Dres kod

Stałam przy barierce, obserwując  zmagania przyjaciół na ½ IM w Poznaniu. Macca był piękny- jak dmuchany anioł ludzkiej wielkości. Na jego widok byłam bliska nawet uronić łzę. Wszyscy wokół biegali w podobnych, obcisłych ubrankach, w kolorach tęczy. Zostałam oczarowana i od tego czaru, aż do teraz,  nie potrafię się uwolnić… Zresztą, nawet nie chce.. bo wiadomo – za mundurem panny sznurem. A mundurek triathlonisty, a raczej trisuite, bywa imponujący. A pod nim, WALCZĄCE CIAŁO. Fajny widok. Po tylu latach jeszcze mi się nie opatrzył 😉 Nam też szykują się nowe stroje! Nowe kolory, nowe wzory a nawet nowy „herb”…

Ja chyba nie mam w szafie żadnej marynarki czy garsonki. Oczywiście, mam kilka „garniturów” na trening, ale to co innego. Nie mogę nawet poradzić się w tej sprawie prasy. Kobiece czasopisma nie mówią nic o moim życiu. Nie spełniam żadnej normy, nie mogę nawet domyć resztek smaru zza paznokci. Niszczę się jakoś szybko, zęby mam nadkruszone od kiedy rozbiłam brodę spadając z roweru. Mój podkoszulek zawsze przylepia mi się do pleców, od adidasów wiecznie robią mi się bąble,  schodzą paznokcie i moje seksowne buciki giną pod naporem plastrów i opatrunków odparzeniowych, a z podręcznej torebki o wymiarach A1 i ważącej więcej niż torba tenisowa Rogera Federera, wysypuje mi się piach, albo wystaje kawałek łososia norweskiego, co powoduje, że strącam z półek różne produkty w sklepie spożywczym. Ubrana w ciemne spodnie od dresu i bluzę, wyglądam jak dziecko z przytułku. Wałęsałam się po zatłoczonych ulicach, wszyscy ciepło i litościwie się uśmiechają ,trzepocząc rzęsami i jest, jakbym przyszła po szkole do mamy do pracy: „a czyje to tu dziecko się pałęta bez opieki, w dziurawych trampkach.”

Oczywiście domyślam się, że źródło moich problemów leży w sporcie… Jeśli już mam napad kobiecości, to krótki ;). Nikt nie nauczył mnie jak biegać  w eleganckich szpilkach po nierównych chodnikach. Jak nosić  krótkie spódniczki i nie trząść się przy tym z zimna. Jak idealnie wmasowywać makeup i jak maszerować krokiem kobiecym, a nie męskim. A taka niby jestem oczytana, jadam nożem i widelcem, dbam o higienę osobistą, nie jeżdżę BMW, a mimo to gdzieś w środku siedzi we mnie taki dresiarz. A zaczęło się niewinnie… któregoś dnia po pływaniu przez 20 minut(!) usiłowałam wbić się w nowiusieńkie jeansy, w które zainwestowałam wszystkie swoje pieniądze…koszmar…

Ufff na szczęście nie pracuję w telewizji, dlatego moja prezencja nie musi być aż tak niesamowita. Nie wertuje Vogue’a, bo jest  tyle książek do przeczytania, że na gazetki czasu nie starcza. Czas dla urody wolę poświęcić  zdrowiu – uprawianiu sportu. I choć fryzjera odwiedzam sporadycznie, on szczerze cieszy się na mój widok.  A kiedy obolałe stopy nie mieszczą się w szpilkach, to w adidasach mieszczą się idealnie! 🙂

Czasami myślę, że powinnam prowadzić specjalną rubrykę w jakimś czasopiśmie: jak skutecznie walczyć ze swoją urodą. Pierwszy  odcinek mógłby być o tym, że życie jest za krótkie, by spożywać tylko prażone jabłuszka, wodę i chodzić w za ciasnym sweterku. Rozważałabym w nim emigrację do wioski olimpijskiej lub Nowego Jorku, gdzie  podobno większość ludzi wychodzi na ulice w stroju na W-F 😉

… tematów raczej by mi nie zabrakło 😉

Wysoki poziom radości.

Na obozie byłam raz. W wieku 8 lat- nie wiem czy to dobrze świadczy o moich rodzicach. W roli deptaka ścieżka nad jezioro, w roli stadionu klepisko z słupkami markującymi bramki, w roli zrównoważonej diety chleb z dżemem i krówki ciągutki. W baraku spało 40 dziewcząt, niczym w szpitalu polowym. Obok, w murowańcu mieszkali chłopaki. W nocy atakowali nas szyszkami niczym partyzanci uzbrojeni w granaty. Z „kłodami” rzucanymi pod nogi uczyłam się samodzielności. Odpowiedzialność była zbiorowa. Z tego powodu wszyscy ponosiliśmy kary – w środku nocy w piżamach kazano nam biegać 50 razy wokół boiska  albo na kilkanaście minut zastygać bez ruchu w pozycji krzesełka pod ścianą. Aby uniknąć śmierci  szybko nauczyłam się do czego służy prezerwatywa.  Jak napełnić gumkę wodą , zrobić z niej balonik , a następnie z hukiem rozbić go nad głową kolegi. Choć  wtedy w Polsce  nie stosowano wychowania seksualnego, to wystarczył jeden pobyt na obozie i wszystko wiedziałam – przynajmniej teoretycznie ;). Codziennie srogi trener pływania, z owłosionymi plecami i w obcisłych kąpielówkach w kratę płynął łódką, a my za nim ledwo przebieraliśmy nogami. O zabawie  w wodzie  albo obijaniu się po kątach nie było mowy. Chwila nieuwagi i skończyłabym jak Ofelia. O okularkach  nawet nie marzyliśmy…

Po tej obozowej treserce  mój klub pływacki upadł a czar pływania nieco osłabł. W liceum nie było żadnych rozgrywek. Wprost przeciwnie, dziewczęta walczyły głównie o zwolnienie z W_F-u.

I o zgrozo(!) po tych wszystkich latach znów jadę na obóz, gdzie za własne pieniądze poczuję się jak stara babcia  na rehabilitacji  korzonków w Konstancinie! Co jednak począć, gdy w czasach kultu ciała, pracę fizyczną ceni się wyżej niż umysłową…

Szklarska Poręba
Dzień 1

Trening pływacki zaczynaliśmy, kiedy cały hotel pogrążony był jeszcze we śnie, a księżyc rozświetlał gwieździste niebo nad górami. Wschód słońca wita nas w wodzie, a widok z okien oszałamia urodą. Nic dziwnego. Bornit to najwyżej położony hotel w Szklarskiej Porębie, a z pływalni i niemal każdego apartamentu, rozciąga się rozległa panorama na otaczające go Karkonosze. Nad krajobrazem dominuje Szrenica. Otulona drzewami zmienia swe kolory w zależności od pory roku.  Jesienią staje się rudo-brązowa za sprawą lasów, pełnych buków i starych  świerków. Tuż pod jej zboczem rozłożyły się dziesiątki czerwonych dachów Szklarskiej Poręby.

Miedzy zajęciami śniadanie i chwila relaksu na tarasie…

image

Następnie trening crossowy po lesie z elementami techniki, rozciąganiem i o dziwo biegu na orientację ;). Słońce przygrzewa coraz mocniej promienie przenikają między pnie drzew. Świerki, sosny roztaczają intensywny zapach żywicy. Dochodzę do wniosku, że najpiękniejsza jesień jest w górach! Wtedy gdy rosnące na zboczach drzewa zaczynają mienić się niezliczonymi odcieniami żółci, brązów, pomarańczy. Takie widoki w ciepłych promieniach słońca zapamiętuje się na długo.

image

Po lunchu czas na rower. Z miejsca w którym mieszkamy niedaleko do granicy z Czechami gdzie Izery spotykają się z Karkonoszami. Powoli wdrapujemy się coraz wyżej i wyżej w kierunku Jakuszyc, szybko mijamy polanę i zjeżdżamy do Harrachova,  aby znów rozpocząć mozolną wspinaczkę w górę. Nagle naszym oczom  ukazuje się jedno z najpiękniejszych miejsc, leżące w samym sercu  Gór Izerskich. Drewniane chaty Jizerki to najwyżej (862 m n.p.m) położona osada na terenie Czech. W drodze powrotnej czeka nas kilka wymagających, szybkich zjazdów. Zimno atakuje bardzo dotkliwie, ale wokół tak pięknie. Rudo-brązowe lasy wyglądają jak dekoracja teatralna. Nikt z nas nie ma wątpliwości – to rowerowe eldorado!

Wieczorem po obfitej kolacji jedni leczą obolałe mięśnie w saunie, inni popijają złocisty trunek odpoczywając w hotelowym barze. Nikomu nie przychodzą do głowy imprezki. Sami przykładni rodzice, synowie i córki ;).

Dzień 2

To już 3 zajęcia basenowe w ciągu ostatnich 3 dni. Uff nie ma lekko… Po obfitym śniadaniu i chwili odpoczynku, pokaźnym peletonem przemierzamy drogę do Świeradowa Zdroju. Szybkość, tęczowy blask przemykających koszulek, szelest kół przypominający buczenie w pszczelim ulu oczarowuje mnie po raz kolejny. Jesienią jest tu najspokojniej. Zakręt śmierci z widokiem zapierającym dech w piersi . Doskonale gładki asfalt, a potem gorąca kawa na hotelowym tarasie. Październik to czas wprowadzenia do treningu. Dla kogoś takiego jak ja oznacza to konsekwentne spowolnienie kroku. Koniec biegu na maksa przy którym pieką płuca . Koniec ze ściganiem się na podjazdach gór wokół Szklarskiej Poręby. Przy biegu i na rowerze tętno nigdy nie powinno przekroczyć dolnych stref. I tak każdego dnia. Trener kilka razy powtarzał, że do odnowy potrzeba wielkiej dyscypliny. Tutaj zrozumiałam co miał na myśli 🙂

image

Ostatnim elementem zgrupowania miał być marszobieg. Hotel Bornit leży tylko kilka kilometrów od schroniska na Szrenicy i chyba właśnie dlatego to miejsce stało się naszym treningowym celem. Szrenica zazwyczaj chowa się za woalką chmur tym razem jednak nic nie ograniczało widoczności.  W schronisku czekały na nas drewniane stoły, domowe jedzenie i rozgrzewające „herbaty”. Wniosek nasuwa się jeden po mozolnej wspinaczce i osiągnięciu szczytu poziom radości okazuje się wprost proporcjonalny do pokonanej wysokości. Pokochałam to!

image

Z tego obozu nie przywiozłam wszy ani traumatycznych wspomnień a radość z uprawiania triathlonu w barwach GT RAT wcale nie prysła. Każdy mężczyzna mógł poczuć się tu co najmniej jak Raelert albo Macca. Kobiety weszły w skórę Chrissie Wellington. Pojęłam, że cierpiąc katusze można marzyć o zimnym żywcu w zmrożonym kuflu. Zrozumiałam,  że łóżko jest najważniejsze. Los rzucił mnie wewnątrz szczęśliwej konstelacji wybitnych ludzi, do których o każdej porze dnia mogę zwrócić się z pytaniem czym się różni netto od brutto, na co warto iść do kina, co warto przeczytać albo podadzą przepis na ciasto z fasoli … Wszyscy oni są genialni, a ja niczym wampirka żywię się ich energią :).

Do zobaczenia na kolejnym obozie 😉

Foto:
Michał Kuczyński

Blog sentymentalny

Ostatnie dni wakacji spędziłam w domu na wsi. Jeszcze mam w ciele wspomnienie harmonii, stawu, pól i lasów, które widać z okna. Niski poziom lęku przed glutenem i brak większego zainteresowania kaszą jaglaną. Jedzenie ziemniaków. Jajka z solą. Szukanie grzybów w lesie. Grzebanie rękami w ziemi. Wracanie do pierwotnych sensów rzeczy. Nabrałam ostatecznego przekonania, ze kilka koszulek, spodnie od dresu, bluza z kapturem i adidasy – to wszystko, czego trzeba kobiecie, żeby czuła się zadbana, i ze wcale nie musi się malować. Regeneracja!

Codziennie rano siadałam sobie przed domem z kubkiem kawy i słuchając koguta patrzyłam na świat, który się budzi do życia. Rozmyślałam sobie o tym jak wiele w tym roku udało się zrobić. Oczywiście wiele zrąbałam tak, że aż przykro myśleć. Miałam wielkie szczęście do Dobrych Ludzi. Na jednych polach jestem spełniona, inne wciąż pozostają do zdobycia. Jaki to był sezon? Szalony i pełen niespodzianek.

Było szczęście.

Były łzy.

Ból.

Euforia.

Podskoki.

Czołganie się. 

Morze endorfin.

Ale bywało też bardzo, bardzo gorzko. Kompletnego strajku głowy w ogóle nie przewidziałam. Na szczęście po drodze okazało się, że marzenia się spełniają i … że jest to aż przerażające 😉 (…za dwa lata olimpiada…:D)

Zaczęło się zimą w garażu, który nazwaliśmy podziemnym “bunkrem”.  Stoi w nim tylko trenażer i rolka. Nie ma tam okien, a my codziennie motywowaliśmy się do walki za pomocą filmów o tematyce wojennej. “Szeregowiec Ryan”,  “O jeden most za daleko”, “Leningrad”, “Okręt” , “Braterstwo broni" czy seriali "Kompania braci”,  “Pacyfik”…  po czym godzinami pedałowaliśmy w miejscu dysząc i harcząc. Nie powiem, żebym nie brała sobie tego do serca. Za każdym razem, gdy wybuchał granat  i akcja nabierała rozpędu z impetem lądowałam na betonowej podłodze naszego bunkra. Cóż moja wyobraźnia była, delikatnie mówiąc, przeinwestowana ;).

Byłam też bardzo nikczemna i któregoś dnia przejechałam 20 km na zaciśniętym hamulcu. Kiedy w końcu zorientowałam się, że niska średnia to nie wina silnego wiatru tylko szczyt głupoty – omal nie pękłam ze śmiechu. Dawno nie byłam tak zdruzgotana sobą 😉 .

W międzyczasie uczestniczyłam w upadlających ćwiczeniach sprawnościowych. “Padnij, powstań, padnij, powstań!” Albo zastygałam w bezruchu , w pozycji miedzy siedzeniem a staniem, co dla mnie było wyczynem rzędu napisania symfonii czy sterowania statkiem kosmicznym. Drabinki śmierdzące znojem i potem w szopie rodem z kombatanckich wspomnień Jerzego Janowicza. Dzielnica pubów , lombardów i monopolowych. I tam nasza ceglana hala. Na podłodze stary parkiet, WC bez zamka, o saunie czy masażu nikt tu nie słyszał. Ani o różowiutkich karimatach. “Tylek trzymaj, a nie szuraj nim po ziemi i nosem ziemie wąchaj!”- krzyczał Kuba – nasz Trener.

Mimo wszystko rok skończył się obiecująco – W Biegu Sylwestrowym w Trzebnicy stanęliśmy z Michałem na drugim miejscy podiom w klasyfikacji małżeństw … lekcja na przyszłość… albo Michał zacznie szybciej biegać , albo wymienię go na szybszy model .

Pamiętam jak Trener z  kamerą przyklejoną do miotły nakręcił mój pokraczny kraul, a następnie kazał ten film (horror) obejrzeć. Wydawało mi się, ze po 4 godzinach ćwiczeń zrobiłam postęp, ale okazało się, że nadal pływam jak czołg. Mało to kobieca pozycja.

Pamiętam jak ostatniego dnia obozu w Szklarskiej Porębie z powodu bólu biodra musiałam zostać w pokoju, podczas gdy wszyscy inni poszli na trening. Wracając do domu byłam tak wściekła, że kazałam Michałowi wysadzić się pod Sobotką. Było wtedy okropnie zimno i wietrznie. Zabrałam rower i kilkukrotnie pokonywałam podjazd na Tąpadła. Zmordowałam się do upadłego za każdym razem starając się pobić swoja życiówkę na tym odcinku. Niestety… im bardziej się starałam, tym stawałam się wolniejsza …jakie to ironiczne.

Potem były  kilogramy zjedzonych czekolad… Setki obgryzionych paznokci… Aż pewnego ranka wszystko się zmieniło, dzięki koledze, który podczas jednej z wypraw rowerowych postanowił połknąć pszczołę.  Nic mu się nie stało, a dla nas było jasne – “prawdziwi triathloniści nie jedzą miodu. Oni żują pszczoły!”  No i trzeba było wziąć się w garść czyli “nowy ogień z dupy” po prostu! 😉

Doskonale pamiętam pierwszy start sezonu. Imprezę z cyklu Volvo Triathlon Series w Brodnicy (½ IM). Początkowo chciałam powalczyć tam w klasyfikacji generalnej (trzy wyścigi rozgrywane na dystansie 1/2IM w Brodnicy, Chodzieży i Mrągowie),  tymczasem mimo woli znalazłam się w oku cyklonu. Jakaś walka o honor była. Prowokacje. Taktyki. Zamieszanie. A mi najprościej na świecie nie chciało się w tym wszystkim uczestniczyć. Sport to sport. Stajesz na starcie, dajesz z siebie wszystko, zdychasz na mecie targany przez torsje, ale za chwilę marzysz już o kolejnym :).  Po co te wszystkie gierki? Byłam kulawa. Po schodach chodzić nie potrafiłam. Truchtanie było szczytem marzeń, ale dałam radę. Byłam druga, mimo iż w strefie zmian wybuchła mi opona. Chłopaki z AIRBIKE świadczący techniczne wsparcie na tych zawodach  spisali się znakomicie!!! Za co mam u nich niespłacalny dług wdzięczności ;).

Tymczasem dostałam się do Triathlonu Karkonoskiego i to było najpiękniejsze przeżycie, jakiego doznałam w całej mojej triathlonowej biografii.Znacie te charakterystyczne momenty, kiedy trzymacie się histerycznie jakiejś chwili, nie chcąc wypuścić jej w przeszłość? Chcecie sobie ją nagrać, zabrać, puszczać w kółko, nieważne, że wasz magnetofon lada chwila zamieni się w dynię, kaseta w kalarepę, a wasza szpanerska koszulka z Sex Pistols w poplamioną ścierkę do naczyń. Triathlon Karkonoski z metą na Śnieżce jest w mojej głowie takim właśnie majaczącym się obrazem. Nigdy nie zapomnę widoku spowitych poranną mgłą gór, srebrzyście połyskujących bladych promieni słońca,  zimnego wiatru, który czochra nam włosy, wzruszenia spowodowanego zachowaniem dziesiątek turystów. To niesamowite, ze usta mogą mieć tak słony smak (a może to smak łez szczęścia ;)(?)) I co najważniejsze przekonałam się (po raz kolejny!) jak wspaniałych mam przyjaciół i jak wiele to znaczy.  Takich momentów się nie zapomina…

Zważywszy na moją kontuzję wspólnie z trenerem ustaliliśmy, że koncentrujemy się na technice biegu i rozciąganiu. Przyznaję na początku trochę nieufnie podchodziłam do pracy z Kubą. Tymczasem on podszedł do zadania z ogromnym wyczuciem. Nie narzucał mi niczego w kwestii harmonogramu wyścigów. Zmiany w programie też wprowadzał bardzo stopniowo.  I co najważniejsze zawsze chętnie przedstawiał konkretne argumenty, przemawiające za swoimi decyzjami. Kuba przekonał mnie do nowych ćwiczeń i od tej pory to od nich zaczynałam każdy trening. Ból stawów, który ograniczał mnie od ponad roku stopniowo zanikał, a moje wyniki w bieganiu zaczęły się powoli poprawiać. Kuba nauczył mnie  jeszcze czegoś ważnego –  trening nie musi być boleśnie nudny, żeby był skuteczny. Bez niego z pewnością trenowałabym  za dużo  i wpadła w obsesje na punkcie odżywiania. Pilnował także, abym nie zapomniała o nagrodach. Każdy z jego zawodników może liczyć na  najpyszniejszą pizzę i tiramisu na całym osiedlu które Kuba przygotuje własnoręcznie ! Taki trener to skarb 🙂

 

Sprawy wydawały się powoli układać. Pamiętam jak z bezpiecznego miejsca,   zza barierek, po raz pierwszy obserwowałam zmagania przyjaciół na ½ IM w Poznaniu. Dzień wcześniej mierzyłam się tam z dystansem ¼ IM i to oni dodawali mi wtedy skrzydeł. To był świetny weekend . Podekscytowała mnie atmosfera zawodów – festiwal bezprecedensowych wyczynów i koleżeństwa; zmagań i radość z uprawiania sportu.  Zza ogrodzenia, śmiałam się i cieszyłam jak niezdrowo zaaferowany dzieciak! 🙂

Pamiętam zawody w Chodzieży (½ IM)- moim rodzinnym mieście. Warunki pogodowe były wyśmienite, a ja niesiona dopingiem połowy mieszkańców –  po prostu gnałam ile sił. Nigdy wcześniej nie czułam się tak wspaniale. Jakbym uprawiała jogging. Łatwizna 😉 Finiszowałam przy ogłuszającym aplauzie rodziny i przyjaciół. Dopiero spojrzenie na zegar uświadomiło mi skąd te owacje. Z dala majaczyły mi cyfry 4 godziny 56 minut. Tego sama po sobie absolutnie się nie spodziewałam. Na dodatek Michał zajął 3 miejsce w kategorii i 4 miejsce open! Z wrażenia nie spaliśmy trzy dni.

Ostatni wyścig z cyklu Volvo Triathlon Series, w Mrągowie, miał się odbyć zaledwie dwa tygodnie po zawodach w Chodzieży, więc w zasadzie nie zdążyłam w tym czasie odpocząć. Patrząc na trasę kolarską myślałam – żebym tylko nie złapała gumy i nie miała kraksy. I chyba krew odpłynęła mi z mózgu do nóg, bo pamiętam  tylko, jak  podczas biegu mijaliśmy się, dysząc rozpaczliwie (21 km biegaliśmy po odcinku 2,6km(!)). Trener krzyczał coś o dniu konia. Wyniki znowu przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Michał w klasyfikacji generalnej zajął 2 miejsce! Ja byłam pierwsza (5:01), ale gwoździem programu  był fakt, że drużynowo okazaliśmy się najlepsi!!! Radości nie było końca! Wygraną uczciliśmy solidną dawką domowego bimbru i pochłonęliśmy obowiązkowe 3 talerze ziemniaków.

Wszystko kończy się tydzień później w Krakowie -Irondragon. Dystans Olimpijski przypomina taki rollercoaster, jakiego nie ma w żadnym Disneylandzie – tętno na poziomie zawałowym towarzyszy Ci od startu aż do mety. A mimo to GT RAT zdominował podium.

            Zwykle kiedy po wyścigu docieram do pokoju, siadam na łóżku-nogi odpadają, ręce się urywają, skaleczenia bolą w miejscach w których obtarła pianka, pęcherze na stopach uwierają a kiszki marsza grają. To żaden powód do świętowania ;). Ale satysfakcja z wysiłku to uczucie, którego nie sposób porównać z żadnym innym. To jak fenomen nazywany “euforią biegacza” tylko do potęgi trzeciej :)! Znowu się udało!

Żaden puchar nie dodaje takich skrzydeł – postawię go sobie na szafie razem z resztą. 😉 . Medale rozdaje zaprzyjaźnionym dzieciom za dobre zachowanie. Naprawdę mają duża moc wychowawczą !  Na mnie ich urok tak już nie działa jak kiedyś – poza tym w domu zawsze mamy dwa takie same  😉 Kiedyś myślałam, że jeśli wygram Karkonoszmana czy zrobię Ironmana, wszystko w moim życiu się zmieni na lepsze – czy tak się stało ? Nie do końca – znowu spadł mi dzisiaj trzy razy łańcuch z roweru. A byłam pewna że z takimi tytułami to mi się już nie przytrafi : ) lub w wszystko się samo naprawi : ) Bo to jest trochę jak wracanie z cudownego sylwestra. Przez kilka godzin śni Ci się jeszcze, że na nim ciągle tańczysz, tylko już jakby w piżamie. A potem budzisz się, machając rękami w powietrzu, z poczuciem atakującej Cię szafy. 

Ten dziwny rok kończy się dla mnie w dziwny sposób. Zmienił nam się trener. Zaczęłam od poważnej kontuzji, rozpaczliwie walczyłam o powrót do formy, wygrałam zawody z prawdziwego zdarzenia jeszcze z kontuzja, triumfowałam w najtrudniejszym wyścigu w Polsce. Poczułam siłę prawdziwego wsparcia.  Nie raz spadałam w klasyfikacji o dziesiątki miejsc. Ale na mecie byłam dla siebie zwycięzcą. Dumna jestem z tego, że przy tylu przeciwnościach losu, nie złożyłam broni. Zyskałam cechę, która zawsze mi imponowała – niezłomność ;). I na koniec odzyskałam dawną, dziewiczą radość z triathlonu. 

Nadszedł czas by postawić kolejny krok., bo jeśli nie walczymy o cud, to po co się starać :). 

 

Nie stójmy w cieniu.

Dawno nie pisałam, ale zrozumcie obowiązki żony w domu triathlonistów są niezwykle absorbujące 😉 I gdyby nie, inspiracja  otrzymanym niedawno listem pewnie czekałabym do zakończenia sezonu… Ogromnie się cieszę, że czasem tu zaglądacie, uśmiechacie się pod nosem, komentujecie i o dziwo(!) nawet inspirujecie się tą moją przedziwną przygodą ze sportem. Naprawdę się cieszę! I dziękuję za zaufanie! 

„Witam Pani Olimpio , obserwuję Pani karierę triathlonową od 2 lat i jestem pod wielkim wrażeniem. Od tego czasu mam ochotę wystartować w zawodach triathlonowych, ale ciągle wydaje mi się, że to nie dla mnie. Co roku jeżdżę na zawody z mężem, który osiąga sukcesy, a ja stoję z boku, kibicuję, wspieram i … też bym tak chciała, ale oczywiście z tyłu głowy mam “to nie dla mnie”. Po wczorajszym obserwowaniu Pani walki na ½ w Chodzieży “zatkało” mnie i  mój apetyt  na triathlon znowu rośnie. Tak sobie pomyślałam, że napisze do Pani, żeby zapytać od jakiego poziomu Pani zaczynała? I czy ten triathlon tak jak mówią naprawdę jest dla każdego – a jak to było na początku i czy normalny człowiek taki jak ja jest w stanie ciężką pracą coś osiągnąć? Jestem po prostu ciekawa. Pozdrawiam serdecznie”.

Obserwując siebie i nasze społeczeństwo, mam wrażenie, że od kobiet oczekuje się 120% wydajności, a od mężczyzn, no wystarczy 60% i już uznamy go za wyjątkowy okaz. Kobieta ma być zorganizowaną, piękną, szczupłą, niezależną finansowo dobrą matką, dobrą córką, dobrą kumpelką, dobrą partnerką…Nic dziwnego, że Polka nie szuka dodatkowych wyzwań.

W praktyce wygląda to tak: kobieta rano zawsze wstaje, by zrobić śniadanie, kanapki do szkoły, dziecko odprowadza. Tata odprowadza, jak akurat nie ma pracy, albo treningu, albo regeneracji po treningu. Wiedząc, że z ojcem nigdy nie wiadomo, matka zawsze musi mieć czas i siły.

Kolacja? Pan nie gotuje, gotował tylko w młodości, gdy trzeba było zaimponować dziewczynie. Zakupy zrobi, ale tylko jak mu zostanie przypomniane i napisane, co ma być kupione. Szczepienia, wizyty u stomatologa, poranne treningi sportowe syna albo balet córeczki? Tata wozi do lekarza, ale tylko gdy dziecko ma już 39 z kreskami, kto by miał głowę pamiętać o szczepieniach, kiedy walczy się o nową życiówkę. 

Córka ma za krótkie dżinsy i dziurawy but? Tata ma nową lemondkę. Stresy w pracy go wykańczają w dodatku po treningu interwałów ma tak spuchnięte nogi. Kobiet nie wykańcza nic, ależ skąd.

Zawody. Dla NIEGO – to najcięższy i najważniejszy dzień życia… A dla NIEJ? W jego oczach ona wspaniale wypoczywa, czekając, aż jej ukochany triathlonista wypływa się, wyjeździ i wybiega.  Ona nie stoi na brzegu jak kłębek nerwów, nie przejmuje się czy ON bezpiecznie wypłynie, jednocześnie nie zajmuje się dziećmi, nie biega z aparatem niczym profesjonalny fotoreporter, a jeśli już zdarzy się jakiś wypadek…na pewno nie panikuje, tylko spokojnie czeka, aż ON wróci ze szpitala…

I tak kończy się dzień zawodów… ON zrobił olimpijkę, a ona biegając między strefą zmian, bufetem, punktem widokowym i metą zrobiła właśnie półmaraton, po którym nie może nawet ponarzekać na zmęczone nogi. W końcu nie ma jej na liście finisherów.

Uwierzcie w siebie….

Drogie Panie ostatnie 2,5 roku nauczyło mnie, że granice naszych możliwości nie leżą tam gdzie nam się wydaje. W rzeczywistości znajdują się gdzieś znacznie dalej :).Nigdy nie byłam wyczynowym sportowcem. Co prawda jako dziecko uwielbiałam sport, ale nigdy nie przejawiałam jakiś szczególnych talentów i  jeśli ktoś, założyłby się ze mną 2 lata temu, że ukończę dystans Ironmana, zmieszczę się w limicie czasu,  a przy tym pokonam  kilku mężczyzn – spojrzałabym na niego z niedowierzaniem. Wyobraźcie sobie co by było gdybym zachowała takie nastawienie do dziś 😉 To od nas zależy czy wyczarujemy „możliwe” z „niemożliwego”:).

Te 2,5 roku są moją największą przygodą. Triathlon zaprowadził mnie do wielu niezwykłych miejsc, poznałam wielu fantastycznych ludzi, dzięki którym czuje się pełniejsza i bogatsza. Nigdy nie udałoby mi się do nich dotrzeć, gdyby strach okazał się silniejszy od potrzeby poznania czegoś nowego. Za mną wiele miesięcy treningu – czystej, bezkompromisowej, bolesnej harówki. Dumna z nich jestem, bo dałam radę. Co więcej wiele strasznych scenariuszy, które nękały mnie zanim zdecydowałam się na udział w triathlonie, nie ziściło się – nie straciłam pracy, nie mam w niej też gorszych wyników, pod względem organizacyjnym też nie jest już najgorzej, ponadto sport nie sprawił, że jestem głupsza niż byłam. Mało tego w innym wypadku nie mogłabym pozwolić sobie na opróżnieniu w całości słoika nutelli :)! Jednak przede wszystkim we dwoje jest  100 razy łatwiej! Nikt mnie tak nie rozumie jak Michał. Oboje mamy takie same aspiracje. Spać chodzimy o tej samej porze, jemy to samo, trenujemy razem…a później boli nas tak samo :). Ostatecznie jednak najcenniejsza wydaje się wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety… i nie dość, że przytulasz bliską osobę to jeszcze uczestnika wyścigu. Dzielenie z kimś szczęścia jest wyjątkowym zwycięstwem. Takich momentów się po prostu nie zapomina:).

Prędzej czy później musisz skończyć słuchać wszystkich naokoło i zapytać samej siebie: co jest dobre dla mnie. To naprawdę może być super, wszystko da się pogodzić, wystarczy dobry plan, podział obowiązków oraz akceptacja swoich marzeń… a czemu marzenia nie mogą być takie same 🙂

Dziewczyny ile razy po zawodach otrzymałyście od NIEGO kwiaty, zaproszenie na kolację lub usłyszałyście proste „Dziękuje Kochanie, to dzięki Tobie tu jestem”. On ma swój wymarzony medal … a WY ? Znów musiałyście się ostro napracować, i to nie tylko w tym jednym dniu … lecz przez cały okres przygotowań do startu, kiedy to dzielnie znosiłyście jego każdy kaprys.

Dziś moją idolką jest koleżanka z RAT-u. Sama wychowuje dwójkę dzieci pracuje i trenuje! Nigdy nie wypoczywa i nigdy nie jest zmęczona. Wszystkie dzieci dobrze się uczą a ona po nocach robi przetwory na zimę. Koleżance zrobię zdjęcie i wrzucę na wyświetlacz telefonu.

Triathlon naprawdę jest dla każdego, a już na pewno nie tylko dla mężczyzn!

Do zobaczenia na trasach 😉

Prawdziwa historia KarkonoszMan-a

Tylko 85 śmiałków, odbieranie pakietów startowych w glorietcie, odprawa w Sali Rycerskiej, strefa zmian usytuowana na dziedzińcu w otoczeniu starych zamkowych murów tuż obok Sali Tortur…Wszystko to sprawia, iż czujesz, że wyścig ten będzie wyjątkowy a zarazem piekielnie trudny, a Ty zamieniasz  się w średniowiecznego rycerza, który za chwilę rozpocznie ucieczkę przed goniącym go wojskiem wroga 🙂

Dzień przed startem rozmawiam z  Robertem – organizatorem. Słyszał o moich zmaganiach z kontuzją i dzieli się ze mną wątpliwościami. Radzi bym wycofała się z wyścigu  i proponuje przeniesienie możliwości startu na przyszły rok. „Zastanów się– mówi- za uczestnictwo w tych zawodach nawet organizm stuprocentowo zdrowego człowieka musi zapłacić wysoką cenę, aż strach pomyśleć o  konsekwencjach startu w słabszej kondycji…”  Zaczęło się od przygotowań do startu w IM – obciążenia treningowe spowodowały u mnie poważny kłopot z kręgosłupem. Okropny ból ograniczył mi realizowanie w pełni programu treningowego. Było ciężko choć powoli wraca mi nadzieja. Miałam taki moment na wiosnę, gdy byłam gotowa w sekundę rzucić sport. Parę osób postawiło wtedy na mnie krzyżyk… Nastąpiły zmiany i zupełnie nieoczekiwanie z pomocą przyszli koledzy i koleżanki z GT RAT i nie pozwolili mi się poddać. 

image

O piątej nad ranem, z głową pełną niewesołych myśli i ciężkim sercem usiłuje wepchnąć w siebie kawałek szarlotki. Myślę o wszystkich, którzy we mnie zwątpili… o tym, by  pomimo wzlotów i upadków zachować godność, rozwagę, wolę działania i odwagę. Trzeba być odważnym. Można być też bardzo bezsilnym, zdesperowanym i czuć  wielki lęk…
image

Triathlon to trzy dyscypliny i tylko jeden końcowy wynik. Tego dnia nie czułam się pewna w żadnej z nich.
Zaczynamy w Suchej, u podnóża tajemniczych zabudowań Zamku Czocha… Etap pływacki, jako jedyny zapowiada się płasko. Jednak jak się okazuje silny nurt, ruchoma „bojka” oraz prądy sprawiają, że zamiast obiecanych 1900 metrów ostatecznie pokonujemy ich ok 2700. Musicie wiedzieć, że brzeg jeziora Leśniańskiego to nie piaszczysta plaża ale usłane głazami i korzeniami strome urwisko. Tak więc wyjście z wody do łatwych nie należy. Długie  schody prowadzą nas na dziedziniec. Po wyjściu z wody ze względu na pogodę decyduje się na włożenie ciepłej i suchej bluzy. Natomiast na bieg zamieniam ją na koszulkę z krótkim rękawem.

image

Rowerami musimy dostać się do Karpacza. Targani wiatrem , który uderza w twarz mamy do pokonania kilka długich i stromych podjazdów, a poruszanie się w ruchu ulicznym  wymaga od nas dodatkowej koncentracji. Jeśli myślisz, że odpoczniesz na zjazdach, jesteś w błędzie. Kręta droga na łeb na szyję wymaga doskonałego panowania nad rowerem i stalowych nerwów – a ja z jednym i drugim mam na bakier ;). Ze względu na kontuzję rower postanawiam przejechać spokojnie. Nie jestem pewna jak noga zareaguje na ciężki bieg.

Po 85 km i 1800 metrach przewyższeń docieramy do Karpacza – ostatniej strefy zmian. Tutaj droga już nie biegnie w dół, tylko pnie się coraz wyżej i wyżej. Zaczynamy podbieg na Śnieżkę (1602 m n.p.m.). Pejzaż wyglądał obłędnie. Widok na otaczające góry i doliny zapiera dech w piersiach, co wprawdzie niezbyt pomaga w biegu, ale daje niesamowity zastrzyk euforii.

Tutaj  na trasie biegowej organizator dopuszcza możliwość suportu.   Moim suportem jest Magda. Daje mi pewność oraz siłę. Nie jestem sama na wypadek gdybym czegoś potrzebowała, dodaje mi otuchy gdy opadam z sił i czuję się zmęczona, odciągając tym samym moje myśli od bólu i monotonii.

Razem docieramy do Schroniska Odrodzenie i powoli wspinamy się jeszcze wyżej. Stopy ślizgają się na kamieniach. Przedzieramy się przez pełne kamieni i kosodrzewiny zbocze. Turyści klaszczą, dopingują. Aż czasem chciałoby się przyspieszyć :).  Biegniemy zboczem. Jednak kolejne punkty orientacyjne na trasie wydają się zbliżać piekielnie wolno. W tym momencie cała moja energia skupia się na prawidłowym wyborze toru ruchu, stawianiu stóp na stabilnym gruncie i omijaniu przeszkód.

W końcu docieramy do Domu Śląskiego. Zostało nam jeszcze jakieś 1,5 km stromego podejścia, a nasi przeciwnicy mają 20 sekund straty(!)  Jeśli zdołałyśmy dotrzeć aż tutaj, pokonując wszystkie przeciwności,  nie możemy teraz przegrać.  

Wraz z Magdą zwiększamy częstotliwość kroków, wzniesienie daje się nam we znaki. Oddech staje się coraz cięższy, a  moje serce zachowuje się jakby miało  za chwilę eksplodować. Nogi zaczynają się blokować, utrudniając mi kontrolę skurczy, które zawładnęły mięśniami. Myślę tylko o przyśpieszeniu, odwracanie głowy niczemu nie służy. Wydaję mi się, że to najdłuższe metry w moim  życiu. I wreszcie docieramy na górę. Moje nogi odmawiają posłuszeństwa. Padam prosto w objęcia Michała…. po chwili otaczają nas pozostali  członkowie ekipy . Wszyscy płaczemy nie mogąc złapać tchu z wrażenia.

image

Cieszyłam się z tego zwycięstwa jak z żadnego innego. Na Śnieżce, gdy płynęły łzy, myślałam: “Jezu, dałam radę po tym wszystkim. To niemożliwe”. Góry  pozwoliły mi  poznać samą siebie, sprawdzić, w jaki sposób zachowuje się moje ciało i umysł, zobaczyć jak lepiej walczyć , lepiej się odżywiać i nawadniać.  Może pod względem dystansu jest to tylko połowa IM ,jednak  ze względu na bardzo trudny teren zmęczenie jest porównywalne. Tym bardziej jestem dumna i z rezultatu, i z tego, że wytrzymaliśmy. Choć na Śnieżce kilka minut zajęło mi przypomnienie sobie jak mam na imię 🙂 

image

Jak mawia moja dobra przyjaciółka, zwycięstwa uczą nas niewiele; natomiast jeśli nic się nie układa, kiedy pojawiają się trudne sytuacje, z których trudno jest wybrnąć, kiedy próbujesz na nowo podnieść się sto razy i sto razy na nowo upadłeś, a za sto pierwszym udało ci się znaleźć rozwiązanie, wtedy właśnie znajdujesz coś pozytywnego, wtedy dojrzewasz i poznajesz samego siebie. Kontuzje to też ważny moment- tworzą coś na kształt historii walki z własnymi słabościami. I jak mi wtedy na Śnieżce przeszły przed oczami wszystkie te bóle, kontuzje, urazy to, jak daleko moje ciało było czasami od sportu i z jakimi rywalkami się ścigałam, to miałam moment czystego szczęścia, że dałam radę. Mocna jestem mimo wszystko ;).


Przebrani schodzimy do Strzechy Akademickiej gdzie czeka na nas talerz ciepłej zupy przed zejściem w dół.

Może nie wszystko stracone… 

P.S. Dziękuję Trenerowi Kubie za wsparcie dla kuśtykającej i wiarę we mnie, moim rodzicom  oraz kolegom z Grupy Triathlonowej RAT, za przyjaźń, serdeczne porady, inspiracje i pomoc, kiedy jej najbardziej potrzebowałam.
Cudownie było dzielić z Wami te chwile…

Pierwsza karta historii Triathlonu Karkonoskiego została zapisana… kolejne czekają na Was 🙂

http://www.youtube.com/watch?v=ak5zDr74zdA

Foto i film

Michał Kuczyński

Triathloniści są z innej planety

Od pewnego czasu zauważam, że przyjaciele się ode mnie odsuwają. Zachodzę w głowę w czym rzecz, ale nikt nie chce mi nic powiedzieć.

Sprawa intrygowała mnie coraz bardziej, aż zaczęłam prowadzić notatki. Może rzucą nowe światło na całą sprawę.

Poniedziałek

„Już chyba z pół roku się nie widziałyśmy, podobno skończyliście remont mieszkania“, rozmawiam przez telefon komórkowy jednocześnie nerwowo wertując półki  w poszukiwaniu ciuchów na rower. „No właśnie, to skandal, musimy się spotkać, zjeść kolację u nas albo u was, tylko kiedy?“, odpowiada moja bliska przyjaciółka. Po czym wyliczam: „Jutro muszę jechać na salę, w środę na siłownie, w czwartek po pracy mam basen, w piątek też nie skończymy przed 22….“ Wyszło na to, że najbliższy termin, w którym i ja i ona możemy się na spokojnie spotkać jest za cztery tygodnie. Zapisałyśmy się w kalendarzykach telefonicznych.

Wtorek

 „Świetną komedię grają w weekend,” dzwoni szwagier i namawia nas na teatr. My drętwi jak kołki w płocie – w niedzielę mamy zawody i nie chcemy zbyt długo siedzieć. Grzecznie odmawiam.

Środa

Znajomi zapraszają nas do siebie na grilla. Przyszliśmy jak zwykle punktualnie. Kupiłam po drodze wino, bo przecież piwem żadne z nas się nie tuczy. I to był błąd. To było „brunello di montalcino” , kosztowało 30 zł i było dobre. To znaczy tak uważałam, ale kiedy wręczyłam butelkę gospodarzowi, skrzywił się. Powiedział, że ten rodzaj brunello to wpadka i najgorszy rocznik. Powinni je wylać, a nie wciskać ludziom. Potem była kolacja. Czuliśmy się trochę dziwnie. Gospodarz wina podał trzy, a o każdym opowiadał 20 min zanim nalał. Wszystkie trzy smakowały jak brunello. Oczywiście tego mu nie powiedziałam. Wyszliśmy zanim jeszcze przyszedł ostatni gość.

Czwartek

Przyjaciele planują wakacyjne wyjazdy. W tym roku modne są oryginalne podróże. Poszukiwanie ropy w Azerbejdżanie, wyprawa szlakiem starych cerkwi w Rumunii, spanie na arafatce w Palestynie. Moje plany wakacyjne są mniej ambitne i nie sądzę, że w drodze powrotnej taszczyć będę kły mamuta.  W czerwcu spędzę uroczy weekend w  województwie kujawsko-pomorskim (Triathlon Volvo Series), następnie odwiedzę Karkonosze (Karkonoszman). W lipcu w naszym rodzimym Poznaniu, będę podziwiać triathlonowego wszechmistrza wszechczasów CHRISA McCORMACKA (dwukrotny zwycięzca Mistrzostw Świata na dystansie Ironman). Potem, jeśli wszystko pójdzie dobrze, wyskoczę na weekend do Chodzieży, a we wrześniu na mazury (Triathlon Volvo Series). W każdym z tych miejsc czekają mnie  atrakcje w stylu ½ IM.

Moja przyjaciółka z rozbrajającą złośliwością twierdzi, że nie zna drugiej takiej osoby, która na wakacje wybiera miejsca, gdzie jest jej gorzej niż w domu.

Piątek

Po południu wpadł kolega. Akurat zrobiłam paellę, zapytałam, czy z nami zje. Zgodził się, a potem długo i podejrzliwie oglądał swój talerz. Połowę składników odłożył. Następnie miał zastrzeżenie do ciasta z fasoli, które podałam na deser. Też nie znalazło jego uznania. Zrobiło mi się go żal i zapytałam, czy może ma ochotę na sałatkę z awokado…przerwał, krzywiąc się i pytając, czy mam coś normalnego do jedzenia.

Na mieście mówi się, że jestem masochistką, mam hopla na punkcie jedzenia i picia, spędzam czas na wymyślaniu najbardziej wydziwaczonych potraw, i nie znam się kompletnie na jedzeniu ani na winie. Nie mam co robić, dlatego całe dnie poświęcam na pływaniu, kolarstwie albo bieganiu, ale nie widziałam żadnej wystawy ani niczego nie czytałam. W związku z powyższym w najbliższy weekend nikt nie chce się ze mną spotkać.

…chociaż…

 może to i lepiej…  do zrobienia mam 2 długie treningi, więc pewnie na nic innego nie starczy mi sił.

Foto:

Żródło  nieznane ( internet)

Ustawowo WOLNY PONIEDZIAŁEK !!!

image

Każdy triathloholik, powinien mieć WOLNY PONIEDZIAŁEK. Gdyż po weekendzie jest skonany…
Ależ to była zima! Najcięższa. Najdziwniejsza. Nieludzka. I to nie tylko z mojej perspektywy. Poranne „rozruchy”, codzienne treningi wytrzymałościowca a na deser weekendowa masakra – zazwyczaj podobnie obciążającą jak start w półmaratonie. Niejednokrotnie gdyby nie SERCE ciężko byłoby wstać o świcie i wrócić do triathlonowego kieratu tak jak gdyby… nigdy nic ;).
Poza tym dwa lata musi mieć swoją klamrę. Tak byśmy sobie przypomnieli, że sportowy żywot prowadził przede wszystkim pod górkę. Przeciwności losu trudno zliczyć. Kontuzje, choroby, ciągła walka – było tego trochę. Dlatego, żeby nie wyjść z wprawy-bieganie po górkach się zaczęło. Na szczęście kilkanaście kilometrów od Wrocławia mamy wszystko, czego nam trzeba: stadion, bieżnię lekkoatletyczną, no i przede wszystkim Ślężę. Biegaczy tu co nie miara, rowerzystów wielu, a także amatorzy nordic walking się znajdą.

image

Turyści klaszczą, dopingują. Aż czasem chciałoby się przyspieszyć :). Nawet życie małżeńskie na szlaku – po pierwszych rutynowych kłótniach, kto zapomniał zabrać wodę, kto nie włożył kurtek do plecaka – zaczyna nabierać wzajemnej czułości. Gdy tak stoję na czubku ledwo żywa, patrzę na niebo na horyzoncie, mój patriotyzm sięga zenitu.
Na Ślęży mam również swoją “psycholożkę”:). To ona przygotowuje mnie do startu w „Karkonoszmanie”. Co niedzielę wbija mi do głowy, że zdobycie Śnieżki będzie kosztowało znacznie więcej niż wszystko inne do tej pory. Że jedyne czego mogę się spodziewać, to wielki ból wysiłkowy wcześniej niespotykany. Odchorowuje te treningi baaardzo. I tak wyprana, zaczynam kolejny tydzień służbowy.
Bardziej wycieńczone bywają tylko studentki, które w klubach piły w czwartek, piątek i sobotę do oporu, a w niedzielę przejadły się u mamusi bigosem. Żują miętowe gumy i chowają się pod modnymi grzywkami, ale i tak widać, że robota im się nie klei…
Podobno powinnam się zaadoptować. Mam nadzieję, bo w biegach po górach wiatr nam nie pomoże.
P.S. Kumpel mi wyjaśnił, że jak odstawię pszenicę, która jest złem niszczącym świat, to znikną moje problemy i odnajdę szczęście. Novak Djokovič też nie je glutenu.Podobno krowie mleko też na zdrowie mi nie wyjdzie … ale to mleko ryżowe jest niepijalne! Co Wy na to?

Coś się kończy…Coś się zaczyna.

Przepraszam. Jakiś czas nie pisałam, bo nie umiałam… Wydarzenia ostatnich tygodni spowodowały we mnie swoistą katatoniczność mózgu… Trener prowadzący Radiową Akademię Triathlonu, a następnie GT RAT zrezygnował z pełnienia tej funkcji.

image

Chyba nikt z nas nie przypuszczał, że na kilka tygodni przed rozpoczęciem sezonu staniemy na rozdrożu, musząc dokonać bardzo trudnych wyborów… Ostatnie dwa lata w naszym życiu, to jedna wielka walka. Były momenty satysfakcji, owszem, ale przede wszystkim był bunt. Narósł do niewyobrażalnych rozmiarów. Zniechęcenie, zmęczenie i chęć zmian były w owym czasie największymi rywalami. Dziwne to uczucie, kiedy głowa strajkuje. Nic się poradzić nie da. Zupełnie. Wszystkie inne kontuzje wydają się być z tej perspektywy nic nieznaczącymi przeszkodami.

Nie było już siły na więcej… Żyjemy w czasach w których łatwiej jest z czegoś lub kogoś zrezygnować aniżeli zawalczyć…

To będzie sezon inny niż wszystkie.

Nie wiem, jak zareaguje na tę zmianę mój organizm. Może pięć miesięcy innego niż zwykle sposobu szkolenia, nie spowoduje spustoszenia? A może okaże się lepszym rozwiązaniem od tego, co robiłam przez ostatnie lata? Nie wiem, jakie to da efekty, ale nie mogę realizować tego, co robiłam dotąd…

Zerwać najróżniejsze, niepisane, niematerialne zobowiązania trudno. Zostaję. Dla siebie, dla moich przyjaciół, dla drużyny. A może kilku kibiców się ucieszy.

Trzymajcie kciuki za rewolucję.

image

Foto.

http://confessionsofpornaddiction.wordpress.com
http://rapgenius.com

III Wojna Sportowa

Ponieważ mój tata był żołnierzem, dorastałam na osiedlu wojskowym. Z dzieciakami z sąsiedztwa uwielbialiśmy salutować mundurowym zmierzającym do pracy. Zamiast dziecięcych wierszyków znałam na pamięć wszystkie piosenki żołnierskie, gdyż śpiewaliśmy je z tatą w drodze do przedszkola. Uwielbiałam serial „Czterej pancerni i pies”, interesowały mnie wszystkie parady wojskowe. Wyglądało na to, że zostanę jakimś pułkownikiem, a nie byle mięczakiem garniturowcem. Miałam taką bardzo agresywną osobowość ;).

Rodzice z obawą na to wszystko patrzyli, starając mi się ograniczyć te zabawy militarne, ale robiłam sobie pistolety z patyków i nieustannie toczyłam bitwy o panowanie nad naszą ulicą. Być może bali się, że w dorosłym życiu będę jednym z tych kibiców, którzy z meczu wracają w policyjnej ciężarówce? My natomiast, będąc dziećmi, wierzyliśmy, że urodziliśmy się bohaterami…

Dziś mimo iż nie jeżdżę hummerem po poligonie, miło wspominam szczęśliwe dzieciństwo w czasach przełomu. Nie miewam morderczych zapędów. Zazwyczaj jestem łagodna jak baranek po masażu ajurwedyjskim. Owszem, lubię trochę  rywalizacji, ale tylko w sporcie.

Niestety obecnie szkoły pełne są agresji, zawistnych kolegów, lęku, wyścig szczurów wypacza od przedszkola a sportowe zmagania  coraz bardziej przypominają  wojnę. Trenerzy zastępują w niej generałów, widownia żołnierzy, a drużyny są pancernymi dywizjami wysyłanymi na front. Tu każdy chce wygrać, a w sporcie można to osiągnąć w najmniej krwawy sposób nie przebierając w środkach.  Bo już w starożytnej Grecji na Igrzyskach Sportowych liczył się tylko najlepszy. Nie ten trzeci. Tylko ten, kto pokonał wszystkich mógł zamówić  poemat na swój temat.  Na basenie, bieżni czy na szosie lepiej i łatwiej rozstrzyga się spory niż w europejskich instytucjach czy w ONZ. I to rozstrzyga się je ostatecznie. Jakby tego było mało wojna sportowa jest niemal równie kosztowna jak zbrojenia wojskowe. Triathlonista ma przechlapane potrójnie…

Nasz Trener,  również typ wojskowy, wyznaje zasadę – im trudniej na poligonie tym łatwiej na wojnie! Wystarczy przypomnieć sobie pokrzykiwania z ostatnich zajęć „na glebę padnij!- sto pompek !– przysiad!- wyskok!…”, a już człowiek ma ochotę zdezerterować.  Śledzi nas wzrokiem zza atlasu do ćwiczeń i natychmiast poprawia źle wykonane zadania. Brakuje mu tylko takich maskujących drzewek wojskowych przyczepionych do czoła. Tu nie ma co liczyć na pochwały, raczej na regularny  krzyk– „Nie ociągaj się, zapomniałeś liczyć? Zacznij od nowa!”   Jakbyś spoglądał w otwór wymierzonej w ciebie lufy… Podczas takich treningów nie raz myślę, że gdybym była szpiegiem przetrzymywanym w Guantanamo, wyjawiłabym wszystkie ukrywane tajemnice, by choć na chwilę pozwolił mi odpocząć… Ale on brzydzi się na sama myśl o tym, że moglibyśmy skapitulować fizycznie bądź też emocjonalnie. Myślę, że winę ponosi ten dodatkowy chromosom, który mają mężczyźni.

A czego mi brakuję, żeby wygrać wyścig szczurów? Ano, rozsądku…

Szacowanie zysków i strat nigdy nie było moją mocną stroną. W moim sporcie nie zawsze liczą się medale, puchary, liczby, statystyki… Wręcz przeciwnie! Liczy się to co robisz i jak to robisz. Jak wiele serca temu oddałeś/aś i czy przypadkiem nie wybrałeś/aś drogi na skróty. Mój tata nie fundował mi musztry domowej ;).  Wierzył, że agresja rodzi się z niespełnienia, z frustracji, z braku swobody. Z desperacji. Nie z czołgów i żołnierzyków.  Rodzice nauczyli mnie  czym jest prawdziwa odwaga. I już nigdy nie przyjdzie mi do głowy, że odważny jest człowiek z pistoletem w ręku. Odważny jest ten, kto wie, że może przegrać, zanim jeszcze rozpocznie walkę , lecz mimo to zaczyna i prowadzi ją do końca bez względu na wszystko… :). Bo dla mnie chcieć, to marzyć i realizować te marzenia. Jasne, że czasem nie wychodzi. Jasne, że czasem bezgraniczne zaangażowanie przynosi równie bezgraniczny smutek i morze łez.

Ale satysfakcja, kiedy jednak coś wyjdzie. Emocje, którymi się żyje. Radość z drobiazgów. To wszystko bezcenne!!!

Dlatego niczym doświadczony wojak, muszę być  dzielna,  silna i wytrwała, nie mogę się poddać. Bo czasem trzeba sto razy przegrać, żeby w końcu coś raz wygrać. Chcę, żeby ta mała , odważna dziewczynka z zakasanymi rękawami wbrew czasom i okolicznościom w których przyszło jej żyć, nadal we mnie została 😉

Photo:
http://www.dailymail.co.uk

3 w 1 ?

Tym razem mój post pojawił się na łamach Bike Magazyn

Zapraszam do lektury 🙂

Zdjęcia: Michał „Wąski” Kuczyński