Trudna miłość…

26 kwietnia 2013

„Pary muszą mieć wspólne pasje, inaczej ich drogi się rozchodzą” – przeczytałam niedawno w jednej z gazet. Oczywiście przyznaję, nikt mnie tak nie rozumie jak Michał. Mamy takie same aspiracje. Spać chodzimy o tej samej porze, jemy to samo. Mamy system taki bardziej jak rolnik. Wschodzi słońce, idziemy w pole do roboty, zachodzi – zbieramy się do odpoczynku. Romantyczne rozmowy przy kolacji dotyczą głównie kadencji, przewyższeń, okresu jazdy na progu, poniżej progu, powyżej progu, co cieszy mnie po uszy. Świetnie dograliśmy się także treningami. Bardzo dużo razem jeździmy- choć dla Michała jest to raczej rozgrzewka. Wystarczy, że choć trochę przyłoży się do pedałowania, by wyrwać do przodu niczym pocisk, wywołując u mnie chwilową frustrację, bo nadrobienie przewagi kosztuje mnie mnóstwo wysiłku. Z czasem zaczęłam nawet oceniać swoją kondycję na podstawie przewagi, jaką Michał zyskiwał względem mnie.

Tak więc wiele strasznych scenariuszy, które nękały mnie zanim zdecydowałam się na udział w projekcie, nie ziściło się – nie straciłam pracy, nie mam w pracy gorszych wyników, pod względem organizacyjnym też nie jest już najgorzej, ponadto sport nie sprawił, że jestem głupsza niż byłam.

Część moich lęków się nie sprawdziła, ale obawy dotyczące negatywnej strony uprawiania sportu przez obojga partnerów pozostały… Chciałabym przybliżyć Wam kilka z nich. Otóż po pierwsze energię emocjonalną, którą kierowaliśmy na siebie teraz w ogromnej większości kierujemy na triathlon. A ponieważ obojgu nam doszedł dodatkowy obowiązek w postaci treningów, więc przed zaśnięciem, kiedy to zamiast myśleć o niczym i zatapiać się w pachnącą proszkiem pościel, przypominamy sobie nagle o stu niezrobionych jeszcze rzeczach, ciężkich spotkaniach, niespłaconym kredycie, niezreperowanym aucie, zgubionych kluczach, niepodlanych kwiatkach. Po drugie stan wyczerpania towarzyszy nam na co dzień, więc nie zdziwię chyba nikogo pisząc, że na piruety kanapowe „z poprzedniego wcielenia” po prostu brakuje sił;). Tu na szczęście na ratunek przyszedł nam Trener, wprowadzając do planu treningowego dni wolne… 😉

Także romantyczne rozmowy zostały ucięte do minimum, gdyż po treningu i kilku godzinach pracy tak się nadajemy do rozmowy jak maratończyk po dobiegnięciu na metę. Nie stanowi to jednak zbyt dużego problemu. Przecież prawdziwa bliskość nie polega na paplaniu. I tak nie wszystko można wyrazić w słowach.

Cóż chyba nie warto się buntować.

Ostatecznie przecież najcenniejsza wydaje się wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety… i nie dość, że przytulam bliską mi osobę to jeszcze uczestnika wyścigu. Dzielenie z kimś szczęścia jest wyjątkowym zwycięstwem. Takich momentów się po prostu nie zapomina:).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *