Z życia triathlonistów-jak zacząć trenować zimą cz. 3

Niedziela

5 godzin treningu zakończone kilkukrotnym zdobyciem Ślęży. Za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć jak mam na imię…

image

Wtorek

Dziwne, ale przestały mnie boleć mięśnie(!). Podczas Fartleku zaczęłam się nawet  rozglądać dookoła i potrafię wyliczyć szacunkową wartość ekwipunku mijanego biegacza, tylko nie zawsze mogę obejrzeć zegarek.
A na siłowni spróbowałam podwyższyć obciążenie do 30 kilo i dałam radę. Nie mam z kim podzielić się radością. Wszyscy dookoła podrzucają powyżej 50. Mają takie fajne rękawiczki, trochę podobne do rękawiczek do prowadzenia samochodu. Nieco jednak głupio pytać, do czego służą, choć na pewno by odpowiedzieli. Wszyscy są strasznie mili, dziś znowu podszedł jeden z tych podrzucających ponad sto, aby się przywitać. Potem poszedł podciągać się i żeby było ciężej, zawisł do góry nogami. Nie mogłam na to patrzeć.

image

Czwartek

Kupiłam sobie ciepłe spodnie kolarskie oraz zimowe ochraniacze na buty a także wełniane wkładki, które mają wspomóc zimowy trening triathlonisty. Zimowy trening rowerowy jest wspaniały! Wszystkie drzewa i krzaki iskrzą się diamentowymi soplami lodu. Świat wygląda bajecznie! Za nic nie chciałabym mieszkać na południu gdzie nigdy nie ma śniegu!

image

Znam się też nieźle na miksowaniu zapachów perfum oraz kuchni regionalnej. Konkretnie na gotowaniu zupy rybnej. Wyrecytowałbym przepis z zamkniętymi oczami. Codziennie rano leci ten sam program, kiedy jeżdżę na trenażerze. Lecą też programy informacyjne, ale jest na tyle głośno, więc wiem tyle, że coś gdzieś wybuchło.

🙂

***

 

Z życia triathlonistów- jak zacząć trenować zimą cz. 1

Po nocy przychodzi dzień, po próbach odchudzenia się i zaoszczędzenia przychodzi refleksja, że to się po prostu uda, że skoro nie zrobiłam TRX przedwczoraj, obiecując sobie, że zrobię go wczoraj, a wczoraj też mi coś wypadło, tak jak i wypadnie dzisiaj, jutro zaś nie będzie lepiej – zima to czas nauki. Koncertowo więc obrywam po tyłku…

Poniedziałek

Wolny!  …ale głównie chce  mi się spać, jeść albo pić. Nic poza tym.

Wtorek

Trener zarządził Fartlek,  w wolnym tłumaczeniu “zabawę prędkością”. Znam bardzo dobrze definicję zabawy, ale nijak nie pasuje mi to do tego o czym czytam w swoim planie treningowym,  tutaj okazuje się, że w fartlek-u trzeba wykonać kilka mocnych akcentów biegowych, najlepiej w terenie, najlepiej pofałdowanym, a “odpoczynek” powinien być tylko zwolnieniem. Oczywiście im bardziej zwolnię tym lepiej wypocznę. Ale tu nie chodzi o zupełne zwolnienie… Biegnę sobie więc do Lasku Osobowickiego. Liście są piękne. Czerwone, żółte, brązowe… czy mogę wziąć kilka do wazonu(?) Po kwadransie widzę, że robią się jakieś – sine.  Do domu czołgam się resztkami sił. Ale przynajmniej wiem, w co gramy. Trener pyta, czy obciążenie nie było zbyt duże. Zapewniam go, że to wszystko wcale nie jest męczące. Pewnych spraw lepiej nie tłumaczyć.

Wieczorem siłownia. Nie boję się nieznanych maszyn. Mam swojego Trenera, który sprawdzi, jak sobie radzę i zaproponuje program ćwiczeń. Bardzo się cieszy, kiedy uda mi się wykonać jakieś ćwiczenie, więc ja też się cieszę. Na jednej z maszyn ustawił mi 10 kilo obciążenia. Obruszyłam się, tyle to ważą zakupy w supermarkecie. Po 30 podniesieniach właściwie uważam, że 10 kilo to jest coś, choć nadal nie lubię myśleć o sobie jako o kimś, kto podnosi kilka razy zakupy. Wolę widzieć się jako kogoś, kto podniósł 300 kilo.

Na szczęście na innych maszynach daję radę podnieść 20 kilo i to brzmi lepiej.

Środa

Wszystko mnie boli. Mam miliony mięśni, o których nie wiedziałam. Tymczasem dostaję od Trenera nowe zadania do wykonania na rowerze MTB – całe sześć linijek drobnym maczkiem. Po kilku minutach udaje mi się je jakoś zapamiętać. Na dworze mróz. Jadę zgodnie z planem. Powietrze ma kolce, wiatr wymierza policzki.  Po dwóch godzinach tracę czucie w stopach. W drodze powrotnej zapominam o rozpisce tylko rozważam kupno specjalnych butów rowerowych na zimę. Potem w domu usiłuję wytłumaczyć Michałowi, czemu ich cena jest specjalna, ale nie przekonuję nawet siebie.
Chyba jakoś się przemęczę.

Wieczorem pływanie. Daję się wyprzedzać…

Cdn. 😉

Z życia triathlonistów – dieta

Mój mąż doszedł do wniosku, że skoro udało mu się tyle rzeczy: skonstruował stojaki na rowery, nauczył się regulować przerzutki, wymieniać linki, dostał się na Swissmana  a nawet pomalował pokój – to dałoby się też przejść na dietę i stracić kilogram lub dwa, choć właściwie to tak naprawdę tego nie potrzebuję.

– Bądź trzy, cztery – zaproponowałam.

– Czyżbym miał z czego – zainteresował się?

– Nie, ale jednak trzy, cztery. Cztery – odparłam, myśląc, że to żart.

Przecież on jest facetem(!) Właściwie to przed założeniem RAT-u  nie znałam żadnego odchudzającego się mężczyzny, zaś jeśli chodzi o kobiety, to wiadomo – że wszystkie. Teraz jest na odwrót. Rozmowy w damskiej szatni nigdy nie dotyczą odchudzania, a raczej nagród po ciężkim treningu w postaci paczków czy rurek z kremem.Kiedy spotykam się z  kolegami z grupy, jeden opowiada, że zjada kalafiora, a inny mu na to, że on jednak stawia na błonnik, po czym rozmawiają o tym pół godziny. Wśród kobiet triathlonistek to jednak niemożliwe.

To dietowanie Michała ma nieoczekiwane konsekwencje… Faceci w pracy głównie się z niego śmieją lub opowiadają, że oni pakują. Natomiast kobiety, mam wrażenie, go adorują… Okazuje się, że każda marzy, by jej facet schudł na diecie, ale żadnemu się nie chce. Nie rozumiem kobiet – on staje na wadze 50 razy dziennie, je mniej ode mnie i jest nie do zniesienia(!)


Najpierw spokojnie tłumaczę Michałowi, że musi  spać osiem godzin. Jeśli będzie bezsenny, będzie w nim rósł hormon głodu. Właściwie gdyby spał jeszcze dłużej, mógłby w ogóle schudnąć w łóżku. Próbuję też wyjaśniać, że być może, jeśli się ćwiczy, udałoby mu się schudnąć nawet bez diety, ale tego, zdaje się, mój mąż nie dostrzega. Zdaje się, że przez tą głodówkę nie myśli racjonalnie. W akcie desperacji odkrywam pewne urządzenie, które pozwoli mu zlikwidować nawet pięć kilogramów, i to właściwie bezwysiłkowo. To pas, który zakłada się na brzuch, zaciska mocno i włącza. Zaledwie 59 złotych z bateryjką i będzie sobie wibrował, a ja będę mogła zgodnie z instrukcją cieszyć się życiem i wykonywać normalne czynności domowe. Kiedy o tym opowiadam Michał patrzy na mnie w dość osobliwy sposób…

Po diecie schudł, ale oczywiście niewystarczająco(!) Wiem, bo założył dzienniczek. Chodzi zły…

Może powinienem zmienić dietę? – odparł.  Potem przez godzinę rozmawiał z przyjacielem o tym, czy zamiana jagód na maliny przy tych naleśnikach mogła wpłynąć na wyniki  😉

Prawdziwa historia KarkonoszMan-a

Tylko 85 śmiałków, odbieranie pakietów startowych w glorietcie, odprawa w Sali Rycerskiej, strefa zmian usytuowana na dziedzińcu w otoczeniu starych zamkowych murów tuż obok Sali Tortur…Wszystko to sprawia, iż czujesz, że wyścig ten będzie wyjątkowy a zarazem piekielnie trudny, a Ty zamieniasz  się w średniowiecznego rycerza, który za chwilę rozpocznie ucieczkę przed goniącym go wojskiem wroga 🙂

Dzień przed startem rozmawiam z  Robertem – organizatorem. Słyszał o moich zmaganiach z kontuzją i dzieli się ze mną wątpliwościami. Radzi bym wycofała się z wyścigu  i proponuje przeniesienie możliwości startu na przyszły rok. „Zastanów się– mówi- za uczestnictwo w tych zawodach nawet organizm stuprocentowo zdrowego człowieka musi zapłacić wysoką cenę, aż strach pomyśleć o  konsekwencjach startu w słabszej kondycji…”  Zaczęło się od przygotowań do startu w IM – obciążenia treningowe spowodowały u mnie poważny kłopot z kręgosłupem. Okropny ból ograniczył mi realizowanie w pełni programu treningowego. Było ciężko choć powoli wraca mi nadzieja. Miałam taki moment na wiosnę, gdy byłam gotowa w sekundę rzucić sport. Parę osób postawiło wtedy na mnie krzyżyk… Nastąpiły zmiany i zupełnie nieoczekiwanie z pomocą przyszli koledzy i koleżanki z GT RAT i nie pozwolili mi się poddać. 

image

O piątej nad ranem, z głową pełną niewesołych myśli i ciężkim sercem usiłuje wepchnąć w siebie kawałek szarlotki. Myślę o wszystkich, którzy we mnie zwątpili… o tym, by  pomimo wzlotów i upadków zachować godność, rozwagę, wolę działania i odwagę. Trzeba być odważnym. Można być też bardzo bezsilnym, zdesperowanym i czuć  wielki lęk…
image

Triathlon to trzy dyscypliny i tylko jeden końcowy wynik. Tego dnia nie czułam się pewna w żadnej z nich.
Zaczynamy w Suchej, u podnóża tajemniczych zabudowań Zamku Czocha… Etap pływacki, jako jedyny zapowiada się płasko. Jednak jak się okazuje silny nurt, ruchoma „bojka” oraz prądy sprawiają, że zamiast obiecanych 1900 metrów ostatecznie pokonujemy ich ok 2700. Musicie wiedzieć, że brzeg jeziora Leśniańskiego to nie piaszczysta plaża ale usłane głazami i korzeniami strome urwisko. Tak więc wyjście z wody do łatwych nie należy. Długie  schody prowadzą nas na dziedziniec. Po wyjściu z wody ze względu na pogodę decyduje się na włożenie ciepłej i suchej bluzy. Natomiast na bieg zamieniam ją na koszulkę z krótkim rękawem.

image

Rowerami musimy dostać się do Karpacza. Targani wiatrem , który uderza w twarz mamy do pokonania kilka długich i stromych podjazdów, a poruszanie się w ruchu ulicznym  wymaga od nas dodatkowej koncentracji. Jeśli myślisz, że odpoczniesz na zjazdach, jesteś w błędzie. Kręta droga na łeb na szyję wymaga doskonałego panowania nad rowerem i stalowych nerwów – a ja z jednym i drugim mam na bakier ;). Ze względu na kontuzję rower postanawiam przejechać spokojnie. Nie jestem pewna jak noga zareaguje na ciężki bieg.

Po 85 km i 1800 metrach przewyższeń docieramy do Karpacza – ostatniej strefy zmian. Tutaj droga już nie biegnie w dół, tylko pnie się coraz wyżej i wyżej. Zaczynamy podbieg na Śnieżkę (1602 m n.p.m.). Pejzaż wyglądał obłędnie. Widok na otaczające góry i doliny zapiera dech w piersiach, co wprawdzie niezbyt pomaga w biegu, ale daje niesamowity zastrzyk euforii.

Tutaj  na trasie biegowej organizator dopuszcza możliwość suportu.   Moim suportem jest Magda. Daje mi pewność oraz siłę. Nie jestem sama na wypadek gdybym czegoś potrzebowała, dodaje mi otuchy gdy opadam z sił i czuję się zmęczona, odciągając tym samym moje myśli od bólu i monotonii.

Razem docieramy do Schroniska Odrodzenie i powoli wspinamy się jeszcze wyżej. Stopy ślizgają się na kamieniach. Przedzieramy się przez pełne kamieni i kosodrzewiny zbocze. Turyści klaszczą, dopingują. Aż czasem chciałoby się przyspieszyć :).  Biegniemy zboczem. Jednak kolejne punkty orientacyjne na trasie wydają się zbliżać piekielnie wolno. W tym momencie cała moja energia skupia się na prawidłowym wyborze toru ruchu, stawianiu stóp na stabilnym gruncie i omijaniu przeszkód.

W końcu docieramy do Domu Śląskiego. Zostało nam jeszcze jakieś 1,5 km stromego podejścia, a nasi przeciwnicy mają 20 sekund straty(!)  Jeśli zdołałyśmy dotrzeć aż tutaj, pokonując wszystkie przeciwności,  nie możemy teraz przegrać.  

Wraz z Magdą zwiększamy częstotliwość kroków, wzniesienie daje się nam we znaki. Oddech staje się coraz cięższy, a  moje serce zachowuje się jakby miało  za chwilę eksplodować. Nogi zaczynają się blokować, utrudniając mi kontrolę skurczy, które zawładnęły mięśniami. Myślę tylko o przyśpieszeniu, odwracanie głowy niczemu nie służy. Wydaję mi się, że to najdłuższe metry w moim  życiu. I wreszcie docieramy na górę. Moje nogi odmawiają posłuszeństwa. Padam prosto w objęcia Michała…. po chwili otaczają nas pozostali  członkowie ekipy . Wszyscy płaczemy nie mogąc złapać tchu z wrażenia.

image

Cieszyłam się z tego zwycięstwa jak z żadnego innego. Na Śnieżce, gdy płynęły łzy, myślałam: “Jezu, dałam radę po tym wszystkim. To niemożliwe”. Góry  pozwoliły mi  poznać samą siebie, sprawdzić, w jaki sposób zachowuje się moje ciało i umysł, zobaczyć jak lepiej walczyć , lepiej się odżywiać i nawadniać.  Może pod względem dystansu jest to tylko połowa IM ,jednak  ze względu na bardzo trudny teren zmęczenie jest porównywalne. Tym bardziej jestem dumna i z rezultatu, i z tego, że wytrzymaliśmy. Choć na Śnieżce kilka minut zajęło mi przypomnienie sobie jak mam na imię 🙂 

image

Jak mawia moja dobra przyjaciółka, zwycięstwa uczą nas niewiele; natomiast jeśli nic się nie układa, kiedy pojawiają się trudne sytuacje, z których trudno jest wybrnąć, kiedy próbujesz na nowo podnieść się sto razy i sto razy na nowo upadłeś, a za sto pierwszym udało ci się znaleźć rozwiązanie, wtedy właśnie znajdujesz coś pozytywnego, wtedy dojrzewasz i poznajesz samego siebie. Kontuzje to też ważny moment- tworzą coś na kształt historii walki z własnymi słabościami. I jak mi wtedy na Śnieżce przeszły przed oczami wszystkie te bóle, kontuzje, urazy to, jak daleko moje ciało było czasami od sportu i z jakimi rywalkami się ścigałam, to miałam moment czystego szczęścia, że dałam radę. Mocna jestem mimo wszystko ;).


Przebrani schodzimy do Strzechy Akademickiej gdzie czeka na nas talerz ciepłej zupy przed zejściem w dół.

Może nie wszystko stracone… 

P.S. Dziękuję Trenerowi Kubie za wsparcie dla kuśtykającej i wiarę we mnie, moim rodzicom  oraz kolegom z Grupy Triathlonowej RAT, za przyjaźń, serdeczne porady, inspiracje i pomoc, kiedy jej najbardziej potrzebowałam.
Cudownie było dzielić z Wami te chwile…

Pierwsza karta historii Triathlonu Karkonoskiego została zapisana… kolejne czekają na Was 🙂

http://www.youtube.com/watch?v=ak5zDr74zdA

Foto i film

Michał Kuczyński

Triathloniści są z innej planety

Od pewnego czasu zauważam, że przyjaciele się ode mnie odsuwają. Zachodzę w głowę w czym rzecz, ale nikt nie chce mi nic powiedzieć.

Sprawa intrygowała mnie coraz bardziej, aż zaczęłam prowadzić notatki. Może rzucą nowe światło na całą sprawę.

Poniedziałek

„Już chyba z pół roku się nie widziałyśmy, podobno skończyliście remont mieszkania“, rozmawiam przez telefon komórkowy jednocześnie nerwowo wertując półki  w poszukiwaniu ciuchów na rower. „No właśnie, to skandal, musimy się spotkać, zjeść kolację u nas albo u was, tylko kiedy?“, odpowiada moja bliska przyjaciółka. Po czym wyliczam: „Jutro muszę jechać na salę, w środę na siłownie, w czwartek po pracy mam basen, w piątek też nie skończymy przed 22….“ Wyszło na to, że najbliższy termin, w którym i ja i ona możemy się na spokojnie spotkać jest za cztery tygodnie. Zapisałyśmy się w kalendarzykach telefonicznych.

Wtorek

 „Świetną komedię grają w weekend,” dzwoni szwagier i namawia nas na teatr. My drętwi jak kołki w płocie – w niedzielę mamy zawody i nie chcemy zbyt długo siedzieć. Grzecznie odmawiam.

Środa

Znajomi zapraszają nas do siebie na grilla. Przyszliśmy jak zwykle punktualnie. Kupiłam po drodze wino, bo przecież piwem żadne z nas się nie tuczy. I to był błąd. To było „brunello di montalcino” , kosztowało 30 zł i było dobre. To znaczy tak uważałam, ale kiedy wręczyłam butelkę gospodarzowi, skrzywił się. Powiedział, że ten rodzaj brunello to wpadka i najgorszy rocznik. Powinni je wylać, a nie wciskać ludziom. Potem była kolacja. Czuliśmy się trochę dziwnie. Gospodarz wina podał trzy, a o każdym opowiadał 20 min zanim nalał. Wszystkie trzy smakowały jak brunello. Oczywiście tego mu nie powiedziałam. Wyszliśmy zanim jeszcze przyszedł ostatni gość.

Czwartek

Przyjaciele planują wakacyjne wyjazdy. W tym roku modne są oryginalne podróże. Poszukiwanie ropy w Azerbejdżanie, wyprawa szlakiem starych cerkwi w Rumunii, spanie na arafatce w Palestynie. Moje plany wakacyjne są mniej ambitne i nie sądzę, że w drodze powrotnej taszczyć będę kły mamuta.  W czerwcu spędzę uroczy weekend w  województwie kujawsko-pomorskim (Triathlon Volvo Series), następnie odwiedzę Karkonosze (Karkonoszman). W lipcu w naszym rodzimym Poznaniu, będę podziwiać triathlonowego wszechmistrza wszechczasów CHRISA McCORMACKA (dwukrotny zwycięzca Mistrzostw Świata na dystansie Ironman). Potem, jeśli wszystko pójdzie dobrze, wyskoczę na weekend do Chodzieży, a we wrześniu na mazury (Triathlon Volvo Series). W każdym z tych miejsc czekają mnie  atrakcje w stylu ½ IM.

Moja przyjaciółka z rozbrajającą złośliwością twierdzi, że nie zna drugiej takiej osoby, która na wakacje wybiera miejsca, gdzie jest jej gorzej niż w domu.

Piątek

Po południu wpadł kolega. Akurat zrobiłam paellę, zapytałam, czy z nami zje. Zgodził się, a potem długo i podejrzliwie oglądał swój talerz. Połowę składników odłożył. Następnie miał zastrzeżenie do ciasta z fasoli, które podałam na deser. Też nie znalazło jego uznania. Zrobiło mi się go żal i zapytałam, czy może ma ochotę na sałatkę z awokado…przerwał, krzywiąc się i pytając, czy mam coś normalnego do jedzenia.

Na mieście mówi się, że jestem masochistką, mam hopla na punkcie jedzenia i picia, spędzam czas na wymyślaniu najbardziej wydziwaczonych potraw, i nie znam się kompletnie na jedzeniu ani na winie. Nie mam co robić, dlatego całe dnie poświęcam na pływaniu, kolarstwie albo bieganiu, ale nie widziałam żadnej wystawy ani niczego nie czytałam. W związku z powyższym w najbliższy weekend nikt nie chce się ze mną spotkać.

…chociaż…

 może to i lepiej…  do zrobienia mam 2 długie treningi, więc pewnie na nic innego nie starczy mi sił.

Foto:

Żródło  nieznane ( internet)