Nie wiedziałam że tak będzie

 Bike Magazyn 9-10/2014

 

image

„Kolarstwo jest jedną z
najtrudniejszych dyscyplin sportu. Nawet najgorszy kolarz jest wciąż wybitnym sportowcem”. Słowa Marco Pantaniego nie są obce chyba żadnemu kolarzowi. A co
jeśli do roweru dodamy jeszcze pływanie i bieg? Triathlon obecnie cieszy się co raz większą popularnością. Wielu zawodników, często znudzonych już maratonami MTB, zaczyna szukać nowych wyzwań i próbować swoich sił właśnie w tej dyscyplinie sportu. I choć wymaga to wkładu ogromnej i ciężkiej pracy, nie
brakuje kobiet, które chcą sprawdzić siłę swojego charakteru. Jedną z nich jest Olimpia Wojtyło, której przygoda z triathlonem rozpoczęła się dosyć niedawno, a na swoim koncie ma już sporo znaczących sukcesów, m. in. ukończenie Ironmana.

Na     wstępie gratuluję sukcesów! Jeszcze kilka lat temu można było Cię spotkać na trasach maratonów MTB. Teraz możemy śledzić Twoje wyniki w zawodach     triathlonowych. Skąd taka zmiana? Pomysł trenowania triathlonu był     spontaniczną decyzją czy raczej rodził się w Twojej głowie powoli?

Dziękuję – to co powiedziałaś na wstępie niewątpliwie jest wspaniałe, ale trochę krępujące.

Moja historia jest opowieścią o sportowcu z przypadku. Triathlon  to był wybryk, biorąc pod uwagę fakt, że po trzydziestce ciężko nauczyć się nowych rzeczy, a co dopiero trzech dyscyplin sportowych 🙂

Pierwszy raz oglądałam zawody Ironman zaledwie trzy lata temu, zresztą za namową instruktora Spinningu, który kilkukrotnie brał w nich udział.  Była to pamiętna relacja z 1982 roku, gdy Julie Moss upadła i na zakrwawionych dłoniach i kolanach czołgała się do linii mety. Tłum widzów uformował dla niej szpaler, skandował i dopingował ją do walki. W tym samym czasie Kathleen McCartney, dotychczas druga, minęła rywalkę i podążyła do mety, gdzie została ogłoszona mistrzynią. Judy finiszowała 29 sekund później. Siedziałam ze ściśniętym gardłem. Pomyślałam sobie wtedy: „To jest coś niesamowitego. Jazda na rowerze górskim to przy tym letargiczny spacer!” Czy miałabym jakieś szanse? Czy spaliłabym się, albo odpadła  w  przedbiegach?
Byłam zauroczona… Kilka tygodni później, leżąc rozłożona na kanapie i pochłaniając  ketchup za pomocą zimnej parówki, usłyszałem w Radiu Wrocław o projekcie Radiowej Akademii Triathlonu. Zanim zdążyłam pomyśleć w co się pakuję wzięłam  udział w eliminacjach. Omal z krzesła nie
spadłam, gdy usłyszałam, że zostałam wybrana. Zanosiło się na rewolucję. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to niespodziewane zdarzenie zmieni moje życie na dobre.

Od tego momentu  minęły 3 lata , ale gdy tylko przychodzi moment roztrenowania skrzykuje znajomych, bierzemy  rowery górskie i jedziemy do lasu lub w góry po maseczkę błotną z domieszką wiatru i słońca. W najlepszych salonach kosmetycznych  takiej na próżno szukać 🙂

Domyślam  się, że wprowadziło to wiele zmian w Twoim życiu i wymagało niemałej odwagi i determinacji.

Dotychczas sport miał dla mnie spontaniczny charakter. Nie miałam pojęcia jaki dystans przejechałam, ile spaliłam kalorii, jakie miałam maksymalne tętno. Nie miałam pulsometru, nie było żadnych pozycji w dzienniczku treningowym do odhaczenia. Bazowałam na swoich odczuciach. Włącznie z tym, że część maratonów MTB przejechałam  na rowerze trekkingowym i zwykłych pedałach. Z technicznego, a właściwie z każdego punktu widzenia było to wybitnie nieprofesjonalne. Żerowałam na fakcie, że amatorowi wolno wszystko.

Jest jednak coś co pcha mnie do przodu – upór.  Nie raz spadałam w klasyfikacji o dziesiątki miejsc  i  jeśli ktoś, założyłby się ze mną 3 lata temu, że ukończę dystans Ironmana, zmieszczę się w limicie czasu,  a przy tym pokonam  kilku mężczyzn – spojrzałabym na niego z niedowierzaniem. Wyobraźcie sobie co by było gdybym zachowała takie nastawienie do dziś. To od nas zależy czy wyczarujemy „możliwe” z „niemożliwego” :).

Początki prawdziwego  treningu były trudne, nie powiem… Pojawił się trener, który ostrzegał:   „Pierwszy rok jest ciężki dla każdego”. Bezsprzecznie, oznaczało to jeszcze mniejszą ilość czasu dla siebie w ciągu dnia, który w miarę rozwoju stawał się coraz ciaśniejszy. Pomijając bankructwo , próby poskromienia trzech dyscyplin różnie się kończyły, ale w rezultacie to one były górą. Po mojej stronie bilansu – kilkanaście wielkich siniaków  i dłuuuuga lista przekleństw.  Nie pamiętam  ile razy wpadałam pod prysznic, podpierając się nosem. Albo ile razy wracałam do domu tak padnięta, że nie bardzo rozumiałam co do mnie mówią domownicy. Dopiero po paru miesiącach doszłam do siebie po szoku, jakim było  uświadomienie sobie wszystkich życiowych możliwości.  A teraz, po latach, wstaję rano i zaczynam układać plan tygodnia w oparciu o trening. Codziennie muszę znaleźć czas na dwa treningi, co w tygodniu daje mniej więcej 20 godzin.   To jakby nie patrzeć praca na pół etatu! Do tego dochodzą obowiązki służbowe w których trzeba być maksymalnie efektywnym, no i trzeba znaleźć czas na regeneracje. Dziś poranne wylegiwanie się w łóżku praktycznie nie wchodzi w rachubę, choć nie jest łatwo wygrzebać się z ciepłej pościeli, ale jeżeli chce się uczestniczyć w życiu rodzinnym, zjeść razem śniadanie, to by pojeździć rano na rowerze, trzeba wstać o godzinie 4 lub 5. Na szczęście mój mąż też trenuje, więc  w zaciszu piwnicy, kręcąc kolejną godzinę na trenażerach, możemy sobie spokojnie porozmawiać…Nigdy się jednak nie zastanawialiśmy czy czasem nie lepiej byłoby posiedzieć przy dobrej kolacji…:)

Najtrudniejszy pierwszy krok… Jak wspominasz swój pierwszy start? Pamiętasz o czym wtedy myślałaś?

To jak z pierwszą jazdą na rowerze.  Nigdy tego nie zapomnę. Mój debiut miał miejsce w Radkowie na dystansie olimpijskim (1,5 km pływania, 40 km jazdy na rowerze, 10 km biegu). Miałam  za zadanie  potraktować to jako przetarcie przed moim triathlonowym startem typu A, czyli ½ Ironmana w Borównie.

Trenowałam krótko więc telepka, drżenie rąk i bezsenność towarzyszyły mi na kilka dobrych dni przed startem. Całą trasę przemierzałam we śnie tysiące razy… Bałam się, że pojadę na rowerze w czepku albo, że nie zdołam zdjąć pianki. Stresowało mnie
dosłownie wszystko. Od formy ogólnej począwszy, przez świadomość niedoskonałości w poszczególnych dyscyplinach, na technice zmian kończąc. Nie wiedziałam jak będzie funkcjonował żołądek i czy będę wiedziała kiedy coś zjeść, kiedy się napić, a kiedy po prostu walczyć dalej i się bez sensu nie opychać. Potwornie bałam się, że przeszarżuję na pływaniu i wychodząc z wody będę trupem. Albo tak skupię się na szybkim rowerze, że na bieg nie zostanie mi już grama sił.

Obmyślanie taktyki na niewiele się zdało. Na pierwszych zawodach popełniłam wszystkie możliwe błędy amatorów. Pamiętam, że z wody wyszłam z podbitym okiem, było zimno i w strefie zmian   zaczęłam ubierać kurtkę –która  nie chciała dać się założyć na mokre ciało. Potem na rowerze goniłam ile sił, a na bieg „wyleciałam” sprintem. Wydawało mi się, że wytrzymam tak cały dystans, ale sił starczyło tylko na kilkadziesiąt metrów. Mimo wszystko  udało mi się ukończyć zawody ale nie przypuszczam,  żebym na kimkolwiek mogła zrobić wrażenie.

Czy według Ciebie osobie, która wcześniej trenowała kolarstwo łatwiej jest  rozpocząć treningi triathlonowe? Z jednej strony kolarze mają wypracowaną wytrzymałość zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Z drugiej jednak strony w     grę wchodzą tutaj już trzy dyscypliny sportu, w których trzeba sobie dobrze radzić i umiejętnie połączyć je w jeden plan treningowy.

Oczywiście, myślę, że osobom, które wcześniej trenowały  łatwiej jest startować  i rywalizować z uwagi na znajomość reakcji własnego organizmu.

W moim przypadku  nabyte wcześniej umiejętności jazdy w grupie okazały się pomocne w triathlonie na dystansie olimpijskim. W części rowerowej szarpany i interwałowy styl jazdy przypomina raczej uliczne kryteria kolarskie. Znacznie więcej jest tu elementów taktycznych, trzeba szybko „obliczać” co się opłaca, a co lepiej sobie odpuścić. Zaczekać na grupę z tyłu, czy gonić tę na początku? Pracować z przodu, czy się „wozić”?

Jednak w  większości imprez triathlonowych jazda na kole jest surowo zabroniona.  Tu z pewnością zaprocentują  godziny spędzone na bezlitośnie niewygodnym  siodełku oraz odpowiednia technika pedałowania.

Nie sposób nie wspomnieć też o alternatywie „asfaltowej” wersji – wyścigach cross triathlonu, będących alternatywą i polem do popisu dla miłośników kolarstwa górskiego.

Mimo wszystko triathlonu nie można rozpatrywać jako trzech osobnych dyscyplin, tylko jedną, składającą się z trzech. W trakcie każdej z nich nasze ciało pracuje inaczej i trzeba przyzwyczaić się do przestawiania go na inny „tryb”.

Zadanie jest tym trudniejsze ,że poszczególne składowe triathlonu wpływają na siebie niekorzystnie. Bieganie to niezbyt dobry sposób spędzania czasu dla kolarzy i pływaków. I tak w kółko w każdej kombinacji.

Ale z pewnością nabyte doświadczenie i „kolarskie” cechy charakteru mogą wiele ułatwić  początkującemu triathloniście?

Myślę, że kolarstwo nauczyło mnie siły, wytrwałości, zaradności i niezależności. Niewątpliwie był to punkt zwrotny.

Triathlon i kolarstwo, to bardzo specyficzne dyscypliny sportu. Nie da się przez większą część doby być w ciągłym  ruchu, nie odczuwając przy tym żadnego dyskomfortu. Podczas treningów czy wyścigów sporo myśli przewija się w głowie. Mam chwile gorsze i lepsze. Sztuka polega na tym  aby w momentach kryzysu potrafić i starać się przezwyciężyć swoje słabości, bóle czy dolegliwości. Nasze samozaparcie i silna wola pokonania takich momentów sprawia, że stajemy się coraz silniejsi. Potrafimy stawiać sobie poprzeczkę coraz wyżej i podejmować nowe wyzwania. Bardzo ważna w obu dyscyplinach jest wytrzymałość. Trzeba równomiernie nią dysponować tak, żeby w którymś momencie wyścigu nie przesadzić, ale też żeby wpaść na metę i spokojnie powiedzieć samemu sobie, że „wykonałam plan w 100%”, czy „dałam z siebie wszystko”.    

Ile czasu, w stosunku do pływania i biegania, poświęcasz na trening na rowerze?

Wszystko uzależnione jest od okresu przygotowań w jakim się znajdujemy, a co za tym idzie od planu treningowego przygotowanego przez mojego trenera.

Jazda na rowerze  jest „najdłuższą” dyscypliną w triathlonie , dlatego też warto inwestować swój czas w taki trening. Zresztą sam trening ze wszystkich trzech jest najprzyjemniejszy, szczególnie gdy ćwiczysz z drużyną i na nowych trasach. W sobotnie treningi zawsze mamy do pokonania długi dystans na rowerze. Pewnego razu zrobiliśmy 150 kilometrową  trasę  zwieńczoną podjazdem na Michałowice, Zachełmie  oraz Karpacz  przez Borowice na Odrodzeniu kończąc. Kiedy indziej przez pięć godzin pedałowaliśmy w ulewnym deszczu. W ten sposób powoli podwyższaliśmy swój próg odporności.

W triathlonie zazwyczaj bywa tak, że zawodnik w danej dyscyplinie radzi sobie lepiej, a w innej gorzej. Jak to jest u Ciebie? Która z tych trzech  dyscyplin najbardziej Ci odpowiada?

Fakt, że wywodzę się z kolarstwa górskiego – wyniki, potencjał, technika – wydają się wskazywać na rower. Wychowałam się na Wyścigu Pokoju, a później Tour de France. Grałam z kolegami w kapsle udając kolarzy. Teraz w trakcie części rowerowej wreszcie mogę realizować marzenia z dzieciństwa.

Z drugiej strony stara zasada mówi, że prawdziwy triathlon zaczyna się na biegu, o czym dobitnie przekonałem się na własnej skórze już w debiucie. Bieganie jest moją największą słabością i najtrudniejszą częścią treningu. Dlatego właśnie na poprawę tej konkurencji poświęcam najwięcej czasu zimą.

Oczywiście muszę Cię jeszcze zapytać o Twój udział w Ironmanie. To musi być wspaniałe uczucie, kiedy mijasz linię mety najbardziej prestiżowych zawodów triathlonowych na świecie.

Na linii mety śmiech miesza się ze łzami. W powietrzu unosi się niesamowita aura. Nadzwyczajne wyzwanie budzi w ludziach niezwykłe reakcje- wyjątkowy entuzjazm wśród widzów i niespotykaną siłę wśród uczestników. Wszystko wydaje się możliwe…Ironman to  wisienka na torcie… Najważniejsze  jest listopadowe  błoto,  wstawanie o piątej rano, upadki na szosie, bieganie po górach, liczenie kafli w basenie, setki przerzuconych  kilogramów i tysiące  kropel potu  kapiących mi  kaskadą z nosa   – to jest właśnie prawdziwy Ironman do którego wraca się pamięcią po latach… W trakcie przygotowań wydarzyło się wiele cudownych  rzeczy, które będę wspominać  tak samo mocno, jak moment przekroczenia linii mety.

Na koniec uchyl jeszcze rąbka tajemnicy jakie masz plany na przyszły sezon?

Będę starała się pokonać kilku mężczyzn 😉

Ale przede wszystkim pragnę zająć się dalszym rozwojem Grupy Triathlonowej RAT. Rok temu w naszych głowach narodził się pomysł  nowego stowarzyszenia. Przez ten czas wspólnie zbudowaliśmy jedną z najbardziej rozpoznawalnych grup w Polsce. Teraz wyznaczyliśmy sobie zupełnie nowe cele i ruszamy na podbój Europy :). Aktualnie trwają prace nad nowym wizerunkiem  i nową stroną internetową. Mamy też kilka ciekawych pomysłów na pobudzenie rozwoju triathlonu na Dolnym Śląsku, ale nie chcę ich jeszcze na tym etapie ujawniać. „Długodystansowym”  marzeniem  jest znalezienie wsparcia, które  pomoże nam dalej się rozwijać- a przy tym promować naszą dyscyplinę tak, jak zasługuje na to jedna z najszybciej upowszechniających się konkurencji sportowych na świecie.

Chciałabym pewnego dnia wyjść na rower, odwrócić się i zobaczyć grupę pięćdziesięciu triathlonistów w strojach GT RAT :).

I chciałabym  kiedyś reklamować kefir Krasnystaw  :).

Zatem powodzenia!

fot. Michał Kuczyński

3 w 1 ?

Tym razem mój post pojawił się na łamach Bike Magazyn

Zapraszam do lektury 🙂

Zdjęcia: Michał „Wąski” Kuczyński