Kolejny rozdział zamknięty

Prawdziwą radość przynosi tylko to, czego zdobycie wymaga ciężkiej pracy i poświęceń. Im ciężej na coś pracujesz tym bardziej to doceniasz. Jeśli coś przychodzi Ci łatwo to jaką to daje radość?

Kartki z kalendarza:

marzec 2016

Wykładam moje życie na taśmę. Jak w grze w wojnę karcianą. Kto kogo, kto mocniejsze zakupy wyłoży. Mój ruch: wielka paczka pampersów, herbatka Bocianek dla matek karmiących (już mnie mdli jak czuję zapaszek kopru, a to dopiero drugi miesiąc karmienia), jabłka dla Michała do pracy, twarde i kwaśne, jak ten mój styczeń i luty. Kiedy się ze mnie taka mało rozrywkowa dziewczyna zrobiła? Jeszcze wrócę do gry, zobaczycie, myślę sobie. Jak polscy skoczkowie, którzy mają chwilową zapaść formy i nie latają daleko. Obiecuję sobie, że tu wrócę i wam ludzie przy kasie pokażę. Dokładnie do tego sklepu wrócę, a między półki z pampersami w ogóle nie wjadę.

maj 2017

Sport bardzo lubię, ale z tym Ironmanem to Michał przesadził. Po prostu wniósł opłatę startową nie pozostawiając mi wyboru. Następnie zapowiedział, że dam radę „to” zrobić, muszę tylko trenować zamiast spać i pół roku później będzie po sprawie. I po kryzysie!

1/2 Ironman  Sieraków 2017

Zaczęło się ogromnie sympatycznie, godzina 15:00 piątek. Jedziemy do Sierakowa. Na mój pierwszy od urodzenia Stacha IM. Właściwie na ½ IM ;). Stach zostaje we Wrocławiu pod opieką cioci Izy. Wraz z Michałem czujemy się jak na wycieczce szkolnej. Zatrzymujemy się na stacji i jemy kanapki z dżemem, popijając herbatką. W wynajętym domku śpi nas około szesnastu. Zapach maści końskiej, dyskusje o żelach, częstowanie stoperanem i kremem na otarcia. Jezu, to się nie dzieje naprawdę! W sobotę większość RATowców jest już po ¼. Wśród triathlonistów przeżywających kryzys wieku średniego króluje syrop na kaszel – Jagermeister, spożywany na pomoście. Ludzie w wieku słusznym, więc profilaktyka jest bardzo ważna  ;).

W niedzielę w dniu wyścigu panuje straszny ukrop. Najpierw załamuje mnie psychicznie Magda, która wyprzedza mnie na biegu z lekkością motylka i znika z pola widzenia, podczas gdy ja już ledwo żyję z upału, a potem  na pół okrążenia przed metą Ola. Od tego momentu marzę tylko, żeby to się wreszcie skończyło. Wbiegam na metę półżywa i zamiast wykrzyknąć: „Udało się!”, padam na pysk.

„Piekło na Ziemi” – napiszą potem uczestnicy. Piekło, które funduję sobie na debiut sezonu.  

Wyszedł z tego marszobieg. Adam Kszczot by mnie zdublował 3 razy. Mimo wszystko nieoczekiwanie kończę na 3 miejscu open ze strata tylko kilku sekund do dziewczyn. I choć na biegu opadłam z sił to szczególnie usatysfakcjonował mnie wynik roweru -90 km przejechałam w 2 godziny i 30 minut.

To był wspaniały dzień dla dziewczyn z naszej ekipy. W pierwszej dziesiątce znalazło się nas aż 6!

½ Ironman Karkonoszman 2017

Po obozie  realizacja planów związanych ze zdobywaniem szczytów górskich nabiera realnych kształtów. Może rekordu świata nie zrobiłam. Ale postanawiam wziąć udział w Triathlonie Karkonoskim. I muszę przyznać, że bułka z dżemem o 6 rano w sali rycerskiej Zamku Czocha, a potem długa i stroma wspinaczka na szczyt Śnieżki to jedno z piękniejszych przeżyć, jakie mi się do tej pory przytrafiło. O tym, że jest to impreza niezwykła, decyduje wiele rzeczy, ale jedną z najważniejszych w moim mniemaniu jest lokalizacja biura zawodów, etapu pływackiego i pierwszej strefy zmian – Zamek Czocha! Bardzo łatwo ponieść się emocjom i wyobraźni w tym miejscu. Czocha jest jednym z najbardziej tajemniczych zamków w kraju. No i jest miejscem niesamowicie urokliwym. Nie trzeba chyba dodawać, że nocowanie w jednej z komnat, znacznie upraszcza przedstartową logistykę i dodaje smaczku.

Długość etapu kolarskiego wynosi 84 kilometry, a różnica wzniesień blisko 1860 metrów. Na początek trochę „pomarszczona” droga na Świeradów i zakręt Śmierci, a na przystawkę podjazd do Michałowic i zjazd do Sobieszowa. Jako danie główne podjazd od Podgórzyna od Przesieki i Zachełmia, a na deser podjazd do Karpacza Górnego. Są to jedne z najbardziej znanych karkonoskich podjazdów kolarskich.

Długość etapu biegowego to 21 kilometrów, a różnica wzniesień wynosi blisko 1150 metrów. Zaczyna się ponad dwukilometrowym podbiegiem Drogą Chomontową do zbiornika retencyjnego, po czym czeka trzykilometrowy zbieg do Drogi Sudeckiej. Nawierzchnia tej pierwszej części to szuter. Pierwsze dwa kilometry wzdłuż Drogi Sudeckiej to asfaltowy podbieg , po czym od rozwidlenia nad Przesieką czeka czterokilometrowa „ściana” prowadząca do Przełęczy Karkonoskiej i schroniska Odrodzenie, gdzie czeka bufet z wodą, izotonikiem, żelami i ciastkami! Do tej pory było w większości pod górę, ale dopiero od Odrodzenia zaczyna się najtrudniejszy technicznie odcinek etapu biegowego. Czerwony szlak poprowadzony Śląskim Grzbietem od Odrodzenia do Słonecznika wyłożony jest kamieniami i głazami. Utrzymanie biegu bez upadku, potknięcia, czy skręcenia kostki jest nie lada wyzwaniem. Od Słonecznika nawierzchnia wyrównuje się i aż do Domu Śląskiego jest w miarę „wygodna”. Minąwszy Dom Śląski zostaje kilometr wspinaczki wzdłuż łańcuchów na szczyt Śnieżki, gdzie czeka Gudos z medalem. Wzruszenie na widok mety jest ogromne! 

Nie udałoby się to bez Ani, Asi, Gosi oraz Arka najlepszego supportu :)! Musicie wiedzieć, że udział w Triathlonie Karkonoskim wymaga posiadania osoby wspomagającej, tj. supportu. Trzeba znaleźć kogoś, kto podczas wyścigu dostarczy do T2 wszystko, co potrzebne będzie podczas etapu biegowego. Kto w razie potrzeby będzie towarzyszem biegu, butelką z wodą, kanapką, dobrym słowem,  kijkiem, o który można się oprzeć, mapą, samochodem, ciepłą kurtką. To ktoś kto was przytuli – spoconych i w sumie dość obrzydliwych – na mecie, wbijając swoim ciałem ciężki medal w waszą klatkę piersiową. Poda na mecie herbatę i przypomni, gdzie stoi samochód. Może się umęczyć, może nie spać, nie jeść, może nabawić się odcisków, może zmarznąć okrutnie i nie oczekuje niczego w zamian.Takich momentów się nie zapomina…

Ja wiem, że na pewno tam wrócę, a Was zachęcam do czujności, gdyż u Gudosa może wystartować tylko setka zawodniczek i zawodników.

Karkonoszman to było moje pierwsze zwycięstwo, no i pierwszy namacalny dowód na słuszność obranej drogi.

Kilka dni po Karkonoszmanie 2017

Trochę potrenowałam, przebiegłam triathlon górski i kilka dni później poszłam do lekarza skarżąc się na bóle pleców. Ortopeda zrobił mi rezonans, obejrzał zdjęcie i od razu zawołał kolegów, żeby im pokazać, jaki ze mnie dzielny człowiek – sama przyszłam, a przecież powinni mnie przynieść. A który jest pani rocznik? No i to właśnie jest przyczyna! Nie, nie da się wyleczyć. Czasu nie cofniemy”. To najbardziej pokrzyżowało plany. Niestety z wielu treningów musiałam zrezygnować. Wielkie dzięki dla Arka i Krzyśka za próby podniesienia na nogi.

½ IM Chodzież 2017

Tu prawie dochodzę do sedna. Podobnie jak dla moich kolegów blogerów także i dla mnie pisanie o triathlonie jest świetnym pretekstem, żeby się pochwalić własnymi osiągnięciami, niniejszym donoszę więc że dzięki chwilowej niedyspozycji Oli i Magdy, normalnie lepszych ode mnie w kategorii wygrałam wyścig. Startowało nas, wszystkich na długim dystansie około 50, a ja byłam pierwsza, z nowa życiówką 4:48:35,  ale to wina mojej rodziny, bo zaczęła mnie dopingować na finiszu i wybiło mnie to z rytmu ;).  Mam nadzieję, że to zachęci wszystkich czytelników do triathlonu. Warto! I wychodzi taniej niż zakup Harleya ;). `

Ironman Wisconsin 2017

Na miejscu organizatorzy zaopatrują mnie w czepek, numer startowy i zapowiadają – don’t stop, don’t give up and anything is possible! Po 4 latach  i nieprzespanej nocy znów staję na starcie Ironmana. Kryzys i wątpliwości zostawiam w depozycie. Postanawiam, że jak dotrwam do końca, nie będę już obchodziła urodzin wieku brutto, tego z kalendarza, tylko netto, czyli na ile się czuję 😉

Pływanie:

Start odbywa się z wody. Razem z Michałem zakwalifikowano nas do 3 fali, odpowiadającej naszej grupie wiekowej. Taki start ma swoje dobre i złe strony. Dobra jest taka, że pozwala to uniknąć pralki a zła, że już po 300 metrach trzeba wymijać słabszych zawodników z poprzednich fal. Mimo wszystko pływanie w Madison jest niepowtarzalne -przede wszystkim z powodu Monona Terrace-nowoczesnego centrum kongresowego, pełnego widzów na każdym poziomie i na pokładzie parkingowym. Za każdym razem gdy bierzesz oddech jesteś pod wyjątkowym wrażeniem!

Strefa zmian

Po wyjściu z wody i pozbyciu się pianki odpalasz „spiralę”, czyli  masz do pokonania długą serpentynę prowadzącą na górny parking Monona Terrace i strefy zmian. To w rzeczywistości nic strasznego, a widzowie rozmieszczeni wzdłuż całej spirali sprawią, że będzie to doświadczenie, którego nigdy nie zapomnisz!

Pierwsza strefa zmian  mieści się w ogromnym centrum kongresowym z krzesełkami z “kongresu” w przebieralni ;). Dalej biegniesz do wyjścia na długi kilometrowy parking położony na szczycie budynku, gdzie czeka twój rower  i przeciwległą spiralą zjeżdżasz w dół. Nie martw się, wszyscy biegają takie same odległości i nikt nie poci się na spirali. Nie śpiesz się. Bezpieczeństwo jest dla Ciebie najważniejszym priorytetem.

Trasa rowerowa

Z Madison kierujesz się w stronę Verony tj. jakieś 16 mil, na ogół pod górę ;). Tu zaczyna się  40-milową pętla w wiejskim hrabstwie Dane, którą pokonujesz dwa razy, a następnie wracasz do Madison. Te pętle są niezwykle pagórkowate, z wieloma trudnymi podjazdami i zakrętami na każdym okrążeniu.

Kumpel mawia, że do Ironmana potrzeba 3 rzeczy: głowy, żeby myśleć, żołądka żeby trawić i zębów by je zaciskać…

Wraz z Michałem ukończyliśmy  wiele wyścigów, ale naszym zdaniem, Wisconsin oferuje najtrudniejszą trasę rowerową z jaką przyszło nam się zmierzyć do tej pory. Wiem, być może, nie ma czegoś takiego jak „łatwa” trasa roweru Ironmana. 112 mil to kawał drogi, zwłaszcza, gdy wcześniej pływasz i biegasz na końcu.

Moim zdaniem to, co naprawdę różni jedną trasę od drugiej, to nie ilość przewyższeń czy silny wiatr itp.,ale to jak często zmuszony jesteś do podjęcia decyzji. Mnóstwo małych, dobrych decyzji tworzy dobry dzień, tak jak i wiele drobnych decyzji sumuje się, aby stworzyć bardzo zły dzień…

W Wisconsin podejmujesz decyzje na całych 180 km. Płasko, fałszywie płasko, w górę, w dół, w lewo, w prawo, mała tarcza / duża tarcza? Nigdy nie robisz jednej rzeczy dłużej niż około pięć minut. Stwarza to możliwość popełnienia wielu małych (i dużych) błędów, które zrewanżują się gdzieś na biegu. Wisconsin, bardziej niż jakakolwiek inna trasa  nagradza inteligentnego, cierpiącego i zdyscyplinowanego kolarza. Siła może na nic się tu zdać.

Naprawdę musisz myśleć 100 % czasu!

Trasa biegowa

Kuzyn krzyczy, że jestem druga! Pytam, czy to nie żart?!? Plecy po zejściu z roweru bolą okrutnie. Dobiegam do napojów, wlewam w siebie pod korek, aż jest mi nieprzyjemnie. Moczę włosy i koszulkę. Kostki lodu na kręgosłup.  Słońce powoli zaczyna być odczuwalne, jest koło południa. „Yes, you can” – powtarzam sobie za Obamą ;). Przede mna jeszcze straszny kawał drogi do pokonania, ale jeśli by mi się udało…

Trasa biegowa składa się z dwóch krętych, miejskich, przeważnie płaskich okrążeń i nie jest tak trudna jak trasa rowerowa. Na trasie są dwa łagodne wzgórza: obserwatorium, około 8 i 18 km. Kilka zmarszczek, a następnie krótki, stromy podbieg, który dochodzi do State Street. W zależności od tego, jak się czujesz, wspinaczkę możesz poczuć zaraz na początku State Street … lub znacznie wcześniej! Tak czy inaczej, State Street jest wypełniona  setką widzów, aby Cię pocieszyć.

Reszta trasy to trochę zakrętów, droga przez kampus uniwersytecki,  zacieniony fragment szutrowej ścieżki w parku wzdłuż jeziora a nawet okrążenie boiska piłkarskiego Camp Randall! W rzeczywistości na każdym okrążeniu będzie tylko około 400 jardów, na których nie będziesz się cieszyć;).

Mi od zejścia z roweru po głowie tłucze się jeszcze jedna myśl „dogonią mnie, dogonią…” Na drugiej pętli kuzyni pokrzykują, że moja przewaga rośnie. Najwyraźniej ciężki rower wszystkim dał mocno w kość. Wiem już, że nie muszę się śpieszyć. Przystojny, blondyn podaje mi lód i mówi, żebym go sobie włożyła w koszulkę. Ucinam sobie pogawędkę z sześćdziesięciolatką, biegnie ze mną i oznajmia, że to jest jej 15-ty Ironman i nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa!

Kibice

Nie musisz się martwić, Twoja rodzina też nie będzie się nudzić. Jeśli zechce oglądać  Cię na rowerze organizator oferuje transport do Verony, gdzie czekając abyś śmignął im przed oczami 2 razy, mogą uczestniczyć w słynnym rodzinnym festiwalu. Inną możliwością jest skorzystanie z jednej z wielu dróg lokalnych prowadzących na najbardziej strome wzgórza na trasie (Old Sauk, Timberlane, Midtown) aby poczuć klimat podobny do tego jaki panuje na  Tour de France. Podjazd pod te wzniesienia nie może równać się z żadnym innym odcinkiem trasy. Jedziesz wśród szpalerów ludzi, szerokich na 5 osób z każdej strony. Czasami tłum gęstnieje tak bardzo, że dla zawodników zostaje przejazd o dwumetrowej szerokości. Widzowie wychylają się i do ostatniej chwili machają i krzyczą do przejeżdżający zawodników. Ogłuszający grzechot kołatek, dźwięki gwizdków i okrzyki towarzyszą Ci przez cały czas. Super sprawa, mobilizuje na trasie. Gdy brakuje przełożeń myślisz wtedy: : „kurcze, jak nie wjadę, to dopiero będzie wstyd” ;).

Jeśli Twoi bliscy zdecydują się pozostać w Madison, centrum – a zwłaszcza State Street – oferuje szereg atrakcji. W zasadzie, jeśli przyjrzysz się mapie biegu, zobaczysz, że Twoi kibice mogą stanąć w pobliżu końca State Street aby przemieszczając się nieznacznie , dopingować Ci wiele razy!

Finisz

Jeszcze tylko kilkaset metrów, piękny biały budynek Capitolu, czerwony dywan. Kuzyni z flagą i Michał czekający na mecie. Po prawie 11 godzinach ostatnie 100 metrów przebiegam sprintem i wpadam w objęcia męża. „You did it” – ktoś szepce do ucha.  Wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety nie mają końca. Takich momentów się nie zapomina :).

Ten rok kończy się dla mnie jak w bajce. Było ciężko, naprawdę…

Mam półtorarocznego synka, przestaje wierzyć w granice… 🙂

Obozowo

W domu:

Kiedyś proces pakowania trwał u mnie chwile – kostium kąpielowy, klapki, jakaś książka i kilka sukienek. Teraz – zmierzyłam czas niczym na treningu – pakowałam siebie i Stacha prawie dwie godziny. Młody człowiek, który jeszcze nie ma metra długości, ma więcej rzeczy niż Święty Mikołaj w swym worku. Myślałam, że jako stara doświadczona matka wzięłam wszystko. Gdzie tam. Już drugiego dnia  wieczorem zorientowałam się, że nie mamy off’u  przeciw komarom.

W podróży:

Podróż samolotem z Wrocławia do Palmy, sprawia, że czuję się jak przybysz ze wschodniej tundry na salonach u arystokracji. W samolocie tanich linii jest toaleta przewidziana dla rodziców z maluchami, a posiadanie małego dziecka jest przepustką do pierwszeństwa przy odprawie i wejściu na pokład poza kolejnością. Ponadto dziecko może mieć osobny bagaż podręczny. Nie musicie się więc głowić nad tym, jak wy to wszystko pomieścicie do jednej torby, możecie mieć dwie. Poza tym cały czas mogliśmy mieć ze sobą spacerówkę, z którą rozstaliśmy się dopiero przed wejściem do samolotu.

I co najważniejsze obeszło się bez ipada 😉

Port de Pollença:

Po niecałych trzech godzinach lotu jesteśmy oderwani od codzienności. Tu nikt nie straszy PISem, a powietrze przesiąknięte jest sosnowo-cytrusową nutą. W dwa tygodnie, zapomnimy o Polsce. Majorka to dzikie plaże, skaliste zatoki, lasy, łąki, pastwiska, przejrzyste wody o turkusowym odcieniu i wąskie uliczki wśród starych kamiennych domów. Ale co najważniejsze – Majorka to raj dla kolarzy! Wypożyczenie auta dla 3 osobowej rodziny jest tu tańsze niż pożyczenie 3 rowerów! Drogi ciągną się tu niczym wstążki. Serpentyny, górskie przełęcze, urwiska, klify. Albo asfalt tonący gdzieś w wodzie. Ruch jest tu niewielki, a kierowcy nie jeżdżą szybko i są przyzwyczajeni do rowerzystów, którzy o tej porze roku stanowią nieodłączny element rzeczywistości.

fot. Michał Kuczyński

Zamieszkamy w niewielkim miasteczku Port de Pollença – na północnym koniuszku wyspy w sąsiedztwie gór Sierra de Tramuntana.

Na miejscu jest wszystko czego nam trzeba – otwarty basen 25m z podgrzewaną wodą, serwis i sklep rowerowy, pomieszczenie na rowery i pyszne jedzenie.

7:30-8:00

Jesteśmy już po rodzinnym śniadaniu. Podczas gdy inni delektują się cappuccino i chrupiącym, pachnącym croissantem, my w biegu łapiemy coś do jedzenia, lecąc do kąta i wpychając sobie jak najszybciej do ust, prawie sie dławiac. W ostatnim czasie nasz Stach uwielbia eksperymentować z jedzeniem. Mimo, iż ma przed sobą pełny talerz, lubi i ma ochotę na to co leży akurat na naszych. Rzuca się na mój kotlecik, jakby spodziewał się znaleźć w nim złoty pierścionek.

Pozostaje nam obserwować bezradnie jak szczęście naszego dziecka rośnie, a porządek wokół maleje.

8:00-9:30

Ze stołówki biegniemy  na plac plac zabaw, a tam obowiązkowe kilkaset skłonów. Schylanie, podnoszenie, schylanie, podnoszenie… Układanie, zbieranie…  Po kwadransie jestem mokra od potu niczym maratończyk na mecie. Gdzieś w tym bałaganie jest moja koszulka rowerowa. O jest. Na ramieniu plama po kaszce. Na suwaku zasuszony banan. Gdzie komórka?! Ładowała się. Gdzie Garmin? Pokój hotelowy wygląda jak ruiny Berlina w ’45 a ja codziennie próbuję wyciągać z tego bałaganu jakieś wartościowe cegły i układać je od nowa.

Dzieci, szczególnie małe, rozprzestrzeniają się po domach szybciej niż kosmos się rozszerza, niż rosną nam biodra od bagietek i długi frankowiczów.

9:30-14:30

Trening rowerowy. Nareszcie mogę odpocząć. To nic, że na horyzoncie najbardziej stromy podjazd (największe maksymalne nachylenie Port de Sa Calobra 12.6%). To nic ;). 13-kilometrowa górska serpentyna wije się wśród skał lekko pod górę, by następnie opaść kilkaset metrów nad sam brzeg Morza Śródziemnego. Najsłynniejszym odcinkiem tej drogi jest Nudo de la Corbata („Węzeł Krawata”), na którym trasa zakręca pod kątem 270 stopni i biegnie pętlą pod wiaduktem. Poplątana niczym spaghetti szosa jest bardzo popularna wśród kolarzy. Wysiłek w takim krajobrazie jest… niemal bezcenny.

Na wakacje wzięliśmy rodziców i czuliśmy się za nich odpowiedzialni ;). Po powrocie do hotelu następowała więc zmiana warty. Rodzice na rower, my na bieg z malcem lub na basen.

fot. Michał Kuczyński

18:30

Pod koniec dnia koronny posiłek, kolacja! Nie mam siły na jedzenie. Dzieci milkną tylko gdy śpią. Najpierw uśpię synka, jak go uśpię, to coś zjem. Jednak wolę jego sen wykorzystać na to, że na chwilę i ja się położę. Przecież zjeść mogę jutro. Z głodu nie umrę. Nigdy nie jest się za szczupłą ani za bogatą ;).

I tak, męczymy naszego małego Stasia. W 20 stopniowym upale wybieramy się z nim na objazd wyspy.

Popatrz Stasiu—te kaktusy są większe niż ty cały. Popatrz Stasiu—oliwki są jeszcze malutkie i zielone, dojrzeją późna jesienią. W tym smaku zakochasz się od pierwszego tłoczenia. Popatrz Stasiu,to tu, w dolinie u stóp porośniętych sosną gór Tramuntana, leży przepiękna Valldemossa, miasteczko, które w 1838 roku gościło może najsłynniejszych zagranicznych turystów na wyspie – George Sand i Fryderyka Chopina. Popatrz Stasiu, widzisz te żółtozielone piłki na straganie? To melony. Zobacz jak słodko i mocno pachną. Popatrz Stasiu, kto tak zwinnie przeskakuje między skałami. To kozice. Bardzo lubią chrupki kukurydziane 😉

Spróbuj Stasiu, co to za kwaskowaty smak? To świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Można go tu pić na każdym rogu. Stasiu widzisz tą ciuchcię, która wygląda jak wypożyczona ze sklepu z zabawkami?  Liczy sobie dokładnie 100 lat. Wyrusza ze stolicy Majorki, sapiąc i klekocząc, pokonuje 27 km w ciągu godziny.

Mimo, że podróże z małym dzieckiem to upiorna logistyka (pieluchy, wózek, mleko, odparzona pupa) to może w dorosłym życiu człowiek ten odróżni jednak Majorkę od Minorki. O ile te podziały będą jeszcze wtedy istniały… Oczywiście, być może nasze dzieci z tych wczesnych podróży nie mają żadnych wspomnień. Za to my je mamy! Więc nie jest tak źle. Ponadto zawsze można obronić się słowami—każde wspomnienia odkładają się ponoć w piwniczkach i suterenach naszych umysłów.

Mój Ironman

Jest mi dość niezręcznie zabierać głos na temat Ironmanowy, ponieważ mój pierwszy był jednocześnie ostatnim. Wyznaję ze wstydem, ale niestety dystans 226 kilometrów okazał się już tak wyśrubowany, że po pierwszym starcie już nigdy nie zdecydowałam się na powtórkę. ½ Ironmana owszem, ale pełny już nie. Ale też nie było potrzeby. Przebywszy wpław, na rowerze oraz biegiem 226 km zdobyłam przecież wtedy swój Mount Everest, czyli wszystko, co było do zdobycia. Czułam się po zawodach tak, jakbym spełniła główny cel w życiu. I dumna byłam jak paw. Zawsze twierdziłam, że zaliczyć maturę, skończyć studia czy pisać jakieś tam felietoniki, to żadna sztuka. Za to pokonać 226 kilometrów to naprawdę nie każdy potrafi.

Aż do chwili, gdy zaczęłam rodzić SIŁAMI NATURY…

Mimo, że wcześniej przeczytałam niezliczone ilości książek na temat macierzyństwa, żadna z nich nie przygotowała mnie na to, że poród to rzeźnia, a pierwsze 6 tygodni po nim są prawdziwą masakrą. Miałam wrażenie, że wszystko jest przeciwko mnie – nawet zagięcie na pieluszce. Mój syn darł się, a ja kompletnie nie wiedziałam, o co mu chodzi….Z mózgiem otępionym jedną godziną snu na dobę, z cyckami zaropiałymi jak po jakiejś supersesji sado maso chciałam natychmiast wrócić do pracy, sportu, schudnąć. A tymczasem wzięłam już urlop, nie chudłam, ponieważ karmiłam piersią, a więc wstawałam w nocy głodna i z maksymalnym poczuciem winy żarłam buły. O sporcie też musiałam zapomnieć, by organizm mógł się zregenerować. Na dodatek wszystko chciałam robić sama, żeby pokazać, jaka jestem dzielna i to mnie umordowało na maksa.

O święta naiwności!  Wtedy dotarło do mnie, że wszystkiego co wiem o tym, jak zachować zimną krew w stresie, nauczył mnie sport, może więc bycie rodzicem to jakby start w Ironmanie! Bo jeśli zaraz na początku dam z siebie wszystko, padnę po kilkudziesięciu kilometrach. A jeśli zostanę na starcie myśląc, że nie zaszkodzi jeszcze poodpoczywać, pozałatwiać sprawy i mogę wyruszyć za godzinkę lub dwie – sromotnie przegram. Będę w tym wyścigu miała odcinki sprintu, gdy pędzę, jak mogę najszybciej. Będą podjazdy pod górę, kiedy trzeba się mocno napracować, mimo iż wydaje się , że stoję w miejscu. Potem zjazdy z górki, na których nie warto się męczyć – to czas na odpoczynek. Trochę pływania w grupie, kiedy można płynąć w drafcie i trochę finiszów, kiedy trzeba dać z siebie wszystko.

Chodzi o to aby w tym całym szaleństwie znaleźć złoty środek. Kocham synka, ale czasem chcę go zostawić w domu pod opieką i iść na trening z Michałem albo przyznać się do tego, że po prostu nie dam rady czegoś zrobić. Bo niewyspana i zła mama, która czuje się ubezwłasnowolniona i pozbawiona przyjemności życia – to niedobry początek.

Uznałam więc, że należy „kuć żelazo póki gorące”. Dwa i pół miesiące po pojawieniu się w naszym życiu Stacha wystartowałam w pierwszych zawodach na 10 km. Parę dni wcześniej spróbowałam przebiec ten dystans na treningu po to, żeby sprawdzić, czy mogę próbować biec tyle „przy ludziach”. Dwa tygodnie później wzięłam udział w wyścigu kolarskim na dystansie 85 km, który wygrałam!!! W Sierakowie po zajęciu drugiego miejsca (zaludniłam nową kategorię K-35) byłam tak wzruszona, że wlazłszy na pudło prawie nie wygłosiłam przemówienia, wprawiając w osłupienie wszystkich obecnych, bo nie jest przyjęte, żeby ktoś odbierał nagrodę za olimpijkę i wykrzykiwał coś łamiącym się ze wzruszenia głosem. Do dziś nie mogę uwierzyć jakim cudem dałam radę w Mietkowie, w Nocnym Półmaratonie, Triathlonie Świętokrzyskim i w Wolsztynie. Dziadkowie, choć wciąż są aktywni zawodowo tak starali się planować swoje weekendy, żeby z nami wyjeżdżać, i to oni zajmowali się małym, kiedy my trenowaliśmy.

Mój powrót do pełni sił trwał około 9 miesięcy. Jako taki sukces upatruje raczej w ambicji i uporze. Kiedy biegłam na trening z wózkiem, to ludzie zapewne mieli mnie za zidiociałą matkę, która leci do domu, bo zapomniała wyłączyć żelazka.  Jednak macierzyństwo sprawia, że już nic nie wydaje się dziwaczne. Można jeść śniadanie w okularkach pływackich, albo można udawać, że tylko dla malca skacze się na trampolinie i kupuje się elektryczną kolejkę. Dzisiaj, gdy Stach nie daje nam spać mam ochotę podać mu whisky łyżeczką, ale karmie go sałatkami, unikam soli i cukru. Czekam aż zaśnie zanim napije się lampki wina. Nie jestem idealna. Czasem bywam zbyt pobłażliwa, innym razem zbyt ostra. To co działa na synka w jednym tygodniu, nie sprawdza się w drugim. A gdy myślę, że w końcu go rozgryzłam on “dorasta” i wszystko zaczyna się od nowa. Prawda jest taka, że o byciu mamą nie mam cholera bladego pojęcia i podejrzewam, że nikt nie ma, bo w tych czasach macierzyństwo to abstrakcja… A najgorsze jest to, że dopiero gdy Stachu dorośnie dowiem się czy się sprawdziłam, ale wtedy będzie już za późno, żeby cokolwiek zmienić.

Mimo wszystko jednak dałam radę. Rezultat i wysiłek jaki musiałam poświęcić świadczy dobitnie, że Ironmany nie są moją specjalnością, że w ogóle nie powinnam była startować i że słusznie nie ponowiłam już próby. Ale z drugiej strony, czy mogłabym mieć taką satysfakcję, jaką mam do dziś, gdyby poszło łatwo? Milton Friedman powiedział, że nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch. I nie ma czegoś takiego jak darmowa miłość. Ona bardzo wiele kosztuje. Bycie rodzicem jest najtrudniejszą i najgorzej płatną robotą, jaką kiedykolwiek mieliście. Ale wiecie… warto.
I nie zamienię jej na żadne Mistrzostwo Świata 😉

Wózek do zadań specjalnych ;)

Nasz Maluch od zawsze nudził się leżeniem. No chyba, że się z nim biegało 😉 Początkowo służyła nam do tego pożyczona gondola. Jednak z uwagi na bezpieczeństwo oboje uznaliśmy, że lepiej będzie poszukać innych rozwiązań… Michał przeanalizował rynek i oznajmił , że tylko jeden wózek spełnia wszystkie nasze kryteria – Chariot CX1 marki Thule. Natomiast ja nie miałam pojęcia, że są na świecie takie super kosmiczne modele wózków! CX1 przypomina trochę TRANSFORMERS i będziecie zaskoczeni jakie może przybrać formy! Po drobnych modyfikacjach oprócz oczywistej wersji biegowej można go używać jako przyczepki do roweru a zmieniając mu koła na płozy można ciągnąć za sobą podczas jazdy na biegówkach. Mając więc odpowiedni zestaw możemy biegać na nartach, jeździć rowerem lub na rolkach, uprawiać jogging, trekking i nordic walking! Niestety triathloniści – pływać się nie da ;).

Prawie wszystkie modele występują w wersji jedno i dwuosobowej i nadają się do transportu dzieci od wieku niemowlęcego do 7 lat! Na początku, kiedy  Stach nie potrafił jeszcze samodzielnie siedzieć, miał około 4 miesięcy, zawieszaliśmy wewnątrz przewidziany na takie okoliczności hamak. Nasz mały pasażer podziwiał świat w pozycji półleżącej, nie obciążając kręgosłupa.

Ponadto wózek doskonale chroni przed deszczem, wiatrem słońcem a nawet spalinami, kurzem i hałasem za pomocą wygodnych i łatwych w zaciąganiu elementów takich, jak moskitiera, panele przeciwsłoneczne albo przezroczysta, plastikowa kurtyna. Sprytnie skonstruowana osłona przodu pomaga w regulacji temperatury wewnątrz wózka.

Do tego jest lekki i łatwy do prowadzenia, nawet w trudnych warunkach, a w wersji spacerowej skręcają mu się przednie koła. Można manewrować z nim na co dzień, przeciskając się wśród regałów w sklepie, gdy do dziecka przytoczonych jest dziesięć kilo oprzyrządowania. Można biec wyboistą leśną ścieżką, mimo że w środku śpi Maluch, czy pokonać rowerem karkołomny zjazdy bez obaw o wstrząsy.

Solidny i piękny. Umieszczenie go w bagażniku nie wymaga umiejętności Davida Copperfielda, a po złożeniu nie zajmie w nim całego miejsca. Ba jako dziecko z pewnością marzyłabym o takim wózku. Niestety nie miałam szansy. Kiedy byłam maluchem jeździłam strasznym gratem. Teraz jako mama mogę to wreszcie nadrobić 😉 Nic dziwnego, że Mały Stach gdy tylko szykujemy się do wyprawy, śmieje się całym sobą i oczy robią mu się wesołe. Ale chyba najbardziej cieszy się, że może spędzić więcej czasu z mamą i tatą, a my rodzice nie musimy zastanawiać się które z nas danego dnia zostaje z Malcem, a które idzie sobie pośmigać ;).

Mam też wrażenie, że napotkani przechodnie uśmiechają się do nas częściej, niż gdy biegaliśmy sami 😉

P.S. Macie namiary na jakieś tanie rowerki biegowe;)?

Kobiety Wyspiańskiego

Mówią, że posiadanie dziecka przypomina chodzenie z kula armatnia u nogi. Otóż wyobraź sobie, że masz do dyspozycji 10 minut ciszy, bo tyle mniej więcej dziecko do 6 miesiąca życia jest w stanie zabawiać się samo. Z kolei aby skutecznie zgłodnieć do obiadu uprawiasz wyczynowy bieg z przeszkodami po tym niesamowitym mieście z wózkiem, torbą, peleryną i całym tym rodzicielskim majdanem w plecaku, jakieś dziesięć kilo oprzyrządowania. Twoje „spontaniczne” wypady w góry czy do miasta wymagają  planowania, a i tak nigdy nie wiadomo czy dojdą do skutku. Jesteś wiecznie spóźniona i jeśli kiedykolwiek wydawało Ci się, że nie masz na nic czasu-myliłaś się. Macierzyństwo to szaleństwo!!!  I choć wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że jesteś uziemiona na lata, to fakt, że nie ma Cię na liście startowej ani na tabeli wyników popularnych zawodów , nic nie znaczy, w porównaniu z tym, że Twój syn zrobił zawodową kupę albo uśmiechnął się do Ciebie jednym zębem. Nie powiem – zdążyłam tego nicponia polubić 😉

Wiele przerażających scenariuszy, które nękały mnie zanim zdecydowałam się mieć dziecko, nie ziściło się-nie straciłam pracy, nie mam w sporcie gorszych wyników, dziecko nie sprawiło, że jestem jeszcze głupsza niż byłam zawsze ani że jestem mniej efektywna. Dziecko pożera czas, ale daje się mu ten czas z przyjemnością i po prostu jest się bardziej zorganizowanym. Opieka nad niemowlęciem jest co prawda męcząca fizycznie, ale nie aż tak, jak mi się dwa lata temu wydawało, że nie będzie siły na porządny trening. W zasadzie po kilku dniach od porodu można zacząć się ruszać, nie potrzebne żadne poradniki, wszystko da się zrobić instynktownie. Po prostu aby zdążyć między karmieniami decydujesz się na krótszy dystans – olimpijski (1,5 km pływania – 40 km jazdy na rowerze -10 km biegu). Co prawda na początku doświadczasz dużej pokory próbując wcisnąć się w swój stary trisuit. Cóż … młoda mama ubrana w tak obcisły, wykrojony kostium to widok nie pozostawiający wiele miejsca wyobraźni ;)…

Sięgnijmy pamięcią wstecz – dawniej wszystkie matki siedziały w domach z dzieckiem u piersi. Wystarczy wybrać się do muzeum, aby przyjrzeć się sportretowanym przez mistrzów kobietom. Żadna matka nie gra tu np. z nastoletnim synalkiem w szachy, nie jedzie z córeczką konno. Mężczyźni byli na polowaniu, na roli – często w akcji. Matki przeważnie karmiły lub też patrzyły w dal. Dziś naprawdę trudno ucapić siedzącą nieruchomo matkę z dzieckiem. Karmienie jest najmniej istotne, kobiety dziś są otwarte na to co przynosi los. Sama przesuwam się ze Stachem u boku na trening. Do banku, do biblioteki, na zawody sportowe. Nawet do kina można zabrać dziecko . Raz w tygodniu, na tych specjalnych seansach, obserwuję pełną salę kobiet. Aby spotkać się ze znajomymi w parkowej kawiarni ciągnę za sobą Stacha w rowerowej przyczepce.

Moja odważna koleżanka będąc na urlopie macierzyńskim postanowiła zabrać swoją maleńką córeczkę w podróż dookoła świata! Dziś prawie każdy fitness klub oferuje zajęcia dla mam z dziećmi . Kobiety w pocie czoła ćwiczą brzuszki, a poza matą raczkują ich dzieci. Podobnie jak podczas czwartkowych zajęć ogólnorozwojowych GT RAT, gdzie trenerka szkoli naszą pociechę, gdy rodzic pracuje nad core stability.  

Moja znajoma, który prowadzi  własną firmę, opowiada, że często do biura przychodzi z dzieckiem, które większość czasu przesypia w swoim bujaczku. Natomiast podczas ostatniego Sylwestrowego biegu w Trzebnicy nie tylko my biegliśmy, pchając przed sobą niemowlę w wózku sportowym.

Prawda jest taka, dzieci dziś uczestniczą w aktywnym życiu matki i Wyspiański musiałby się nagonić, by takie macierzyństwo uchwycić :).

Dzień Mamy

Po raz pierwszy obchodzę Dzień Matki jako matka, a nie córka. W tym dniu życzę sobie, aby mój synek nie czuł się nigdy przytłoczony moimi marzeniami, ale jednocześnie, aby nikt nie odebrał mi prawa do marzeń :).

image

Wejście w dorosłość ;)

Jak rodzi ci się dziecko, to przyczepność do podłoża zwiększa się o sto procent. Wcześniej czułam jakbym przyleciała tu na gumce z kosmosu. Co za wstrętny świat. Myślałam tylko o sobie, co by tu jeszcze zrobić ze swym życiem by miało sens. Wymyślałam nowe triathlony, maratony, coraz droższe zabawki i tak bez końca.Teraz jest inaczej: odpowiedzialność za dziecko to coś zupełnie nowego. Jestem dla niego główną dystrybutorką tego świata. Nareszcie nie myślę tylko o sobie.

Dostrzegłam w życiu nowe wartości, które się liczą…

Na przykład przestałam przejmować się głupstwami. Tym, że Michał ma zły humor ;), tym, że sąsiad krzywo się spojrzał, tym, że forma spadła i wszystkie moje rywalki są trzy przystanki tramwajowe dalej. Prawdziwe życie czeka w domu i uśmiecha się gdy tylko przekroczę próg domu.

Prawdziwy problem to na przykład choroba dziecka, ale już nigdy kłopotem nie będzie to, że ktoś mnie nie lubi, że może się starzeje, że nie mogę zrealizować treningu, że przed zawodami zżera mnie stres, że zaczynają mi wypadać włosy albo na głowie pojawiają się białe nitki i że nie mam pianki do pływania.

Kumpel z grupy martwi się, że nie zdobył koma. Inny cieszy się bo kupił czasówkę z elektronicznymi przerzutkami i szalenie go to bawi.

Przyglądam im się pobłażliwie.

Kto by się przejmował takimi głupotami.

To chyba znak czegoś ważnego.

Wreszcie dorosłam, choć w codziennym rozgardiaszu nawet tego nie zauważyłam 😉

Co dobre dla mamy-dobre dla dziecka :)

Dawno nic nie pisałam, dlatego obawiam się, że zdążyłam już zapomnieć, jak to się robi.. No nic, spróbuję..

Siadam, wypijam pięć kaw i w pierwszej kolejności dociera do mnie to, że od dwóch miesięcy nie miałam w głowie żadnej klarownej myśli…

Nasz synek budził się regularnie o 2:30 i 5:30 w nocy. Za każdym razem potrafił pić mleko przez godzinę. W tym czasie niejeden dorosły zjada posiłek z trzech dań i popija winem! Najgorsze było jednak to, że Stacho wstawał później radosny, wypoczęty i z nadzieją na pełen przygód dzień…

Zdumiewające jak szybko rodzic dostosowuje się do 20-godzinnego dnia i 4-godzinnej nocy;) Pomimo wszystko, po 4 tygodniach wyszłam z domu trenować. Początkowo był to basen, ćwiczenia na sali, siłownia. Dopiero później jazda na rowerze, a na samym końcu bieganie. Oczywiście nie były to treningi na wysokim poziomie. Bardziej chodziło o to, żeby się poruszać, odprężyć, ponieważ spokojna i zrelaksowana mama to przecież czysty zysk i dla taty i dla Stacha ;D. Tak więc spokojnie, z rozwagą wracam do gry. Tata Stacha zapewnia, że stanie na głowie by mi to umożliwić, a on zawsze dotrzymuje słowa. No chyba, że się na tą Konę dostanie…;)

Wróćmy jednak do czasów, kiedy spałam ile chciałam , gdzie chciałam i kiedy chciałam i co najważniejsze nie musiałam na każdym kroku wciągać BRZUCHA. Ponieważ ciąża była dla mnie jak dotąd jedyną okazją do życia z brzuchem, zaczęłam identyfikować się z osobami tęgimi.. Znalazłam się w ciele, którego absolutnie żaden magazyn kobiecy nie uznałby za idealne. Inni mężczyźni gapili się tylko na mój brzuch i żaden z nich nie tracił bodaj sekundy na kontemplacje mojej twarzy. Posiadałam 2 koszulki, w których nie wyglądałam jak parówka w osłonce. W III trymestrze mój brzuch spoczywał sobie wygodnie na moich udach. Zmienił mi się środek ciężkości i dziwnie podnosiłam nogi do góry. Dzięki Bogu za ćwiczenia mięśni pleców. Gdyby nie one mój lędźwiowy zwinąłby się na kształt śledzia. Kości miednicy  doświadczają magii hormonu relaxin – rozluźniają się powięzie spajające kości miednicy i coś pobolewa. To wszystko trzeba samemu na sobie wyczuć, na spokojnie i bez żadnej paniki.

Ciężko wtarabanić się na rower, bo brzuch ociera o uda. Nabrzmiałe piersi przy bieganiu bolą. Nie dopinam się w stanikach sprzed ciąży i na każdy dotyk reaguję czymś na podobieństwo “odruchu moro”. Zahaczam brzuchem o kuriera w windzie.  W autobusie czuję, że zajmuję już tyle miejsca stojąc, że napieram na plecak jakiegoś studenta i że może powinnam kupować dwa bilety. W końcu przecież podróżuję z człowiekiem przemycanym w brzuchu. W dodatku Stacho coraz częściej traktuje moją miednicę jak hamak, a pęcherz jak worek treningowy, nie wspominając o napadach głodu na miarę drapieżnej bestii!:)

Pomijając fakt, że przez kilka pierwszych tygodni byłam zajęta walką z mdłościami i wahaniem poziomu hormonów, było to dla mnie kilkanaście bardzo długich i dezorientujących dni. Bo gdy jest się aktywną sportowo kobietą, to słowa lekarza, że: „może Pani śmiało codziennie wychodzić na spacery” wywołują raczej frustrację zamiast radości…

Szczęśliwym trafem, dzięki przyjaciółce (crossfiterce, biegaczce i mamie dwóch dziewczyn), trafiłam do dr Krzysztofa Bielickiego. Doktor oprócz tego, że jest świetnym fachowcem, jest też biegaczem amatorem. Po badaniu i orzeczeniu, że wszystko z maleństwem jest w porządku powiedział: “Olimpia rób to co robiłaś! Pływaj, jeździ, biegaj i ruszaj się, dopóki będziesz mogła. Kontroluj przybieranie na wadze, zwiększ kaloryczność posiłków o 30% w stosunku do diety sprzed ciąży oraz zwróć uwagę na podaż NNKT. Położenie się teraz i nicnierobienie będzie krzywdzące dla Ciebie i dziecka.” Lekarz wyjaśnił, że w moim przypadku tak intensywne treningi nie szkodzą, ponieważ moje ciało jest do nich przyzwyczajone. Jednak nie można zapomnieć, że treningi w ciąży mają pomóc w utrzymaniu kondycji, a nie być sposobem na jej budowanie.

Rzeczywiście ćwiczenia sprawiały, że moje samopoczucie było coraz lepsze. Organizm sam podpowiadał na co mogę sobie pozwolić, więc dostosowywałam aktywność do swoich aktualnych możliwości. Bo jeśli myślisz ze ciąża to środek dopingujący jesteś w błędzie. Nie ważne jak bardzo się starasz, nie będziesz w stanie trenować z tą samą intensywnością. I żadna ambicja sportowa nic tutaj nie da, bo fizjologia broni malucha w brzuchu. To jednak nie miało dla mnie znaczenia, ale mimo wszystko nie spodziewałam się, że będzie mi to wychodziło tak dobrze. To był okres, w którym szczególnie wsłuchiwałam się w swoje zdrowie.

Mój tydzień wyglądał bardzo podobnie jak przed ciążą. 2x w tygodniu pływanie, 1x ćwiczenia siłowe, 3-4x jazda na rowerze, 2-4x bieganie, 1x joga. Jeden dzień w tygodniu bez względu na wszystko wolny.

Najgorzej szło mi bieganie. Choć czasami zdarzało mi się przebiec 21 km, to bezpieczną dla mnie granicą było 10-14 km. Jeżeli zdarzyło mi się przebiec więcej, następnego dnia czułam się bardzo zmęczona i nie byłam w stanie szybko się zregenerować. Musiałam też uważnie obserwować tętno, gdyż rosło ono o wiele szybciej niż przed ciążą. W 8 miesiącu biegałam już tylko dwa razy w tygodniu, aż do 37 tygodnia pokonując ok 8 km w spokojnym dla mnie tempie ok 6:00 min na km, ale raz w tygodniu obowiązkowo nordic walking po Ślęży.

image

Najlepiej czułam się w wodzie. Pewnie dlatego, że z każdym miesiącem poprawiała mi się wyporność ;). Do 9 miesiąca pływałam z grupą, czyli od 2800 do 3500 m. Ćwiczyłam też na siłowni wzmacniając mięśnie grzbietu i rąk, choć moja stabilizacja była bez wątpienia gorsza niż wsteczne parkowanie ciężarówką pod przekraczającym wszelkie normy wpływem alkoholu ;).

W 6 miesiącu uczestniczyłam w obozie w Szklarskiej Porębie. Tam trenowałam razem z innymi zawodnikami, co prawda nie wysilałam się tak, jak kiedyś, ale nie było też mowy o obijaniu. Jednego dnia urządziłam sobie marszobieg z Lądka Zdroju do Szklarskiej Poręby 😉

Jeśli chodzi o rower to do końca drugiego trymestru jeździłam na szosie. Zrezygnowałam jedynie z jazd w grupie. Obowiązkowo raz w tygodniu podjazdy w Wilkszynie, raz Wzgórza Trzebnickie i  trasa na Mietków. W czasie treningów rowerowych zamiast zwykłej porcji izotoników i batonów, zjadałam ogromną kanapkę i popijałam ją wodą z dodatkiem soku z cytryny. Od listopada przeniosłam się na spinning. Pilnowałam tylko, aby się nie przegrzać i dużo pić.

Ostatnie zajęcia odbyłam tydzień przed porodem. Jasne, w ostatnich dwóch tygodniach tej energii było już nieco mniej ;). Stałam się oficjalnie slooooooow, jednak ćwiczyłam do samego końca. Poza tym normalnie funkcjonowałam – robiłam zakupy, remontowałam mieszkanie…

Na szczęście poród za mną. Ostatecznie było trochę dymu – wszelkiego typu (Ironman w porównaniu z 4,1 kg Stacha to pryszcz, wiem co mówię :]), ale teraz cieszę się, że nasz synek jest zdrowy i jestem ciekawa jak sobie dam radę z nową fazą macierzyństwa. Wszystkie mądre książki mówią, że w ciągu 6-18 miesięcy powinnam wrócić do szczytowej formy :). Z moich obliczeń wynika, że to może być listopad – grudzień ;P . Nie jest to proste, ale wykonalne. W wolnej chwili już robię ranking najlepszych zawodów na 2016 r., zaczynam myśleć o planie treningowym „po” i kwestiach organizacyjnych, z jakimi przyjdzie mi się mierzyć. Ale o tym później.

Póki co gdzieś tam za ścianą śpi jakiś mały facet, który już ma z nami zostać, i bardzo trudno się przyzwyczaić do tej myśli 😉

Mój nowy partner treningowy

Nadszedł czas by postawić kolejny krok. Mam nowego partnera treningowego

Rozpoczęliśmy współpracę w kwietniu
i na początku nie znaliśmy się zbyt dobrze, ale już wtedy miałam przeczucie, że ten
związek będzie miał bardzo silną więź…

Mój nowy sparingpartner  wyzywa mnie na pojedynek w sposób, którego nigdy
wcześniej nie doświadczyłam. W początkowych miesiącach szybko znalazł nieznany dotąd poziom
wyczerpania, szczególnie po naszych porannych sesjach.  Ten nowy dodatek do zespołu ciągle krzyżuje mi
szyki i to na wszystkich  poziomach
energetycznych mojego organizmu.

Nudzi się dużo szybciej i często już po 40 minutach truchtu chce wracać do domu, ale ja się z tego powodu nie oburzam. Za to uwielbia rower i pływanie, co cieszy mnie szczególnie. To jedyna taka istota dla której jestem gotowa odpuścić… byle tylko jemu było znośnie 😉.

I tak
już się zaprzyjaźniamy od 5-ciu miesięcy. Możemy na siebie
liczyć. Zdobyliśmy srebro w Sierakowie, choć jeszcze o sobie nie wiedzieliśmy. Wszystko układa się wspaniale, jestem zmotywowana, czuje przypływ pozytywnej energii, chęć do
pracy i nowych wyzwań!  Po prostu CZUJĘ ŻE ŻYJE (!) z moim nowym kolegą szkolenia i wiem, że nie mogłam dostać
lepszego kumpla! 😉 

Poznajcie Stacha:

image

Nie wiedziałam że tak będzie

 Bike Magazyn 9-10/2014

 

image

„Kolarstwo jest jedną z
najtrudniejszych dyscyplin sportu. Nawet najgorszy kolarz jest wciąż wybitnym sportowcem”. Słowa Marco Pantaniego nie są obce chyba żadnemu kolarzowi. A co
jeśli do roweru dodamy jeszcze pływanie i bieg? Triathlon obecnie cieszy się co raz większą popularnością. Wielu zawodników, często znudzonych już maratonami MTB, zaczyna szukać nowych wyzwań i próbować swoich sił właśnie w tej dyscyplinie sportu. I choć wymaga to wkładu ogromnej i ciężkiej pracy, nie
brakuje kobiet, które chcą sprawdzić siłę swojego charakteru. Jedną z nich jest Olimpia Wojtyło, której przygoda z triathlonem rozpoczęła się dosyć niedawno, a na swoim koncie ma już sporo znaczących sukcesów, m. in. ukończenie Ironmana.

Na     wstępie gratuluję sukcesów! Jeszcze kilka lat temu można było Cię spotkać na trasach maratonów MTB. Teraz możemy śledzić Twoje wyniki w zawodach     triathlonowych. Skąd taka zmiana? Pomysł trenowania triathlonu był     spontaniczną decyzją czy raczej rodził się w Twojej głowie powoli?

Dziękuję – to co powiedziałaś na wstępie niewątpliwie jest wspaniałe, ale trochę krępujące.

Moja historia jest opowieścią o sportowcu z przypadku. Triathlon  to był wybryk, biorąc pod uwagę fakt, że po trzydziestce ciężko nauczyć się nowych rzeczy, a co dopiero trzech dyscyplin sportowych 🙂

Pierwszy raz oglądałam zawody Ironman zaledwie trzy lata temu, zresztą za namową instruktora Spinningu, który kilkukrotnie brał w nich udział.  Była to pamiętna relacja z 1982 roku, gdy Julie Moss upadła i na zakrwawionych dłoniach i kolanach czołgała się do linii mety. Tłum widzów uformował dla niej szpaler, skandował i dopingował ją do walki. W tym samym czasie Kathleen McCartney, dotychczas druga, minęła rywalkę i podążyła do mety, gdzie została ogłoszona mistrzynią. Judy finiszowała 29 sekund później. Siedziałam ze ściśniętym gardłem. Pomyślałam sobie wtedy: „To jest coś niesamowitego. Jazda na rowerze górskim to przy tym letargiczny spacer!” Czy miałabym jakieś szanse? Czy spaliłabym się, albo odpadła  w  przedbiegach?
Byłam zauroczona… Kilka tygodni później, leżąc rozłożona na kanapie i pochłaniając  ketchup za pomocą zimnej parówki, usłyszałem w Radiu Wrocław o projekcie Radiowej Akademii Triathlonu. Zanim zdążyłam pomyśleć w co się pakuję wzięłam  udział w eliminacjach. Omal z krzesła nie
spadłam, gdy usłyszałam, że zostałam wybrana. Zanosiło się na rewolucję. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to niespodziewane zdarzenie zmieni moje życie na dobre.

Od tego momentu  minęły 3 lata , ale gdy tylko przychodzi moment roztrenowania skrzykuje znajomych, bierzemy  rowery górskie i jedziemy do lasu lub w góry po maseczkę błotną z domieszką wiatru i słońca. W najlepszych salonach kosmetycznych  takiej na próżno szukać 🙂

Domyślam  się, że wprowadziło to wiele zmian w Twoim życiu i wymagało niemałej odwagi i determinacji.

Dotychczas sport miał dla mnie spontaniczny charakter. Nie miałam pojęcia jaki dystans przejechałam, ile spaliłam kalorii, jakie miałam maksymalne tętno. Nie miałam pulsometru, nie było żadnych pozycji w dzienniczku treningowym do odhaczenia. Bazowałam na swoich odczuciach. Włącznie z tym, że część maratonów MTB przejechałam  na rowerze trekkingowym i zwykłych pedałach. Z technicznego, a właściwie z każdego punktu widzenia było to wybitnie nieprofesjonalne. Żerowałam na fakcie, że amatorowi wolno wszystko.

Jest jednak coś co pcha mnie do przodu – upór.  Nie raz spadałam w klasyfikacji o dziesiątki miejsc  i  jeśli ktoś, założyłby się ze mną 3 lata temu, że ukończę dystans Ironmana, zmieszczę się w limicie czasu,  a przy tym pokonam  kilku mężczyzn – spojrzałabym na niego z niedowierzaniem. Wyobraźcie sobie co by było gdybym zachowała takie nastawienie do dziś. To od nas zależy czy wyczarujemy „możliwe” z „niemożliwego” :).

Początki prawdziwego  treningu były trudne, nie powiem… Pojawił się trener, który ostrzegał:   „Pierwszy rok jest ciężki dla każdego”. Bezsprzecznie, oznaczało to jeszcze mniejszą ilość czasu dla siebie w ciągu dnia, który w miarę rozwoju stawał się coraz ciaśniejszy. Pomijając bankructwo , próby poskromienia trzech dyscyplin różnie się kończyły, ale w rezultacie to one były górą. Po mojej stronie bilansu – kilkanaście wielkich siniaków  i dłuuuuga lista przekleństw.  Nie pamiętam  ile razy wpadałam pod prysznic, podpierając się nosem. Albo ile razy wracałam do domu tak padnięta, że nie bardzo rozumiałam co do mnie mówią domownicy. Dopiero po paru miesiącach doszłam do siebie po szoku, jakim było  uświadomienie sobie wszystkich życiowych możliwości.  A teraz, po latach, wstaję rano i zaczynam układać plan tygodnia w oparciu o trening. Codziennie muszę znaleźć czas na dwa treningi, co w tygodniu daje mniej więcej 20 godzin.   To jakby nie patrzeć praca na pół etatu! Do tego dochodzą obowiązki służbowe w których trzeba być maksymalnie efektywnym, no i trzeba znaleźć czas na regeneracje. Dziś poranne wylegiwanie się w łóżku praktycznie nie wchodzi w rachubę, choć nie jest łatwo wygrzebać się z ciepłej pościeli, ale jeżeli chce się uczestniczyć w życiu rodzinnym, zjeść razem śniadanie, to by pojeździć rano na rowerze, trzeba wstać o godzinie 4 lub 5. Na szczęście mój mąż też trenuje, więc  w zaciszu piwnicy, kręcąc kolejną godzinę na trenażerach, możemy sobie spokojnie porozmawiać…Nigdy się jednak nie zastanawialiśmy czy czasem nie lepiej byłoby posiedzieć przy dobrej kolacji…:)

Najtrudniejszy pierwszy krok… Jak wspominasz swój pierwszy start? Pamiętasz o czym wtedy myślałaś?

To jak z pierwszą jazdą na rowerze.  Nigdy tego nie zapomnę. Mój debiut miał miejsce w Radkowie na dystansie olimpijskim (1,5 km pływania, 40 km jazdy na rowerze, 10 km biegu). Miałam  za zadanie  potraktować to jako przetarcie przed moim triathlonowym startem typu A, czyli ½ Ironmana w Borównie.

Trenowałam krótko więc telepka, drżenie rąk i bezsenność towarzyszyły mi na kilka dobrych dni przed startem. Całą trasę przemierzałam we śnie tysiące razy… Bałam się, że pojadę na rowerze w czepku albo, że nie zdołam zdjąć pianki. Stresowało mnie
dosłownie wszystko. Od formy ogólnej począwszy, przez świadomość niedoskonałości w poszczególnych dyscyplinach, na technice zmian kończąc. Nie wiedziałam jak będzie funkcjonował żołądek i czy będę wiedziała kiedy coś zjeść, kiedy się napić, a kiedy po prostu walczyć dalej i się bez sensu nie opychać. Potwornie bałam się, że przeszarżuję na pływaniu i wychodząc z wody będę trupem. Albo tak skupię się na szybkim rowerze, że na bieg nie zostanie mi już grama sił.

Obmyślanie taktyki na niewiele się zdało. Na pierwszych zawodach popełniłam wszystkie możliwe błędy amatorów. Pamiętam, że z wody wyszłam z podbitym okiem, było zimno i w strefie zmian   zaczęłam ubierać kurtkę –która  nie chciała dać się założyć na mokre ciało. Potem na rowerze goniłam ile sił, a na bieg „wyleciałam” sprintem. Wydawało mi się, że wytrzymam tak cały dystans, ale sił starczyło tylko na kilkadziesiąt metrów. Mimo wszystko  udało mi się ukończyć zawody ale nie przypuszczam,  żebym na kimkolwiek mogła zrobić wrażenie.

Czy według Ciebie osobie, która wcześniej trenowała kolarstwo łatwiej jest  rozpocząć treningi triathlonowe? Z jednej strony kolarze mają wypracowaną wytrzymałość zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Z drugiej jednak strony w     grę wchodzą tutaj już trzy dyscypliny sportu, w których trzeba sobie dobrze radzić i umiejętnie połączyć je w jeden plan treningowy.

Oczywiście, myślę, że osobom, które wcześniej trenowały  łatwiej jest startować  i rywalizować z uwagi na znajomość reakcji własnego organizmu.

W moim przypadku  nabyte wcześniej umiejętności jazdy w grupie okazały się pomocne w triathlonie na dystansie olimpijskim. W części rowerowej szarpany i interwałowy styl jazdy przypomina raczej uliczne kryteria kolarskie. Znacznie więcej jest tu elementów taktycznych, trzeba szybko „obliczać” co się opłaca, a co lepiej sobie odpuścić. Zaczekać na grupę z tyłu, czy gonić tę na początku? Pracować z przodu, czy się „wozić”?

Jednak w  większości imprez triathlonowych jazda na kole jest surowo zabroniona.  Tu z pewnością zaprocentują  godziny spędzone na bezlitośnie niewygodnym  siodełku oraz odpowiednia technika pedałowania.

Nie sposób nie wspomnieć też o alternatywie „asfaltowej” wersji – wyścigach cross triathlonu, będących alternatywą i polem do popisu dla miłośników kolarstwa górskiego.

Mimo wszystko triathlonu nie można rozpatrywać jako trzech osobnych dyscyplin, tylko jedną, składającą się z trzech. W trakcie każdej z nich nasze ciało pracuje inaczej i trzeba przyzwyczaić się do przestawiania go na inny „tryb”.

Zadanie jest tym trudniejsze ,że poszczególne składowe triathlonu wpływają na siebie niekorzystnie. Bieganie to niezbyt dobry sposób spędzania czasu dla kolarzy i pływaków. I tak w kółko w każdej kombinacji.

Ale z pewnością nabyte doświadczenie i „kolarskie” cechy charakteru mogą wiele ułatwić  początkującemu triathloniście?

Myślę, że kolarstwo nauczyło mnie siły, wytrwałości, zaradności i niezależności. Niewątpliwie był to punkt zwrotny.

Triathlon i kolarstwo, to bardzo specyficzne dyscypliny sportu. Nie da się przez większą część doby być w ciągłym  ruchu, nie odczuwając przy tym żadnego dyskomfortu. Podczas treningów czy wyścigów sporo myśli przewija się w głowie. Mam chwile gorsze i lepsze. Sztuka polega na tym  aby w momentach kryzysu potrafić i starać się przezwyciężyć swoje słabości, bóle czy dolegliwości. Nasze samozaparcie i silna wola pokonania takich momentów sprawia, że stajemy się coraz silniejsi. Potrafimy stawiać sobie poprzeczkę coraz wyżej i podejmować nowe wyzwania. Bardzo ważna w obu dyscyplinach jest wytrzymałość. Trzeba równomiernie nią dysponować tak, żeby w którymś momencie wyścigu nie przesadzić, ale też żeby wpaść na metę i spokojnie powiedzieć samemu sobie, że „wykonałam plan w 100%”, czy „dałam z siebie wszystko”.    

Ile czasu, w stosunku do pływania i biegania, poświęcasz na trening na rowerze?

Wszystko uzależnione jest od okresu przygotowań w jakim się znajdujemy, a co za tym idzie od planu treningowego przygotowanego przez mojego trenera.

Jazda na rowerze  jest „najdłuższą” dyscypliną w triathlonie , dlatego też warto inwestować swój czas w taki trening. Zresztą sam trening ze wszystkich trzech jest najprzyjemniejszy, szczególnie gdy ćwiczysz z drużyną i na nowych trasach. W sobotnie treningi zawsze mamy do pokonania długi dystans na rowerze. Pewnego razu zrobiliśmy 150 kilometrową  trasę  zwieńczoną podjazdem na Michałowice, Zachełmie  oraz Karpacz  przez Borowice na Odrodzeniu kończąc. Kiedy indziej przez pięć godzin pedałowaliśmy w ulewnym deszczu. W ten sposób powoli podwyższaliśmy swój próg odporności.

W triathlonie zazwyczaj bywa tak, że zawodnik w danej dyscyplinie radzi sobie lepiej, a w innej gorzej. Jak to jest u Ciebie? Która z tych trzech  dyscyplin najbardziej Ci odpowiada?

Fakt, że wywodzę się z kolarstwa górskiego – wyniki, potencjał, technika – wydają się wskazywać na rower. Wychowałam się na Wyścigu Pokoju, a później Tour de France. Grałam z kolegami w kapsle udając kolarzy. Teraz w trakcie części rowerowej wreszcie mogę realizować marzenia z dzieciństwa.

Z drugiej strony stara zasada mówi, że prawdziwy triathlon zaczyna się na biegu, o czym dobitnie przekonałem się na własnej skórze już w debiucie. Bieganie jest moją największą słabością i najtrudniejszą częścią treningu. Dlatego właśnie na poprawę tej konkurencji poświęcam najwięcej czasu zimą.

Oczywiście muszę Cię jeszcze zapytać o Twój udział w Ironmanie. To musi być wspaniałe uczucie, kiedy mijasz linię mety najbardziej prestiżowych zawodów triathlonowych na świecie.

Na linii mety śmiech miesza się ze łzami. W powietrzu unosi się niesamowita aura. Nadzwyczajne wyzwanie budzi w ludziach niezwykłe reakcje- wyjątkowy entuzjazm wśród widzów i niespotykaną siłę wśród uczestników. Wszystko wydaje się możliwe…Ironman to  wisienka na torcie… Najważniejsze  jest listopadowe  błoto,  wstawanie o piątej rano, upadki na szosie, bieganie po górach, liczenie kafli w basenie, setki przerzuconych  kilogramów i tysiące  kropel potu  kapiących mi  kaskadą z nosa   – to jest właśnie prawdziwy Ironman do którego wraca się pamięcią po latach… W trakcie przygotowań wydarzyło się wiele cudownych  rzeczy, które będę wspominać  tak samo mocno, jak moment przekroczenia linii mety.

Na koniec uchyl jeszcze rąbka tajemnicy jakie masz plany na przyszły sezon?

Będę starała się pokonać kilku mężczyzn 😉

Ale przede wszystkim pragnę zająć się dalszym rozwojem Grupy Triathlonowej RAT. Rok temu w naszych głowach narodził się pomysł  nowego stowarzyszenia. Przez ten czas wspólnie zbudowaliśmy jedną z najbardziej rozpoznawalnych grup w Polsce. Teraz wyznaczyliśmy sobie zupełnie nowe cele i ruszamy na podbój Europy :). Aktualnie trwają prace nad nowym wizerunkiem  i nową stroną internetową. Mamy też kilka ciekawych pomysłów na pobudzenie rozwoju triathlonu na Dolnym Śląsku, ale nie chcę ich jeszcze na tym etapie ujawniać. „Długodystansowym”  marzeniem  jest znalezienie wsparcia, które  pomoże nam dalej się rozwijać- a przy tym promować naszą dyscyplinę tak, jak zasługuje na to jedna z najszybciej upowszechniających się konkurencji sportowych na świecie.

Chciałabym pewnego dnia wyjść na rower, odwrócić się i zobaczyć grupę pięćdziesięciu triathlonistów w strojach GT RAT :).

I chciałabym  kiedyś reklamować kefir Krasnystaw  :).

Zatem powodzenia!

fot. Michał Kuczyński