Kolejny rozdział zamknięty

Prawdziwą radość przynosi tylko to, czego zdobycie wymaga ciężkiej pracy i poświęceń. Im ciężej na coś pracujesz tym bardziej to doceniasz. Jeśli coś przychodzi Ci łatwo to jaką to daje radość?

Kartki z kalendarza:

marzec 2016

Wykładam moje życie na taśmę. Jak w grze w wojnę karcianą. Kto kogo, kto mocniejsze zakupy wyłoży. Mój ruch: wielka paczka pampersów, herbatka Bocianek dla matek karmiących (już mnie mdli jak czuję zapaszek kopru, a to dopiero drugi miesiąc karmienia), jabłka dla Michała do pracy, twarde i kwaśne, jak ten mój styczeń i luty. Kiedy się ze mnie taka mało rozrywkowa dziewczyna zrobiła? Jeszcze wrócę do gry, zobaczycie, myślę sobie. Jak polscy skoczkowie, którzy mają chwilową zapaść formy i nie latają daleko. Obiecuję sobie, że tu wrócę i wam ludzie przy kasie pokażę. Dokładnie do tego sklepu wrócę, a między półki z pampersami w ogóle nie wjadę.

maj 2017

Sport bardzo lubię, ale z tym Ironmanem to Michał przesadził. Po prostu wniósł opłatę startową nie pozostawiając mi wyboru. Następnie zapowiedział, że dam radę „to” zrobić, muszę tylko trenować zamiast spać i pół roku później będzie po sprawie. I po kryzysie!

1/2 Ironman  Sieraków 2017

Zaczęło się ogromnie sympatycznie, godzina 15:00 piątek. Jedziemy do Sierakowa. Na mój pierwszy od urodzenia Stacha IM. Właściwie na ½ IM ;). Stach zostaje we Wrocławiu pod opieką cioci Izy. Wraz z Michałem czujemy się jak na wycieczce szkolnej. Zatrzymujemy się na stacji i jemy kanapki z dżemem, popijając herbatką. W wynajętym domku śpi nas około szesnastu. Zapach maści końskiej, dyskusje o żelach, częstowanie stoperanem i kremem na otarcia. Jezu, to się nie dzieje naprawdę! W sobotę większość RATowców jest już po ¼. Wśród triathlonistów przeżywających kryzys wieku średniego króluje syrop na kaszel – Jagermeister, spożywany na pomoście. Ludzie w wieku słusznym, więc profilaktyka jest bardzo ważna  ;).

W niedzielę w dniu wyścigu panuje straszny ukrop. Najpierw załamuje mnie psychicznie Magda, która wyprzedza mnie na biegu z lekkością motylka i znika z pola widzenia, podczas gdy ja już ledwo żyję z upału, a potem  na pół okrążenia przed metą Ola. Od tego momentu marzę tylko, żeby to się wreszcie skończyło. Wbiegam na metę półżywa i zamiast wykrzyknąć: „Udało się!”, padam na pysk.

„Piekło na Ziemi” – napiszą potem uczestnicy. Piekło, które funduję sobie na debiut sezonu.  

Wyszedł z tego marszobieg. Adam Kszczot by mnie zdublował 3 razy. Mimo wszystko nieoczekiwanie kończę na 3 miejscu open ze strata tylko kilku sekund do dziewczyn. I choć na biegu opadłam z sił to szczególnie usatysfakcjonował mnie wynik roweru -90 km przejechałam w 2 godziny i 30 minut.

To był wspaniały dzień dla dziewczyn z naszej ekipy. W pierwszej dziesiątce znalazło się nas aż 6!

½ Ironman Karkonoszman 2017

Po obozie  realizacja planów związanych ze zdobywaniem szczytów górskich nabiera realnych kształtów. Może rekordu świata nie zrobiłam. Ale postanawiam wziąć udział w Triathlonie Karkonoskim. I muszę przyznać, że bułka z dżemem o 6 rano w sali rycerskiej Zamku Czocha, a potem długa i stroma wspinaczka na szczyt Śnieżki to jedno z piękniejszych przeżyć, jakie mi się do tej pory przytrafiło. O tym, że jest to impreza niezwykła, decyduje wiele rzeczy, ale jedną z najważniejszych w moim mniemaniu jest lokalizacja biura zawodów, etapu pływackiego i pierwszej strefy zmian – Zamek Czocha! Bardzo łatwo ponieść się emocjom i wyobraźni w tym miejscu. Czocha jest jednym z najbardziej tajemniczych zamków w kraju. No i jest miejscem niesamowicie urokliwym. Nie trzeba chyba dodawać, że nocowanie w jednej z komnat, znacznie upraszcza przedstartową logistykę i dodaje smaczku.

Długość etapu kolarskiego wynosi 84 kilometry, a różnica wzniesień blisko 1860 metrów. Na początek trochę „pomarszczona” droga na Świeradów i zakręt Śmierci, a na przystawkę podjazd do Michałowic i zjazd do Sobieszowa. Jako danie główne podjazd od Podgórzyna od Przesieki i Zachełmia, a na deser podjazd do Karpacza Górnego. Są to jedne z najbardziej znanych karkonoskich podjazdów kolarskich.

Długość etapu biegowego to 21 kilometrów, a różnica wzniesień wynosi blisko 1150 metrów. Zaczyna się ponad dwukilometrowym podbiegiem Drogą Chomontową do zbiornika retencyjnego, po czym czeka trzykilometrowy zbieg do Drogi Sudeckiej. Nawierzchnia tej pierwszej części to szuter. Pierwsze dwa kilometry wzdłuż Drogi Sudeckiej to asfaltowy podbieg , po czym od rozwidlenia nad Przesieką czeka czterokilometrowa „ściana” prowadząca do Przełęczy Karkonoskiej i schroniska Odrodzenie, gdzie czeka bufet z wodą, izotonikiem, żelami i ciastkami! Do tej pory było w większości pod górę, ale dopiero od Odrodzenia zaczyna się najtrudniejszy technicznie odcinek etapu biegowego. Czerwony szlak poprowadzony Śląskim Grzbietem od Odrodzenia do Słonecznika wyłożony jest kamieniami i głazami. Utrzymanie biegu bez upadku, potknięcia, czy skręcenia kostki jest nie lada wyzwaniem. Od Słonecznika nawierzchnia wyrównuje się i aż do Domu Śląskiego jest w miarę „wygodna”. Minąwszy Dom Śląski zostaje kilometr wspinaczki wzdłuż łańcuchów na szczyt Śnieżki, gdzie czeka Gudos z medalem. Wzruszenie na widok mety jest ogromne! 

Nie udałoby się to bez Ani, Asi, Gosi oraz Arka najlepszego supportu :)! Musicie wiedzieć, że udział w Triathlonie Karkonoskim wymaga posiadania osoby wspomagającej, tj. supportu. Trzeba znaleźć kogoś, kto podczas wyścigu dostarczy do T2 wszystko, co potrzebne będzie podczas etapu biegowego. Kto w razie potrzeby będzie towarzyszem biegu, butelką z wodą, kanapką, dobrym słowem,  kijkiem, o który można się oprzeć, mapą, samochodem, ciepłą kurtką. To ktoś kto was przytuli – spoconych i w sumie dość obrzydliwych – na mecie, wbijając swoim ciałem ciężki medal w waszą klatkę piersiową. Poda na mecie herbatę i przypomni, gdzie stoi samochód. Może się umęczyć, może nie spać, nie jeść, może nabawić się odcisków, może zmarznąć okrutnie i nie oczekuje niczego w zamian.Takich momentów się nie zapomina…

Ja wiem, że na pewno tam wrócę, a Was zachęcam do czujności, gdyż u Gudosa może wystartować tylko setka zawodniczek i zawodników.

Karkonoszman to było moje pierwsze zwycięstwo, no i pierwszy namacalny dowód na słuszność obranej drogi.

Kilka dni po Karkonoszmanie 2017

Trochę potrenowałam, przebiegłam triathlon górski i kilka dni później poszłam do lekarza skarżąc się na bóle pleców. Ortopeda zrobił mi rezonans, obejrzał zdjęcie i od razu zawołał kolegów, żeby im pokazać, jaki ze mnie dzielny człowiek – sama przyszłam, a przecież powinni mnie przynieść. A który jest pani rocznik? No i to właśnie jest przyczyna! Nie, nie da się wyleczyć. Czasu nie cofniemy”. To najbardziej pokrzyżowało plany. Niestety z wielu treningów musiałam zrezygnować. Wielkie dzięki dla Arka i Krzyśka za próby podniesienia na nogi.

½ IM Chodzież 2017

Tu prawie dochodzę do sedna. Podobnie jak dla moich kolegów blogerów także i dla mnie pisanie o triathlonie jest świetnym pretekstem, żeby się pochwalić własnymi osiągnięciami, niniejszym donoszę więc że dzięki chwilowej niedyspozycji Oli i Magdy, normalnie lepszych ode mnie w kategorii wygrałam wyścig. Startowało nas, wszystkich na długim dystansie około 50, a ja byłam pierwsza, z nowa życiówką 4:48:35,  ale to wina mojej rodziny, bo zaczęła mnie dopingować na finiszu i wybiło mnie to z rytmu ;).  Mam nadzieję, że to zachęci wszystkich czytelników do triathlonu. Warto! I wychodzi taniej niż zakup Harleya ;). `

Ironman Wisconsin 2017

Na miejscu organizatorzy zaopatrują mnie w czepek, numer startowy i zapowiadają – don’t stop, don’t give up and anything is possible! Po 4 latach  i nieprzespanej nocy znów staję na starcie Ironmana. Kryzys i wątpliwości zostawiam w depozycie. Postanawiam, że jak dotrwam do końca, nie będę już obchodziła urodzin wieku brutto, tego z kalendarza, tylko netto, czyli na ile się czuję 😉

Pływanie:

Start odbywa się z wody. Razem z Michałem zakwalifikowano nas do 3 fali, odpowiadającej naszej grupie wiekowej. Taki start ma swoje dobre i złe strony. Dobra jest taka, że pozwala to uniknąć pralki a zła, że już po 300 metrach trzeba wymijać słabszych zawodników z poprzednich fal. Mimo wszystko pływanie w Madison jest niepowtarzalne -przede wszystkim z powodu Monona Terrace-nowoczesnego centrum kongresowego, pełnego widzów na każdym poziomie i na pokładzie parkingowym. Za każdym razem gdy bierzesz oddech jesteś pod wyjątkowym wrażeniem!

Strefa zmian

Po wyjściu z wody i pozbyciu się pianki odpalasz „spiralę”, czyli  masz do pokonania długą serpentynę prowadzącą na górny parking Monona Terrace i strefy zmian. To w rzeczywistości nic strasznego, a widzowie rozmieszczeni wzdłuż całej spirali sprawią, że będzie to doświadczenie, którego nigdy nie zapomnisz!

Pierwsza strefa zmian  mieści się w ogromnym centrum kongresowym z krzesełkami z “kongresu” w przebieralni ;). Dalej biegniesz do wyjścia na długi kilometrowy parking położony na szczycie budynku, gdzie czeka twój rower  i przeciwległą spiralą zjeżdżasz w dół. Nie martw się, wszyscy biegają takie same odległości i nikt nie poci się na spirali. Nie śpiesz się. Bezpieczeństwo jest dla Ciebie najważniejszym priorytetem.

Trasa rowerowa

Z Madison kierujesz się w stronę Verony tj. jakieś 16 mil, na ogół pod górę ;). Tu zaczyna się  40-milową pętla w wiejskim hrabstwie Dane, którą pokonujesz dwa razy, a następnie wracasz do Madison. Te pętle są niezwykle pagórkowate, z wieloma trudnymi podjazdami i zakrętami na każdym okrążeniu.

Kumpel mawia, że do Ironmana potrzeba 3 rzeczy: głowy, żeby myśleć, żołądka żeby trawić i zębów by je zaciskać…

Wraz z Michałem ukończyliśmy  wiele wyścigów, ale naszym zdaniem, Wisconsin oferuje najtrudniejszą trasę rowerową z jaką przyszło nam się zmierzyć do tej pory. Wiem, być może, nie ma czegoś takiego jak „łatwa” trasa roweru Ironmana. 112 mil to kawał drogi, zwłaszcza, gdy wcześniej pływasz i biegasz na końcu.

Moim zdaniem to, co naprawdę różni jedną trasę od drugiej, to nie ilość przewyższeń czy silny wiatr itp.,ale to jak często zmuszony jesteś do podjęcia decyzji. Mnóstwo małych, dobrych decyzji tworzy dobry dzień, tak jak i wiele drobnych decyzji sumuje się, aby stworzyć bardzo zły dzień…

W Wisconsin podejmujesz decyzje na całych 180 km. Płasko, fałszywie płasko, w górę, w dół, w lewo, w prawo, mała tarcza / duża tarcza? Nigdy nie robisz jednej rzeczy dłużej niż około pięć minut. Stwarza to możliwość popełnienia wielu małych (i dużych) błędów, które zrewanżują się gdzieś na biegu. Wisconsin, bardziej niż jakakolwiek inna trasa  nagradza inteligentnego, cierpiącego i zdyscyplinowanego kolarza. Siła może na nic się tu zdać.

Naprawdę musisz myśleć 100 % czasu!

Trasa biegowa

Kuzyn krzyczy, że jestem druga! Pytam, czy to nie żart?!? Plecy po zejściu z roweru bolą okrutnie. Dobiegam do napojów, wlewam w siebie pod korek, aż jest mi nieprzyjemnie. Moczę włosy i koszulkę. Kostki lodu na kręgosłup.  Słońce powoli zaczyna być odczuwalne, jest koło południa. „Yes, you can” – powtarzam sobie za Obamą ;). Przede mna jeszcze straszny kawał drogi do pokonania, ale jeśli by mi się udało…

Trasa biegowa składa się z dwóch krętych, miejskich, przeważnie płaskich okrążeń i nie jest tak trudna jak trasa rowerowa. Na trasie są dwa łagodne wzgórza: obserwatorium, około 8 i 18 km. Kilka zmarszczek, a następnie krótki, stromy podbieg, który dochodzi do State Street. W zależności od tego, jak się czujesz, wspinaczkę możesz poczuć zaraz na początku State Street … lub znacznie wcześniej! Tak czy inaczej, State Street jest wypełniona  setką widzów, aby Cię pocieszyć.

Reszta trasy to trochę zakrętów, droga przez kampus uniwersytecki,  zacieniony fragment szutrowej ścieżki w parku wzdłuż jeziora a nawet okrążenie boiska piłkarskiego Camp Randall! W rzeczywistości na każdym okrążeniu będzie tylko około 400 jardów, na których nie będziesz się cieszyć;).

Mi od zejścia z roweru po głowie tłucze się jeszcze jedna myśl „dogonią mnie, dogonią…” Na drugiej pętli kuzyni pokrzykują, że moja przewaga rośnie. Najwyraźniej ciężki rower wszystkim dał mocno w kość. Wiem już, że nie muszę się śpieszyć. Przystojny, blondyn podaje mi lód i mówi, żebym go sobie włożyła w koszulkę. Ucinam sobie pogawędkę z sześćdziesięciolatką, biegnie ze mną i oznajmia, że to jest jej 15-ty Ironman i nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa!

Kibice

Nie musisz się martwić, Twoja rodzina też nie będzie się nudzić. Jeśli zechce oglądać  Cię na rowerze organizator oferuje transport do Verony, gdzie czekając abyś śmignął im przed oczami 2 razy, mogą uczestniczyć w słynnym rodzinnym festiwalu. Inną możliwością jest skorzystanie z jednej z wielu dróg lokalnych prowadzących na najbardziej strome wzgórza na trasie (Old Sauk, Timberlane, Midtown) aby poczuć klimat podobny do tego jaki panuje na  Tour de France. Podjazd pod te wzniesienia nie może równać się z żadnym innym odcinkiem trasy. Jedziesz wśród szpalerów ludzi, szerokich na 5 osób z każdej strony. Czasami tłum gęstnieje tak bardzo, że dla zawodników zostaje przejazd o dwumetrowej szerokości. Widzowie wychylają się i do ostatniej chwili machają i krzyczą do przejeżdżający zawodników. Ogłuszający grzechot kołatek, dźwięki gwizdków i okrzyki towarzyszą Ci przez cały czas. Super sprawa, mobilizuje na trasie. Gdy brakuje przełożeń myślisz wtedy: : „kurcze, jak nie wjadę, to dopiero będzie wstyd” ;).

Jeśli Twoi bliscy zdecydują się pozostać w Madison, centrum – a zwłaszcza State Street – oferuje szereg atrakcji. W zasadzie, jeśli przyjrzysz się mapie biegu, zobaczysz, że Twoi kibice mogą stanąć w pobliżu końca State Street aby przemieszczając się nieznacznie , dopingować Ci wiele razy!

Finisz

Jeszcze tylko kilkaset metrów, piękny biały budynek Capitolu, czerwony dywan. Kuzyni z flagą i Michał czekający na mecie. Po prawie 11 godzinach ostatnie 100 metrów przebiegam sprintem i wpadam w objęcia męża. „You did it” – ktoś szepce do ucha.  Wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety nie mają końca. Takich momentów się nie zapomina :).

Ten rok kończy się dla mnie jak w bajce. Było ciężko, naprawdę…

Mam półtorarocznego synka, przestaje wierzyć w granice… 🙂

Obozowo

W domu:

Kiedyś proces pakowania trwał u mnie chwile – kostium kąpielowy, klapki, jakaś książka i kilka sukienek. Teraz – zmierzyłam czas niczym na treningu – pakowałam siebie i Stacha prawie dwie godziny. Młody człowiek, który jeszcze nie ma metra długości, ma więcej rzeczy niż Święty Mikołaj w swym worku. Myślałam, że jako stara doświadczona matka wzięłam wszystko. Gdzie tam. Już drugiego dnia  wieczorem zorientowałam się, że nie mamy off’u  przeciw komarom.

W podróży:

Podróż samolotem z Wrocławia do Palmy, sprawia, że czuję się jak przybysz ze wschodniej tundry na salonach u arystokracji. W samolocie tanich linii jest toaleta przewidziana dla rodziców z maluchami, a posiadanie małego dziecka jest przepustką do pierwszeństwa przy odprawie i wejściu na pokład poza kolejnością. Ponadto dziecko może mieć osobny bagaż podręczny. Nie musicie się więc głowić nad tym, jak wy to wszystko pomieścicie do jednej torby, możecie mieć dwie. Poza tym cały czas mogliśmy mieć ze sobą spacerówkę, z którą rozstaliśmy się dopiero przed wejściem do samolotu.

I co najważniejsze obeszło się bez ipada 😉

Port de Pollença:

Po niecałych trzech godzinach lotu jesteśmy oderwani od codzienności. Tu nikt nie straszy PISem, a powietrze przesiąknięte jest sosnowo-cytrusową nutą. W dwa tygodnie, zapomnimy o Polsce. Majorka to dzikie plaże, skaliste zatoki, lasy, łąki, pastwiska, przejrzyste wody o turkusowym odcieniu i wąskie uliczki wśród starych kamiennych domów. Ale co najważniejsze – Majorka to raj dla kolarzy! Wypożyczenie auta dla 3 osobowej rodziny jest tu tańsze niż pożyczenie 3 rowerów! Drogi ciągną się tu niczym wstążki. Serpentyny, górskie przełęcze, urwiska, klify. Albo asfalt tonący gdzieś w wodzie. Ruch jest tu niewielki, a kierowcy nie jeżdżą szybko i są przyzwyczajeni do rowerzystów, którzy o tej porze roku stanowią nieodłączny element rzeczywistości.

fot. Michał Kuczyński

Zamieszkamy w niewielkim miasteczku Port de Pollença – na północnym koniuszku wyspy w sąsiedztwie gór Sierra de Tramuntana.

Na miejscu jest wszystko czego nam trzeba – otwarty basen 25m z podgrzewaną wodą, serwis i sklep rowerowy, pomieszczenie na rowery i pyszne jedzenie.

7:30-8:00

Jesteśmy już po rodzinnym śniadaniu. Podczas gdy inni delektują się cappuccino i chrupiącym, pachnącym croissantem, my w biegu łapiemy coś do jedzenia, lecąc do kąta i wpychając sobie jak najszybciej do ust, prawie sie dławiac. W ostatnim czasie nasz Stach uwielbia eksperymentować z jedzeniem. Mimo, iż ma przed sobą pełny talerz, lubi i ma ochotę na to co leży akurat na naszych. Rzuca się na mój kotlecik, jakby spodziewał się znaleźć w nim złoty pierścionek.

Pozostaje nam obserwować bezradnie jak szczęście naszego dziecka rośnie, a porządek wokół maleje.

8:00-9:30

Ze stołówki biegniemy  na plac plac zabaw, a tam obowiązkowe kilkaset skłonów. Schylanie, podnoszenie, schylanie, podnoszenie… Układanie, zbieranie…  Po kwadransie jestem mokra od potu niczym maratończyk na mecie. Gdzieś w tym bałaganie jest moja koszulka rowerowa. O jest. Na ramieniu plama po kaszce. Na suwaku zasuszony banan. Gdzie komórka?! Ładowała się. Gdzie Garmin? Pokój hotelowy wygląda jak ruiny Berlina w ’45 a ja codziennie próbuję wyciągać z tego bałaganu jakieś wartościowe cegły i układać je od nowa.

Dzieci, szczególnie małe, rozprzestrzeniają się po domach szybciej niż kosmos się rozszerza, niż rosną nam biodra od bagietek i długi frankowiczów.

9:30-14:30

Trening rowerowy. Nareszcie mogę odpocząć. To nic, że na horyzoncie najbardziej stromy podjazd (największe maksymalne nachylenie Port de Sa Calobra 12.6%). To nic ;). 13-kilometrowa górska serpentyna wije się wśród skał lekko pod górę, by następnie opaść kilkaset metrów nad sam brzeg Morza Śródziemnego. Najsłynniejszym odcinkiem tej drogi jest Nudo de la Corbata („Węzeł Krawata”), na którym trasa zakręca pod kątem 270 stopni i biegnie pętlą pod wiaduktem. Poplątana niczym spaghetti szosa jest bardzo popularna wśród kolarzy. Wysiłek w takim krajobrazie jest… niemal bezcenny.

Na wakacje wzięliśmy rodziców i czuliśmy się za nich odpowiedzialni ;). Po powrocie do hotelu następowała więc zmiana warty. Rodzice na rower, my na bieg z malcem lub na basen.

fot. Michał Kuczyński

18:30

Pod koniec dnia koronny posiłek, kolacja! Nie mam siły na jedzenie. Dzieci milkną tylko gdy śpią. Najpierw uśpię synka, jak go uśpię, to coś zjem. Jednak wolę jego sen wykorzystać na to, że na chwilę i ja się położę. Przecież zjeść mogę jutro. Z głodu nie umrę. Nigdy nie jest się za szczupłą ani za bogatą ;).

I tak, męczymy naszego małego Stasia. W 20 stopniowym upale wybieramy się z nim na objazd wyspy.

Popatrz Stasiu—te kaktusy są większe niż ty cały. Popatrz Stasiu—oliwki są jeszcze malutkie i zielone, dojrzeją późna jesienią. W tym smaku zakochasz się od pierwszego tłoczenia. Popatrz Stasiu,to tu, w dolinie u stóp porośniętych sosną gór Tramuntana, leży przepiękna Valldemossa, miasteczko, które w 1838 roku gościło może najsłynniejszych zagranicznych turystów na wyspie – George Sand i Fryderyka Chopina. Popatrz Stasiu, widzisz te żółtozielone piłki na straganie? To melony. Zobacz jak słodko i mocno pachną. Popatrz Stasiu, kto tak zwinnie przeskakuje między skałami. To kozice. Bardzo lubią chrupki kukurydziane 😉

Spróbuj Stasiu, co to za kwaskowaty smak? To świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Można go tu pić na każdym rogu. Stasiu widzisz tą ciuchcię, która wygląda jak wypożyczona ze sklepu z zabawkami?  Liczy sobie dokładnie 100 lat. Wyrusza ze stolicy Majorki, sapiąc i klekocząc, pokonuje 27 km w ciągu godziny.

Mimo, że podróże z małym dzieckiem to upiorna logistyka (pieluchy, wózek, mleko, odparzona pupa) to może w dorosłym życiu człowiek ten odróżni jednak Majorkę od Minorki. O ile te podziały będą jeszcze wtedy istniały… Oczywiście, być może nasze dzieci z tych wczesnych podróży nie mają żadnych wspomnień. Za to my je mamy! Więc nie jest tak źle. Ponadto zawsze można obronić się słowami—każde wspomnienia odkładają się ponoć w piwniczkach i suterenach naszych umysłów.

Mój Ironman

Jest mi dość niezręcznie zabierać głos na temat Ironmanowy, ponieważ mój pierwszy był jednocześnie ostatnim. Wyznaję ze wstydem, ale niestety dystans 226 kilometrów okazał się już tak wyśrubowany, że po pierwszym starcie już nigdy nie zdecydowałam się na powtórkę. ½ Ironmana owszem, ale pełny już nie. Ale też nie było potrzeby. Przebywszy wpław, na rowerze oraz biegiem 226 km zdobyłam przecież wtedy swój Mount Everest, czyli wszystko, co było do zdobycia. Czułam się po zawodach tak, jakbym spełniła główny cel w życiu. I dumna byłam jak paw. Zawsze twierdziłam, że zaliczyć maturę, skończyć studia czy pisać jakieś tam felietoniki, to żadna sztuka. Za to pokonać 226 kilometrów to naprawdę nie każdy potrafi.

Aż do chwili, gdy zaczęłam rodzić SIŁAMI NATURY…

Mimo, że wcześniej przeczytałam niezliczone ilości książek na temat macierzyństwa, żadna z nich nie przygotowała mnie na to, że poród to rzeźnia, a pierwsze 6 tygodni po nim są prawdziwą masakrą. Miałam wrażenie, że wszystko jest przeciwko mnie – nawet zagięcie na pieluszce. Mój syn darł się, a ja kompletnie nie wiedziałam, o co mu chodzi….Z mózgiem otępionym jedną godziną snu na dobę, z cyckami zaropiałymi jak po jakiejś supersesji sado maso chciałam natychmiast wrócić do pracy, sportu, schudnąć. A tymczasem wzięłam już urlop, nie chudłam, ponieważ karmiłam piersią, a więc wstawałam w nocy głodna i z maksymalnym poczuciem winy żarłam buły. O sporcie też musiałam zapomnieć, by organizm mógł się zregenerować. Na dodatek wszystko chciałam robić sama, żeby pokazać, jaka jestem dzielna i to mnie umordowało na maksa.

O święta naiwności!  Wtedy dotarło do mnie, że wszystkiego co wiem o tym, jak zachować zimną krew w stresie, nauczył mnie sport, może więc bycie rodzicem to jakby start w Ironmanie! Bo jeśli zaraz na początku dam z siebie wszystko, padnę po kilkudziesięciu kilometrach. A jeśli zostanę na starcie myśląc, że nie zaszkodzi jeszcze poodpoczywać, pozałatwiać sprawy i mogę wyruszyć za godzinkę lub dwie – sromotnie przegram. Będę w tym wyścigu miała odcinki sprintu, gdy pędzę, jak mogę najszybciej. Będą podjazdy pod górę, kiedy trzeba się mocno napracować, mimo iż wydaje się , że stoję w miejscu. Potem zjazdy z górki, na których nie warto się męczyć – to czas na odpoczynek. Trochę pływania w grupie, kiedy można płynąć w drafcie i trochę finiszów, kiedy trzeba dać z siebie wszystko.

Chodzi o to aby w tym całym szaleństwie znaleźć złoty środek. Kocham synka, ale czasem chcę go zostawić w domu pod opieką i iść na trening z Michałem albo przyznać się do tego, że po prostu nie dam rady czegoś zrobić. Bo niewyspana i zła mama, która czuje się ubezwłasnowolniona i pozbawiona przyjemności życia – to niedobry początek.

Uznałam więc, że należy „kuć żelazo póki gorące”. Dwa i pół miesiące po pojawieniu się w naszym życiu Stacha wystartowałam w pierwszych zawodach na 10 km. Parę dni wcześniej spróbowałam przebiec ten dystans na treningu po to, żeby sprawdzić, czy mogę próbować biec tyle „przy ludziach”. Dwa tygodnie później wzięłam udział w wyścigu kolarskim na dystansie 85 km, który wygrałam!!! W Sierakowie po zajęciu drugiego miejsca (zaludniłam nową kategorię K-35) byłam tak wzruszona, że wlazłszy na pudło prawie nie wygłosiłam przemówienia, wprawiając w osłupienie wszystkich obecnych, bo nie jest przyjęte, żeby ktoś odbierał nagrodę za olimpijkę i wykrzykiwał coś łamiącym się ze wzruszenia głosem. Do dziś nie mogę uwierzyć jakim cudem dałam radę w Mietkowie, w Nocnym Półmaratonie, Triathlonie Świętokrzyskim i w Wolsztynie. Dziadkowie, choć wciąż są aktywni zawodowo tak starali się planować swoje weekendy, żeby z nami wyjeżdżać, i to oni zajmowali się małym, kiedy my trenowaliśmy.

Mój powrót do pełni sił trwał około 9 miesięcy. Jako taki sukces upatruje raczej w ambicji i uporze. Kiedy biegłam na trening z wózkiem, to ludzie zapewne mieli mnie za zidiociałą matkę, która leci do domu, bo zapomniała wyłączyć żelazka.  Jednak macierzyństwo sprawia, że już nic nie wydaje się dziwaczne. Można jeść śniadanie w okularkach pływackich, albo można udawać, że tylko dla malca skacze się na trampolinie i kupuje się elektryczną kolejkę. Dzisiaj, gdy Stach nie daje nam spać mam ochotę podać mu whisky łyżeczką, ale karmie go sałatkami, unikam soli i cukru. Czekam aż zaśnie zanim napije się lampki wina. Nie jestem idealna. Czasem bywam zbyt pobłażliwa, innym razem zbyt ostra. To co działa na synka w jednym tygodniu, nie sprawdza się w drugim. A gdy myślę, że w końcu go rozgryzłam on “dorasta” i wszystko zaczyna się od nowa. Prawda jest taka, że o byciu mamą nie mam cholera bladego pojęcia i podejrzewam, że nikt nie ma, bo w tych czasach macierzyństwo to abstrakcja… A najgorsze jest to, że dopiero gdy Stachu dorośnie dowiem się czy się sprawdziłam, ale wtedy będzie już za późno, żeby cokolwiek zmienić.

Mimo wszystko jednak dałam radę. Rezultat i wysiłek jaki musiałam poświęcić świadczy dobitnie, że Ironmany nie są moją specjalnością, że w ogóle nie powinnam była startować i że słusznie nie ponowiłam już próby. Ale z drugiej strony, czy mogłabym mieć taką satysfakcję, jaką mam do dziś, gdyby poszło łatwo? Milton Friedman powiedział, że nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch. I nie ma czegoś takiego jak darmowa miłość. Ona bardzo wiele kosztuje. Bycie rodzicem jest najtrudniejszą i najgorzej płatną robotą, jaką kiedykolwiek mieliście. Ale wiecie… warto.
I nie zamienię jej na żadne Mistrzostwo Świata 😉

Kobiety Wyspiańskiego

Mówią, że posiadanie dziecka przypomina chodzenie z kula armatnia u nogi. Otóż wyobraź sobie, że masz do dyspozycji 10 minut ciszy, bo tyle mniej więcej dziecko do 6 miesiąca życia jest w stanie zabawiać się samo. Z kolei aby skutecznie zgłodnieć do obiadu uprawiasz wyczynowy bieg z przeszkodami po tym niesamowitym mieście z wózkiem, torbą, peleryną i całym tym rodzicielskim majdanem w plecaku, jakieś dziesięć kilo oprzyrządowania. Twoje „spontaniczne” wypady w góry czy do miasta wymagają  planowania, a i tak nigdy nie wiadomo czy dojdą do skutku. Jesteś wiecznie spóźniona i jeśli kiedykolwiek wydawało Ci się, że nie masz na nic czasu-myliłaś się. Macierzyństwo to szaleństwo!!!  I choć wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że jesteś uziemiona na lata, to fakt, że nie ma Cię na liście startowej ani na tabeli wyników popularnych zawodów , nic nie znaczy, w porównaniu z tym, że Twój syn zrobił zawodową kupę albo uśmiechnął się do Ciebie jednym zębem. Nie powiem – zdążyłam tego nicponia polubić 😉

Wiele przerażających scenariuszy, które nękały mnie zanim zdecydowałam się mieć dziecko, nie ziściło się-nie straciłam pracy, nie mam w sporcie gorszych wyników, dziecko nie sprawiło, że jestem jeszcze głupsza niż byłam zawsze ani że jestem mniej efektywna. Dziecko pożera czas, ale daje się mu ten czas z przyjemnością i po prostu jest się bardziej zorganizowanym. Opieka nad niemowlęciem jest co prawda męcząca fizycznie, ale nie aż tak, jak mi się dwa lata temu wydawało, że nie będzie siły na porządny trening. W zasadzie po kilku dniach od porodu można zacząć się ruszać, nie potrzebne żadne poradniki, wszystko da się zrobić instynktownie. Po prostu aby zdążyć między karmieniami decydujesz się na krótszy dystans – olimpijski (1,5 km pływania – 40 km jazdy na rowerze -10 km biegu). Co prawda na początku doświadczasz dużej pokory próbując wcisnąć się w swój stary trisuit. Cóż … młoda mama ubrana w tak obcisły, wykrojony kostium to widok nie pozostawiający wiele miejsca wyobraźni ;)…

Sięgnijmy pamięcią wstecz – dawniej wszystkie matki siedziały w domach z dzieckiem u piersi. Wystarczy wybrać się do muzeum, aby przyjrzeć się sportretowanym przez mistrzów kobietom. Żadna matka nie gra tu np. z nastoletnim synalkiem w szachy, nie jedzie z córeczką konno. Mężczyźni byli na polowaniu, na roli – często w akcji. Matki przeważnie karmiły lub też patrzyły w dal. Dziś naprawdę trudno ucapić siedzącą nieruchomo matkę z dzieckiem. Karmienie jest najmniej istotne, kobiety dziś są otwarte na to co przynosi los. Sama przesuwam się ze Stachem u boku na trening. Do banku, do biblioteki, na zawody sportowe. Nawet do kina można zabrać dziecko . Raz w tygodniu, na tych specjalnych seansach, obserwuję pełną salę kobiet. Aby spotkać się ze znajomymi w parkowej kawiarni ciągnę za sobą Stacha w rowerowej przyczepce.

Moja odważna koleżanka będąc na urlopie macierzyńskim postanowiła zabrać swoją maleńką córeczkę w podróż dookoła świata! Dziś prawie każdy fitness klub oferuje zajęcia dla mam z dziećmi . Kobiety w pocie czoła ćwiczą brzuszki, a poza matą raczkują ich dzieci. Podobnie jak podczas czwartkowych zajęć ogólnorozwojowych GT RAT, gdzie trenerka szkoli naszą pociechę, gdy rodzic pracuje nad core stability.  

Moja znajoma, który prowadzi  własną firmę, opowiada, że często do biura przychodzi z dzieckiem, które większość czasu przesypia w swoim bujaczku. Natomiast podczas ostatniego Sylwestrowego biegu w Trzebnicy nie tylko my biegliśmy, pchając przed sobą niemowlę w wózku sportowym.

Prawda jest taka, dzieci dziś uczestniczą w aktywnym życiu matki i Wyspiański musiałby się nagonić, by takie macierzyństwo uchwycić :).