YOU ARE AN IRONMAN!

10 lipca 2013

Nad jeziorem wzeszło słońce. Woda jest spokojna i krystalicznie czysta. Jest 6:55. Trochę obita, trochę niepewna stoję na linii startu… Półtora roku przygotowań dla tego momentu, dla ciszy przed wystrzałem… Gdzie buty do biegania i sportowy strój były zawsze pod ręką, zawsze! Gdzie treningi nie raz były tak piekielnie ciężkie, że sama się czasem zastanawiałam, po co mi to Gdzie kołdra coraz cięższa się robiła z rana, bywało też, że o drugiej w nocy dopiero potrafiłam zasnąć… Wiesz, że normalni ludzie o tej porze przewracają się z boku na bok? Albo przytulają. Albo robią znacznie przyjemniejsze rzeczy, niż próbują zostać Ironmanem

Kilka tygodni wcześniej wymieniam maile z Trenerem. Analizujemy zakresy tętna rowerowego. Okazują się bardzo dobre na połówkę, lecz średnio przydatne na długi dystans. Pytam: „ Czy w związku z tym , jestem gotowa na IM?” Trener odpisał: „To znaczy, że IM robisz za wcześnie do maksymalnych możliwości swojego organizmu.”

Ale zostawmy mnie na chwilę . Lepiej przyjrzyjmy się Klagenfurtowi. To malownicze miasteczko położone jest w południowej Austrii na wysokości około 446 m n. p. m, u stóp Alp i otoczone innymi, równie urokliwymi jak ono mieścinami, przez które biegnie trasa wyścigu. Jest tutaj wszystko co triathloniście potrzeba do szczęścia. Są łagodnie pofałdowane tereny rolnicze i wzgórza przez które drogi wiodą prosto w góry – idealne na rower. Jest wiele pięknych tras dla biegaczy, no i jest też Wörthersee- najcieplejsze jezioro alpejskie, będące tutejszym centrum sportów wodnych i wypoczynku.

 

Do zawodów (już rok temu) zgłosiło się 3 000 zawodników, których miało zagrzewać do walki ponad trzy razy więcej widzów! Austriacy są ogromnymi fanami tej dyscypliny sportu. Już około środy zaczynają zjeżdżać do stolicy Karyntii pierwsi zawodnicy. Wszędzie roi się od dziennikarzy przeprowadzających wywiady z zawodowcami. Strefa ekspo (targi organizowane przez sponsorów) jest największą oraz najlepiej wyposażoną spośród tych jakie do tej pory widziałam. Ludzie tłoczą się w kolejkach, w ostatniej chwili kupując brakujący sprzęt albo polują na autografy. To niewiarygodne ile tam chcą za najprostszy top! Wszędzie, gdzie nie spojrzysz, ktoś ćwiczy, a włoskie knajpy z makaronem pękają w szwach. Każdy patrzy na każdego, czujesz się jak na pokazie mody.

 

 

Skłamałabym, mówiąc że tryskałam optymizmem – przy kontuzjach nie sposób uniknąć zwątpienia- ale nie miałam zamiaru kapitulować. Trener pocieszał „dobra forma nie poszła sobie w diabły. Ani siła. Powinnaś się cieszyć z tego odpoczynku- przymusowego, ale jednak.” Zamaskowałam więc bolącą łydkę tapami i ukryłam pod skarpetą kompresyjną.

W dniu wyścigu w głosach reporterów rozbrzmiewały nieprawdopodobne emocje. Na twarzach zawodników malowało się skupienie. Choć uprawiają sport amatorsko traktują sport śmiertelnie poważnie, co nie powinno dziwić . 7:00 – strzał – ruszamy. Etap pływacki jest wyjątkowo burzliwy. Panuje wolna amerykanka. Słońce oślepia. 2 500 tyś zawodników skupionych wokół Ciebie, cały dystans płyniesz pośród mrowia młocących wodę kończyn, aby na koniec wpłynąć do ciasnego gardła kanału. Masz do pokonania jeszcze kilometr, ale cały czas musisz walczyć o pozycję, albo o to aby nie zahaczyć ręką o jeden z drewnianych pomostów. Widowiskowe! Mimo wszystko pływanie poszło nieźle – 1:05, choć dałoby się poprawić to i owo .

 

 Po wyjściu z wody szpaler kibiców okupuje całą drogę do strefy zmian, która swoimi rozmiarami przypomina boisko piłkarskie. Wydostanie się z niej z rowerem zajmuje ok 5-6 minut.

 

90 km drogi jest zamknięte dla ruchu i oznakowane tak znakomicie, iż całe wydarzenie wydaje się trwałym elementem tutejszego krajobrazu. Trasa rowerowa w Klagenfurcie nie przestaje zachwycać – po jednej stronie widzisz ośnieżone alpejskie szczyty, po drugiej urokliwe miasteczka i wsie regionu Karyntii.

 

 

Mimo widoków etap rowerowy nie należy do łatwych. Droga jest pofałdowana, a łącznie na 180 km jest do pokonania 1600 metrów przewyższeń. Nie mniej karkołomne wydają się zjazdy, a niektóre zakręty w całości wyłożone są materacami. Na trasie rowerowej masz do pokonania dwie rundy z dwoma ostrymi podjazdami. Podjazd na najstromsze 11,7% wzniesienie nie może się równać z żadnym innym odcinkiem trasy. Doping dorównuje tam temu z Tour de France! Jedziesz wśród szpalerów ludzi, szerokich na 5 osób z każdej strony. Czasami tłum gęstnieje tak bardzo, że dla zawodników zostaje przejazd o dwumetrowej szerokości. Widzowie wychylają się i do ostatniej chwili machają i krzyczą do przejeżdżający zawodników. Ogłuszający grzechot kołatek, dźwięki gwizdków i okrzyki towarzyszą Ci przez cały czas. Niesamowicie motywująco działa na mnie widok rodziców i siostry, którzy przyjechali do Austrii prosto na start. Na końcu podjazdu skakali jak szaleni, drąc się: „Oli dajesz, dajesz!” Nigdy nie widziałam ich tak rozemocjonowanych . Po blisko 5 godzinach i 46 minutach na rowerze, z ulgą odklejam się od siodełka. Po wbiegnięciu do drugiej strefy zmian bardziej niż o mecie myślę o ubikacji . Jeszcze tylko maraton. Tylko czy nogi po zejściu z roweru przypomną sobie jak się biega?

Bieg odbywa się w warunkach przypominających raczej piekarnik. Wystrzał startera rozległ się o siódmej rano; maraton zaczęłam więc popołudniu. Na dystans składają się 2 pętle, z czego większa część prowadzi wzdłuż jeziora. Zero drzew. Mało cienia. Ludzie padają w tym ukropie niczym muchy. Kolejne kilometry mijają w akompaniamencie pozdrowień. Dalej trzeba pokonać piwną uliczkę, gdzie wzdłuż trasy ustawione są stoły i ławy, przy których kibice już od rana siedzą i sączą pienisty płyn. Wierz mi , naprawdę ciężko się oprzeć, by nie zatrzymać się w pół drogi i do nich dołączyć . Pierwszych 25 km pokonuję w niezłym tempie. Pech chce, że od 30 km kilometra noga robi mi się jak z drewna. Muszę zwolnić, ale ani przez chwilę nie wątpię, iż dotrę do końca. Pobocza huczą. Na żadnych innych zawodach nie proponowano mi na trasie tyle piwa. Na żadnych innych zawodach nie widziałam takiej ilości kibiców. Jakieś 2 km przed metą wita Cię las dłoni, które chcą „przybić piątkę”.

 

Nie jestem dobra w szacowaniu, a mentalność triathlonisty w dziwny sposób zaburza percepcje liczb i nie pozwala w pełni uświadomić sobie obliczonego wyniku. Tak naprawdę zrozumiałam go dopiero, gdy zobaczyłam przed sobą linię mety i zegar pokazujący 11 godzin 09 minut. Byłam oszołomiona. Wprawdzie nadal miałam kilka metrów do przebiegnięcia, ale ten wynik był lepszy od tego, który na początku zakładałam. Wrzawa wprost ogłuszała. Machałam, śmiałam się i płakałam.

 

Do linii mety dotarłam w czasie 11 godzin 10 minut i 05 sekund, co dało mi 17 miejsce w kategorii wiekowej. Rzuciłam się w objęcia rodziców i siostry, którzy oczekiwali na mnie na mecie. Mama wcisnęła mi w rękę polską flagę. A potem pojawili się rodzice Michała, Iza z Rafałem, którzy także dopingowali mnie oraz informowali na bieżąco o stracie do…Narzeczonego . To był wspaniały dzień! Wszystko wydawało się możliwe… Nie posiadałam się ze szczęścia. Moja radość nie trwała jednak długo. Na masażu spotkałam 50 – latkę, która sprała mi tyłek o jakieś 40 minut. Może to są owe maksymalne możliwości, o których pisał Trener. Mam jeszcze czas . A potem pojawił się Michał i była wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety… Jeszcze 3 tygodnie temu nie potrafiłam zrobić kroku, a co dopiero pokonać ponad 226 km. Dzielenie z kimś szczęścia jest wyjątkowym zwycięstwem. Takich momentów się po prostu nie zapomina:).

Impreza trwa do późna w nocy. Z pomostu wraz z rodziną i przyjaciółmi obserwujemy sztuczne ognie, delektując się upragnionym pienistym płynem. Trudno mi wyrazić, ile znaczyła dla mnie wtedy obecność najbliższych. To był bezsprzecznie wyjątkowy wyścig, także ze względu, że po raz pierwszy kibicowała mi moja siostra oraz stał się dobrą okazją do poznania naszych rodzin .

Po wyścigu wszyscy wybraliśmy się na wspólne wakacje, na których myślałam wyłącznie o… jedzeniu. Choć paradoksalnie łyżki udźwignąć nie potrafiłam, zupy pogryźć…

 

Jeśli ktoś założyłby się ze mną 2 lata temu, że ukończę dystans IM, zmieszczę się w limicie czasu, a przy tym pokonam kilku mężczyzn – spojrzałabym na niego z niedowierzaniem. Tak naprawdę nadal nie mieści mi się to w głowie . Te 1,5 roku było, jest i będzie moją największą przygodą. Za nami 18 miesięcy treningu. Czystej, bezkompromisowej, bolesnej harówki i presji na plecach ze strony Radia i Trenera rzecz jasna:). Dumna z nich jestem. Z nich i z siebie rzecz jasna, bo daliśmy radę )) Ten rok kończy się dla mnie jak w bajce. Było ciężko, naprawdę… ale na moim oknie wszystkimi kolorami tęczy żarzy się medal.

Nie udało by się to wszystko bez Was. Dlatego…

Szczególnie chciałabym podziękować rodzicom i siostrze za dzielenie ze mną wzlotów i upadków. Tylko Wy zdajecie sobie sprawę przez co przeszłam. A mama, która bała się, że się połamię w radiu, teraz już wie, że jestem jeszcze młoda!

Dziękuję Michałowi za każdy dzień, każdą różnicę i wszystkie podobieństwa, a najbardziej za wolność, cierpliwość i za przypomnienie, jak można spłakać się jak bóbr… Nie wiem jak tego dokonał, ale na mecie czekała na mnie największa niespodzianka…

 

There are no limits…
You need to dream… and then, do everything what you can, to make the dreams come truth.

To największe odkrycie jakiego kiedykolwiek dokonałam.
Chrissie – Thank You for that special present

Dziękuję Trenerowi za wiarę jaką pokładał we mnie. Za to, że pokazał mi, że granice naszych możliwości nie leżą tam gdzie nam się wydaje, poddając nas ciężkiej próbie w myśl zasady „im trudniej na poligonie tym łatwiej na wojnie.” Generał! Ukształtował nas i doszlifował. Pozwolił mi uwierzyć we własne siły i marzenia… Trenerze wiem, że bez Twojej pomocy, nigdy nie udało by nam się przetrwać.

Dziękuję kolegom z drużyny, za przyjaźń, serdeczne porady, inspiracje i pomoc, kiedy jej najbardziej potrzebowałam. Ten wspólny czas był dla mnie wyjątkowy.

Jestem ogromnie wdzięczna za podbudowujące i motywujące e-maile, smsy, wpisy na facebooku, za komentarze na blogu oraz kartkę z Olsztyna…Wasze wiadomości ze słowami otuchy, zagrzewały do walki każdego dnia.

Dziękuję Radiu Wrocław za pomysł, wsparcie i pomoc a najbardziej za to, że wskazało mi piękno tego sportu.

Dziękuję rehabilitantom- Arkowi, Alkowi i Maćkowi, wobec których mam niespłacalny dług wdzięczności .

Dziękuję Dolnośląskiemu Centrum Rowerowemu za wsparcie i pomoc techniczną.

Z drugiej strony, jak mogę spekulować o tym co przyniesie przyszłość, skoro teraźniejszość jest tak odmienna, od tego czego oczekiwałam w przeszłości. Włożyłam w ten projekt serce i duszę… mam przeczucie, że to nie koniec…

… a dzięki blogowi to wszystko nie umknie mi jak nie zapisany level w kolejnej grze.

fot. z trasy Małgorzata Łabuz, Rafał Sobolewski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *