Mój Poznań- sprawdzian nr 1

13 kwietnia 2013

W życiu czasem tak jest, że jeśli się na coś bardzo czeka, planuje, a ta rzecz się nie uda, to potem rozczarowanie jest podwójne . Czekałam na wiosnę. Z wielkim utęsknieniem wypatrując każdego jej zwiastunu. Bo wiosna to czas startów! I jak mówi nasza znajoma Pani Doktor to czas kiedy przestajesz być „biegaczem horyzontalnym”, czyli kimś kto człapie po horyzont licząc płyty chodnikowe, a zaczynasz się ścigać;). Nie ma jednak co ukrywać, codzienna praca i unikanie remontów sprawiło, że trochę się zdrowotnie posypałam. Jeszcze na tydzień przed startem truchtanie było szczytem marzeń. Wściekałam się okrutnie, ale udało się! W niedzielę głowa spisała się rewelacyjnie. Dużo lepiej niż jej nogi podawały .

Startowaliśmy z marszu (czyli z pełnych obciążeń treningowych). Bieganie to franca obnażająca moje triathlonowe beztalencie jak żaden inny trening. Sapanie słychać w promieniu kilometra. Ale jak ma się motywację i trenera na granicy sadysty, który regularnie na mnie krzyczy bieganie trzeba polubić;). Nie zastanawiasz się. Stajesz na starcie, dajesz z siebie wszystko, zdychasz na mecie i za chwilę już marzysz o kolejnym;)!

Trasa wokół Malty przypominała schody w moskiewskim metrze w godzinach szczytu:). Swoją drogą poznaniacy są jacyś dziwni… Już po raz szósty nie skarżą się, że przez kilka godzin jakieś autobusy zmienią kurs albo most będzie zamknięty, że na rower trzeba będzie się przesiąść… Dają przykład, dobrze wiedząc jak wielki to zaszczyt, dobrodziejstwo, szansa i reklama dla miasta. A jakież emocje, jakież przeżycia, wspólne celebrowanie sportu! To miłe, motywujące i budujące.

We Wrocławiu pomysł, by przesiąść się na rower przerasta możliwości kierowców, o czym świadczą coroczne protesty podczas maratonu. We wrześniu aura nie sprzyja. Trzeba by było jechać w pelerynie-tysiące Holendrów, Niemców, Francuzów daje sobie z tym radę, czemu nie my. Pewnie w gronie startujących, większość znalazłaby swoich znajomych, przyjaciół, rodzinę. Może warto wtedy wyłączyć telewizor, wyjść na trasę i cieszyć się ich świętem. Uwierzcie mi, wsparcie kibiców jest bezcenne.

Powiem więcej to WIELKI WSTYD, że do tej pory stolica Dolnego Śląska nie miała prawdziwego półmaratonu, a w momencie gdy jest on organizowany (będzie miał miejsce w noc świętojańską) wprowadzono limit miejsc.

Sport amatorski, gdzie liczy się uśmiech, medal dla każdego, stał się częścią kultury bogatszych i bogacących się społeczeństw, do których stopniowo dołączamy potwierdzając to również rosnącą frekwencją biegaczy. Wciąż jednak chyba brak nam spontaniczności i zaangażowania dosłownie wszystkich-władz miasta, kibiców- tak aby we wspomnieniu biegacza o weekendowej przygodzie we Wrocławiu pozostał widok roześmianych twarzy jego mieszkańców.

P.S. A tymczasem jeszcze donoszę, że moja nowa życiówka została poprawiona o 24 minuty, o 8 sekund pokonałam Iwonę Guzowską;)! Może jak się już wszystko ładnie wygoi…:)

no proszę… sama się zmotywowałam tym pisaniem. Chyba muszę się częściej odzywać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *