Żądło Szerszenia-sprawdzian nr 2

7 maja 2013

Za wszystkie miłe słowa i energię kciukową DZIĘKUJĘ PO STOKROĆ !

Telepka i drżenie rąk przed zaśnięciem towarzyszyły mi na kilka dni przed startem. Nie pamiętam, abym przed jakimkolwiek innym wyścigiem tak się martwiła… Przecież 75 km to betka w porównaniu z IM. W dodatku okolice Trzebnicy są mi doskonale znane i przywołują wiele radosnych wspomnień… Śmiem twierdzić, że jeśli kochasz rower, trudno o lepsze miejsce do treningów niż góry Kocie. Tak naprawdę wszystko robiliśmy z myślą o wyścigach, powinnam zatem je kochać…

Na domiar złego zakwalifikowano mnie do 13 grupy, co jak niektórzy uważają przynosi pecha. Musicie wiedzieć, że w Żądle Szerszenia to, z kim trafisz do grupy, jest najważniejsze. Jeśli uda Ci się zakwalifikować do grupy z mocnymi kolarzami istnieje szansa, że przy dobrej współpracy osiągniesz znakomity wynik, lecz jeśli będziesz miał pecha skazany jesteś na samotną jazdę na czas. Niestety nie masz na to wpływu, gdyż wszystko podlega losowaniu. Bardzo chciałam, żeby los mnie jednak oszczędził i ów przesąd w moim wypadku się nie sprawdził

Już po wyjeździe z Trzebnicy mój mały peleton podzielił się na dwie grupki, a ja przyłączyłam się do tej szybszej ( ja po prostu tak mam, na treningach zawsze idę pełnym gazem goniąc Trenera i Michała, choć po kilkudziesięciu metrach nie będąc dość dobra, zwykle odpadam i większość drogi przejeżdżam sama, ale nie chcę się poddać ). Z całych sił chciałam utrzymać ich tempo. A jak fantazja Oli, to wiadomo – z grubej rury. Jak mam paść to padnę. Pierwsze kilometry jechało się wyśmienicie, dawałam krótkie zmiany, a potem zaczęły się kredki przed oczyma. Chwilami nogi piekły okropnie. Obrażone! Tymczasem chłopaki pędzili jak rakiety. Ze strachem sięgałam po bidon, nie mówiąc już o bardziej skomplikowanej czynności – odpakowaniu żelu. Za to z łatwością przychodziło mi połykanie różnych robaków. Mniej więcej w połowie wyścigu zawiesił mi się zegarek. Nie miałam pojęcia ile kilometrów zostało do końca, ani jaki mamy czas. Co prawda podczas zawodów nie zwracam na to większej uwagi, a wtedy trochę mnie to ucieszyło. Od tej pory głównym wyznacznikiem stały się dla mnie mijane krajobrazy i grupki kolarzy. Więc jechałam jak to ja – z fantazją

Tu baaaardzo dziękuję chłopakom (nieznanym kolarzom), którzy postanowili, iż cały dystans pokonają wraz ze mną. Chronili od wiatru, dopingowali i, co najważniejsze, nie użyli moczu w charakterze broni za co jestem im ogromnie wdzięczna (kto czytał książkę Chrissie Wellington „Bez ograniczeń”, ten wie co mam na myśli).

Po przekroczeniu linii mety nie mogłam uwierzyć własnym uszom. 1:51: 37??? To nie mogła być prawda. Co prawda chciałam pokonać kilku mężczyzn, ale rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Byłam wykończona, ale i zdumiona własnym osiągnięciem – tego nie było w planach…

Nawet Trener w trakcie rozmowy telefonicznej wydawał się zadowolony, choć założę się, że w równym stopniu z siebie, co ze mnie . W końcu sukces zawodnika jest też sukcesem trenera …ależ jestem mu wdzięczna, że nie kazał mi potem biegać .

Następnego dnia gdzieś w okolicach południa, rozłożona na kanapie, pochłaniałam michę domowych lodów owocowych i zastanawiałam się, czy jakikolwiek kolejny dzień przebije ten wczorajszy. Gdyby nie moja chęć nauczenia się jako staruszka po trzydziestce jakiegoś nowego sportu, nigdy by do tego nie doszło. I przypomniały mi się słowa Chrissie Wellington

„Widziane z oddali granice i przeszkody znikają, jeśli spróbuje się je pokonać.”

To niby takie odmładzające!

P. S. …swoją drogą nadal uważam, że Ewa mogła pojawić się pierwsza, a mężczyźni, którzy pisali Biblię, zmienili ten fakt w ostatniej chwili, żeby to oni mogli być pierwsi 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *