy z głową, czyli zwracamy uwagę na takie parametry jak : tętno, kadencję , tempo , dystans oraz odczucia. Czyli na to co mówi nam nasz organizmy – przez wielu jest to zapomniany parametr, jednak dla mnie jest jednym z najważniejszych.

Mój plan treningowy tak samo jak rower – skrojony jest na miarę i składa się z czterech podstawowych rodzajów treningów:
– spokojnych sesji o charakterze aerobowym, w trakcie których tętno nie szybuje do najwyższego poziomu
– sesji siłowych, bazujących  na ćwiczeniach w rodzaju cyklicznych podjazdów na rowerze, podbiegów albo pływania w płetwach czy łapkach
– sesji szybkościowych , wykonywanych w tempie odpowiadającym tempu na zawodach
– sesji interwałowych, opierających się na krótkich, ale bardzo intensywnych ćwiczeniach na granicy możliwości organizmu, wykonywanych w tempie przekraczającym tempo startowe.

Te ostatnie są naprawdę ciężkie, ale bardzo szybko mijają ;).

Im dłużej trenujesz, tym plan treningowy coraz bardziej „pęcznieje” . Bywają okresy, gdy w ciągu jednego dnia, ćwiczysz dwukrotnie. W tym wypadku odpoczynek jest szczególnie ważny. Dlatego szalenie istotne jest, aby między poszczególnymi sesjami zachować minimum 6 godzinną przerwę.

Mój  typowy dzień zaczyna się od  przepłynięcia średnio trzech kilometrów. Z basenu  pędem do pracy. Po powrocie do domu zakładam adidasy, wychodzę pobiegać, kiedy kończę jest dziewiąta wieczorem. I tak siedem dni w tygodniu. Odmianę stanowią różne sesje treningowe i sposób, w jaki łączą się one ze sobą. Czasami, aby przełamać rutynę, Trener organizuje nam tzw. „zestaw niespodziankę”. I tak w prezencie gwiazdkowym mieliśmy do przepłynięcia 50x100m w tempie 1:45-1:50. Innym razem
musieliśmy zrobić 440 pompek…W weekendy zawsze mamy do pokonania długi dystans na rowerze i długie wybieganie albo trening zakładek.

Po takim weekendzie, a praktycznie po każdym treningu, organizm powinien się zregenerować . Regeneracja jest jak czwarta dyscyplina
triathlonu. Nie trenując jej nie masz szans na dobry wynik. Dlatego właśnie zmieniłam swoje podejście i zaczęłam trenować odpoczynek! Muszę przyznać, że jest to prawie tak ciężkie jak sesja interwałów : )

image

Pamiętaj, że to nie ciężki trening rozwija twoje ciało, a regeneracja podczas której twój organizm powoli się odbudowuje, przygotowując
do podjęcia kolejnego wyzwania . Tak więc, jeśli ktoś pyta mnie ile trenuje – z czystym sumieniem odpowiadam 24h na dobę.

Sklepowe półki uginają się od książek poruszających ten problem, choć tak naprawdę każdy z nas musi w sobie odnaleźć metodę najbardziej
skuteczną. Dla jednych będzie to czytanie książek na kanapie, dla innych wycieczka rowerowa . Ja trzymam się jednej zasady „ Jeśli biegniesz, a możesz iść – idź, jeśli idziesz, a możesz usiąść – usiądź , jeśli siedzisz, a możesz leżeć – połóż się,  jeśli leżysz, a możesz spać –śpij : )”. Uwaga – wizyta w galerii handlowej w okresie promocji i wyprzedaży to nie regeneracja! : ) Regenerujesz się w spoczynku, choćby na
kanapie z ulubioną książką. Jeśli chodzi o sen mam system taki bardziej jak rolnik. Wschodzi słońce, idę w pole do roboty, zachodzi – zbieram się do odpoczynku.

Ostatnich kilka minut każdego treningu ( 10% całości czasu poświęconego na główną cześć treningu) poświęcam na schłodzenie organizmu;
chodzi o bardzo spokojne pływanie, pedałowanie albo truchtanie. Następnie dokładnie rozciągam wybrane partie mięśni. Jeśli po treningu nie mam na to czasu, poświęcam temu kilka minut wieczorem.

W typowym planie treningowym sugerowałabym jednodniową przerwę od ćwiczeń co siedem, dziesięć dni. Jednak jak już pisałam wcześniej , bardzo ważna jest umiejętność słuchania własnego organizmu. Jeśli podczas treningu coś podpowiada Ci, iż watro przebiec mniej niż zaplanowałeś – może
warto tak zrobić . Nasze ciała są mądrzejsze niż nam się wydaje i bardzo często słuchając  ich uchronisz się przed przetrenowaniem lub kontuzjom . Nie należę do osób co sobie pobłażają, jednak już nie raz doprowadziło mnie to do poważnych konsekwencji – dlatego ucz się na błędach innych  : ).

Bardzo pomocne są kompresyjne ubrania sportowe, które możesz stosować w trakcie jak i po wysiłku – poprawiają krążenie krwi, przyśpieszają
usuwanie produktów przemiany materii i usprawniają prace mięśni. Po zastosowaniu skarpet  uciskowych ból łydek, z którym nie mogłam sobie poradzić, odpuścił zupełnie. Dobrym sposobem na regenerację jest także masaż, jeśli znajdziesz nań czas i środki.

Kolejne kwestie to oczywiście właściwe odżywianie i nawadnianie. Niektórzy pytają mnie o współpracę z dietetykiem. Zawsze odpowiadam, że jeśli miałabym nadmiar pieniędzy, to ja z przyjemnością zatrudniłabym…fizjoterapeutę! Nie lubię witamin w tabletkach , odżywek i tego typu cudactw. Wszystko co potrzebne staram się dostarczać naturalnie. Na treningach jestem ascetką. Za to od dziecka uwielbiałam jeść, i szybko odkryłam, że zdrowa dieta może zawierać właściwie wszystko, byle z umiarem. Tak więc nie wyeliminowałam z diety żadnych potraw. Kilka kostek gorzkiej czekolady dziennie na pewno mi nie zaszkodzi. Kawałka pizzy czy szarlotki także nie odmówię. Aha i do wszystkiego dodaje oliwę z oliwek, nawet do owsianki. Cała sztuka polega na tym, by mieć świadomość na jakim paliwie twój silnik działa najlepiej. W tej materii cały czas się uczę.

Mimo starań, by zmniejszyć zmęczenie, nadal będziecie przystępować do niektórych treningów, czując lekką ociężałość w nogach i brak pełnej mocy. To normalne i w rzeczywistości zwiększa kondycję dzięki procesowi który nazywa się – superkompensacją . Jednak nie powinno to mieć miejsca  zbyt często. Podsumowując, jeśli nie jesteście pewni co robić – róbcie mniej.

 

Jak wytrwać i nie zwariować

Ludzie często pytają, czy się nie nudzimy , trenując tak dużo. Oczywiście, że zdarza nam się mieć dosyć, a niektóre sesje dają więcej satysfakcji niż inne. Kiedy w sobotę rano wracasz do domu po ostrej trasie rowerowej i padasz na kanapę, bardzo trudno jest zmusić własne ciało znów do wyjścia na półtoragodzinne wybieganie. Są dni kiedy myślisz sobie: „Byłoby super, gdybym mógł/mogła dzisiaj obejrzeć finał Giro di Italia zamiast iść na trening” i przez chwilę tęsknisz za innym trybem życia. Wiesz jednak, że gdyby cokolwiek się zmieniło – złapałbyś kontuzję czy infekcję, rozpaczliwie pragnąłbyś wrócić do treningów.

Jestem tak przyzwyczajona do naszego planu treningowego, że gdybym nie poszła w czwartkowy poranek  na rower, mój mózg nie wiedziałby, co jest grane! 😉

Oczywiście są jednostki które robi się z uśmiechem na twarzy i takie które trzeba odbębnić, aby forma szła w górę. Dla mnie tym najgorszym ogniwem triathlonu jest trening pływacki. W trakcie sesji możesz tylko gapić się na przelatujące płytki lub czarną linię rozciągającą się przed tobą a poczucie spełnienia wynika jedynie z tego, że przepłynęło się założony dystans. Owszem możesz rozpisać sobie zadania na kartce i przylepić ją do brzegu basenu, ale nic nie zastąpi trenera i grupy, która będzie trenować razem z Tobą. Dzięki temu nie kojarzysz tego , gdzie jesteś, z tym , co masz do zrobienia. Nie myślisz-po prostu wskakujesz do wody i płyniesz jak inni. Żeby to przetrwać dzień za dniem, naprawdę trzeba dobrej ekipy. Stajesz na początku toru a trener krzyczy: „Start za 10 sekund!”. Nie masz czasu na myślenie. Nie musisz planować ani martwić się o kolejne 3 tysiące metrów. To się dzieje samo! 🙂

Jeśli jazda na trenażerze wydaje Ci się nudna a pogoda za oknem przekonuje, że może lepiej zasiąść przed telewizorem – wtedy wystarczy pomyśleć o tym iż inni z Twojej grupy właśnie umówili się na MTB – 10 minut później sama siedzę na rowerze i pędzę na miejsce spotkania. Bo kiedy indziej, jako triathlonistka, mogłabym spędzić trochę czasu z przyjaciółmi i pogadać jeśli nie na rowerze? Kiedy indziej mogłabym pozwolić sobie na to, żeby siedzieć pół godziny w kawiarni poza miastem, jedząc ciasto, pijąc gorącą czekoladę i rozmawiając o niczym? Treningi kolarskie bywają żmudne i mordercze, monotonne i samotne. Jednak bywają i takie które są w 100 % fajną zabawą. Dlatego jeśli tylko mam okazje dołączam do wspólnych treningów z grupą znajomych.

Pisałam kiedyś, że wieloletni trener Chrissie Wellington (czterokrotnej mistrzyni świata w zawodach Ironman) powiedział jej kiedyś, gdy traciła wiarę w swoje możliwości, że niektóre treningi są jak diamenty, a inne jak kamienie, ale każdy z nich jest skałą budującą fundament formy. Przywołanie w myślach tego zdania pozwala mi cieszyć się treningiem nawet wtedy, gdy wszystko idzie jak po grudzie.

Przecież nikt nie powiedział, że będzie łatwo! Niezależnie od wszystkiego staram się pamiętać o kilku ważnych zasadach:

BĄDŹ KONSEKWENTNY

Nie jest łatwo znaleźć czas na regularne treningi kiedy pracujesz-ale nie ma sensu trenować jak wół w jednym tygodniu i prawie wcale w kolejnym. Bardziej skorzystasz ćwicząc cztery tygodnie po 14 godzin tygodniowo niż na zmianę po 30 godzin w jednym tygodniu i 5 w kolejnym. Zasada ta odnosi się zarówno do liczby godzin treningu jak i do jego intensywności.

TRENUJ  W TOWARZYSTWIE

Łatwiej jest ciężko trenować jeśli nie robi się tego samemu. Jeśli wiem, że mogę spotkać na bieżni trenera oraz drużynę i wspólnie ostro pobiegać- czuję, że dam radę. Towarzystwo jest jeszcze ważniejsze, jeśli pracujesz. Kiedy wracasz z pracy o 17:30, zmęczony i głodny, prawdopodobieństwo, że uda ci się pójść pobiegać jest znacznie większe, jeśli zamierzasz robić to wspólnie z kolegom. W końcu ustali wam się rytm treningów, który będziecie mogli wpisać do kalendarza.

image

STAWIAJ SOBIE CELE

Mam szczęście – kocham to co robię – ale myślenie o wyznaczonym celu bardzo pomaga. Kiedy wyciskasz z siebie siódme poty na treningu musisz wiedzieć, po co to robisz- na przykład, żeby być w jak najlepszej formie na zawodach za pięć  miesięcy. Stawiaj sobie też dużo celów krótkoterminowych. W kwietniu 2013 nie myślałam o Ironmanie w Klagenfurcie ale o jak najlepszym występie w Czechmanie, miesiąc wcześniej.

DBAJ O RÓŻNORODNOŚĆ

Postaraj się, aby twój plan treningowy był urozmaicony. Jedź  w góry, skorzystaj z propozycji obozów treningowych. Dbaj o różnorodność. Twoje ciało i umysł jej potrzebują. My urozmaicamy treningi, jeżdżąc w różne miejsca- w innym wypadku 50 tygodni identycznych ćwiczeń, trwających od października, byłoby nie do wytrzymania.

image

SŁUCHAJ SWOJEGO CIAŁA

Nie traktuj planu treningowego jako świętości, której należy bezwzględnie przestrzegać, lecz jako zbiór wytycznych dostosowywanych do Twojego samopoczucia w danym dniu, ilości dostępnego czasu i wyznaczonych celów. Wstrzymanie się z treningiem do czasu wyleczenia kontuzji to nie przejaw lenistwa, lecz zdrowego rozsądku. Ufaj swoim instynktom.

WYKORZYSTUJ KAŻDĄ MOŻLIWOŚĆ

Trenuj kiedy tylko możesz. Jeśli nie jesteś w stanie znaleźć czasu lub motywacji na godzinny bieg , biegaj dwa razy w tygodniu po pół godziny.

BAW SIĘ DOBRZE

Nie chodzi o zmniejszenie intensywności treningu, ale o zmianę nastawienia do niego. Mój kolega, wielki łasuch, przygotowując się do maratonu biegał po lesie. Jednak aktywność ta po pewnym czasie zaczęła go nużyć i był bliski rezygnacji. Aż pewnego razu wpadł na pomysł, aby  ukryć w owym lesie swoje ulubione przekąski. Od tej pory zawsze po skończonym treningu odnajdywał jedno z tych miejsc, a słodka nagroda była dla niego motywacją do codziennej pracy.

Podczas jazdy na rowerze zamiast zadręczać się, że jedziesz za wolno, postaraj się pomyśleć, że nie ma się czym przejmować-jeśli zjedziesz z tą prędkością ze wzniesienia lub dojedziesz tak do następnego drogowskazu, na pewno ci to nie zaszkodzi. Ciesz się jazdą lub bieganiem, takimi jakie są. Usuwając przy okazji z Twojego wypasionego zegarka wszystkie niepotrzebne pola takie jak prędkość średnia 🙂

Biegając zwiedzaj okolicę, sprawdzaj, co jest przy tej ulicy czy w tamtym lesie. Biegaj do szkoły lub do pracy- dzięki temu dotrzesz tam pobudzony i pełen energii, zaliczając trening zamiast dojazdu.

Urozmaicaj ulubione trasy. Jeśli nie masz wielkiego wyboru, spróbuj przebiec swoją tradycyjną trasę w odwrotnym kierunku- zobaczysz jak to odświeża umysł. Ciesz się ruchem w określonym tempie, słuchaj odgłosów otoczenia i własnego oddechu, znajdź swój rytm.

Artykuł ukazał się w “Gazecie Kolarskiej”.

Z życia triathlonistów – jak zacząć trenować zimą cz. 2

Czwartek

Mam jeszcze więcej mięśni, niż uczyli mnie na studiach.

Poza tym jest coś gorszego niż Fartlek. Tym czymś są wieczorne spotykania GT RAT, przy Wzgórzu Andersa, w celu ćwiczenia podbiegów. Znacznie lepiej idą mi zbiegi. Rozglądam się dookoła i stwierdzam, że co prawda obok ćwiczy mnóstwo umięśnionych mężczyzn wyglądających jak nie ja, ale jest też mnóstwo kobiet wyglądających jak ja, ale one tak strasznie nie dyszą i nie wyglądają, jakby umierały.

Na koniec 4 przebieżki. Trener chyba dostrzegł cień powątpiewania w moich oczach. Może rzeczywiście podciągnęłam formę, bo zrobiłam wszystkie, kiedy Trener stał obok. Potem na szczęście poszłam do auta i nie widział, jak przywaliłam nosem w ziemię dysząc okropnie. W końcu jednak wstałam.

Piątek

Każde słowo ma swoje znaczenie, ale nie takie jak ci się zdaje. Przebieżka to nie  sprint. Nie przekraczać 3 min/km. Zapisałam to również w smartfonie. Tymczasem w planie znowu bieganie. Na szczęście okazuje się, że na początku wystarczy, bym biegała kilometr szybko, kilometr wolno – i tak 5 razy. Czyli około godziny.

Poza tym stwierdzam, że mogło być gorzej… bo kiedy wieczorem liczę kafle w basenie, co jest trochę nudne, myślę sobie o Michaelu Phelpsie, że jak on się musi nudzić w basenie pływając tylko od ściany do ściany. Tylko trochę mnie to pociesza, bo dlatego nie zostałam pływaczką, a triathlonistką. Ale cieszę się , że ten basen nie jest codziennie. Albo co gorsza 2 razy dziennie.

Sobota

W planie treningowym zapisano długie wyjeżdżenie. Nic nie jest jednak tak proste jakby się mogło wydawać. Michał jest fanem liczb. Najbardziej w tym całym trenowaniu podoba mu się to, że na Stravie będzie mógł zdobywać kolejne KOM-y, automatycznie informujące niektórych znajomych, w ile przebiegł czy przejechał. Nie muszą wiedzieć, ile z tego przeszedł… Wie, gdzie, ile i o której przebiegają wszyscy jego znajomi – to znaczy ci, którzy kochają sport i uważają innych- niesportowych za dziwny gatunek. Zdarza mu się spędzać naprawdę mnóstwo czasu na wymyślaniu nowych tras.

Tylko gdzie moglibyśmy pojechać?- zastanawia się z poważną miną analizując od dwóch kwadransów google maps.

To ważne, bo skoro wszyscy się dowiedzą, którędy jeździliśmy, nie powinno to być coś przypadkowego. Dlatego zrezygnował z jazdy oklepaną drogą. Ona prowadzi do wioski Samotwór w której to znajduje się pałac Alexandrów założony w 1776. Poza tym nie wyszłaby z tego ładna pętla. Lepsza jest Sobótka, ale i dalsza. Chyba, że dojechałbym do niej samochodem. Jeszcze to przemyślę…

Z życia triathlonistów-jak zaoszczędzić choć trochę

Koniec roku, to w triathlonie czas dokonywania większości opłat startowych. Możecie wiec sobie z grubsza wyobrazić, że ostatnie tygodnie upłynęły nam tak, jak muszą mijać ostatnie dni skazańców, gdy zbliża się dzień egzekucji … Co prawda później też można, ale organizatorzy już teraz zachęcają do zapisów (i przedpłat), strasząc brakiem miejsc i wzrostem cen.

Na co my wydawaliśmy te pieniądze, które teraz skrupulatnie odkładamy na nowe starty,noclegi, podróże czy skarpety kompresyjne za dwie stówy. Oczywiście milej jest też mieć zegarek, który policzy i tętno, i liczbę kroków, i jeszcze zrobi wykres, rzucając to na średnią miesięczną i roczną, i nas zdopinguje. Natomiast odpowiednie, czyli nie do uwierzenia drogie buty,  uchronią od groźnej i nieodwracalnej kontuzji, właściwe ubranie od przeziębienia, a odpowiednie odżywianie – od opadnięcia z sił. Nie mówiąc już o skomplikowanych rytuałach czyszczenia i masowania, które mają spowodować, że staniemy na nogi i będziemy gotowi na następny dzień.image

W skrócie sytuacja wygląda tak, że co prawda triathlon jest zdrowy, ale prócz tych specjalnych butów, których nie mam, roweru, pianki, oddychającego stroju, ze skarpetkami dałam sobie spokój, muszę jeść specjalne posiłki, jeśli nie chcę się autozjeść a do tego powinnam startować w zawodach, w których nie wiadomo co mnie spotka. I nie piszę tego absolutnie po to, by żartować z triathlonistów.

image

Choć i tak wydaję mi się, że kupujemy z Michałem tylko najpotrzebniejsze rzeczy, zrezygnowaliśmy już niemal ze wszystkiego: z wypadów na miasto, z wakacyjnych wyjazdów, do kina wpadamy tylko na bardzo dobre filmy takie polecone przez przyjaciół. Wszystkie zbędne przedmioty, sprzedaliśmy na Allegro. Wiedziemy życie odpowiednie dla staruszków z balkonikiem. Wygląda na to, że przynajmniej umrzemy zdrowsi(!) 😉

Osobiście w ramach oszczędności i cięć budżetowych obcięłam znacznie fundusze na pielęgnację ciała, aby wydobyć,  a raczej podkreślić aspekty duchowe :). Postanowiłam nawet skorzystać z porad  fachowców- zrób sobie dużo list. Listę rzeczy do kupienia w sklepie, która spowoduje, że oszczędzisz na niepotrzebnych wydatkach, i zaplanuj życie na cały tydzień.
image

Na papierze to wygląda wspaniale. Zaplanowałam sobie na jutro solę w pesto, a na wtorek nadziewane papryki oraz kuskus. Niestety, w sklepie nie było soli, był za to niezaplanowany łosoś. Nie było też kuskusu…

Z powyższej analizy wnioski nasuwają się same…Istnieje sposób na zarobienie wielkich pieniędzy, a jedynym działaniem antykryzysowym jest obcięcie wydatków na męża(!)

Po co mu samochód z taką wielką pojemnością? Możemy wspólnie jeździć jednym autem. Koniec z prezentami dla ukochanego. Żadnych zegarków, nowych krawatów… Koniec z takim rozpieszczaniem drobiazgami. Koniec z gadżeciarstwem. Po co dorosłemu facetowi telefon i gry, którymi bawią się zerówkowicze? Po co abonament do siłowni? Nie widział filmu Rocky? Brzuszki można ćwiczyć, wisząc na darmowym drzewie w parku pod domem. Dla zdrowia mężczyzny to tylko lepiej 🙂 I choć nie rozmawiałam o tym jeszcze z Michałemuważam mój pomysł za coś ładnego i dobitny dowód na to, że istnieją rzeczy fajniejsze niż te wszystkie nowe samochody i ogólnie nowe rzeczy do kupienia, czyli ta cała miazga rzeczywistości, przytłaczająca i beznadziejna.

Wezmę sprawy w swoje ręce i spróbuję za jakiś czas napisać jak mi poszło 🙂