Do What You Love

Po powrocie do kraju czuliśmy z Michałem ogromny głód startów. Już po dwóch tygodniach zapisaliśmy się na pierwsze zawody-na dystansie olimpijskim (1,5km pływania, 40 km jazdy na rowerze, 10 km biegu) w Mietkowie i mało brakowało, a byłabym trzecia! Jednak mój organizm doskonale pamiętał atrakcje, które mu niedawno zapewniłam i o podjęciu walki na ostatnich kilometrach nie było mowy.

 image

Mimo wszystko udało mi się uzyskać całkiem dobry wynik – 2:28:43. 

Już tydzień później byliśmy w drodze do Rawy Mazowieckiej na… Puchar Polski w triathlonie na dystansie olimpijskim. O tym jakiej rangi były to zawody dowiedzieliśmy się dopiero na miejscu. Nie miało to jednak większego znaczenia. Cieszyliśmy się z możliwości startu z najlepszymi,

 image

ale wypadek na trasie kolarskiej z „dozwolonym draftingiem” (można jechać tuż za rywalami i bezpiecznie chować się przed wiatrem w osłonie, którą tworzy za sobą peleton) sprawiły, iż definitywnie pogrzebałam wiarę w swoje olimpijskie możliwości 😉 . Być może zmiana narodowości zwiększyłaby szanse na kwalifikację ;)? Ostatecznie bilans strat spowodowanych kraksą, rozwiał te wątpliwości.

Pod koniec sierpnia postanowiłam wziąć udział w Volvo Triathlon Series na dystansie ½ Ironmana ( 1,5 km pływania, 90 km roweru, 21 km biegu). Pewnie żaden inny szkoleniowiec nie poparłby tej decyzji, ani programu, który wtedy realizowałam, ale Trener dobrze wiedział co robi. Zawody odbywały się w rodzinnej miejscowości, dlatego były dla mnie tak ważne i mimo, iż grono kibiców miałam zapewnione, byłam daleka od strefy „zen”. Na szczęście pływanie poszło dobrze. Wyszłam z wody na dziesiątej pozycji open, tuż za prowadzącą Aleksandrą Sosnowską. W T1 (pierwsza strefa zmian) dłużej niż zwykle szamotałam się z pianką i wyjechałam z niewielką stratą. Ale gdy wsiadłam na rower, zaczęłam nadrabiać. Po etapie kolarskim miałam około 8 minut przewagi, ale czekały mnie jeszcze cztery pięciokilometrowe pętle wokół jeziora. Miałam się czego obawiać, bieganie od zawsze stawiało mnie w czołówce najpowolniejszych… Nie myliłam się, z każdym kolejnym okrążeniem moja rywalka nadrabiała do mnie około 2 minut. Ludzie mówili nawet, że nadrobiła minutę na 1,5 kilometrowym odcinku!

 image

„To niemożliwe”- powtarzałam sobie, gdyż moje nogi już dawno zaczął przeszywać uporczywy ból. „Po prostu biegnij swoim tempem”. Kolejne punkty orientacyjne na trasie zdawały się zbliżać piekielnie wolno. Z jednej strony niczego tak nie pragnęłam, jak widoku linii mety, z drugiej bałam się, że Ola wyprzedzi mnie na ostatnich metrach, co do tej pory bardzo często mi się przytrafiało. Nie do końca pamiętam jak wbiegłam na metę, ale owacji, którą zgotowali mi najbliżsi, nigdy nie zapomnę… Pierwszy raz wygrałam… z czasem 05:14:28 i z zaledwie półtora minutową przewagą. Długo nie mogłam w to uwierzyć! Miałam nadzieję, że uda mi się stanąć na podium w swojej grupie wiekowej, ale o całkowitym zwycięstwie nawet nie marzyłam. Z wrażenia nie przespałam dwóch nocy 🙂image

Kilka tygodni później, w ramach zakończenia sezonu Trener zgłosił mnie, Michała, Maćka, Wojtka oraz kilku przyjaciół z IM 226 do udziału w edycji zerowej Triathlonu Karkonoskiego na dystansie ½ IM (“Karkonoszman”). Pierwsza edycja tych zawodów odbędzie się w przyszłym roku, a naszym zadaniem było objechać jej trasę. Jak się później okazało, była ona jedną z najtrudniejszych, z jaką przyszło nam się zmierzyć… 

Wyobraź sobie, jest chłodny wrześniowy poranek. Dzień przychodzi w ciszy. Poranne promienie słońca wyłuskują z mroku zamkowe wieże na szczycie wzgórza. Podobno krzesła same tu jeżdżą po podłodze, drzwi niespodziewanie zamykają się z hukiem, czasem coś łupnie, czasem błyśnie. Nad zalewem unosi się mgła, jestem niemal pewna, że i w tu mieszkają duchy. Nie potrzebuję rozgrzewki. Zaczynamy w Suchej, u podnóża tajemniczych zabudowań Zamku Czocha…
image
Stamtąd rowerami musimy dostać się do Karpacza. Kilka długich i stromych podjazdów, miejscami sprawia kłopot nawet naszemu suportowi. Jeśli myślisz, że odpoczniesz na zjazdach, jesteś w błędzie. Kręta droga na łeb na szyję wymaga doskonałego panowania nad rowerem i stalowych nerwów – a ja z jednym i drugim mam na bakier J . Po 90 km i 1800 metrach przewyższeń docieramy do Karpacza – ostatniej strefy zmian. Droga już nie biegnie w dół, tylko pnie się coraz wyżej i wyżej. Zaczynamy podbieg na Śnieżkę (1602 m n.p.m.). Widok na otaczające góry i doliny zapiera dech w piersiach, co wprawdzie niezbyt pomaga w biegu, ale daje niesamowity zastrzyk euforii.
image
Może pod względem dystansu temu wyścigowi sporo jeszcze do IM brakowało, ale ze względu na bardzo trudny teren, całkowity czas nie był znacząco krótszy. Tym bardziej jestem dumna i z rezultatu, i z tego, że wytrzymaliśmy. Choć na Śnieżce kilka minut zajęło mi przypomnienie sobie jak mam na imię 🙂 Pokochałam to! Zawody na długich dystansach podobały mi się bez porównania bardziej, niż te na krótkich! Niewątpliwie był to punkt zwrotny.

image 

To był niesamowity sezon…

…z mnóstwem mniejszych i większych wygranych. Głównie nad własnymi słabościami ;). Tych o honor i tych o pietruszkę. Tych w glorii i tych z nożem w brzuchu. Tych istotnych tylko dla mnie i tych wszędzie docenianych. Tych na podwórkowej bieżni i tych na IM w Klagenfurcie. Było też po drodze wiele sromotnych porażek 🙂 Oj, tak. I każda równie ważna. Jedne kazały gryźć ziemie, inne dawały wyraźny sygnał, że są granice, których nie warto przekraczać. Utwierdziłam się w przekonaniu, że nie warto myśleć, że “coś jest niemożliwe”. Owszem, może być niemożliwe tu i teraz. Ale jeśli czegoś bardzo chcę, wierzę, że da się to zrobić. Zawsze próbuję i wierzę, że jeśli chce się czegoś w życiu dokonać, nigdy nie jest za późno.

Powodzenia, gdziekolwiek jesteś i cokolwiek robisz :).