Dzień Mamy

Po raz pierwszy obchodzę Dzień Matki jako matka, a nie córka. W tym dniu życzę sobie, aby mój synek nie czuł się nigdy przytłoczony moimi marzeniami, ale jednocześnie, aby nikt nie odebrał mi prawa do marzeń :).

image

Wejście w dorosłość ;)

Jak rodzi ci się dziecko, to przyczepność do podłoża zwiększa się o sto procent. Wcześniej czułam jakbym przyleciała tu na gumce z kosmosu. Co za wstrętny świat. Myślałam tylko o sobie, co by tu jeszcze zrobić ze swym życiem by miało sens. Wymyślałam nowe triathlony, maratony, coraz droższe zabawki i tak bez końca.Teraz jest inaczej: odpowiedzialność za dziecko to coś zupełnie nowego. Jestem dla niego główną dystrybutorką tego świata. Nareszcie nie myślę tylko o sobie.

Dostrzegłam w życiu nowe wartości, które się liczą…

Na przykład przestałam przejmować się głupstwami. Tym, że Michał ma zły humor ;), tym, że sąsiad krzywo się spojrzał, tym, że forma spadła i wszystkie moje rywalki są trzy przystanki tramwajowe dalej. Prawdziwe życie czeka w domu i uśmiecha się gdy tylko przekroczę próg domu.

Prawdziwy problem to na przykład choroba dziecka, ale już nigdy kłopotem nie będzie to, że ktoś mnie nie lubi, że może się starzeje, że nie mogę zrealizować treningu, że przed zawodami zżera mnie stres, że zaczynają mi wypadać włosy albo na głowie pojawiają się białe nitki i że nie mam pianki do pływania.

Kumpel z grupy martwi się, że nie zdobył koma. Inny cieszy się bo kupił czasówkę z elektronicznymi przerzutkami i szalenie go to bawi.

Przyglądam im się pobłażliwie.

Kto by się przejmował takimi głupotami.

To chyba znak czegoś ważnego.

Wreszcie dorosłam, choć w codziennym rozgardiaszu nawet tego nie zauważyłam 😉

Co dobre dla mamy-dobre dla dziecka :)

Dawno nic nie pisałam, dlatego obawiam się, że zdążyłam już zapomnieć, jak to się robi.. No nic, spróbuję..

Siadam, wypijam pięć kaw i w pierwszej kolejności dociera do mnie to, że od dwóch miesięcy nie miałam w głowie żadnej klarownej myśli…

Nasz synek budził się regularnie o 2:30 i 5:30 w nocy. Za każdym razem potrafił pić mleko przez godzinę. W tym czasie niejeden dorosły zjada posiłek z trzech dań i popija winem! Najgorsze było jednak to, że Stacho wstawał później radosny, wypoczęty i z nadzieją na pełen przygód dzień…

Zdumiewające jak szybko rodzic dostosowuje się do 20-godzinnego dnia i 4-godzinnej nocy;) Pomimo wszystko, po 4 tygodniach wyszłam z domu trenować. Początkowo był to basen, ćwiczenia na sali, siłownia. Dopiero później jazda na rowerze, a na samym końcu bieganie. Oczywiście nie były to treningi na wysokim poziomie. Bardziej chodziło o to, żeby się poruszać, odprężyć, ponieważ spokojna i zrelaksowana mama to przecież czysty zysk i dla taty i dla Stacha ;D. Tak więc spokojnie, z rozwagą wracam do gry. Tata Stacha zapewnia, że stanie na głowie by mi to umożliwić, a on zawsze dotrzymuje słowa. No chyba, że się na tą Konę dostanie…;)

Wróćmy jednak do czasów, kiedy spałam ile chciałam , gdzie chciałam i kiedy chciałam i co najważniejsze nie musiałam na każdym kroku wciągać BRZUCHA. Ponieważ ciąża była dla mnie jak dotąd jedyną okazją do życia z brzuchem, zaczęłam identyfikować się z osobami tęgimi.. Znalazłam się w ciele, którego absolutnie żaden magazyn kobiecy nie uznałby za idealne. Inni mężczyźni gapili się tylko na mój brzuch i żaden z nich nie tracił bodaj sekundy na kontemplacje mojej twarzy. Posiadałam 2 koszulki, w których nie wyglądałam jak parówka w osłonce. W III trymestrze mój brzuch spoczywał sobie wygodnie na moich udach. Zmienił mi się środek ciężkości i dziwnie podnosiłam nogi do góry. Dzięki Bogu za ćwiczenia mięśni pleców. Gdyby nie one mój lędźwiowy zwinąłby się na kształt śledzia. Kości miednicy  doświadczają magii hormonu relaxin – rozluźniają się powięzie spajające kości miednicy i coś pobolewa. To wszystko trzeba samemu na sobie wyczuć, na spokojnie i bez żadnej paniki.

Ciężko wtarabanić się na rower, bo brzuch ociera o uda. Nabrzmiałe piersi przy bieganiu bolą. Nie dopinam się w stanikach sprzed ciąży i na każdy dotyk reaguję czymś na podobieństwo “odruchu moro”. Zahaczam brzuchem o kuriera w windzie.  W autobusie czuję, że zajmuję już tyle miejsca stojąc, że napieram na plecak jakiegoś studenta i że może powinnam kupować dwa bilety. W końcu przecież podróżuję z człowiekiem przemycanym w brzuchu. W dodatku Stacho coraz częściej traktuje moją miednicę jak hamak, a pęcherz jak worek treningowy, nie wspominając o napadach głodu na miarę drapieżnej bestii!:)

Pomijając fakt, że przez kilka pierwszych tygodni byłam zajęta walką z mdłościami i wahaniem poziomu hormonów, było to dla mnie kilkanaście bardzo długich i dezorientujących dni. Bo gdy jest się aktywną sportowo kobietą, to słowa lekarza, że: „może Pani śmiało codziennie wychodzić na spacery” wywołują raczej frustrację zamiast radości…

Szczęśliwym trafem, dzięki przyjaciółce (crossfiterce, biegaczce i mamie dwóch dziewczyn), trafiłam do dr Krzysztofa Bielickiego. Doktor oprócz tego, że jest świetnym fachowcem, jest też biegaczem amatorem. Po badaniu i orzeczeniu, że wszystko z maleństwem jest w porządku powiedział: “Olimpia rób to co robiłaś! Pływaj, jeździ, biegaj i ruszaj się, dopóki będziesz mogła. Kontroluj przybieranie na wadze, zwiększ kaloryczność posiłków o 30% w stosunku do diety sprzed ciąży oraz zwróć uwagę na podaż NNKT. Położenie się teraz i nicnierobienie będzie krzywdzące dla Ciebie i dziecka.” Lekarz wyjaśnił, że w moim przypadku tak intensywne treningi nie szkodzą, ponieważ moje ciało jest do nich przyzwyczajone. Jednak nie można zapomnieć, że treningi w ciąży mają pomóc w utrzymaniu kondycji, a nie być sposobem na jej budowanie.

Rzeczywiście ćwiczenia sprawiały, że moje samopoczucie było coraz lepsze. Organizm sam podpowiadał na co mogę sobie pozwolić, więc dostosowywałam aktywność do swoich aktualnych możliwości. Bo jeśli myślisz ze ciąża to środek dopingujący jesteś w błędzie. Nie ważne jak bardzo się starasz, nie będziesz w stanie trenować z tą samą intensywnością. I żadna ambicja sportowa nic tutaj nie da, bo fizjologia broni malucha w brzuchu. To jednak nie miało dla mnie znaczenia, ale mimo wszystko nie spodziewałam się, że będzie mi to wychodziło tak dobrze. To był okres, w którym szczególnie wsłuchiwałam się w swoje zdrowie.

Mój tydzień wyglądał bardzo podobnie jak przed ciążą. 2x w tygodniu pływanie, 1x ćwiczenia siłowe, 3-4x jazda na rowerze, 2-4x bieganie, 1x joga. Jeden dzień w tygodniu bez względu na wszystko wolny.

Najgorzej szło mi bieganie. Choć czasami zdarzało mi się przebiec 21 km, to bezpieczną dla mnie granicą było 10-14 km. Jeżeli zdarzyło mi się przebiec więcej, następnego dnia czułam się bardzo zmęczona i nie byłam w stanie szybko się zregenerować. Musiałam też uważnie obserwować tętno, gdyż rosło ono o wiele szybciej niż przed ciążą. W 8 miesiącu biegałam już tylko dwa razy w tygodniu, aż do 37 tygodnia pokonując ok 8 km w spokojnym dla mnie tempie ok 6:00 min na km, ale raz w tygodniu obowiązkowo nordic walking po Ślęży.

image

Najlepiej czułam się w wodzie. Pewnie dlatego, że z każdym miesiącem poprawiała mi się wyporność ;). Do 9 miesiąca pływałam z grupą, czyli od 2800 do 3500 m. Ćwiczyłam też na siłowni wzmacniając mięśnie grzbietu i rąk, choć moja stabilizacja była bez wątpienia gorsza niż wsteczne parkowanie ciężarówką pod przekraczającym wszelkie normy wpływem alkoholu ;).

W 6 miesiącu uczestniczyłam w obozie w Szklarskiej Porębie. Tam trenowałam razem z innymi zawodnikami, co prawda nie wysilałam się tak, jak kiedyś, ale nie było też mowy o obijaniu. Jednego dnia urządziłam sobie marszobieg z Lądka Zdroju do Szklarskiej Poręby 😉

Jeśli chodzi o rower to do końca drugiego trymestru jeździłam na szosie. Zrezygnowałam jedynie z jazd w grupie. Obowiązkowo raz w tygodniu podjazdy w Wilkszynie, raz Wzgórza Trzebnickie i  trasa na Mietków. W czasie treningów rowerowych zamiast zwykłej porcji izotoników i batonów, zjadałam ogromną kanapkę i popijałam ją wodą z dodatkiem soku z cytryny. Od listopada przeniosłam się na spinning. Pilnowałam tylko, aby się nie przegrzać i dużo pić.

Ostatnie zajęcia odbyłam tydzień przed porodem. Jasne, w ostatnich dwóch tygodniach tej energii było już nieco mniej ;). Stałam się oficjalnie slooooooow, jednak ćwiczyłam do samego końca. Poza tym normalnie funkcjonowałam – robiłam zakupy, remontowałam mieszkanie…

Na szczęście poród za mną. Ostatecznie było trochę dymu – wszelkiego typu (Ironman w porównaniu z 4,1 kg Stacha to pryszcz, wiem co mówię :]), ale teraz cieszę się, że nasz synek jest zdrowy i jestem ciekawa jak sobie dam radę z nową fazą macierzyństwa. Wszystkie mądre książki mówią, że w ciągu 6-18 miesięcy powinnam wrócić do szczytowej formy :). Z moich obliczeń wynika, że to może być listopad – grudzień ;P . Nie jest to proste, ale wykonalne. W wolnej chwili już robię ranking najlepszych zawodów na 2016 r., zaczynam myśleć o planie treningowym „po” i kwestiach organizacyjnych, z jakimi przyjdzie mi się mierzyć. Ale o tym później.

Póki co gdzieś tam za ścianą śpi jakiś mały facet, który już ma z nami zostać, i bardzo trudno się przyzwyczaić do tej myśli 😉

Mój nowy partner treningowy

Nadszedł czas by postawić kolejny krok. Mam nowego partnera treningowego

Rozpoczęliśmy współpracę w kwietniu
i na początku nie znaliśmy się zbyt dobrze, ale już wtedy miałam przeczucie, że ten
związek będzie miał bardzo silną więź…

Mój nowy sparingpartner  wyzywa mnie na pojedynek w sposób, którego nigdy
wcześniej nie doświadczyłam. W początkowych miesiącach szybko znalazł nieznany dotąd poziom
wyczerpania, szczególnie po naszych porannych sesjach.  Ten nowy dodatek do zespołu ciągle krzyżuje mi
szyki i to na wszystkich  poziomach
energetycznych mojego organizmu.

Nudzi się dużo szybciej i często już po 40 minutach truchtu chce wracać do domu, ale ja się z tego powodu nie oburzam. Za to uwielbia rower i pływanie, co cieszy mnie szczególnie. To jedyna taka istota dla której jestem gotowa odpuścić… byle tylko jemu było znośnie 😉.

I tak
już się zaprzyjaźniamy od 5-ciu miesięcy. Możemy na siebie
liczyć. Zdobyliśmy srebro w Sierakowie, choć jeszcze o sobie nie wiedzieliśmy. Wszystko układa się wspaniale, jestem zmotywowana, czuje przypływ pozytywnej energii, chęć do
pracy i nowych wyzwań!  Po prostu CZUJĘ ŻE ŻYJE (!) z moim nowym kolegą szkolenia i wiem, że nie mogłam dostać
lepszego kumpla! 😉 

Poznajcie Stacha:

image

Nie wiedziałam że tak będzie

 Bike Magazyn 9-10/2014

 

image

„Kolarstwo jest jedną z
najtrudniejszych dyscyplin sportu. Nawet najgorszy kolarz jest wciąż wybitnym sportowcem”. Słowa Marco Pantaniego nie są obce chyba żadnemu kolarzowi. A co
jeśli do roweru dodamy jeszcze pływanie i bieg? Triathlon obecnie cieszy się co raz większą popularnością. Wielu zawodników, często znudzonych już maratonami MTB, zaczyna szukać nowych wyzwań i próbować swoich sił właśnie w tej dyscyplinie sportu. I choć wymaga to wkładu ogromnej i ciężkiej pracy, nie
brakuje kobiet, które chcą sprawdzić siłę swojego charakteru. Jedną z nich jest Olimpia Wojtyło, której przygoda z triathlonem rozpoczęła się dosyć niedawno, a na swoim koncie ma już sporo znaczących sukcesów, m. in. ukończenie Ironmana.

Na     wstępie gratuluję sukcesów! Jeszcze kilka lat temu można było Cię spotkać na trasach maratonów MTB. Teraz możemy śledzić Twoje wyniki w zawodach     triathlonowych. Skąd taka zmiana? Pomysł trenowania triathlonu był     spontaniczną decyzją czy raczej rodził się w Twojej głowie powoli?

Dziękuję – to co powiedziałaś na wstępie niewątpliwie jest wspaniałe, ale trochę krępujące.

Moja historia jest opowieścią o sportowcu z przypadku. Triathlon  to był wybryk, biorąc pod uwagę fakt, że po trzydziestce ciężko nauczyć się nowych rzeczy, a co dopiero trzech dyscyplin sportowych 🙂

Pierwszy raz oglądałam zawody Ironman zaledwie trzy lata temu, zresztą za namową instruktora Spinningu, który kilkukrotnie brał w nich udział.  Była to pamiętna relacja z 1982 roku, gdy Julie Moss upadła i na zakrwawionych dłoniach i kolanach czołgała się do linii mety. Tłum widzów uformował dla niej szpaler, skandował i dopingował ją do walki. W tym samym czasie Kathleen McCartney, dotychczas druga, minęła rywalkę i podążyła do mety, gdzie została ogłoszona mistrzynią. Judy finiszowała 29 sekund później. Siedziałam ze ściśniętym gardłem. Pomyślałam sobie wtedy: „To jest coś niesamowitego. Jazda na rowerze górskim to przy tym letargiczny spacer!” Czy miałabym jakieś szanse? Czy spaliłabym się, albo odpadła  w  przedbiegach?
Byłam zauroczona… Kilka tygodni później, leżąc rozłożona na kanapie i pochłaniając  ketchup za pomocą zimnej parówki, usłyszałem w Radiu Wrocław o projekcie Radiowej Akademii Triathlonu. Zanim zdążyłam pomyśleć w co się pakuję wzięłam  udział w eliminacjach. Omal z krzesła nie
spadłam, gdy usłyszałam, że zostałam wybrana. Zanosiło się na rewolucję. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to niespodziewane zdarzenie zmieni moje życie na dobre.

Od tego momentu  minęły 3 lata , ale gdy tylko przychodzi moment roztrenowania skrzykuje znajomych, bierzemy  rowery górskie i jedziemy do lasu lub w góry po maseczkę błotną z domieszką wiatru i słońca. W najlepszych salonach kosmetycznych  takiej na próżno szukać 🙂

Domyślam  się, że wprowadziło to wiele zmian w Twoim życiu i wymagało niemałej odwagi i determinacji.

Dotychczas sport miał dla mnie spontaniczny charakter. Nie miałam pojęcia jaki dystans przejechałam, ile spaliłam kalorii, jakie miałam maksymalne tętno. Nie miałam pulsometru, nie było żadnych pozycji w dzienniczku treningowym do odhaczenia. Bazowałam na swoich odczuciach. Włącznie z tym, że część maratonów MTB przejechałam  na rowerze trekkingowym i zwykłych pedałach. Z technicznego, a właściwie z każdego punktu widzenia było to wybitnie nieprofesjonalne. Żerowałam na fakcie, że amatorowi wolno wszystko.

Jest jednak coś co pcha mnie do przodu – upór.  Nie raz spadałam w klasyfikacji o dziesiątki miejsc  i  jeśli ktoś, założyłby się ze mną 3 lata temu, że ukończę dystans Ironmana, zmieszczę się w limicie czasu,  a przy tym pokonam  kilku mężczyzn – spojrzałabym na niego z niedowierzaniem. Wyobraźcie sobie co by było gdybym zachowała takie nastawienie do dziś. To od nas zależy czy wyczarujemy „możliwe” z „niemożliwego” :).

Początki prawdziwego  treningu były trudne, nie powiem… Pojawił się trener, który ostrzegał:   „Pierwszy rok jest ciężki dla każdego”. Bezsprzecznie, oznaczało to jeszcze mniejszą ilość czasu dla siebie w ciągu dnia, który w miarę rozwoju stawał się coraz ciaśniejszy. Pomijając bankructwo , próby poskromienia trzech dyscyplin różnie się kończyły, ale w rezultacie to one były górą. Po mojej stronie bilansu – kilkanaście wielkich siniaków  i dłuuuuga lista przekleństw.  Nie pamiętam  ile razy wpadałam pod prysznic, podpierając się nosem. Albo ile razy wracałam do domu tak padnięta, że nie bardzo rozumiałam co do mnie mówią domownicy. Dopiero po paru miesiącach doszłam do siebie po szoku, jakim było  uświadomienie sobie wszystkich życiowych możliwości.  A teraz, po latach, wstaję rano i zaczynam układać plan tygodnia w oparciu o trening. Codziennie muszę znaleźć czas na dwa treningi, co w tygodniu daje mniej więcej 20 godzin.   To jakby nie patrzeć praca na pół etatu! Do tego dochodzą obowiązki służbowe w których trzeba być maksymalnie efektywnym, no i trzeba znaleźć czas na regeneracje. Dziś poranne wylegiwanie się w łóżku praktycznie nie wchodzi w rachubę, choć nie jest łatwo wygrzebać się z ciepłej pościeli, ale jeżeli chce się uczestniczyć w życiu rodzinnym, zjeść razem śniadanie, to by pojeździć rano na rowerze, trzeba wstać o godzinie 4 lub 5. Na szczęście mój mąż też trenuje, więc  w zaciszu piwnicy, kręcąc kolejną godzinę na trenażerach, możemy sobie spokojnie porozmawiać…Nigdy się jednak nie zastanawialiśmy czy czasem nie lepiej byłoby posiedzieć przy dobrej kolacji…:)

Najtrudniejszy pierwszy krok… Jak wspominasz swój pierwszy start? Pamiętasz o czym wtedy myślałaś?

To jak z pierwszą jazdą na rowerze.  Nigdy tego nie zapomnę. Mój debiut miał miejsce w Radkowie na dystansie olimpijskim (1,5 km pływania, 40 km jazdy na rowerze, 10 km biegu). Miałam  za zadanie  potraktować to jako przetarcie przed moim triathlonowym startem typu A, czyli ½ Ironmana w Borównie.

Trenowałam krótko więc telepka, drżenie rąk i bezsenność towarzyszyły mi na kilka dobrych dni przed startem. Całą trasę przemierzałam we śnie tysiące razy… Bałam się, że pojadę na rowerze w czepku albo, że nie zdołam zdjąć pianki. Stresowało mnie
dosłownie wszystko. Od formy ogólnej począwszy, przez świadomość niedoskonałości w poszczególnych dyscyplinach, na technice zmian kończąc. Nie wiedziałam jak będzie funkcjonował żołądek i czy będę wiedziała kiedy coś zjeść, kiedy się napić, a kiedy po prostu walczyć dalej i się bez sensu nie opychać. Potwornie bałam się, że przeszarżuję na pływaniu i wychodząc z wody będę trupem. Albo tak skupię się na szybkim rowerze, że na bieg nie zostanie mi już grama sił.

Obmyślanie taktyki na niewiele się zdało. Na pierwszych zawodach popełniłam wszystkie możliwe błędy amatorów. Pamiętam, że z wody wyszłam z podbitym okiem, było zimno i w strefie zmian   zaczęłam ubierać kurtkę –która  nie chciała dać się założyć na mokre ciało. Potem na rowerze goniłam ile sił, a na bieg „wyleciałam” sprintem. Wydawało mi się, że wytrzymam tak cały dystans, ale sił starczyło tylko na kilkadziesiąt metrów. Mimo wszystko  udało mi się ukończyć zawody ale nie przypuszczam,  żebym na kimkolwiek mogła zrobić wrażenie.

Czy według Ciebie osobie, która wcześniej trenowała kolarstwo łatwiej jest  rozpocząć treningi triathlonowe? Z jednej strony kolarze mają wypracowaną wytrzymałość zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Z drugiej jednak strony w     grę wchodzą tutaj już trzy dyscypliny sportu, w których trzeba sobie dobrze radzić i umiejętnie połączyć je w jeden plan treningowy.

Oczywiście, myślę, że osobom, które wcześniej trenowały  łatwiej jest startować  i rywalizować z uwagi na znajomość reakcji własnego organizmu.

W moim przypadku  nabyte wcześniej umiejętności jazdy w grupie okazały się pomocne w triathlonie na dystansie olimpijskim. W części rowerowej szarpany i interwałowy styl jazdy przypomina raczej uliczne kryteria kolarskie. Znacznie więcej jest tu elementów taktycznych, trzeba szybko „obliczać” co się opłaca, a co lepiej sobie odpuścić. Zaczekać na grupę z tyłu, czy gonić tę na początku? Pracować z przodu, czy się „wozić”?

Jednak w  większości imprez triathlonowych jazda na kole jest surowo zabroniona.  Tu z pewnością zaprocentują  godziny spędzone na bezlitośnie niewygodnym  siodełku oraz odpowiednia technika pedałowania.

Nie sposób nie wspomnieć też o alternatywie „asfaltowej” wersji – wyścigach cross triathlonu, będących alternatywą i polem do popisu dla miłośników kolarstwa górskiego.

Mimo wszystko triathlonu nie można rozpatrywać jako trzech osobnych dyscyplin, tylko jedną, składającą się z trzech. W trakcie każdej z nich nasze ciało pracuje inaczej i trzeba przyzwyczaić się do przestawiania go na inny „tryb”.

Zadanie jest tym trudniejsze ,że poszczególne składowe triathlonu wpływają na siebie niekorzystnie. Bieganie to niezbyt dobry sposób spędzania czasu dla kolarzy i pływaków. I tak w kółko w każdej kombinacji.

Ale z pewnością nabyte doświadczenie i „kolarskie” cechy charakteru mogą wiele ułatwić  początkującemu triathloniście?

Myślę, że kolarstwo nauczyło mnie siły, wytrwałości, zaradności i niezależności. Niewątpliwie był to punkt zwrotny.

Triathlon i kolarstwo, to bardzo specyficzne dyscypliny sportu. Nie da się przez większą część doby być w ciągłym  ruchu, nie odczuwając przy tym żadnego dyskomfortu. Podczas treningów czy wyścigów sporo myśli przewija się w głowie. Mam chwile gorsze i lepsze. Sztuka polega na tym  aby w momentach kryzysu potrafić i starać się przezwyciężyć swoje słabości, bóle czy dolegliwości. Nasze samozaparcie i silna wola pokonania takich momentów sprawia, że stajemy się coraz silniejsi. Potrafimy stawiać sobie poprzeczkę coraz wyżej i podejmować nowe wyzwania. Bardzo ważna w obu dyscyplinach jest wytrzymałość. Trzeba równomiernie nią dysponować tak, żeby w którymś momencie wyścigu nie przesadzić, ale też żeby wpaść na metę i spokojnie powiedzieć samemu sobie, że „wykonałam plan w 100%”, czy „dałam z siebie wszystko”.    

Ile czasu, w stosunku do pływania i biegania, poświęcasz na trening na rowerze?

Wszystko uzależnione jest od okresu przygotowań w jakim się znajdujemy, a co za tym idzie od planu treningowego przygotowanego przez mojego trenera.

Jazda na rowerze  jest „najdłuższą” dyscypliną w triathlonie , dlatego też warto inwestować swój czas w taki trening. Zresztą sam trening ze wszystkich trzech jest najprzyjemniejszy, szczególnie gdy ćwiczysz z drużyną i na nowych trasach. W sobotnie treningi zawsze mamy do pokonania długi dystans na rowerze. Pewnego razu zrobiliśmy 150 kilometrową  trasę  zwieńczoną podjazdem na Michałowice, Zachełmie  oraz Karpacz  przez Borowice na Odrodzeniu kończąc. Kiedy indziej przez pięć godzin pedałowaliśmy w ulewnym deszczu. W ten sposób powoli podwyższaliśmy swój próg odporności.

W triathlonie zazwyczaj bywa tak, że zawodnik w danej dyscyplinie radzi sobie lepiej, a w innej gorzej. Jak to jest u Ciebie? Która z tych trzech  dyscyplin najbardziej Ci odpowiada?

Fakt, że wywodzę się z kolarstwa górskiego – wyniki, potencjał, technika – wydają się wskazywać na rower. Wychowałam się na Wyścigu Pokoju, a później Tour de France. Grałam z kolegami w kapsle udając kolarzy. Teraz w trakcie części rowerowej wreszcie mogę realizować marzenia z dzieciństwa.

Z drugiej strony stara zasada mówi, że prawdziwy triathlon zaczyna się na biegu, o czym dobitnie przekonałem się na własnej skórze już w debiucie. Bieganie jest moją największą słabością i najtrudniejszą częścią treningu. Dlatego właśnie na poprawę tej konkurencji poświęcam najwięcej czasu zimą.

Oczywiście muszę Cię jeszcze zapytać o Twój udział w Ironmanie. To musi być wspaniałe uczucie, kiedy mijasz linię mety najbardziej prestiżowych zawodów triathlonowych na świecie.

Na linii mety śmiech miesza się ze łzami. W powietrzu unosi się niesamowita aura. Nadzwyczajne wyzwanie budzi w ludziach niezwykłe reakcje- wyjątkowy entuzjazm wśród widzów i niespotykaną siłę wśród uczestników. Wszystko wydaje się możliwe…Ironman to  wisienka na torcie… Najważniejsze  jest listopadowe  błoto,  wstawanie o piątej rano, upadki na szosie, bieganie po górach, liczenie kafli w basenie, setki przerzuconych  kilogramów i tysiące  kropel potu  kapiących mi  kaskadą z nosa   – to jest właśnie prawdziwy Ironman do którego wraca się pamięcią po latach… W trakcie przygotowań wydarzyło się wiele cudownych  rzeczy, które będę wspominać  tak samo mocno, jak moment przekroczenia linii mety.

Na koniec uchyl jeszcze rąbka tajemnicy jakie masz plany na przyszły sezon?

Będę starała się pokonać kilku mężczyzn 😉

Ale przede wszystkim pragnę zająć się dalszym rozwojem Grupy Triathlonowej RAT. Rok temu w naszych głowach narodził się pomysł  nowego stowarzyszenia. Przez ten czas wspólnie zbudowaliśmy jedną z najbardziej rozpoznawalnych grup w Polsce. Teraz wyznaczyliśmy sobie zupełnie nowe cele i ruszamy na podbój Europy :). Aktualnie trwają prace nad nowym wizerunkiem  i nową stroną internetową. Mamy też kilka ciekawych pomysłów na pobudzenie rozwoju triathlonu na Dolnym Śląsku, ale nie chcę ich jeszcze na tym etapie ujawniać. „Długodystansowym”  marzeniem  jest znalezienie wsparcia, które  pomoże nam dalej się rozwijać- a przy tym promować naszą dyscyplinę tak, jak zasługuje na to jedna z najszybciej upowszechniających się konkurencji sportowych na świecie.

Chciałabym pewnego dnia wyjść na rower, odwrócić się i zobaczyć grupę pięćdziesięciu triathlonistów w strojach GT RAT :).

I chciałabym  kiedyś reklamować kefir Krasnystaw  :).

Zatem powodzenia!

fot. Michał Kuczyński

3 w 1 obóz triathlonowy

Triathlon jest modny i nawet jeśli sami nie zaczęliście go trenować, zapewne wielokrotnie zastanawialiście się, jak to jest możliwe, że amatorzy są w stanie uprawiać trzy dyscypliny „na raz”. Bike Magazyn poprosił, o podzielenie się swoimi doświadczeniami…

Na początku przygody z triathlonem wielu z Was może zniechęcić brak konkretnej wiedzy jak rozpocząć treningi do tej wytrzymałościowej dyscypliny sportu, w skład której wchodzi pływanie, kolarstwo oraz bieg. Gdybyś próbował połączyć trzy odrębne plany  treningowe, po jednym dla każdej z  tych konkurencji, najpewniej pojawiłby się problem przetrenowania. Dlatego tak istotne jest umiejętne połączenie trzech dyscyplin w jedną – a co za tym idzie w jeden plan treningowy, którego konsekwencją będzie poprawa wyników, jednak nie kosztem pojawienia się kontuzji wywołanej przemęczeniem.

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z triathlonem trenowałam zbyt mocno w dni treningu tlenowego, natomiast niedostatecznie w dni gdy powinnam
dać z siebie wszystko, naturalnie byłam na to zbyt zmęczona. Cała moja wiedza streszczała się w haśle: „ Bez wycisku nie ma zysku. Idź na całość a potem walnij się odpocząć”. Aż tu nagle dowiedziałam się od Trenera, że jest inaczej. Musiałam nauczyć się trudnej sztuki odpoczywania…

Dlatego każdy sezon przygotowawczy powinniśmy rozpocząć od wyznaczenia  stref tętna, które pozwolą nam osiągnąć zamierzony cel.  Następnie każdy trening realizujemy z głową, czyli zwracamy uwagę na takie parametry jak : tętno, kadencję , tempo , dystans oraz odczucia. Czyli na to co mówi nam nasz organizmy – przez wielu jest to zapomniany parametr, jednak dla mnie jest jednym z najważniejszych.

Mój plan treningowy tak samo jak rower – skrojony jest na miarę i składa się z czterech podstawowych rodzajów treningów:
– spokojnych sesji o charakterze aerobowym, w trakcie których tętno nie szybuje do najwyższego poziomu
– sesji siłowych, bazujących  na ćwiczeniach w rodzaju cyklicznych podjazdów na rowerze, podbiegów albo pływania w płetwach czy łapkach
– sesji szybkościowych , wykonywanych w tempie odpowiadającym tempu na zawodach
– sesji interwałowych, opierających się na krótkich, ale bardzo intensywnych ćwiczeniach na granicy możliwości organizmu, wykonywanych w tempie przekraczającym tempo startowe.

Te ostatnie są naprawdę ciężkie, ale bardzo szybko mijają ;).

Im dłużej trenujesz, tym plan treningowy coraz bardziej „pęcznieje” . Bywają okresy, gdy w ciągu jednego dnia, ćwiczysz dwukrotnie. W tym wypadku odpoczynek jest szczególnie ważny. Dlatego szalenie istotne jest, aby między poszczególnymi sesjami zachować minimum 6 godzinną przerwę.

Mój  typowy dzień zaczyna się od  przepłynięcia średnio trzech kilometrów. Z basenu  pędem do pracy. Po powrocie do domu zakładam adidasy, wychodzę pobiegać, kiedy kończę jest dziewiąta wieczorem. I tak siedem dni w tygodniu. Odmianę stanowią różne sesje treningowe i sposób, w jaki łączą się one ze sobą. Czasami, aby przełamać rutynę, Trener organizuje nam tzw. „zestaw niespodziankę”. I tak w prezencie gwiazdkowym mieliśmy do przepłynięcia 50x100m w tempie 1:45-1:50. Innym razem
musieliśmy zrobić 440 pompek…W weekendy zawsze mamy do pokonania długi dystans na rowerze i długie wybieganie albo trening zakładek.

Po takim weekendzie, a praktycznie po każdym treningu, organizm powinien się zregenerować . Regeneracja jest jak czwarta dyscyplina
triathlonu. Nie trenując jej nie masz szans na dobry wynik. Dlatego właśnie zmieniłam swoje podejście i zaczęłam trenować odpoczynek! Muszę przyznać, że jest to prawie tak ciężkie jak sesja interwałów : )

image

Pamiętaj, że to nie ciężki trening rozwija twoje ciało, a regeneracja podczas której twój organizm powoli się odbudowuje, przygotowując
do podjęcia kolejnego wyzwania . Tak więc, jeśli ktoś pyta mnie ile trenuje – z czystym sumieniem odpowiadam 24h na dobę.

Sklepowe półki uginają się od książek poruszających ten problem, choć tak naprawdę każdy z nas musi w sobie odnaleźć metodę najbardziej
skuteczną. Dla jednych będzie to czytanie książek na kanapie, dla innych wycieczka rowerowa . Ja trzymam się jednej zasady „ Jeśli biegniesz, a możesz iść – idź, jeśli idziesz, a możesz usiąść – usiądź , jeśli siedzisz, a możesz leżeć – połóż się,  jeśli leżysz, a możesz spać –śpij : )”. Uwaga – wizyta w galerii handlowej w okresie promocji i wyprzedaży to nie regeneracja! : ) Regenerujesz się w spoczynku, choćby na
kanapie z ulubioną książką. Jeśli chodzi o sen mam system taki bardziej jak rolnik. Wschodzi słońce, idę w pole do roboty, zachodzi – zbieram się do odpoczynku.

Ostatnich kilka minut każdego treningu ( 10% całości czasu poświęconego na główną cześć treningu) poświęcam na schłodzenie organizmu;
chodzi o bardzo spokojne pływanie, pedałowanie albo truchtanie. Następnie dokładnie rozciągam wybrane partie mięśni. Jeśli po treningu nie mam na to czasu, poświęcam temu kilka minut wieczorem.

W typowym planie treningowym sugerowałabym jednodniową przerwę od ćwiczeń co siedem, dziesięć dni. Jednak jak już pisałam wcześniej , bardzo ważna jest umiejętność słuchania własnego organizmu. Jeśli podczas treningu coś podpowiada Ci, iż watro przebiec mniej niż zaplanowałeś – może
warto tak zrobić . Nasze ciała są mądrzejsze niż nam się wydaje i bardzo często słuchając  ich uchronisz się przed przetrenowaniem lub kontuzjom . Nie należę do osób co sobie pobłażają, jednak już nie raz doprowadziło mnie to do poważnych konsekwencji – dlatego ucz się na błędach innych  : ).

Bardzo pomocne są kompresyjne ubrania sportowe, które możesz stosować w trakcie jak i po wysiłku – poprawiają krążenie krwi, przyśpieszają
usuwanie produktów przemiany materii i usprawniają prace mięśni. Po zastosowaniu skarpet  uciskowych ból łydek, z którym nie mogłam sobie poradzić, odpuścił zupełnie. Dobrym sposobem na regenerację jest także masaż, jeśli znajdziesz nań czas i środki.

Kolejne kwestie to oczywiście właściwe odżywianie i nawadnianie. Niektórzy pytają mnie o współpracę z dietetykiem. Zawsze odpowiadam, że jeśli miałabym nadmiar pieniędzy, to ja z przyjemnością zatrudniłabym…fizjoterapeutę! Nie lubię witamin w tabletkach , odżywek i tego typu cudactw. Wszystko co potrzebne staram się dostarczać naturalnie. Na treningach jestem ascetką. Za to od dziecka uwielbiałam jeść, i szybko odkryłam, że zdrowa dieta może zawierać właściwie wszystko, byle z umiarem. Tak więc nie wyeliminowałam z diety żadnych potraw. Kilka kostek gorzkiej czekolady dziennie na pewno mi nie zaszkodzi. Kawałka pizzy czy szarlotki także nie odmówię. Aha i do wszystkiego dodaje oliwę z oliwek, nawet do owsianki. Cała sztuka polega na tym, by mieć świadomość na jakim paliwie twój silnik działa najlepiej. W tej materii cały czas się uczę.

Mimo starań, by zmniejszyć zmęczenie, nadal będziecie przystępować do niektórych treningów, czując lekką ociężałość w nogach i brak pełnej mocy. To normalne i w rzeczywistości zwiększa kondycję dzięki procesowi który nazywa się – superkompensacją . Jednak nie powinno to mieć miejsca  zbyt często. Podsumowując, jeśli nie jesteście pewni co robić – róbcie mniej.

 

Jak wytrwać i nie zwariować

Ludzie często pytają, czy się nie nudzimy , trenując tak dużo. Oczywiście, że zdarza nam się mieć dosyć, a niektóre sesje dają więcej satysfakcji niż inne. Kiedy w sobotę rano wracasz do domu po ostrej trasie rowerowej i padasz na kanapę, bardzo trudno jest zmusić własne ciało znów do wyjścia na półtoragodzinne wybieganie. Są dni kiedy myślisz sobie: „Byłoby super, gdybym mógł/mogła dzisiaj obejrzeć finał Giro di Italia zamiast iść na trening” i przez chwilę tęsknisz za innym trybem życia. Wiesz jednak, że gdyby cokolwiek się zmieniło – złapałbyś kontuzję czy infekcję, rozpaczliwie pragnąłbyś wrócić do treningów.

Jestem tak przyzwyczajona do naszego planu treningowego, że gdybym nie poszła w czwartkowy poranek  na rower, mój mózg nie wiedziałby, co jest grane! 😉

Oczywiście są jednostki które robi się z uśmiechem na twarzy i takie które trzeba odbębnić, aby forma szła w górę. Dla mnie tym najgorszym ogniwem triathlonu jest trening pływacki. W trakcie sesji możesz tylko gapić się na przelatujące płytki lub czarną linię rozciągającą się przed tobą a poczucie spełnienia wynika jedynie z tego, że przepłynęło się założony dystans. Owszem możesz rozpisać sobie zadania na kartce i przylepić ją do brzegu basenu, ale nic nie zastąpi trenera i grupy, która będzie trenować razem z Tobą. Dzięki temu nie kojarzysz tego , gdzie jesteś, z tym , co masz do zrobienia. Nie myślisz-po prostu wskakujesz do wody i płyniesz jak inni. Żeby to przetrwać dzień za dniem, naprawdę trzeba dobrej ekipy. Stajesz na początku toru a trener krzyczy: „Start za 10 sekund!”. Nie masz czasu na myślenie. Nie musisz planować ani martwić się o kolejne 3 tysiące metrów. To się dzieje samo! 🙂

Jeśli jazda na trenażerze wydaje Ci się nudna a pogoda za oknem przekonuje, że może lepiej zasiąść przed telewizorem – wtedy wystarczy pomyśleć o tym iż inni z Twojej grupy właśnie umówili się na MTB – 10 minut później sama siedzę na rowerze i pędzę na miejsce spotkania. Bo kiedy indziej, jako triathlonistka, mogłabym spędzić trochę czasu z przyjaciółmi i pogadać jeśli nie na rowerze? Kiedy indziej mogłabym pozwolić sobie na to, żeby siedzieć pół godziny w kawiarni poza miastem, jedząc ciasto, pijąc gorącą czekoladę i rozmawiając o niczym? Treningi kolarskie bywają żmudne i mordercze, monotonne i samotne. Jednak bywają i takie które są w 100 % fajną zabawą. Dlatego jeśli tylko mam okazje dołączam do wspólnych treningów z grupą znajomych.

Pisałam kiedyś, że wieloletni trener Chrissie Wellington (czterokrotnej mistrzyni świata w zawodach Ironman) powiedział jej kiedyś, gdy traciła wiarę w swoje możliwości, że niektóre treningi są jak diamenty, a inne jak kamienie, ale każdy z nich jest skałą budującą fundament formy. Przywołanie w myślach tego zdania pozwala mi cieszyć się treningiem nawet wtedy, gdy wszystko idzie jak po grudzie.

Przecież nikt nie powiedział, że będzie łatwo! Niezależnie od wszystkiego staram się pamiętać o kilku ważnych zasadach:

BĄDŹ KONSEKWENTNY

Nie jest łatwo znaleźć czas na regularne treningi kiedy pracujesz-ale nie ma sensu trenować jak wół w jednym tygodniu i prawie wcale w kolejnym. Bardziej skorzystasz ćwicząc cztery tygodnie po 14 godzin tygodniowo niż na zmianę po 30 godzin w jednym tygodniu i 5 w kolejnym. Zasada ta odnosi się zarówno do liczby godzin treningu jak i do jego intensywności.

TRENUJ  W TOWARZYSTWIE

Łatwiej jest ciężko trenować jeśli nie robi się tego samemu. Jeśli wiem, że mogę spotkać na bieżni trenera oraz drużynę i wspólnie ostro pobiegać- czuję, że dam radę. Towarzystwo jest jeszcze ważniejsze, jeśli pracujesz. Kiedy wracasz z pracy o 17:30, zmęczony i głodny, prawdopodobieństwo, że uda ci się pójść pobiegać jest znacznie większe, jeśli zamierzasz robić to wspólnie z kolegom. W końcu ustali wam się rytm treningów, który będziecie mogli wpisać do kalendarza.

image

STAWIAJ SOBIE CELE

Mam szczęście – kocham to co robię – ale myślenie o wyznaczonym celu bardzo pomaga. Kiedy wyciskasz z siebie siódme poty na treningu musisz wiedzieć, po co to robisz- na przykład, żeby być w jak najlepszej formie na zawodach za pięć  miesięcy. Stawiaj sobie też dużo celów krótkoterminowych. W kwietniu 2013 nie myślałam o Ironmanie w Klagenfurcie ale o jak najlepszym występie w Czechmanie, miesiąc wcześniej.

DBAJ O RÓŻNORODNOŚĆ

Postaraj się, aby twój plan treningowy był urozmaicony. Jedź  w góry, skorzystaj z propozycji obozów treningowych. Dbaj o różnorodność. Twoje ciało i umysł jej potrzebują. My urozmaicamy treningi, jeżdżąc w różne miejsca- w innym wypadku 50 tygodni identycznych ćwiczeń, trwających od października, byłoby nie do wytrzymania.

image

SŁUCHAJ SWOJEGO CIAŁA

Nie traktuj planu treningowego jako świętości, której należy bezwzględnie przestrzegać, lecz jako zbiór wytycznych dostosowywanych do Twojego samopoczucia w danym dniu, ilości dostępnego czasu i wyznaczonych celów. Wstrzymanie się z treningiem do czasu wyleczenia kontuzji to nie przejaw lenistwa, lecz zdrowego rozsądku. Ufaj swoim instynktom.

WYKORZYSTUJ KAŻDĄ MOŻLIWOŚĆ

Trenuj kiedy tylko możesz. Jeśli nie jesteś w stanie znaleźć czasu lub motywacji na godzinny bieg , biegaj dwa razy w tygodniu po pół godziny.

BAW SIĘ DOBRZE

Nie chodzi o zmniejszenie intensywności treningu, ale o zmianę nastawienia do niego. Mój kolega, wielki łasuch, przygotowując się do maratonu biegał po lesie. Jednak aktywność ta po pewnym czasie zaczęła go nużyć i był bliski rezygnacji. Aż pewnego razu wpadł na pomysł, aby  ukryć w owym lesie swoje ulubione przekąski. Od tej pory zawsze po skończonym treningu odnajdywał jedno z tych miejsc, a słodka nagroda była dla niego motywacją do codziennej pracy.

Podczas jazdy na rowerze zamiast zadręczać się, że jedziesz za wolno, postaraj się pomyśleć, że nie ma się czym przejmować-jeśli zjedziesz z tą prędkością ze wzniesienia lub dojedziesz tak do następnego drogowskazu, na pewno ci to nie zaszkodzi. Ciesz się jazdą lub bieganiem, takimi jakie są. Usuwając przy okazji z Twojego wypasionego zegarka wszystkie niepotrzebne pola takie jak prędkość średnia 🙂

Biegając zwiedzaj okolicę, sprawdzaj, co jest przy tej ulicy czy w tamtym lesie. Biegaj do szkoły lub do pracy- dzięki temu dotrzesz tam pobudzony i pełen energii, zaliczając trening zamiast dojazdu.

Urozmaicaj ulubione trasy. Jeśli nie masz wielkiego wyboru, spróbuj przebiec swoją tradycyjną trasę w odwrotnym kierunku- zobaczysz jak to odświeża umysł. Ciesz się ruchem w określonym tempie, słuchaj odgłosów otoczenia i własnego oddechu, znajdź swój rytm.

Artykuł ukazał się w “Gazecie Kolarskiej”.

Dobry początek

Przygoda z triathlonem dla wielu z nas zaczęła się tak samo. Wszyscy mówiliśmy – nie mam czasu, brakuje mi wystarczającej ilości pieniędzy lub na pewno się utopię… W końcu jednak daliśmy się namówić na wspólny trening czy nawet zawody. Poczuliśmy jak endorfiny rozszarpują między sobą nasze komórki mózgowe. Zobaczyliśmy, że po każdym treningu na naszej twarzy pojawia się uśmiech. A po pierwszych ukończonych zawodach wyglądamy, jakbyśmy przez pół dnia chodzili z wieszakiem w buzi, bo kąciki ust kończą się gdzieś na wysokości płatków uszu. Triathlon napędzał wszystko,  a wizja kolejnego treningu była czymś przyjemnym, niczym myśl o naleśnikach z jagodami!

image

TRIATHLON

Triathlon to wymagająca konkurencja, na którą składają się trzy, trudne do połączenia ze sobą dyscypliny – pływanie, jazda na rowerze oraz bieganie. Zawody organizowane są na różnych dystansach od sprinterskich po długodystansowe. Najbardziej spektakularny z nich nosi nazwę IRONMAN (3,86 km pływania, 180,2 km jazdy na rowerze; 42,195 biegu), a jego ukończenie jest marzeniem każdego z amatorów tego sportu. Co prawda uprawianie triathlonu jest dość kosztowne, jednak rosnące zainteresowanie tą dyscypliną w Polsce, jak i rosnąca liczba zawodów świadczą o tym, że najważniejsza jest w nim jednak determinacja.

TRENING

Zima to dla nas czas ciężkiej, wytężonej pracy, przygotowań do sezonu startowego. Pobudka wcześnie rano, aby chwilę później wskoczyć na trenażer lub pojeździć na rowerze MTB. Biegamy już raczej w terenie, niezależnie od temperatury, ilości śniegu czy deszczu, w końcu to nie jest sport dla mięczaków ;). Oprócz tego dwa razy w tygodniu spotykamy się na wspólnych treningach basenowych, nad którymi, w zależności od naszych umiejętności czuwa trzech trenerów pływania. Dzięki temu unikamy większości zatłoczonych basenów  i związanych z tym problemów w realizowaniu treningów. Ponadto raz w tygodniu spotykamy się na zajęciach ogólnorozwojowych na sali gimnastycznej/siłowni, a w czwartki na wspólnym treningu biegowym w terenie. Zajęcia te  czasem bardziej przypominają dziecięce harce, niż poważny trening. Rozciąganie, przysiady, podskoki, podciąganie, podbiegi, pompki…i co tylko przyjdzie trenerom do głowy. Organizujemy też obozy sportowe w kraju i za granicą. W weekendy często wyjeżdżamy w góry, zrobić w śniegu siłę biegową czy pojeździć na biegówkach. Latem na rowerach  przemierzamy górskie przełęcze. W weekend zawsze mamy do pokonania długi dystans na rowerze. I te treningi nawet zimą wydają się najprzyjemniejsze, szczególnie gdy ćwiczysz z drużyną i na nowych trasach.

image

Łącznie minimum 5 treningów w tygodniu, choć są i tacy, którzy maja ich kilkanaście. Zmęczenie, pot, adrenalina i ciągłe wyzwania – my nie możemy bez tego żyć! 😉

W tym roku spełniło się jedno z naszych „długodystansowych” marzeń i uzyskaliśmy wsparcie firmy RoseBelle, która podarowała nam nowe stroje sportowe. Natomiast z pomocą ROOM 33dokonaliśmy zmiany wizerunku. W związku z rozwojem grupy przybyło nam też nowych trenerów. Wsparciem dla Jakuba ADAMA są Paweł KOTOWSKI i Alina BISKUPSKA.

TEAM

Triathlon jest sportem indywidualnym, ale trenować warto jest w grupie. Rozwój pod okiem trenera, analiza postępów, w końcu wzajemna motywacja są tutaj niezastąpione. Najbliższy sezon startowy będzie dla nas drugim,  do którego przygotowujemy się w grupie. Różnica w treningach i w motywacji jest kolosalna. Wiadomo jak to jest, jeśli na rower czy pływanie o 7 rano jest się umówionym z samym sobą – tysiące wymówek i włączonych drzemek. W grupie nie ma już na to miejsca, czuje się pewien respekt przed trenerem i innymi. Jest jakiś wyczuwalny duch zespołu, dzięki czemu wzajemnie się nakręcamy. Każdy może liczyć na merytoryczne wsparcie. Po półtora roku od powstania Grupa Triathlonowa RAT liczy blisko 60 osób. Jest ona bardzo zróżnicowana, ale na treningach wszyscy są tacy sami. 18-latek pływa obok 50-latka, student obok doktora. Ich cele są różne, zwłaszcza jeśli chodzi o sportowe wyniki, ale łączy ich jedno – wszyscy z ogromną determinacją chcą je zrealizować.

image

Okazję do tego będą mieli już niebawem gdyż  kwietniowy obóz treningowy na Majorce zakończy udział w Portocolom International Triathlon 55.5/111. Po powrocie czeka ich pierwszy kolarski sprawdzian czyli Żądło Szerszenia, gdzie większość po raz pierwszy  zmierzy się z dystansem mega. Kilkanaście osób przygotowuje się do ukończenia słynnego Ironmana – tym razem wybór padł na Barcelonę. Grupowo na różnych dystansach planujemy starty w cyklu imprez Enea Tri Tour oraz w naszych rodzimych triathlonach – Karkonoszman i Tatraman nawiązujących do klimatów Norsemana. Z jednym z największych wyzwań w tym roku przyjdzie się zmierzyć dwóm naszym czołowym zawodnikom – Michałowi Wojtyło i Wojtkowi Góreckiemu, którzy wystartują w najbardziej extremalnych zawodach na dystansie Ironman – Swissman i Celtman. Są też tacy, dla których rozwój w grupie ma pomóc w przełamaniu kolejnych życiowych i fizycznych barier, dokonywaniu rzeczy nieosiągalnych dla innych. To wszystko nie odbyłoby się bez pozytywnego klimatu. Atmosfera wzajemnej motywacji i nakręcania się jest tutaj bardzo potrzebna, bo nie można przy tym zaniedbać rodziny, nauki czy pracy. Wszyscy ciężko trenują, jedni kilka razy w tygodniu (14 godzin), inni kilkanaście (25 godzin). I niezależnie od tego, jakie będą osiągać wyniki wszyscy są już zwycięzcami, bo mają pasję. GT RAT nie jest grupą zamkniętą. Jeśli kochasz wysiłek i nie boisz się wyzwań, już wiesz gdzie nas szukać… 🙂

Napisane na specjalną prośbę “Gazety kolarskiej” 🙂

fot. Michał Kuczyński

Biegiem na narty!

W telewizji bieganie na nartach wydaje się proste, płynne, trywialne. Tytuły książek sugerują, że mogę się tego nauczyć w godzinę, w weekend ewentualnie.

Podobno naukę narciarstwa należy zacząć jak najwcześniej, nawet w wieku pięciu lat czy, powiedzmy, w szkole. Nie ma ani słowa o tym, co z wiekiem późniejszym. Powiedzmy po trzydziestce. Na szczęście jest napisane, że nigdy nie jest za późno.

W ogóle to lepiej nauczyć się biegania na nartach, a nie zjeżdżania. Jest tańsze  i mniej kontuzyjne. Narciarze rozwalają sobie kolana, snowboardziści łamią sobie nadgarstki. A biegówki wspomagają nasz układ krążeniowo-oddechowy jednocześnie oszczędzając układu kostno-stawowy. Ponadto angażują do pracy wszystkie mięśnie (97%!), łącznie z tymi od napinania twarzy, gdy jesteśmy już bardzo zmęczeni. Wygląda na to, że mogą stanowić doskonałe urozmaicenie zimowych treningów.

*** 

Dzięki pomocy Marcina i jego przyjaciół postanawiamy to sprawdzić odwiedzając mekkę nart biegowych – Jakuszyce. Do Orla docieramy wieczorem. Każdy ze sporym bagażem na plecach.

Akurat na… nocną jazdę 🙂 !

O zmroku niebo nad Izerami robi się bladoróżowe, potem szarzeje, a wraz z nim ciemność otula zimowy pejzaż. Termometr wskazuje –10°C. Kto ośmiela się o tej porze przypiąć biegówki, założyć czołówkę  i ruszyć w siną dal, musi lubić zimo.

Bo mróz szczypie w nos i uszy, a pęd powietrza wyciska z oczu łzy zamarzające na policzkach. Wilgoć oddechu osadza się na rzęsach, włosach, okalającym twarz kapturze i od razu zamienia się w szron, powodując, że przypominamy Eskimosów albo zdobywców bieguna północnego.

Wokoło panuje absolutna cisza, w której słuchać tylko świdrujący, metaliczny dźwięk kijka zabijanego w śnieg. Od czasu do czasu  zaskrzypią uginające się pod naporem śniegu konary drzew i zabulgocze woda w potoku.

Lepiej się nie zatrzymywać, bo wtedy zimno atakuje jeszcze dotkliwiej. Ale jak tu nie przystanąć, kiedy wokoło tak pięknie. Oblepione grubą warstwą śniegu świerki wyglądają jak dekoracja teatralna.

W tej scenerii, niczym w teatrze dla dzieci, pojawiają się co jakiś czas niemi aktorzy: pojedyncze skałki i skalne formacje, których nazwy sugerują czyją rolę grają: Krogulec, Kozi Grzbiet, Pelikan, Krowia Kopa, Kobyła….Trener…

Niektóre trasy mają bardzo intrygujące nazwy: Dzielne Klapki, Niematematyczna, Bez Łaski… Jest też trasa Justynki, nazwana na cześć Justyny Kowalczyk, której sukcesy przyczyniły się do wybuchu zdrowej mody na bieganie na nartach.

„Życie jest największą baśnią” – mawiał Andersen. Być może miał na myśli między innymi Izery pod koniec stycznia ;). Schronisko Orle wita wędrowców tysiącami lampek i świec płonących w każdym oknie.

Wieczorem czeka tu na nas jeszcze jedna atrakcja-sauna opalana drzewem i kąpiel w górskim strumyku oraz kubek gorącego wina !!! 🙂

***

W pogodny dzień z kursującej miedzy Szklarską a Harrachovem  kolejki wysypują się na Polanę Jakuszycką tłumy ludzi. Niektórzy biorą najpierw lekcje u instruktora, inni od razu ruszają na trasy narciarskie. Bo biegać każdy może. To sport łatwy, bezpieczny i integrujący.

W szkółce narciarskiej niestety wszyscy mają po siedem lat, choć jest jeden, zdaje się, z czwartej klasy. Cała grupa na początek ma iść na polanę, trzymając się za kijki, żeby się nie zgubić. Są jednak granice upokorzenia. Nie będę trzymała się kijka. Sama dam radę.

***

Do tego wszystkiego dochodzi nauka o smarach. Skąd mam wiedzieć, na litość boską, jakiego smaru potrzebuje i którą część nart posmarować. Smarowanie na poślizg, na odbicie, na zimno na gorąco. O właściwym doborze smaru decyduje tysiące rzeczy.

  •  temperatura powietrza
  • temperatura śniegu
  • rodzaj śniegu
  • transformacja śniegu
  • skład śniegu (czysty czy brudny np. zmieszany z igliwiem itp.)
  • wilgotność
  • nasłonecznienie trasy biegowej….

Nie sądziłam, że będę potrzebowała tyle matematyki. Usiłuję zastosować  wszystkie te skomplikowane manewry na sobie, ale wydaje mi się, że każde narty, które przypinam, z górki nabierają coraz większej prędkości i jazda nieuchronnie kończy się w zaspie. Natomiast jadąc pod górkę brakuje mi przyczepności i też się zsuwam.  Inni robią większe postępy lub ja mam pecha.. Cóż wole myśleć,  że mam gorzej od innych nasmarowane narty…

***

Izery nie są wysokie, ale ponieważ stoki są dość strome, opadające do głębokich dolin rzecznych, niektóre podejścia są męczące. A zjazdy przyprawiają wtedy o delikatny dreszcz emocji.

Drugiego dnia Marcin wybiera dla nas piękną trasę biegnąca przez most nad rzeką Izerą do leżącej już po czeskiej stronie wsi Jizerka. Leżące w korycie rzeki duże głazy przykryte czapami śniegu wyglądają jak białe balony unoszące się na wodzie.

Wartki nurt rzeki tylko częściowo zamarza, szumiąc nawet w najtęższy mróz. Za drewnianym mostkiem ścieżka robi się wąska i stroma. Pół godziny mozolnego wdrapywania się na górę i naszym oczom ukazują się drewniane chaty Jizerki zasypane po dach śniegiem.

Czesi po swojej stronie mają bogatą sieć świetnie utrzymanych tras biegowych. Spotykać tu można  sędziwych staruszków i czteroletnie dzieci. Singli i wielopokoleniowe rodziny. Ci, którzy mają lepszą kondycję, naprawdę biegają, reszta niespiesznie spaceruje na nartach po zasypanych śniegiem górach.

***

No dobrze – udało mi się zjechać, ale tylko kilkanaście metrów. Po tych kilkunastu metrach nabieram niezwykłej szybkości, z którą nie wiem, co począć. Podobno wystarczy obciążyć pięty oraz patrzeć przed siebie, a nie pod siebie i już – będę zjeżdżała. Niestety, nie zapewnia to zatrzymania się tam, gdzie się chce. Właściwie nie zapewnia zatrzymania się w ogóle. Poza tym plączą mi się narty i za każdym razem, kiedy chcę przyśpieszyć lub zmienić pozycję i kogoś wyprzedzić – wywalam się. Właściwie to jestem trochę sfrustrowana, wszyscy z mojej grupy już jeżdżą i zatrzymują się tam, gdzie chcą. Czemu akurat ja nie?

Wszystko to jednak sprawia, że z szacunkiem patrzę na tych, którzy jeżdżą.

*** 

Klimat srogi i trzeba mieć krzepę, by stawić mu czoła! Odkrywam jasne strony biegówek! To schroniska i chatki na trasie, które cenię, bo sama do nich dojechałam powolnymi krokami. Można się tam zatrzymać i siedzieć z widokiem na góry oraz jeść bogate żurki, gęste, że łyżka staje, grochówki, polane konfiturą i gęstą śmietaną knedle czy wielkie jak talerz kotlety schabowe. Ciasto czekoladowe też oczywiście – na moją zgubę – mają :). Są tam już wszyscy i rozumiem, czemu tak kochają bieganie na nartach. Później, niestety, trzeba stamtąd dobiec do auta. Ale pomyślę o tym później. Znacznie później :).

Z życia triathlonistów-jak zacząć trenować zimą cz. 3

Niedziela

5 godzin treningu zakończone kilkukrotnym zdobyciem Ślęży. Za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć jak mam na imię…

image

Wtorek

Dziwne, ale przestały mnie boleć mięśnie(!). Podczas Fartleku zaczęłam się nawet  rozglądać dookoła i potrafię wyliczyć szacunkową wartość ekwipunku mijanego biegacza, tylko nie zawsze mogę obejrzeć zegarek.
A na siłowni spróbowałam podwyższyć obciążenie do 30 kilo i dałam radę. Nie mam z kim podzielić się radością. Wszyscy dookoła podrzucają powyżej 50. Mają takie fajne rękawiczki, trochę podobne do rękawiczek do prowadzenia samochodu. Nieco jednak głupio pytać, do czego służą, choć na pewno by odpowiedzieli. Wszyscy są strasznie mili, dziś znowu podszedł jeden z tych podrzucających ponad sto, aby się przywitać. Potem poszedł podciągać się i żeby było ciężej, zawisł do góry nogami. Nie mogłam na to patrzeć.

image

Czwartek

Kupiłam sobie ciepłe spodnie kolarskie oraz zimowe ochraniacze na buty a także wełniane wkładki, które mają wspomóc zimowy trening triathlonisty. Zimowy trening rowerowy jest wspaniały! Wszystkie drzewa i krzaki iskrzą się diamentowymi soplami lodu. Świat wygląda bajecznie! Za nic nie chciałabym mieszkać na południu gdzie nigdy nie ma śniegu!

image

Znam się też nieźle na miksowaniu zapachów perfum oraz kuchni regionalnej. Konkretnie na gotowaniu zupy rybnej. Wyrecytowałbym przepis z zamkniętymi oczami. Codziennie rano leci ten sam program, kiedy jeżdżę na trenażerze. Lecą też programy informacyjne, ale jest na tyle głośno, więc wiem tyle, że coś gdzieś wybuchło.

🙂

***