Blog sentymentalny

Ostatnie dni wakacji spędziłam w domu na wsi. Jeszcze mam w ciele wspomnienie harmonii, stawu, pól i lasów, które widać z okna. Niski poziom lęku przed glutenem i brak większego zainteresowania kaszą jaglaną. Jedzenie ziemniaków. Jajka z solą. Szukanie grzybów w lesie. Grzebanie rękami w ziemi. Wracanie do pierwotnych sensów rzeczy. Nabrałam ostatecznego przekonania, ze kilka koszulek, spodnie od dresu, bluza z kapturem i adidasy – to wszystko, czego trzeba kobiecie, żeby czuła się zadbana, i ze wcale nie musi się malować. Regeneracja!

Codziennie rano siadałam sobie przed domem z kubkiem kawy i słuchając koguta patrzyłam na świat, który się budzi do życia. Rozmyślałam sobie o tym jak wiele w tym roku udało się zrobić. Oczywiście wiele zrąbałam tak, że aż przykro myśleć. Miałam wielkie szczęście do Dobrych Ludzi. Na jednych polach jestem spełniona, inne wciąż pozostają do zdobycia. Jaki to był sezon? Szalony i pełen niespodzianek.

Było szczęście.

Były łzy.

Ból.

Euforia.

Podskoki.

Czołganie się. 

Morze endorfin.

Ale bywało też bardzo, bardzo gorzko. Kompletnego strajku głowy w ogóle nie przewidziałam. Na szczęście po drodze okazało się, że marzenia się spełniają i … że jest to aż przerażające 😉 (…za dwa lata olimpiada…:D)

Zaczęło się zimą w garażu, który nazwaliśmy podziemnym “bunkrem”.  Stoi w nim tylko trenażer i rolka. Nie ma tam okien, a my codziennie motywowaliśmy się do walki za pomocą filmów o tematyce wojennej. “Szeregowiec Ryan”,  “O jeden most za daleko”, “Leningrad”, “Okręt” , “Braterstwo broni" czy seriali "Kompania braci”,  “Pacyfik”…  po czym godzinami pedałowaliśmy w miejscu dysząc i harcząc. Nie powiem, żebym nie brała sobie tego do serca. Za każdym razem, gdy wybuchał granat  i akcja nabierała rozpędu z impetem lądowałam na betonowej podłodze naszego bunkra. Cóż moja wyobraźnia była, delikatnie mówiąc, przeinwestowana ;).

Byłam też bardzo nikczemna i któregoś dnia przejechałam 20 km na zaciśniętym hamulcu. Kiedy w końcu zorientowałam się, że niska średnia to nie wina silnego wiatru tylko szczyt głupoty – omal nie pękłam ze śmiechu. Dawno nie byłam tak zdruzgotana sobą 😉 .

W międzyczasie uczestniczyłam w upadlających ćwiczeniach sprawnościowych. “Padnij, powstań, padnij, powstań!” Albo zastygałam w bezruchu , w pozycji miedzy siedzeniem a staniem, co dla mnie było wyczynem rzędu napisania symfonii czy sterowania statkiem kosmicznym. Drabinki śmierdzące znojem i potem w szopie rodem z kombatanckich wspomnień Jerzego Janowicza. Dzielnica pubów , lombardów i monopolowych. I tam nasza ceglana hala. Na podłodze stary parkiet, WC bez zamka, o saunie czy masażu nikt tu nie słyszał. Ani o różowiutkich karimatach. “Tylek trzymaj, a nie szuraj nim po ziemi i nosem ziemie wąchaj!”- krzyczał Kuba – nasz Trener.

Mimo wszystko rok skończył się obiecująco – W Biegu Sylwestrowym w Trzebnicy stanęliśmy z Michałem na drugim miejscy podiom w klasyfikacji małżeństw … lekcja na przyszłość… albo Michał zacznie szybciej biegać , albo wymienię go na szybszy model .

Pamiętam jak Trener z  kamerą przyklejoną do miotły nakręcił mój pokraczny kraul, a następnie kazał ten film (horror) obejrzeć. Wydawało mi się, ze po 4 godzinach ćwiczeń zrobiłam postęp, ale okazało się, że nadal pływam jak czołg. Mało to kobieca pozycja.

Pamiętam jak ostatniego dnia obozu w Szklarskiej Porębie z powodu bólu biodra musiałam zostać w pokoju, podczas gdy wszyscy inni poszli na trening. Wracając do domu byłam tak wściekła, że kazałam Michałowi wysadzić się pod Sobotką. Było wtedy okropnie zimno i wietrznie. Zabrałam rower i kilkukrotnie pokonywałam podjazd na Tąpadła. Zmordowałam się do upadłego za każdym razem starając się pobić swoja życiówkę na tym odcinku. Niestety… im bardziej się starałam, tym stawałam się wolniejsza …jakie to ironiczne.

Potem były  kilogramy zjedzonych czekolad… Setki obgryzionych paznokci… Aż pewnego ranka wszystko się zmieniło, dzięki koledze, który podczas jednej z wypraw rowerowych postanowił połknąć pszczołę.  Nic mu się nie stało, a dla nas było jasne – “prawdziwi triathloniści nie jedzą miodu. Oni żują pszczoły!”  No i trzeba było wziąć się w garść czyli “nowy ogień z dupy” po prostu! 😉

Doskonale pamiętam pierwszy start sezonu. Imprezę z cyklu Volvo Triathlon Series w Brodnicy (½ IM). Początkowo chciałam powalczyć tam w klasyfikacji generalnej (trzy wyścigi rozgrywane na dystansie 1/2IM w Brodnicy, Chodzieży i Mrągowie),  tymczasem mimo woli znalazłam się w oku cyklonu. Jakaś walka o honor była. Prowokacje. Taktyki. Zamieszanie. A mi najprościej na świecie nie chciało się w tym wszystkim uczestniczyć. Sport to sport. Stajesz na starcie, dajesz z siebie wszystko, zdychasz na mecie targany przez torsje, ale za chwilę marzysz już o kolejnym :).  Po co te wszystkie gierki? Byłam kulawa. Po schodach chodzić nie potrafiłam. Truchtanie było szczytem marzeń, ale dałam radę. Byłam druga, mimo iż w strefie zmian wybuchła mi opona. Chłopaki z AIRBIKE świadczący techniczne wsparcie na tych zawodach  spisali się znakomicie!!! Za co mam u nich niespłacalny dług wdzięczności ;).

Tymczasem dostałam się do Triathlonu Karkonoskiego i to było najpiękniejsze przeżycie, jakiego doznałam w całej mojej triathlonowej biografii.Znacie te charakterystyczne momenty, kiedy trzymacie się histerycznie jakiejś chwili, nie chcąc wypuścić jej w przeszłość? Chcecie sobie ją nagrać, zabrać, puszczać w kółko, nieważne, że wasz magnetofon lada chwila zamieni się w dynię, kaseta w kalarepę, a wasza szpanerska koszulka z Sex Pistols w poplamioną ścierkę do naczyń. Triathlon Karkonoski z metą na Śnieżce jest w mojej głowie takim właśnie majaczącym się obrazem. Nigdy nie zapomnę widoku spowitych poranną mgłą gór, srebrzyście połyskujących bladych promieni słońca,  zimnego wiatru, który czochra nam włosy, wzruszenia spowodowanego zachowaniem dziesiątek turystów. To niesamowite, ze usta mogą mieć tak słony smak (a może to smak łez szczęścia ;)(?)) I co najważniejsze przekonałam się (po raz kolejny!) jak wspaniałych mam przyjaciół i jak wiele to znaczy.  Takich momentów się nie zapomina…

Zważywszy na moją kontuzję wspólnie z trenerem ustaliliśmy, że koncentrujemy się na technice biegu i rozciąganiu. Przyznaję na początku trochę nieufnie podchodziłam do pracy z Kubą. Tymczasem on podszedł do zadania z ogromnym wyczuciem. Nie narzucał mi niczego w kwestii harmonogramu wyścigów. Zmiany w programie też wprowadzał bardzo stopniowo.  I co najważniejsze zawsze chętnie przedstawiał konkretne argumenty, przemawiające za swoimi decyzjami. Kuba przekonał mnie do nowych ćwiczeń i od tej pory to od nich zaczynałam każdy trening. Ból stawów, który ograniczał mnie od ponad roku stopniowo zanikał, a moje wyniki w bieganiu zaczęły się powoli poprawiać. Kuba nauczył mnie  jeszcze czegoś ważnego –  trening nie musi być boleśnie nudny, żeby był skuteczny. Bez niego z pewnością trenowałabym  za dużo  i wpadła w obsesje na punkcie odżywiania. Pilnował także, abym nie zapomniała o nagrodach. Każdy z jego zawodników może liczyć na  najpyszniejszą pizzę i tiramisu na całym osiedlu które Kuba przygotuje własnoręcznie ! Taki trener to skarb 🙂

 

Sprawy wydawały się powoli układać. Pamiętam jak z bezpiecznego miejsca,   zza barierek, po raz pierwszy obserwowałam zmagania przyjaciół na ½ IM w Poznaniu. Dzień wcześniej mierzyłam się tam z dystansem ¼ IM i to oni dodawali mi wtedy skrzydeł. To był świetny weekend . Podekscytowała mnie atmosfera zawodów – festiwal bezprecedensowych wyczynów i koleżeństwa; zmagań i radość z uprawiania sportu.  Zza ogrodzenia, śmiałam się i cieszyłam jak niezdrowo zaaferowany dzieciak! 🙂

Pamiętam zawody w Chodzieży (½ IM)- moim rodzinnym mieście. Warunki pogodowe były wyśmienite, a ja niesiona dopingiem połowy mieszkańców –  po prostu gnałam ile sił. Nigdy wcześniej nie czułam się tak wspaniale. Jakbym uprawiała jogging. Łatwizna 😉 Finiszowałam przy ogłuszającym aplauzie rodziny i przyjaciół. Dopiero spojrzenie na zegar uświadomiło mi skąd te owacje. Z dala majaczyły mi cyfry 4 godziny 56 minut. Tego sama po sobie absolutnie się nie spodziewałam. Na dodatek Michał zajął 3 miejsce w kategorii i 4 miejsce open! Z wrażenia nie spaliśmy trzy dni.

Ostatni wyścig z cyklu Volvo Triathlon Series, w Mrągowie, miał się odbyć zaledwie dwa tygodnie po zawodach w Chodzieży, więc w zasadzie nie zdążyłam w tym czasie odpocząć. Patrząc na trasę kolarską myślałam – żebym tylko nie złapała gumy i nie miała kraksy. I chyba krew odpłynęła mi z mózgu do nóg, bo pamiętam  tylko, jak  podczas biegu mijaliśmy się, dysząc rozpaczliwie (21 km biegaliśmy po odcinku 2,6km(!)). Trener krzyczał coś o dniu konia. Wyniki znowu przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Michał w klasyfikacji generalnej zajął 2 miejsce! Ja byłam pierwsza (5:01), ale gwoździem programu  był fakt, że drużynowo okazaliśmy się najlepsi!!! Radości nie było końca! Wygraną uczciliśmy solidną dawką domowego bimbru i pochłonęliśmy obowiązkowe 3 talerze ziemniaków.

Wszystko kończy się tydzień później w Krakowie -Irondragon. Dystans Olimpijski przypomina taki rollercoaster, jakiego nie ma w żadnym Disneylandzie – tętno na poziomie zawałowym towarzyszy Ci od startu aż do mety. A mimo to GT RAT zdominował podium.

            Zwykle kiedy po wyścigu docieram do pokoju, siadam na łóżku-nogi odpadają, ręce się urywają, skaleczenia bolą w miejscach w których obtarła pianka, pęcherze na stopach uwierają a kiszki marsza grają. To żaden powód do świętowania ;). Ale satysfakcja z wysiłku to uczucie, którego nie sposób porównać z żadnym innym. To jak fenomen nazywany “euforią biegacza” tylko do potęgi trzeciej :)! Znowu się udało!

Żaden puchar nie dodaje takich skrzydeł – postawię go sobie na szafie razem z resztą. 😉 . Medale rozdaje zaprzyjaźnionym dzieciom za dobre zachowanie. Naprawdę mają duża moc wychowawczą !  Na mnie ich urok tak już nie działa jak kiedyś – poza tym w domu zawsze mamy dwa takie same  😉 Kiedyś myślałam, że jeśli wygram Karkonoszmana czy zrobię Ironmana, wszystko w moim życiu się zmieni na lepsze – czy tak się stało ? Nie do końca – znowu spadł mi dzisiaj trzy razy łańcuch z roweru. A byłam pewna że z takimi tytułami to mi się już nie przytrafi : ) lub w wszystko się samo naprawi : ) Bo to jest trochę jak wracanie z cudownego sylwestra. Przez kilka godzin śni Ci się jeszcze, że na nim ciągle tańczysz, tylko już jakby w piżamie. A potem budzisz się, machając rękami w powietrzu, z poczuciem atakującej Cię szafy. 

Ten dziwny rok kończy się dla mnie w dziwny sposób. Zmienił nam się trener. Zaczęłam od poważnej kontuzji, rozpaczliwie walczyłam o powrót do formy, wygrałam zawody z prawdziwego zdarzenia jeszcze z kontuzja, triumfowałam w najtrudniejszym wyścigu w Polsce. Poczułam siłę prawdziwego wsparcia.  Nie raz spadałam w klasyfikacji o dziesiątki miejsc. Ale na mecie byłam dla siebie zwycięzcą. Dumna jestem z tego, że przy tylu przeciwnościach losu, nie złożyłam broni. Zyskałam cechę, która zawsze mi imponowała – niezłomność ;). I na koniec odzyskałam dawną, dziewiczą radość z triathlonu. 

Nadszedł czas by postawić kolejny krok., bo jeśli nie walczymy o cud, to po co się starać :).